Wróć do katalogu

PIONKI SZALONEGO BOGA

Robert wraca z wojny jako bohater, ale też i kaleka. Okazało się, że jego dziewczyna znalazła już sobie kogoś innego i został sam jak palec. Wtedy kontaktuje się z nim mafia, oferując mu pracę jako morderca na zlecenie.

Robson, opublikowano , 1 godz. 10 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

PIONKI SZALONEGO BOGA

Bitwa o Wzgórza Karagon, leżące na przedgórzu Sierra Madre, trwała już pięć dni i nadal była nierozstrzygnięta. Stanowiły one strategiczny, górujący nad otoczeniem obszar – wprost idealne lądowisko dla helikopterów. Dlatego właśnie generał John Andson przysięgał, że albo jego żołnierze zdobędą Karagon, albo XII Pułk Piechoty przejdzie do historii, bo nie ma mowy, by wydał rozkazu odwrotu. Ten ambitny dowódca stawiał sobie za punkt honoru, by w ciągu miesiąca opanować całą filipińską wyspę Luzon. „Do przodu! Innej drogi nie ma!” – krzyczał na naradzie wojennej w podziemnym bunkrze aż drżały betonowe ściany. Jednak Filipińczycy bronili się heroicznie. Chociaż byli zasypywani gradem kul i pocisków artyleryjskich oraz nękani częstymi szarżami amerykańskich żołnierzy, niezłomnie stali na wyznaczonych stanowiskach. W końcu bronili swojej ojczyzny. Nie walczyli w cudzej sprawie – jak Anglicy, agresorzy w tej wojnie o wpływy w Azji Południowo-wschodniej. O świcie 12 lipca 2010 roku skośnoocy żołnierze znów odparli szaleńczy atak najeźdźców. Najpierw zwabili Amerykanów w pułapkę, kryjąc się w zaroślach i prowadząc zmasowany ostrzał w zupełnie innej części wzgórza. Gdy osiągnęli swój cel i Amerykanie posłali do ataku południowym zboczem II kompanię piechoty, Filipińczycy wyrośli jak spod ziemi i uderzyli jednocześnie z trzech stron, dziesiątkując wrogów i zmuszając ich do panicznej ucieczki. Gdy granat wybuchnął tuż za Robertem, chłopak odwrócił się odruchowo. Zauważył leżącego w krzakach Mike’a, kolegę z drużyny. Murzyn trzymał się za udo, obficie brocząc krwią i jęcząc w wniebogłosy. - Dalej, kurwa! Spierdalamy! – rozległ się donośny głos dowódcy drużyny, sierżanta Freda Kutchera. – Te skurwysyny wybiją nas do nogi! Robert zawahał się, ale po chwili był już przy Mike’u. Czarnoskóry olbrzym przestał krzyczeć i leżał nieruchomo. - A ty co, Gibson?! Życie ci niemiłe, do kurwy nędzy? – Fred ryknął mu nad uchem. – Zostaw go, on i tak umrze! Ratuj własną dupę! – krzyknął sierżant i pomknął w dół wzgórza, nie oglądając się za siebie. - Nie umrze – Robert z trudem zarzucił sobie na ramię ważącego grubo ponad sto kilogramów, nieprzytomnego przyjaciela. Zgięty w pół, klucząc między drzewami i zaroślami, kłaniając się przed kulami, świszczącymi mu na głową, biegł śladami dowódcy. Był w połowie drogi, gdy został postrzelony w ramię. Krew pociekła gęstym strumieniem, ale nie zważał na to. Zacisnął zęby i biegł dalej, chociaż pot spływał z niego jak z konia po ciężkiej orce. Cudem dotarł do bazy. Przyniósł omdlałego, rannego kolegę ostatkiem sił. Położył go nas ziemi i kompletnie wyczerpany padł obok niego.

*******

Kilka godzin później wysoki, muskularny blondyn wszedł do zatłoczonej sali szpitala polowego. Miał zabandażowane całe ramię, ale na szczęście kula nie naruszyła mięśni. Czarnoskóry chłopak był już po operacji. Okazało się, iż lekarz musiał mu amputować dwa palce lewej stopy, ale na szczęście udało się uratować nogę. - Dzięki, przyjacielu… - Mike wyszczerzył białe zęby w uśmiechu, gdy Robert usiadł na skraju jego łóżka. – Uratowałeś mój czarny tyłek. Wiesz, że jakby co… To ja zawsze… - brakowało mu słów. – No wiesz, możesz na mnie liczyć. Nie spodziewałem się... że ktoś… że ktoś mi pomoże w takiej sytuacji… - Murzyn miał wilgotne kąciki oczu. – Kostucha już mi zaglądała w ślepia i gdyby nie ty… - Daj spokój, stary. Nic nie mów. Najważniejsze, że żyjesz i będziesz chodził. Przecież ty też na moim miejscu… - No nie wiem – przerwał mu Mike. – Chyba bym dał dyla. Ale teraz mam wobec ciebie dług wdzięczności.

