Pij mleko... unikaj mleczarzy
Co tu dużo pisać- po prostu przeczytaj.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Alan! Alan! - krzyknął we śnie, szamocąc się i spadając z łóżka. Podniósł się, rozcierając stłuczony łokieć i owinięty pierzyną próbował wstać. Zaplątał się jednak i upadł, roztłukując chińską wazę. Zaklął pod nosem, wyplątał się z pierzyny i rozejrzał po pokoju. Alana nigdzie nie było, a to było bardzo niepokojące. Mężczyzna przeszedł do maleńkiej sieni swego niewielkiego domku nad jeziorem i nie dostrzegł nigdzie obecności drugiego. Świeża koszula, którą mu wyprasował przed wczorajszą randką na dziś, leżała nietknięta. Dojrzał tylko nie domknięte drzwi wejściowe. Otulił się szlafrokiem kochanka i wyjrzał na zewnątrz.
Poczuł świeży, wiosenny wiatr. Edward uśmiechnął się i wyszedł przed dom. Nad jeziorem właśnie wschodziło słońce, niebo stawało się jasno różowe i przechodziło w błękit. Panowała senna cisza. To najbardziej go zaniepokoiło. Zrzucił ze stóp pantofle i przebiegł po zroszonej trawie prosto do szopy. Odnalazł tam wóz przyjaciela, ale bez konia. Edwarda tknęło złe przeczucie. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że Alan mógłby go porzucić dla kogoś innego.
Obudził konia, chlustając mu wiadro wody w pysk. Zwierze parsknęło i obrzuciło Edwarda nieprzychylnym spojrzeniem, ale on zupełnie się tym nie przejął. Zaprzągnął wóz i nawet nie zmienił szlafroka na płaszcz, tylko wskoczył na siodło i chwycił za lejce. Pociągnął za nie i wyjechał wozem z szopy tak szybko, aż jej wrota otworzyły się z piskiem. Edward nie zamknął swojej ubogiej chałupki ani szopy, nie przebrał się ani nie nakarmił konia. Po prostu pojechał do wsi, podnosząc za sobą tumany kurzu. Naprawdę martwił się o Alana.
Na rynku zgromadził się spory tłumek ludzi. Wszyscy wpatrywali się w szubienicę, na której wisiał skazaniec. Był nim Alan Panborn, miejscowy włóczykij. Kiedyś był wysoki i chudy, miał pociągłą twarz i kościste ręce. Teraz wisiał sobie na szubienicy i kołysał się w podmuchach wiatru. Przypatrujący się mu ludzie szeptali przeciwko niemu, jakoby by był kochankiem mleczarza. Była to złośliwa plotka, tak przynajmniej uważali niektórzy - bo włóczykij naraził się wójtowi wsi. Wójt był przebiegłym człowiekiem i wszyscy jego wrogowie umierali w dziwnych okolicznościach. Mieszkańcy także byli przebiegli i nie szukali zaginionych.
Chłopi odeszli już do karczmy, żeby wypić za zdrowie wójta. Kobiety wróciły do domów, a dzieci obrzucały ciało wisielca zgniłymi jajkami. Wtedy na rynek wjechał wóz z szalonym woźnicą, który pędził jak opętany i tratował przechodniów. Przystanął na chwile przed szubienicą i wysiadł z powozu. Zaciekawione kobiety wyjrzały z okien i dostrzegły w nim miejscowego mleczarza. Dzieci przestały rzucać jajkami w wisielca i uciekły w popłochu: mleczarz nie miał w tej wiosce dobrej reputacji. Uważany był za „lubiącego chłopców”- jak szeptali między sobą wieśniacy. Zbierał od rolników mleko i zawoził je do miasteczka, a wracając zawoził wójtowi i dziedzicowi ze dworu ser i maślankę. Był osobą milczącą, nie lubił rozmawiać z wieśniakami. Często zachowywał się ordynarnie i przeklinał swoich dostawców, dlatego mieszkał samotnie nad brzegiem wielkiego jeziora. W jego kraju wiosny były chłodne, tak samo jak lata. Zimy były najgorsze, ale mleczarz miał i na to sposoby - w wolnym czasie sprzedawał tanią wódkę. Teraz stał przed szubienicą i przyglądał się jej badawczo. Po chwili wspiął się na nią i szturchnął palcem w bok skazańca. Wyciągnął z kieszeni scyzoryk i odciął sznur. Wziął na ręce ciało i włożył je na wóz. Wszyscy patrzyli na niego, ale nikt nie zareagował. Edward odjechał ze łzami w oczach. Nawet nie podejrzewał, że Alan opuści go tak szybko.
Dostał szału. Ten stary, obrzydliwy, zacofany i zadufany w sobie wójt pozbawił go przyjaciela! Czy on nie wie, jak trudno teraz o kogoś odpowiedniego? Razem z Alanem zamieszkaliby sobie w chatce, wozili mleko i żyli w spokoju. Teraz nie było takiej opcji. Rozgoryczony mężczyzna pojechał prosto do lasu, przejeżdżając przez pola wójta i tratując mu pszenicę. Wcale się tym nie przejął, tylko pojechał prosto przed siebie.
Spotkał po drodze dwójkę kobiet. Rzucały w niego kamieniami, ale on zdołał się uchronić. Gorzej z Alanem- jeden z kamieni rozkwasił mu nos. Edward popędził konia i schronił się w lasku. Miał nadzieję, że chociaż tam nikt nie będzie go szykanował. Las jest dla wszystkich, chociaż lasy wójta nie są dla wszystkich- a to różnica. Zdjął z nosa Alana kamień i cisnął w gęstwinę. W lesie robiło się coraz ciemniej. Drzewa pokryły się liśćmi i dawały głęboki cień. Edward skręcił w boczną dróżkę, wjechał na polanę na wzgórzu i tam przystanął na chwilę. Wyskoczył z wozu i wyjął łopatę. Odmierzył kilka kroków i zaczął kopać grób dla Alana. Zajęło mu to prawie cały poranek. Dół był długi i szeroki, w sam raz dla zmarłego. W sam raz. Włożył go tam i zakopał. Należało mu się to - Edward był pewien, że miejscowy ksiądz na pewno by nie odprawił Alanowi pogrzebu. Przecież kapłanem także rządził wójt. Edward właśnie znienawidził tego mężczyznę za to, że zabił mu przyjaciela. Poprzysiągł zemstę.
Wracał spokojnie do domu. Rozmyślał trochę nad sobą i nad Alanem. Jego wóz przetoczył się przez las i wjechał na dróżkę. Edward zapomniał o swojej pracy - teraz postanowił się nią zająć. Praca mleczarza jest bardzo odpowiedzialna. Zawsze wstawał wcześnie rano i jechał do wsi. Mijał po drodze tych wszystkich fircyków i spekulantów. Mijał karczmę i rzeźnię, w której obrzydliwie śmierdziało. Sam rzeźnik był bucem i uważał się za lepszego od innych. Może miał rację, bo miał dwie śliczne córki i dziesięć własnych świń. Edward zawsze uważał, że rzeźnik miał ich jedenaście- w końcu sam był jedną z nich. Za karczmą stał ratusz, a w ratuszu mieszkał wójt. Mężczyzna był w kwiecie wieku, miał smoliste czarne włosy i ogromną tuszę. Był okrągły i tłusty, ledwo co mieścił się w drzwiach do karczmy. Często posługiwał się swoim biednym, jak mysz kościelna, pracownikiem. Był nim Earl Gray, drobny i chudziutki okularnik. Jeszcze większy sknera niż sam wójt. Żoną wójta była czarownica, która miała swoją chatkę na kurzej stopce na północnym krańcu wsi, tuż obok młyna. Kiedy na polach nie schodziło ziarno, albo gdy rzeka wylała, rolnicy szli z widłami za wioskę. Z czasem zaczęto traktować to jako swoistą tradycję, bo i czarownica, i wójt żyli bardzo długo. Żyli odkąd najstarsze baby ze wsi pamiętały. Mleczarz nie był znowu taki stary - ale ten zawód ma swoje dobre strony. Często udawało mu się usłyszeć najświeższe plotki i zawieść je do miasteczka, do tawerny Maryli. Maryla była stara i ślepa, ale z powodzeniem prowadziła znaną w miasteczku karczmę. Przychodzili do niej wszyscy ludzie z okolic, którzy coś znaczyli w towarzystwie. Mleczarz chował się wtedy w kącie i wysłuchiwał, a czasem i dodał swoje trzy grosze. Tak właśnie spędzał popołudnia, a po piątej godzinie od obiadu wracał do wioski okrężną droga, zawożąc ser i maślankę wójtowi i dziedzicowi ze dworu. Edward lubił swoją spokojną i nie rzucającą się w oczy pracę. Właśnie zaczął rozmyślać o swoim wynagrodzeniu, kiedy zza zakrętu wyskoczyła młoda, obszarpana kobieta. Koń wystraszył się i stanął dęba. Edward ledwo co go powstrzymał, by ten