*******

Chłopakom z XII Pułku Piechoty po ciężkich walkach udało się zdobyć Wzgórza Karagon. Potem dalej parli uparcie na północ i w ciągu dwóch tygodni udało im się zająć jeszcze siedemdziesiąt kilometrów dżungli. Cała II Kompania przyczaiła się w okopach, czekając na świt. Mieli zaatakować z pierwszymi promieniami słońca. Robert leżał obok Mike’a. Przyjaciele cicho rozmawiali: - Jak trafiłeś na tę pierdoloną wojnę? –spytał murzyn. - Zgłosiłem się na ochotnika. - Pierdolisz?! – Mike był szczerze zdziwiony. - Powaliło cię czy co? Mnie tu wysłano, bo napytałem sobie biedy w wojsku i przenieśli mnie do karnej kompanii, a gdy wybuchła wojna, wszystkich nas przerzucono tu, do Wietnamu. Nie ma dnia, żebym nie żałował, że znalazłem się w tym piekle. A ty mówisz, że jesteś tu dobrowolnie? - No wiesz, oficjalnie zgłosiłem się na ochotnika, a tak naprawdę zostałem zmuszony do tego szantażem. Byłem magazynierem i pewnego dnia ktoś ukradł sporą partię drogiego towaru. W dodatku zrobił to tak sprytnie, że wszystkie poszlaki wskazywały na mnie. Zostałem wrobiony w bezczelny, chamski sposób. Akurat wtedy na froncie zaczęło brakować żołnierzy, więc dostałem ultimatum – albo zgłoszę się na ochotnika, albo pójdę siedzieć. - Chyba wolałbym być zapuszkowany – powiedział czarnoskóry mężczyzna, drapiąc się po ogolonej głowie. - Ja nie. W więzieni pewnie umarłbym z żałości. Wolność to jest to, co cenię najbardziej. Dlatego fatalnie znoszę wojsko i to, że jakiś palant mówi mi, co mam robić, a ja go muszę słuchać. Najgorszy jest fakt, że stąd nawet nie ma gdzie uciec – wkoło tylko dżungla i żółtki uzbrojone po zęby. - A gdyby była taka możliwość, to byś uciekł? – zaciekawił się Mike. - Pewnie. Gdy byłem w domu dziecka, zwiałem chyba z pięćdziesiąt razy. Co roku, gdy tylko zrobiło się cieplej, dawałem nogę. Szkoda tylko, że zawsze prędzej czy później policja przyprowadzała mnie z powrotem, bo tak naprawdę to nie miałem dokąd pójść i wałęsałem się gdzieś nad rzeką albo jeździłem pociągami na gapę. - Nigdy nie mówiłeś, że byłeś w domu dziecka. - A czym tu się chwalić? Stary zapił się na śmierć, matka mnie nie chciała, więc trafiłem do bidula. - Ja też wychowałem się bez starych. Niby u babci, ale tak naprawdę jestem dzieckiem ulicy z murzyńskiej dzielnicy. Babcia miała głęboko w dupie to, co robię i gdzie śpię, więc robiłem co chciałem. Wiesz – kradzieże, rozboje, narkotyki i te sprawy. - To w takim razie co się stało, że wylądowałeś w kamaszach? - Z czegoś trzeba żyć, nie? – zaśmiał się murzyn. – Robiłem w życiu różne rzeczy, ale nie mam ani szkoły, ani wyuczonego fachu, więc musiałem brać każdą fuchę i pracować za grosze. No i pewnego pięknego dnia wpadłem na genialny pomysł, żeby zostać zawodowym żołnierzem. Sam nie mogę teraz uwierzyć, że byłem aż taki głupi! – Mike cicho się zaśmiał. - Cicho tam, debile! – warknął sierżant, leżący kilkanaście metrów od nich. - Jak żółtki nas usłyszą, to was zapierdolę! Niebo zaróżowiło się na wschodzie i nad dżunglą zaczął wstawać nowy dzień. Żołnierze podnieśli się z ziemi i zaczęli ostatnie przygotowania do ataku. Za chwilę miały zjawić się śmigłowce bojowe, by zapewnić im wsparcie z powietrza. - Uwielbiam zapach napalmu o poranku – zażartował Fred Kutcher. - Też oglądałem „Czas Apokalipsy”, ale na filmie wszystko wyglądało dużo lepiej niż w rzeczywistości – odpowiedział Robert.