nie stratował paniusi. Mleczarz zszedł z wozu i podszedł do kobiety. Była średniego wzrostu, miała długie, brudne czarne włosy i ciemną karnację, ubrana była w podartą czerwoną sukienkę. Uśmiechnęła się do niego mile i złożyła niedbały dworski ukłon. Edward był pod wrażeniem, rzadko miał szczęście spotykać takie piękne panie. - O mały włos cię nie przejechałem - powiedział uśmiechając się do niej promiennie. - Uratowałeś mi życie! - odpowiedziała do mleczarza dziewczyna, podchodząc do konia i głaszcząc go po pysku. - Nie ma sprawy - stwierdził on. Był bardzo nieśmiały w stosunku do kobiet. Musiał przyznać, że o wiele lepiej szło mu z chłopcami. - Jesteś nieśmiały - rzuciła po chwili, jakby odgadując jego myśli. Edward podniósł brwi w górę, bardzo go to zdziwiło. Zaniemówił na chwile, przyglądając się jej badawczo. Pomyślał, że musi być czarownicą albo zamorską księżniczką, skoro poznaje jego myśli. - Masz rację- odpowiedziała mu. – Jestem czarownicą - to mówiąc ujęła go za rękę. Edward wyrwał się z uścisku i wskoczył na konia, ściągnął lejce. Przestraszył się okrutnie tej wizji i krzyknął na pożegnanie: - Zostaw mnie w spokoju, wstrętna czarownico! Dość mam bez ciebie problemów! - zdenerwował się i popędził konia. Zniknął w kurzu za zakrętem. Dziewczyna długo stała jeszcze przy drodze i zaczepiała podróżników.
Mleczarz pędził ile sił w koniu. Bańki mleka na wozie przewracały się niezdarnie, jedna nawet wypadła na gościniec. Zbliżało się południe, dzwony zaczęły bić. Edward zwolnił na chwilę, a potem zajechał na rynek. Zostawił wóz przed karczmą.
W środku było parnie i duszno. Za barem stał właściciel karczmy, stary Eryk Mądry. Rozlewał niedbale piwo do kufli i zdejmował pieczenie z ognia. Między stolikami uwijały się jego dwie córki, Eanna i Merylin. W przeciwnym kącie stało stare pianino, a koło niego uwijał się grajek i stara matrona, która zamierzała śpiewać przez cały dzisiejszy dzień. Mleczarz zamówił sobie udko i grzańca. Kiedy kelnereczka cięła pieczeń, Edward wyszedł na zewnątrz i zdjął jedną bańkę mleka. Otworzył ją i wylał mleko do pięciu kufli przy pierwszym stoliku. Zostawił bańkę własnemu losowi, a kufle poniósł do swojego kąta. Czekało już tam na niego udko i grzaniec. Rozlał go do każdego kufla z mlekiem i zamieszał, a na koniec oderwał parę listków z paproci zwisającej u pułapu. Roztarł je i dorzucił do mleka, a potem wziął ze sobą dwa kufle i zaczął przeciskać się do stolika przy oknie, przy którym siedział dziedzic i paru innych chłopów. Mleczarz dosiadł się do nich, oferując im mieszankę. Jego towarzysze bardzo się ucieszyli. Jeden z nich, długi i kościsty, wypił wszystko jednym haustem. Drugi chwilę się zastanawiał, ale szybko poszedł w ślady przyjaciela. - Co to? - zapytał dziedzic, rozsiadując się wygodnie na fotelu. - Grzaniec - odparł po prostu Edward, przyglądając się dziedzicowi badawczo. - Idź do diabła ze swoim grzańcem! - obruszył się tamten. - Mości dobrodzieju, nie wypada- szepnął do ucha szlachcica Edward - to nie jest zwykły grzaniec. Kiedy go skosztujesz, poczujesz się szczęśliwy jak nigdy! Do najwyborniejszy trunek jaki kiedykolwiek piłeś. Nawet francuzy takiego nie upędzą - dodał po chwili namysłu. Mężczyzna przyglądał mu się badawczo, nie mógł z nikąd przypomnieć sobie twarzy obcego. Poprzysiągłby, że skądś ją zna… ale nie mógł sobie przypomnieć. Nagle obraz przed oczyma zaczął mu się kołysać. Dziedzic przeląkł się nie na żarty - a nóż by go otruli w tej karczmie? Edward szybko podał mu do ust swoją miksturę, a tamten wypił.
Długo to trwało, zanim dobudzili Dziedzica. Mleczarz zdążył uciec z karczmy, gdzie i reszta towarzyszy dziedzica rozchorowała się na żołądek. Edward był już daleko za wioską, kiedy znów dojrzał tamtą kobietę. Nadal stałą w tym samym miejscu i machała do niego. Chciał zawrócić, ale nie miał jak. W reszcie zdecydował się na otwartą walkę z czarownicą. - Zaczekaj! - zawołała za nim, kiedy przejeżdżał mimo niej - Mleczarzu! Zaczekaj! - Mówiłem ci, czarownico, żebyś dała mi spokój! - rzucił do niej, zatrzymując wóz. Zeskoczył i przyjrzał się dokładnie kobiecie. Nagle wpadł na pomysł, który wydał mu się idealny. - Jak się nazywasz? - zapytał ją. - Meropa - powiedziała i uśmiechnęła się do niego. - Jestem tutaj przejazdem. A ty pewnie jesteś miejscowy? - Tak. Skąd jesteś? Mogę zaoferować ci przejażdżkę? - zaproponował. - Możesz. Chcę dotrzeć nad jezioro, mam tam sprawę do załatwienia. - powiedziała. - Wskakuj. Mój konik uciągnie nas dwoje - dodał, uśmiechając się. Kobieta wdrapała się na wóz i przysiadła na zydelku, staranie wygładzając fałdy swojej starej i podniszczonej sukni, jakby naprawdę byłą klejnotem królewskim. Edward starał się nie patrzeć na nią w czasie podróży, prawie w ogóle nie rozmawiali. Miał ochotę nawiązać chociażby nić rozmowy, ale w ostatnim czasie przypominał sobie, że wozi ze sobą czarownicę. Powinien być ostrożniejszy, jednakże miał zalążek pięknego planu i nie chciał zrazić do siebie wiedźmy. Nie zawsze miał okazję spotkać piękną czarownicę, tym bardziej że wywinął niezły numer w karczmie. Sprawiło mu to niezły ubaw. Dziedzic był łatwowiernym głupcem, który dał się wystrychnąć na dudka prostemu mleczarzowi. Nawet dziecko nie przyjęło by kufla od nieznajomego. To jednak był jeden z przykładów pokazujących, co za głąby rządzą tą wioską. Dziedzic przyjaźnił się z wójtem, więc Wójcina powinna wyczarować mu troszkę umysłu. Widocznie i ona nie jest głupia, jakby się wydawało. Edward ściągnął lejce i skręcił nad jezioro. Zbliżał się już wieczór. Słonko zachodziło już za wzgórze, odbijając promienie w tafli jeziora. Nawet czarownica była pod wrażeniem. Edward zatrzymał się nad brzegiem jeziorka i pomógł jej wysiąść. Nadal się do niego nie odzywała, chociaż ciągle była uśmiechnięta. Przystanęła wreszcie i przyglądała się jezioru. Nagle przyszło jej coś do głowy, bo zaczęła wchodzić do wody. Edward patrzył na nią przez chwilę. Dziewczyna zanurzała się w jeziorze coraz głębiej, prawie do pasa. Jej sukienka nasiąkała woda i troszkę wciągała ją do wody. Edward zaczął się niepokoić, stojąc nad brzegiem. Chciał nawet za nią krzyknąć, ale nie mógł przypomnieć sobie jej imienia. Zaczął spacerować po brzegu, zaciskając nerwowo dłonie. Przystanął na chwile i zaczął rozglądać się za dziewczyną. Nigdzie nie mógł jej dostrzec. - Meropa!- zawołał. - Meropa! Wracaj!- krzyczał jak oszalały, podskakując nerwowo. Dziewczyna nie odpowiadała, dosłownie rozpłynęła się w wodzie. Mleczarz przestraszył się. Dziewczyna nie mogła być czarownicą, skoro utonęła. Wskoczył szybko na wóz i popędził do swojej chałupki. Koń biegł szybko, też bardzo się przestraszył. Para szła mu z ust, pomimo tego, że było ciepło. Edward go nie oszczędzał. W przeciągu kilku minut zajechał przed chałupkę. Wprowadził konia i wóz do szopy, a potem umknął do chatki.