*******

Z pewnością nie można było powiedzieć, że Robert Gibson miał szczęśliwe dzieciństwo. Chłopak urodził się biednej rodzinie, wynajmującej małe mieszkanie w suterenie. Uzależniony od alkoholu ojciec stworzył im piekło na ziemi. Praktycznie codziennie wracał do domu pijany w sztok i wszczynał awantury. Wrzeszcząc na cały głos, wymyślając wszystkim i grożąc, bił do krwi Roberta i jego młodszą siostrę Caroline. Najmocniej jednak obrywało się matce, zwłaszcza gdy nie chciała iść do łóżka z mężem tyranem. Wtedy Steven okrutnie ją katował, bijąc po głowie i kopiąc, a na koniec brutalnie gwałcąc. Nie przejmował się przy tym, że dzieci widzą, co ojciec wyczynia z ich matką. Wszystko skończyło się pewnego smutnego dnia, gdy Steven w stanie upojenia alkoholowego zasnął w łóżku z papierosem w ręku. Niedopałek spadł na dywan, wywołując pożar, w którym spaliła się Caroline, sześcioletnia siostrzyczka Roberta. Reszcie rodziny udało się wydostać z płonącego mieszkania, chociaż cała trójka przypłaciła to ciężkimi poparzeniami. Była ofiara śmiertelna, więc prokuratura z urzędu zajęła się badaniem tej sprawy. Steven sam się pogrążył, bo jeszcze nie do końca trzeźwy poważnie pobił żonę, oskarżając ją o spowodowanie śmieci córki. Zdesperowana i doprowadzona do ostateczności kobieta w końcu odważyła się mówić i opowiedziała policji o swojej wieloletniej gehennie – znęcaniu się Steven’a nad dziećmi, ciężkich pobiciach i gwałtach. Poparte relacjami świadków zarzuty w połączeniu z nieumyślnym spowodowaniem śmierci sprawiły, iż Steven został skazany na piętnaście lat więzienia. Niedługo potem szkolny wychowawca Roberta zauważył, że dziecko chodzi brudne i głodne, a znając jego sytuację, zgłosił sprawę do kuratora rodzinnego. Z relacji sąsiadów wynikało, iż matka w ogóle nie zajmowała się dzieckiem i często nie wracała do domu na noc. Gdy Gibsonów wyrzucono z sutereny za wielomiesięczne zaległości w płaceniu czynszu, sąd stwierdził, iż bezrobotna Anette nie jest w stanie zapewnić synowi odpowiednich warunków i odebrano jej prawa rodzicielskie. Robert trafił do domu dziecka. Miał wówczas dziewięć lat. Anette była atrakcyjną kobietą i szybko poszukała sobie dobrze sytuowanego mężczyznę, z którym zamieszkała na drugim końcu kraju. Miała z nim dwójkę dzieci i była szczęśliwa. Gdy Robert przypadkowo dowiedział się, iż matce dobrze się powodzi, prosił ją, żeby zabrała go z domu dziecka. Kobieta obiecała chłopakowi, że jeśli będzie miał na świadectwie same piątki, weźmie go do siebie. Ambitny i zdolny chłopak spełnił ten warunek, ale Anette nawet nie pojawiła się na uroczystym zakończeniu roku szkolnego. Zerwała z synem wszelkie kontakty, zmieniając numer telefonu i nie odpowiadając na jego błagalne listy. W dniu swoich trzynastych urodzin Robert pierwszy raz uciekł z Domu Dziecka. Czuł się tam fatalnie – wyobcowany, nikomu niepotrzebny, traktowany przez wychowawców niemal jak przedmiot. Najbardziej bolało go to, że kilku chłopaków, z którymi się zaprzyjaźnił, znalazło już rodziny zastępcze i opuściło „bidul”, a on, mając nieźle sytuowaną matkę, mieszkającą w dużym domu, musiał tu zostać sam jak pies. Nie miał pieniędzy na bilet, więc pojechał do niej pociągiem na gapę, nieśmiało licząc na to, że gdy kobieta go zobaczy, zmieni zdanie i pozwoli mu zostać. Gdy stanął na progu domu Anette, w kieszeni miał wiersz dla matki, nad napisaniem którego spędził kilka żmudnych godzin, a w ręku duży bukiet róż. Nie mając pieniędzy kupił je za zegarek - dostał go w prezencie z okazji pierwszej komunii i była to jedyna cenna rzecz, jaką posiadał. Kilka razy nacisnął na dzwonek i czekał. Matka otworzyła mu po dłuższej chwili z wyraźnie niezadowoloną miną. Nie widziała go od trzech lat i ze zdziwieniem stwierdziła, iż Robert jest już od niej wyższy. - Po co przyjechałeś? – spytała opryskliwie, zanim zdążył się odezwać, nie wpuszczając go do środka. – Nie możesz tu zostać! Wyszłam za wspaniałego faceta, którego kocham, mam z nim dzieci, a on nie życzy sobie, żebyś z nami zamieszkał – twardo patrzyła mu w oczy, aż chłopak spuścił wzrok. – W końcu ułożyło mi się życie i nie dopuszczę do tego, żebyś mi to wszystko schrzanił! Zaskoczony i zdruzgotany chłopak nie odezwał się ani słowem. Momentalnie zwilgotniały mu oczy. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę chodnika. Po drodze wyrzucił do kosza bukiet róż. Matka nadal stała w drzwiach i obserwowała go. Gdy Robert zatrzasnął za sobą furtkę, wyciągnął z kieszeni wiersz, podarł go, a strzępy papieru rzucił na ziemię. Odwrócił się i krzyknął do kobiety: - Nigdy więcej mnie nie zobaczysz! Oddalił się szybkim krokiem. Gdy zniknął za rogiem ulicy, coś tknęło Anette. Serce matki drgnęło. Nie chciała w ten sposób rozstawać się z synem. Zanim zdążyła mu wszystko powiedzieć – uciekł. Za jakiś czas porozmawia z mężem, może uda jej się przekonać mężczyznę, żeby zamieszkali razem. Pobiegła za chłopakiem. Jednak już go nie zobaczyła. Zniknął gdzieś w śródmiejskim tłumie. Poszła na pobliski dworzec kolejowy i szukała tam syna ponad godzinę, ale chłopak już się nie pojawił. Po latach Anette przekonała się, że spełniło się to, co jej obiecał – tego dnia widziała go ostatni raz.