Wszystko wyglądało tak, jak wcześniej. Drzwi nie domknięte, rozkopany szlafrok, pierzyny i czajniczek na stole. Przecież zawsze kładł go na kredensie, tuż obok cukiernicy. Rozejrzał się po izdebce, a po chwili chwycił za wiaderko i poszedł do studni. Miał zamiar wykąpać się po całym dniu niespodzianek, tych przyjemnych, jak i tych mniej radosnych. Tydzień temu zbili z Alanem wielki cebrzyk do kąpieli na dwie osoby. W sam raz dla nich. Już nie będzie miał się z kim w nim wykąpać. Znudzony nalał do wiaderka wody i zaniósł do chatki. Przechodził tak sobie chyba z milion razy, aż w końcu zalał cebrzyk do pełna. Wrzucił do niego cały koszyczek miętowych liści, dolał mleka i oleju, rozebrał się i wlazł do cebrzyka.
Bardzo przyjemnie mu się w nim leżało. Wziął ze sobą nawet kaczuszki wystrugane z drewna i zaczął się nimi bawić, topiąc je w pianie. Zaczął kwiczeć jak młoda dziewczyna, którą chłopcy próbują wrzucić do potoku.
W końcu się zmęczył. Zaczął rozmyślać nad sobą, nad Alanem i czarownicą. Zrobiło mu się smutno, poczuł się samotny nad jeziorem. Zatęsknił do Alana, którego pochował dziś rano. Nawet za czarownicą zatęsknił. Postanowił wyjść z cebrzyka, bo zrobiło mu się zimno. Owinął się ręcznikiem i postawił jedną nogę na podłodze, przełożył drugą i… poślizgnął się na rozlanej oliwie. Przewrócił się i bardzo potłukł, a przy okazji przewrócił cebrzyk. Wylała się z niego cała woda, mocząc podłogę i jego. Edward zaklął pod nosem. Usiadł zrezygnowany na podłodze i nie poruszał się przez jakiś czas. Wziął do ręki tamte drewniane kaczuszki i zaczął udawać, że kwacze. Bawił się tak przez dłuższy czas, ale w końcu się znudził. Podniósł wtedy wzrok do góry i zbaraniał. Przed nim stała czarownica, suchutka, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Edward spurpurowiał. - Nie podglądaj mnie! - wrzasnął do niej. - Nie martw się, nie rzucę na ciebie uroku. Ładniutki jesteś - dodała po chwili. Mleczarz zamachnął się i rzucił w nią kaczką. Dziewczyna zgrabnie się odsunęła, unikając ciosu. Zaśmiała się. - Tęsknisz za nim? - zapytała. Edward przyglądał się jej badawczo. - Tak, tęsknię - dodał po chwili milczenia. - Wiesz co? Chyba mogę ci pomóc - powiedziała czarownica, uśmiechając się promiennie. Mleczarz podniósł się z podłogi i owinął się ręcznikiem. Przemaszerował przez cały pokój i zniknął w kuchni. Meropa siedziała jeszcze przez chwilę przed wanną, aż usłyszała gwizd czajniczka. Edward zaparzał herbatę. Dziewczyna poszła za nim do kuchni.