*******

- Znowu piszesz do niej list? – zagadał Mike, widząc przyjaciela siedzącego przy stoliku nad kartką papieru. Duży namiot wojskowy oświetlało kilka lamp olejnych. - Tak, do Simone – Robert uśmiechnął się szeroko. - Gdyby nie to, że ktoś, komu na mnie zależy, czeka gdzieś tam daleko, aż wrócę, chyba bym się załamał w tej pieprzonej dżungli. - Też często myślę o mojej kobiecie i córeczce. To podnosi mnie na duchu. Ale rzadko do niej piszę. Nie lubię tego, nie mam daru do pisania. - Ja chyba mam – zaśmiał się blondyn. – Kiedyś dużo pisałem, nawet po kilka godzin dziennie. „Spłodziłem” kilkadziesiąt opowiadań i dwie powieści, ale jakoś żadne wydawnictwo nie chciało zaryzykować i wydać coś nieznanego autora. W szkole zawsze mi mówiono, że jestem bardzo zdolny i utalentowany pisarsko, ale może to tylko były takie żarty? – chłopak uśmiechnął się. - Niestety nie mogłem się przebić. Może gdybym miał pieniądze na wydanie pierwszej książki, to potem byłoby łatwiej zaistnieć jako pisarz, bo nie byłbym już debiutantem. - Stary, nie znałem cię od tej strony – zaśmiał się murzyn. - W podstawówce, a potem w średniej szkole, nieraz słyszałem pochwały od nauczycieli, że taki dobry ze mnie chłopak – inteligentny, uzdolniony, ambitny – i że na pewno odniosę w życiu sukces – Robertowi zebrało się na wspomnienia i rozgadał się jak nigdy. – Niestety stało się inaczej. Dostałem się na anglistykę, ale musiałem przerwać studia, bo nie było mnie na nie stać. Zacząłem pracować jako magazynier i pewnie robiłbym to do dzisiaj, gdyby nie wrobiono mnie w kradzież. Cholerny świat! Takie kiedyś miałem marzenia, a teraz tkwię tu w tym gównie i nie wiem, czy dożyję jutra! Gdyby nie wrobili mnie w to przestępstwo, pewnie moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Kto wie? Może byłbym teraz znanym pisarzem, mieszkałbym sobie z piękną żoną i dziećmi w jakieś willi i pisał powieść za powieścią? - No niestety, takie jest życie – ciemnoskóremu mężczyźnie udzielił się nastrój przyjaciela. - Też nigdy nie myślałem że będę ganiał z karabinem po dżungli za żółtkami. - Nie masz czasem wrażenia, że jesteśmy tylko pionkami w jakieś szalonej, idiotycznej grze? - Czasami mam. I wiesz co ci powiem? Jak dorwę gościa, który przestawia te pionki, to dobiorę mu się do tyłka! Mężczyźni zaśmiali się głośno zadowoleni, że tak dobrze się rozumieją. - Ale wracając do listów – powiedział Mike. - Powiedz mi jak to jest, że ty do niej piszesz prawie codziennie, a listy od niej przychodzą rzadko kiedy? - Nie wiem, pewnie poczta nawala w tym miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi. Kto wie, czy pewnego dnia nie dostanę całego worka zaległych listów od Simone? – uśmiechnął się Robert. - Może, może – odpowiedział Mike bez przekonania. – Masz jej zdjęcie? Chętnie bym obejrzał. - Jasne – Robert wyjął z małego, zniszczonego portfela fotografię i podał przyjacielowi. - No ładna laska, naprawdę ładna – murzyn gwizdnął z uznaniem, spoglądając na uśmiechniętą, niebieskooką dziewczynę. Przyglądał jej się dłuższą chwilę, a gdy oddawał fotografię zauważył, że Robert ma w portfelu jeszcze jedno małe zdjęcie. - Co to za dziewczynka? – zainteresował się czarnoskóry mężczyzna. – Chyba nie twoja córka? - Nie, to moja siostra – Robert nagle posmutniał. - Zapowiadała się na naprawdę piękną kobietę. Mike wziął do ręki fotografię i przez nieuwagę upuścił. Podnosząc je z ziemi zauważył napis na rewersie: „Zapamiętam Twój uśmiech. Zapamiętam Twoją twarz. Nigdy nie zapomnę, że byliśmy dziećmi”. Bez trudu rozpoznał charakter pisma. - Na tym zdjęciu miała sześć lat. - A teraz ile ma? – spytał Mike. - A teraz nie żyje.