Izdebka nazywana kuchnią była maleńka i słabo oświetlona. Pod okienkiem stał ciosany drewniany stół z dwoma taboretami, kominek z rożnem i kredens. Do drewnianej ściany były przybite półeczki na zioła i obraz. Namalował go Alan, tydzień po ich pierwszym spotkaniu. Obraz przedstawiał Edwarda i Alana na mleczarskim wozie nad urwiskiem. Mleczarz uwielbiał ten obrazek, przypominał mu szczęśliwe chwile. Wyjął z kredensu ciasteczka, położył je przed czarownica i usiadł naprzeciw niej. - Gadaj - mruknął, poprawiając ręcznik opadający z bioder. - Wiesz… skoro tak bardzo zależy ci na Alanie…. - zaczęła. - Do rzeczy! - przerwał jej. - Możemy go ożywić z powrotem! - prawie krzyknęła. Edward popatrzył na nią i wybuchnął rubasznym śmiechem, a po chwili umilkł. - Nie! - nie mógł uwierzyć. - Tak! W końcu to ja tu jestem czarownicą - zawołała dziewczyna, siadając mu na kolanach. - musimy tylko…
***
Wchodzili właśnie na wzgórze za wioską. Meropa ubrana byłą w czerwoną sukienkę tancerki. Niosła ze sobą koszyczek. Za nią podążał Edward, niosąc drugi kosz i linę. Ze wzgórza był przepiękny widok na wieś i jezioro. Właśnie wstawał świt, niebo przechodziło z różu w błękit. Płynęły po nim śnieżnobiałe obłoki i ptaki zaczynały swój poranny koncert. Edward dojrzał czerwoną łunę w oddali. Zatrzymał się na chwilę, by przyjrzeć się dokładniej. - Meropa! Zobacz! - wrzasnął do niej, pokazując palcem w oddali. - O co chodzi? - spytała, trzymając się jednego z głazów. - Ogień! Na północ stąd wybuchł pożar! – krzyczał. - Ormarini najechali na wasz kraj, nie wiedziałeś o tym? - zwróciła się do niego. - O…co? O czym ty mówisz? - zdumiał się Edward. - Nigdy nie słyszałem o jakichkolwiek Ormaninach! Czy to aby nie twoja sprawka? - naskoczył. - Nie mam władzy nad tysiącami dzikusów - okrzyczała go. - Jesteś czarownicą. Skąd mogę mieć pewność, że nie omamiłaś jakiegoś cesarza zza światów? - droczył się z nią. - Czepiasz się! Pomóż mi lepiej z tym koszykiem, utknął między głazami - powiedziała, próbując wyciągnąć go ze szczeliny. W końcu wspólnymi siłami wyciągnęli go stamtąd, ale postrzępionego. Wspinaczka pod górkę zajęła im całe dopołudnie. Słońce stanęło w zenicie, gdy dotarli do źródła w połowie wzniesienia. Gdzieniegdzie było tak stromo, że musieli związywać się liną, by przejść. W końcu postanowili odpocząć. Rozłożyli małe obozowisko nad źródełkiem i zjedli obiad, składający się z upolowanego przez mleczarza królika i podgrzewanej wody z chmielu, który rósł nad źródłem. - Nie rozumiem, po co właściwie tu przyszliśmy – powiedział Edward, odgryzając kęs królika. - Obiecałam ci pomóc w ożywieniu Alana. Pierwszym krokiem będzie zdobycie tego zielska, które rośnie na szczycie - wytłumaczyła mu. - Ono wystarczy? - spytał. - Skądże, głuptasie! Gdyby tak było, rozmawiałbyś sobie z własną prababką, a nie ze mną - zaśmiała się. - Moja prababka nie była czarownicą - obraził się on, odsuwając się od dziewczyny. Ona popatrzyła na niego z pretensją i wstała. - Chodź już, nie zdążymy do wieczora - obruszyła się. Zaczęli wspinać się coraz wyżej. Edwardowi ciążył koszyk i lina, co chwila zerkał na północ. Przerażał go tamten pożar. Czyżby zaczęła się wojna? Nie, to nie możliwe - powiedział w duchu. Jedynymi ich sąsiadami byli Tertańczycy, naród lubujący się w hulankach i winie. Nie było z ich strony żadnego zagrożenia. W karczmach zaś, często mówiono o jakimś zamorskim narodzie, który pustoszy kraj od wybrzeża. Edward nie chciał w to wierzyć, wystarczyło mu tyranii wójta. Nie miał ochoty na inną, a tymczasem stawało się to coraz bardziej prawdopodobne. Edward pomógł czarownicy przedostać się przez przełęcz na wzgórzu. Od razu wdepnęli w błoto. Pełno tam było natrętnych much i śmierdziało okrutnie, chociaż widok na dolinę był piękny. Edward zachwiał się i poślizgnął, wpadając w tą cuchnącą maź. Czarownica przykucła obok niego i zaczęła rękoma wyrywać jakieś zielsko spod tej mazi. - Co ty robisz? - zapytał ją z wyrzutem. - Zbieram zioła. Rusz się i pomóż mi, leniu! - ofuknęła go. Edward postanowił jej ulec, nie wiedział co może go czekać ze strony rozeźlonej czarownicy. Klęczał więc do wieczora w tym błocie, cały opuchnięty i pokąsany przez złośliwe muchy. Czarownica stała nad nim i pilnowała, by dokładnie zbierał całą tą trawę. - Wystarczy - sapnął on, prostując się. – Wystarczy na dziś, prawda? - Masz rację, chyba wystarczy. Ale i tak będziemy musieli tutaj jutro wrócić - zażartowała. - Nie… błagam! – zaczął prosić. Meropa, nie rób mi tego! Nie widzisz, że umieram? - powiedział do niej. - Chciałeś ożywić Alana - powiedziała i uciszyła go tymi słowy do końca wyprawy.
Księżyc świecił jasno ponad ich głowami. Edward ledwo powłóczył nogami, był spuchnięty i obolały. Targał ze sobą dwa koszyki zielska. Za nim szła Meropa, podśpiewując sobie cicho. Nie rozmawiali, oboje wsłuchiwali się w ciszę nocy i cykanie świerszczy. Mleczarz zaplanował sobie na dzisiaj długą kąpiel w jeziorze i powrót do pracy. Teraz zrozumiał, że nie ma najmniejszych widoków na jakąkolwiek z tych rzeczy. Nie był nawet pewny, czy czarownica pozwoli mu obmyć twarz i spuchnięte dłonie. Ona patrzyła na niego przez dłuższy czas, a potem odezwała się: - Oczywiście, że pozwolę ci się wykąpać. – powiedziała. Edward zbył ją milczeniem, nie miał najmniejszej ochoty na rozmowę z nią. W końcu dotarli do chatki mleczarza. Meropa gdzieś znikła, rozpłynęła się w powietrzu, a on został sam. Zostawił koszyki na progu i pobiegł nad jezioro. Rozebrał się i wskoczył do wody, by popływać. Woda była ożywczo chłodna i przejrzysta. Położył się na plecach i zamknął oczy, próbował przemyśleć ostatnie wydarzenia. Nadal przeżywał śmierć przyjaciela i tęsknił za nim jak co wieczór. Zanurzył głowę w wodzie. Zanurkował. Jezioro było bardzo głębokie i pełne zielonych glonów, które oblepiały ciało Edwarda. Zdołał się z nich wyplątać i popłynął dalej. Nagle coś mocno walnęło go w głowę.
- Obudź się! - ktoś krzyknął i potrząsnął leżącym na pryczy Edwardem. - Wstawaj! Masz gościa! Edward wreszcie otworzył oczy i popatrzył nieprzytomnie na kobietę siedzącą obok. Przewrócił się na drugi bok. Strasznie bolała go głowa i nie miał zamiaru wstawać, jednakże Meropa nie dawała za wygraną. Wylała mu na głowę szklankę zimnej wody z jeziora. Pomogło. Mleczarz zerwał się z łóżka, odrzucając pierzynę na bok. Ubrał szlafrok i poszedł do drzwi. Za progiem stał człowiek. Był on niski, otyły, łysy i śmierdziało mu z ust. W lewej ręce trzymał kufel piwa i uśmiechał się promiennie do Edwarda. - Witaj, ofiaro - zarechotał. - Nie spodziewałeś się wizyty siły wyższej o tej porze? - Nie, proszę pana - odpowiedział Edward, otulając się szczelniej szlafrokiem. - Nie zaprosisz mnie do środka? - zapytał, chwiejąc się. - Ależ proszę- powiedział mleczarz, usuwając się na bok. – Meropa, zaparz herbatę! Wójt przetoczył się do kuchni. Przy kominku stała już Meropa, parząc herbatę w saganku. Ukradkiem dorzuciła do szklanki kilka listków mięty. Może gość otrzeźwieje? Podała mu herbatę i talerzyk ciasteczek. - Poczęstuje się pan śniadaniem? - zapytała go grzecznie. Edward stał we drzwiach i przyglądał się im. – A ty, kotku? – zwróciła się do Edwarda. Wójt spojrzał najpierw na czarownice, potem na mleczarza i nie powiedział ani słowa. - Dobrze. Na pewno pan zje z nami? - powiedział Edward, siadając na drugim taborecie. Meropa wyjęła z beczki śledzie i wrzuciła je do garnka. Dolała do nich mleka i dorzuciła mięty. - Pięknie pachnie - powiedział wójt, rozsiadając się wygodniej. – Oczywiście, że się poczęstuję. Czarownica nałożyła śledzie na półmisek i położyła na stole, obok chleba, saganka, herbaty i solniczki. Przyniosła talerze i zaczęła kroić porcje. Edward przyglądał się jej przez cały czas, bardzo dobrze radziła sobie w kuchni. Nie mógł sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek kisił śledzie w beczce. - Szanowna pani świetnie kisi śledzie w mięcie - pochwalił ja wójt, wypychając sobie nimi gębę. - Naprawdę smaczne. - Dziękuję. Co pana do nas sprowadza? - zapytała, podkładając mu pod nos następną porcję. - A… tak wpadłem. Wie pani, ktoś ukradł ciało włóczykija, którego powiesiłem przedwczoraj. Szukamy złodzieja po całej wsi. - Rozumiem, że odwiedził nas pan tylko profilaktycznie? - zapytała Meropa, uprzedzając wypowiedź Edwarda i siadając obok niego na krześle. - Oczywiście - powiedział wójt - taka świetna kucharka jak pani na pewno nie ukrywała by w domu złodzieja, prawda? - Tak, proszę pana - odpowiedziała Meropa, uśmiechając się przymilnie do wójta i podając mu kolejną porcje. Zerknęła przy tym karcącym wzrokiem na Edwarda. - No więc… - zaczął wójt, odsuwając od siebie pusty talerz. - Nie pamiętam, od kiedy pani tu mieszka? - Ja? Od niedawna, proszę pana. Przyjechałam do męża tydzień temu - skłamała gładko. - A więc Edward jest Pani mężem? - zapytał wójt. - Tak, proszę pana - przytaknęła znowu, nalewając wszystkim herbaty. - Braliście tutaj ślub? - zapytał on, patrząc na Edwarda. - Nie, nie tutaj. W miasteczku na północy. – skłamał mleczarz. - Jak się nazywało?- dopytywał się wójt. - Eldorado - wtrąciła czarownica. - Proszę się napić tej herbaty. - Tak tak, szanowna pani. Ja już może pójdę. – powiedział, podnosząc się z krzesła. - Dziękuję za śniadanie. Było naprawdę przepyszne! - Miło mi, że panu smakowało. Zapraszamy ponownie - zaproponowała czarownica, ku niezadowoleniu mleczarza. - Dziękuję za zaproszenie, na pewno skorzystam. Do widzenia! - powiedział wójt. Przekroczył próg, pomachał im na do widzenia i… przewrócił się.
- Co dodałaś do tych śledzi?- zapytał mleczarz, pomagając Meropie przenieść nieprzytomnego wójta na drogę. - Miętę i rumianek. – powiedziała czarownica. - Kłamiesz – zarzucił jej mleczarz. - Skądże! Po prostu wypił i zjadł za dużo. Do południa powinien się obudzić- powiedziała, układając go pod jabłonką na zakręcie. - Jak myślisz, co nam za to zrobi? - zapytał Edward, gdy wracali oboje do chatki. - Nic nam nie zrobi. Nie zauważyłeś, że był pijany? Na pewno pomyśli, że przewrócił się po drodze - powiedziała Meropa. - Czemu mu powiedziałaś, że jesteś moją żoną? – zapytał, kiedy schodzili z pagórka. - A miałam mu powiedzieć, że jestem czarownicą, a ty ukradłeś ciało Alana? - zarzuciła mu. - No tak… masz rację. Co będziemy dzisiaj robić? - zapytał. - Zaczniemy ożywiać Alana - uśmiechnęła się. - Teraz? Dzisiaj? – aż przystanął ze zdziwienia. - A zamierzałeś czekać z tym do jesieni? - zapytała, siadając na ławeczce przed chatką.- oczywiście że zaczniemy już dziś. Znasz miejscowego rzeźnika? - No pewnie, że znam. Wożę od niego mleko. – Powiedział Edward, sadowiąc się obok niej. - No więc zaczniemy od niego. Chodź do kuchni, pomożesz mi przygotować miksturę - powiedziała, wstając.
Meropa pomogła mu załadować miksturę i bańki z mlekiem, potem on pomógł jej wsiąść na wóz. Popędził konia i zniknęli na zakręcie.
- Zawsze…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Bagaż
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…