*******

Piękna, długowłosa blondynka leżała nago na dużym, szerokim łóżku,. Do pokoju wszedł wysoki, przystojny mężczyzna w szlafroku, trzymając w ręku list. - Simone, znowu napisał do ciebie ten twój kochaś – powiedział z przekąsem. – Kiedy w końcu mu powiesz, że z wami już koniec i żeby więcej do ciebie nie skrobał tych swoich wypocin? - Przecież mówiłam ci, że nie chcę tego robić, żeby go nie załamywać. Żal mi chłopaka. Byliśmy razem tak długo, a teraz on już drugi rok jest tam sam na tej wojnie. Ciągle mi pisze, że gdyby nie ja, to nie miałby po co żyć. - Ale dlaczego ma sobie robić płonne nadzieje? Im się później dowie o tym, że jesteś ze mną, tym bardziej go to zaboli. - Po prostu nie mam serca, żeby mu napisać „żegnaj, to koniec”. Jeszcze by sobie zrobił coś złego. Jak wróci z wojny, to się dowie. - Może nie wróci i problem sam się rozwiąże. Tylu żołnierzy codziennie ginie na froncie – mężczyzna uśmiechał się złośliwie, rozdarł kopertę i wyciągnął kartkę papieru. – Przeczytam ci, co nabazgrał ten żałosny żołnierzyk. Położył się obok blondynki, która przytuliła się do niego. Gestem dumnego właściciela położył prawą dłoń na dużej, jędrnej piersi Simone, a w lewej trzymał list i czytał: „Kochanie! Nie ma dnia, żebym o Tobie nie myślał i nie marzył, żeby być znowu z Tobą. Gdyby nie Ty i perspektywa, że kiedyś wrócę do Ciebie, chyba nie miałbym już sił i motywacji, żeby walczyć, a wtedy na pewno bym nie przeżył. Zwłaszcza, że ta wojna nie ma najmniejszego sensu. Wpieprzyliśmy się tu jak kiedyś Amerykanie do Wietnamu, zabijając wyłącznie w imię interesów przywódców państw. Oddałbym dziesięć lat życia, żeby stąd się wyrwać. Tu jest po prostu strasznie. Śmierć chodzi za mną krok w krok i boję się, że kiedyś mnie dogoni. Codziennie ginie jakiś kolega. Wczoraj kula snajpera dosięgnęła chłopaka, który przypłynął na Filipiny tym samym statkiem co ja. Kilka razy byłem już postrzelony, mam też dwie dość poważne rany cięte, na szczęście nie zagrażają mojemu życiu. Jedzenie mamy do niczego – mało, okropne w smaku i często spleśniałe. Wysoka temperatura i wilgotność oraz chroniczny niedobór snu wykańczają mnie. Schudłem już prawie piętnaście kilo. W dodatku wszędzie te cholerne insekty – chodzą po mnie i gryzą praktycznie dzień i noc. Żółtki bronią się bardzo dzielnie, z trudem zdobywamy każdy metr ziemi, a teren jest bardzo ciężki: gęsta dżungla, wzgórza i doliny. Dlatego wsparcie lotnictwa nie daje nam takiej przewagi, jaką osiągnęlibyśmy na otwartym terenie. Chyba mam coś z płucami, bo pluję krwią, zresztą nie tylko ja. Dostałem order ”Nieustraszeni w boju” i awans na sierżanta za „bohaterskie wyniesienie żołnierza spod ciężkiego ostrzału wroga z poważnym narażeniem własnego życia”. Myślą, że medalami przekonają mnie, że ta pieprzona wojna jest też moją sprawą, ale nigdy im się to nie uda. Jestem szczęściarzem, że Cię poznałem. Teraz już wiem, że bez Ciebie życie traci sens. Kocham Cię tak bardzo, że już chyba bardziej nie można, każde Twoje słowo, spojrzenie, gest. Pamiętasz dzień, w którym się poznaliśmy? Wyglądałaś tak uroczo, gdy poprosiłem Cię do tańca. Nie wiem dlaczego, ale od razu wtedy poczułem, że jesteś mi przeznaczona. Tego dnia Los w końcu się do mnie uśmiechnął. Mam nadzieję, że niedługo znów to zrobi, skończy się wojna i przyjadę do Ciebie. Ale co tam, kotku, słuchać u Ciebie? Ostatnio tak rzadko piszesz. Pewnie masz dużo pracy? Nie bierz na siebie za dużo obowiązków, to nie ma sensu. Lepiej wypoczywaj i myśl o mnie, bo czuję, że już niedługo znów będziemy razem. Oczami wyobraźni widzę już, jak chodzimy na długie spacery nad rzekę, a potem kochamy się namiętnie co noc. Pisz, pisz jak najwięcej i najczęściej. Każde słowo od Ciebie jest dla mnie bezcenne i dodaje mi sił. Kocham Cię, kochanie moje! Na zawsze Twój. Robert” - Facet jest po prostu śmieszny – mężczyzna skomentował list z wyrazem pogardy na ustach. – Śmieszny i żałosny. Skąd ty go wytrzasnęłaś? - Nie wyśmiewaj się z niego! – dziewczynie nie spodobała się jego reakcja. – On po prostu jest we mnie śmiertelnie zakochany. To taki dobry chłopak. „Kto wie, co będzie w przyszłości?” – pomyślała kobieta, przymykając oczy. –„Może gdy Robert wróci z wojny, zerwę z Jamesem i znów będę z nim?„ Im dłużej trwał jej związek z Jamesem, tym mniej jej się podobał ten mężczyzna. Na początku była nim zachwycona, ale z czasem przekonała się, że jest aroganckim, zapatrzonym w siebie człowiekiem. Tak naprawdę nie kochała tego bogatego producenta filmowego, ale nie potrafiła żyć samotnie. James zawrócił jej w głowie i uwiódł w bardzo romantyczny sposób, ale odkąd zamieszkali razem, coraz mniej się starał. Wojna przeciągała się i niewiadomo było, jak długo jeszcze potrwa. Istniało też niebezpieczeństwo, że Robert zginie na Filipinach. Dziewczyna miała poważny dylemat. Być z Jamesem i zapewnić sobie dostatnie życie czy w samotności czekać na Roberta, który może nigdy nie wrócić? Może James czasem zachowuje się tak okropnie, bo po prostu jest zazdrosny o Roberta i gdyby napisała w liście do Gibsona, że ma jej dać spokój, ponieważ jest związana z kimś innym, James zmieniłby się na lepsze? Serce Simone skłaniało się ku Robertowi, a rozum – w stronę Jamesa.

******* 5 grudnia 2010 roku tuż przed zachodem słońca zdarzyło się coś, co sprawiło, iż Robert Gibson został wysłany do domu. Jednak życzenie chłopaka spełniło się w tak makabrycznych okolicznościach, iż absolutnie się z tego nie cieszył. Słońce chowało się za dżunglą, rzucając ostatnie pomarańczowe promienie światła, gdy kompania Roberta wracała do bazy. Nastroje żołnierzy były dość dobre, bo udało im się zdobyć małą filipińską wioskę bez większych strat. Zostawili w niej kilkunastu żołnierzy, mających trzymać straż, a reszta mężczyzn dziarsko maszerowała gęsiego błotnistą, krętą ścieżką, by zdążyć przed zmrokiem. Robert szedł na czele oddziału kilka metrów za Mike’em. Nagle usłyszał głośny, rozdzierający uszy huk, a ułamek sekundy później został odrzucony na bok z potężną siłą. Poczuł straszliwy ból w ręce i nodze. Stracił przytomność.

*******

Robert odzyskał świadomość w małym, dusznym szpitalu polowym. Morfina powoli przestawała działać i ból stawał się nie do wytrzymania. Gdy spojrzał na lewą rękę, krzyknął rozpaczliwie. Nie miał przedramienia. Ręka kończyła się tuż za łokciem. Najbardziej dokuczała mu prawa noga. Gdy do niej sięgnął, serce mu zamarło. Zamiast nogi miał kikut długości około trzydziestu centymetrów. W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, iż do końca życia będzie kaleką. - Co z Mike’em? – spytał stojącego obok lekarza. - Chodzi ci o tego murzyna? – mężczyzna odpowiedział beznamiętnym głosem, zakładając rękawiczki chirurgiczne. – Nie zostało z niego nic. Absolutnie nic. Mina rozerwała go na strzępy.

*******

Robert przyleciał do kraju już na drugi dzień. Wojsko stanęło na wysokości zadania i zafundowało swojemu wojennemu bohaterowi najlepsze dostępne na rynku protezy. Dzięki nim mógł normalnie chodzić, zginać rękę i poruszać palcami. Chłopak nie potrafił się pogodzić z tym, że został inwalidą wojennym i to w tak młodym wieku, ale pocieszał się, że lepiej nie mieć ręki i nogi niż być martwym. Zaraz po wyjściu ze szpitala Robert kupił ogromny bukiet róż i pojechał do mieszkania Simone. Nie powiadomił przedtem dziewczyny, że wrócił z frontu, bo wstydził się swojego kalectwa i nie chciał, by ktokolwiek – a zwłaszcza ona! – widział go bez protez. Teraz też nie uprzedził Simone o swojej wizycie, bo pragnął jej zrobić niespodziankę. Szedł do niej z mieszanymi uczuciami, lekko kulejąc na nogę, do której miał przymocowaną protezę. Z jednej strony bardzo się cieszył, że po ponad dwóch latach w końcu ją zobaczy, a z drugiej był zdenerwowany. Obawiał się nie tylko reakcji dziewczyny na jego fizyczne upośledzenie. Sytuacja przypominała ma tę sprzed dziesięciu lat, gdy również z bukietem kwiatów zmierzał do domu swojej matki z wielkimi nadziejami, a okazało się, iż kobieta go odrzuciła. Podświadomie czuł strach, większy nawet od tego, jaki czasem dopadał go na Filipinach. Spocony z emocji nacisnął dzwonek u drzwi mieszkania Simone. Nikt mu nie otworzył, więc nacisnął drugi raz, a potem trzeci. Miał już odejść, gdy usłyszał szczęk przekręcanego zamka. Drzwi otworzyły się, a za nimi stała Simone. Wyglądała olśniewająco pięknie, z rozpuszczonymi długimi włosami, ubrana w obcisłą, kanarkową sukienkę z dużym dekoltem. Spoglądała na niego wzrokiem, w którym niedowierzanie walczyło ze strachem. Nie tak Robert wyobrażał sobie spotkanie po latach rozłąki. - Co ty tu robisz? – wydusiła w końcu, przerywając kłopotliwe milczenie. - Wróciłem z wojny. Nie cieszysz się? – we wzroku chłopaka krył się smutek i rozczarowanie jej reakcją. - Myślałam, że nie żyjesz! James czytał w gazecie, że wpadłeś na minę i rozerwało cię na kawałki. - To mój przyjaciel zginął, nie ja. Mnie tylko urwało rękę i nogę – Robert popukał w metal protezy. – Widzę, że nie jest ci to w smak. I kto jest James? - Mój mąż – Simone uśmiechnęła się smutno. – Pobraliśmy się zaraz po wiadomości o twojej śmierci. - Jakiej śmierci, do jasnej cholery! - krzyknął, ale zaraz się opanował. - Niestety przeżyłem. Jak mogłaś mi to zrobić? – spytał z wyrzutem w głosie. – Pisałaś mi w listach, że bardzo mnie kochasz i tęsknisz, a tymczasem przyprawiałaś mi rogi! Przy pierwszej niesprawdzonej pogłosce wyszłaś za innego, jakbym nic dla ciebie nie znaczył! Jak długo jesteś z tym, jak mu dam, Johnem czy Jamesem? Kiedy zaczęłaś mnie zdradzać?! – chłopak był blady jak ściana, a serce waliło mu jak oszalałe. - To nie jest tak jak myślisz! – dziewczyna była bliska płaczu. – Czułam się taka samotna, a ty byłeś gdzieś na drugim końcu świata. Nawet nie wiedziałam, czy kiedykolwiek wrócisz! A potem jeszcze ta wiadomość o twojej śmierci! - Ty dziwko! – Robert poczuł, że świat mu się zawalił. – Tak bardzo cię kochałem, a ty mnie zdradziłaś! Wyrzuciłaś ze swojego życia jak zabawkę, która już się znudziła. Nigdy ci tego nie wybaczę! Ty suko! - Jak się zwracasz do mojej żony, frajerze?! – za plecami Simone stanął wysoki, postawny brunet. – Przeproś ją i wynocha! - Tak się do niej zwracam, jak mi się podoba! – Robert był wściekły. – I lepiej się zamknij, bo zrobię ci z dupy jesień średniowiecza! - Grozisz mi?! – ryknął James. – Zaraz tego pożałujesz! James skoczył do przodu, ale Simone powstrzymała go, chwytając męża za ramię. - Chodź, zabawimy się we dwóch! – w dłoni Roberta błysnęło ostrze sprężynowca. - Nie, James! Proszę cię, nie! – Simone uwiesiła się na szyi bruneta. – On jest zawodowym żołnierzem, wyszkolonym do zabijania. I ma nóż! Nie masz z nim szans! On cię zabije! - No chodź, chłopczyku! Nie kryj się za plecami kobiety – drwił Robert, pewny swego. - Wynoś się albo zadzwonię po policję – James był czerwony na twarzy z wściekłości, ale strach przed nożem powstrzymał jego zapędy do walki. - Pójdę, ale tylko dlatego, że ja tak chcę! I lepiej dla ciebie, żebyśmy się nigdy więcej nie spotkali – wycedził Robert. – A ty – spojrzał na dziewczynę – kiedy następnym razem będzie cię pieprzył ten dupek, zamknij oczy i pomyśl sobie, że to jestem ja! Przypomnisz sobie o mnie, kiedy będzie ci źle, ale wtedy będzie już za późno. Rzucił jej kwiaty prosto w twarz. Potem odwrócił się na pięcie i odszedł, nie oglądając się za siebie. Łzy cisnęły mu się do oczu, ale opanował się. Bohaterowi wojennemu nie wpadało płakać z powodu kobiety. Ani z żadnego innego. Musi być twardy, bo życie wobec niego też jest twarde. Simone całą noc płakała do poduszki. Nie mogła się uspokoić. Teraz już wiedziała, że rozum jej źle podpowiedział. Dokonała złego wyboru. Trzeba było iść za porywem serca, bo z Jamesem nigdy tak naprawdę nie będzie szczęśliwa.

*******

Po bardzo przykrej wizycie u Simone Robert całkowicie się załamał. Czuł się odrzucony przez wszystkich, niepotrzebny jak zużyta, zepsuta maszyna. Miał wrażenie, że cały świat sprzysiągł się przeciwko niemu, ciągle rzucając mu kłody pod nogi. W krótkim czasie stał się zgorzkniałym człowiekiem, z zachowania przypominającym raczej zgrzybiałego starca niż młodego mężczyznę. Z powodu kalectwa nikt nie chciał go przyjąć do pracy, więc utrzymywał się wyłącznie ze swojej wojskowej renty inwalidzkiej. Wynajął skromną kawalerkę na przedmieściach i przebywał w niej większość czasu, czytając książki lub wpatrując się w sufit i rozmyślając. Bywało, iż przez tydzień lub dwa nie odzywał się do nikogo poza sprzedawczynią w sklepie spożywczym. Wychodził wieczorami na spacer, snując się ulicami jak ponury duch. Robert nie unikał niebezpiecznych dzielnic i dlatego zawsze miał przy sobie nóż sprężynowy. Dwa razy został zaatakowany przez lokalnych bandziorów, ale pomimo braku ręki i nogi potrafił się znakomicie obronić. Młodzieniec poważnie zranił kilku napastników, sam wychodząc z walki bez większego szwanku, co wzbudziło respekt wśród miejscowego elementu przestępczego. Odtąd bandyci zaczęli go szanować, tolerując jego obecność i nie wchodząc mu w drogę. Nikt nie miał odwagi zmierzyć się z muskularnym, posępnym mężczyzną, szybkim i zwinnym jak pantera i operującym nożem z precyzją chirurga. Pewnego kwietniowego, deszczowego wieczoru do drzwi Roberta zapukało dwóch mężczyzn. Mieli pokryte bliznami twarze i twarde, ostre rysy twarzy. Słyszeli o nim i chcieli zaoferować pracę. - Co to za praca? – Robert wykazał umiarkowane zainteresowanie. - Sprzątanie – odpowiedział wyższy z mężczyzn. - Nie jestem zainteresowany. Czy ja wyglądam na sprzątaczkę? - Chodzi nam o sprzątanie śmieci. Ludzkich śmieci. - Czy dobrze zrozumiałem? Mam być zabójcą? – chłopak był zdziwiony, ale nie wstrząśnięty. - Tak. To chyba nie jest dla ciebie problem, żeby kogoś zabić? Wiemy, że byłeś na wojnie w Filipinach. Wojenni weterani są naprawdę dobrzy w te klocki,. Ilu żółtków tam załatwiłeś? - Nie wiem, nie liczyłem. Może piętnastu, a może dwudziestu. Ale to było co innego. Byłem na wojnie i nikt mi za to nie płacił. Gdybym ja nie zabił, oni zabiliby mnie. - Zabijanie jest zabijaniem, niezależnie od okoliczności. Płacimy dwadzieścia tysięcy od głowy. To całkiem niezła sumka. - Nie jestem zainteresowany, ale spytam z czystej ciekawości. O jakie konkretnie ludzkie śmieci wam chodzi? - O gości, którzy w jakiś sposób nam się narazili. Alfonsów, morderców, bandytów, gwałcicieli. Ludzi, którzy nie są warci tego, by żyć. Menty, po których nikt nie będzie płakał, a społeczeństwo odetchnie, gdy zobaczy ich w trumnach. - Żadnych kobiet i dzieci? - Żadnych. Chodzi wyłącznie o sprzątanie z męskich śmieci. Przemyśl to. Wrócimy tu za jakiś czas.

*******

Po kilkutygodniowym namyśle Robert przyjął propozycję mafii Tonny’ego Delgado, potocznie zwanej „Wilki”. Stał się ich „cynglem”, mordercą na zlecenie, wykonawcą wyroków. Swój wybór tłumaczył sobie tak, że wyręcza w ten sposób policję i uwalnia świat od kryminalistów. „Jestem karzącą ręką sprawiedliwości działającą na zlecenie gangsterów” – myślał. Zastrzegł sobie prawo do odmówienia wykonania zlecenia, gdyby ofiara wydawała mu się zbyt mało szkodliwa społecznie i niegodna śmierci. Jednak nigdy z niego nie skorzystał. Każda z osób, na które mafia wydała wyrok, dostałaby za swoje występki co najmniej dożywocie, gdyby została ujęta przez policję. Nie bał się, że może się zdarzyć, iż to on zginie podczas „sprzątania” albo iż zostanie złapany przez wymiar sprawiedliwości i skończy na krześle elektrycznym. Tak naprawdę miał dosyć siebie i całego świata. Nie miał żadnego powodu, by żyć. Szukał śmierci, chociaż nie był na tyle zdeterminowany, by popełnić samobójstwo. Podświadomie liczył na to, iż może pewnego dnia wydarzy się coś, co nada sens jego egzystencji lub ją zakończy. Zleceń nie było dużo. Jedno, czasami dwa w miesiącu. Z każdym kolejnym podchodził do swojego zadania spokojniej i mniej emocjonalnie. Jak to zwykle bywa, najtrudniejszy był pierwszy raz. Miał załatwić niejakiego Ashtona Willberda, faceta, który zabił kuriera mafii Tonny’ego Delgado. Mężczyzna był bardzo szybki i niebezpieczny, łatwo można go było wyprowadzić z równowagi, a wtedy sięgał po broń i strzelał bez opamiętania. Robert wiedział od zleceniodawcy, iż jego przyszła ofiara często przesiaduje w barze „Pod Rudą Bertą”, pijąc na potęgę. Wpadł więc tam w sobotni wieczór, a gdy zauważył Ashtona, natychmiast wyszedł i wrócił po trzech godzinach. Willberd nadal tam był, a jego głośne zachowanie, chamskie odzywki i mocno zaczerwieniona twarz wskazywała, iż jest już pod silnym wpływem alkoholu. Robert zamówił piwo i usiadł w najciemniejszym rogu lokalu. Gdy Ashton poszedł do ubikacji, młodzieniec ruszył za nim. Niczego niespodziewający się Willbord oddawał mocz do pisuaru, gdy nóż Gibsona zagłębił się w jego ciele. Potem drugi raz, trzeci i czwarty. Trupa zostawił w kabinie, blokując klamkę od środka kijem od szczotki i wychodząc górą przez drzwi. Robert miał potem wyrzuty sumienia, ale nie były one zbyt silne. „W końcu zabiłem mordercę, człowieka, który miał na sumieniu śmierć kilku niewinnych ludzi.” – usprawiedliwiał się w myślach. – „Azjaci, którzy zginęli z mojej ręki w Kambodży, z pewnością dużo bardziej byli warci tego, by zostawić ich przy życiu, a strzelałem do nich tylko dlatego, że dostałem taki rozkaz.” Drugim mężczyzną, na którego „Wilki” wydały wyrok, był Bill Calagher. Zajmował się ściąganiem haraczy i długów. Znany był ze swojego wyjątkowego okrucieństwa. Potrafił dłużnikowi nie wywiązującemu się ze swoich zobowiązań obciąć po kolei wszystkie palce albo wydłubać nożem oko. Kilka razy zdarzyło się, że Bill zbyt mocno się starał i dłużnik wykrwawił się na śmierć w czasie próby zmuszenia go do płacenia. Calagher naraził się Tonny’emu Delgado, gdy złamał rękę jego bratankowi za zwłokę w spłacie pożyczki. Bill na swoje nieszczęście nie wiedział, z kim spokrewniony był maruder. A Tonny nigdy nie puszczał płazem takich spraw. Gibson kilka dni chodził za Calagherem, czekając na dogodną okazję. Aż w końcu grubo po północy Bill wszedł do podziemnego tunelu, by przedostać się na drugą stronę ruchliwego skrzyżowania. Robert udał się za nim i zbliżył na kilka metrów. - Calagher, ty bydlaku! – zawołał za nim. Bill odwrócił się wściekły. Nie zdążył nic powiedzieć. Rzucony nóż trafił go prosto w serce. Robert wyszarpnął ostrze. Upewnił się, że jego ofiara nie żyje i wybiegł z tunelu. Tym razem jego wyrzuty sumienia były dużo słabsze niż przy poprzedniej egzekucji. Uważał, że zabił prawdziwego śmiecia. Padalca nie godnego tego, by chodzić po tym świecie. Jego opinię utwierdziły fragmenty zasłyszanych rozmów, w których ludzie cieszyli się, iż „ktoś w końcu zapieprzył tego skurwiela”. Kilka następnych zleceń nie wywołało u niego głębszych emocji. Praktycznie nie żałował tego, iż zabił tych ludzi. „Uwolniłem świat od zbędnego balastu” – myślał sobie. – „Zrobiłem to, co już dawno ktoś powinien zrobić z tymi bydlakami”.

*******

Pewnego czerwcowego wieczoru Robert jak zwykle spacerował. Wszedł w prowadzącą nad rzekę ulicę Oak Street, a gdy minął stację metra „Izabella Point”, skręcił w Butcher Street. Pokonał kilkadziesiąt metrów, gdy w bramie po lewej stronie ulicy zauważył jakieś zamieszanie. Coś go tknęło i przystanął, chociaż z reguły nie interesował się ulicznymi awanturami. Trzech mężczyzn otoczyło młodziutką, jasnowłosą dziewczynę. Jeden z nich chwycił ją za ramię i ciągnął w głąb…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych