Płaczę, gdy dłonie czerwone
Krótka historia szaleństwa
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
"Płaczę, gdy dłonie czerwone. Płaczę pragnąc wolności."
Zawsze mnie zastanawiało co zmusza tak wielu artystów do wyjścia ze swoją sztuką na ulicę, przed oblicza turystów. Przecież większość zamiejscowych nad morze przyjeżdża w poszukiwaniu odpoczynku, by kupić kilka pamiątek i wrócić do swoich codziennych rutyn. Nikogo nie obchodzi sztuka. Zastanawiało mnie czy portreciści czują upokorzenie wysłuchując o popełnianych błędach od pierwszego lepszego „konesera sztuki”. Zirytowanie malarzy, którzy nie potrafią sprzedać swoich obrazów tylko dlatego, że nie tworzą ich na oczach widza. Ciekawiło mnie jak się czują ci wszyscy uliczni muzycy zmuszeni do grania chwytliwych melodyjek, żeby zwrócić na siebie uwagę. Jednak najbardziej nie potrafiłem zrozumieć mimów. Tych dziwnych aktorzyn, którzy nieruchomo stoją całe dnie wyczekując jałmużny, po czym, gdy już ją dostaną – wyciągają rękę, lub głaszczą po głowie dzieciaki. Niepojęte! Nadszedł jednak i mój dzień. Ostatnia sztuka, w której dostałem jedną z głównych ról, okazała się fiaskiem. Później długo nie mogłem dostać angażu, a jeśli już coś mi wpadło – była to postać drugo lub trzecioplanowa. Dużo pieniędzy z tego nie było. Jednego dnia rozmawiałem o mojej sytuacji ze znajomą wizażystką. Ona wpadła na pomysł, żebym wyszedł na ulicę. Mówiła, że jeśli się postaram, to będę z tego miał całkiem dobre pieniądze. Byłem bardzo niechętny i długo się wzbraniałem od decyzji. Argumentowałem, że nawet nie mam żadnego kostiumu, a i na kupno mnie przecież teraz nie stać. Na moje nieszczęście ona dysponowała strojem szalonego kapelusznika. Był trochę poniszczony, dlatego już go nie używała w pracy, ale obiecała naszyć kilka łat, które koniec końców dodały kostiumowi uroku. Zgodziłem się głównie dlatego, że czułem się głupio, gdy tak nalegała. Umówiliśmy się, że nauczy mnie robić sobie odpowiedni makijaż i zostawi kilka potrzebnych smarowideł. Było to cięższe niż myślałem. Spędziliśmy przed lustrem cały dzień, ale w końcu zaczynało mi się udawać. Na następny dzień postanowiłem się sprawdzić i wyjść na ulicę. Pozostała tylko jedna kwesta – do czego mam zbierać pieniądze. Wziąłem stary imbryk babci i włożyłem do niego szmatkę. Przywiązałem go sobie za ucho do pasa, spojrzałem do lustra i zobaczyłem jak komicznie wyglądam. Zacząłem śmiać się sam do siebie. Cały ubiór był niedorzeczny – zaczynając od różnokolorowych jaskrawych skarpet, przez ogromną kokardę na szyi, po rude, wręcz pomarańczowe brwi i włosy, na których spoczywał ogromny kapelusz. Śmiałem się coraz głośniej i głośniej. Twarz pomalowaną miałem na biało, usta na czerwono, a pod oczami i na policzkach kolor bordowy, nawet lekko sinawy. Skończyło się na tym, że śmiałem się do rozpuku wychodząc z mieszkania i zwracałem na siebie uwagę sąsiadów. Założę się, że większość z nich uznała mnie za kompletnego wariata. Bawiłem się jadąc pociągiem do centrum miasta. Zacząłem zaczepiać ludzi, odgrywałem swoją rolę. Byłem szalony! Ludzie zazwyczaj śmiali się razem ze mną, lub patrzyli krzywo. Wtedy mnie to nie interesowało. Podczas takiej przejażdżki zarobiłem już na dwudaniowy obiad, byłem z siebie zadowolony. Z pociągu wyskoczyłem prosto na peron zanosząc się śmiechem, nagle spoważniałem, spojrzałem na zegarek i krokiem na pół stanowczym ruszyłem ku wyjściu. Gdy tak szedłem - ludzie zaczepiali mnie sami, chcieli zrobić sobie zdjęcie, nawet nie musiałem się starać. Po prostu grałem szalonego kapelusznika, a imbryczek sam się zapełniał. Po drodze minąłem kilku mimów i nawet wrzuciłem monetę do niektórych kapeluszy. O dziwo wywołało to zachwyt u widzów, którzy aż garnęli się, żeby wrzucić mi kilka monet do imbryka. Dostałem dwa razy więcej niż oddałem. Postanowiłem, że nie ma sensu, żebym stał jak pachoł i czekał aż ludzie do mnie podejdą – sam ich zaczepiałem. Nie chciałem być statycznym mimem, zastanym jak oni wszyscy. Biegałem, skakałem, śmiałem się. Wieczorem wróciłem do domu usatysfakcjonowany ze swojej pracy.
***
Przez pierwszy tydzień rola kapelusznika naprawdę sprawiała mi radość. Później jednak zaczęły mnie męczyć upały. Byłem ubrany od stóp do głów. Peruka mnie drapała, surdut grzał, jeszcze ten cały makijaż… Musiałem zacząć nosić ze sobą torbę z kosmetykami i co jakiś czas poprawiać to marne dziełko, które miałem na twarzy. Zacząłem też zwracać uwagę na szydercze spojrzenia, które wydawały mi się coraz częstsze. Wracałem do domu zmęczony i spocony. Zmywałem maskę poprawianą przez cały dzień. Wydaje mi się nawet, że dostałem wtedy jakiegoś uczulenia, na któryś z kosmetyków. Ale prawda była taka, że zarabiałem na tym lepiej niż na marnych angażach w teatrze. Powtarzałem sobie, że jeszcze miesiąc i na pewno dostanę większą rolę, kiedyś przecież musiała skończyć się ta farsa. Jednak czas leciał. Nieważne jak się starałem – dyrektor teatru omijał mnie szerokim łukiem. W końcu zdecydowałem się zrobić sobie przerwę od nękania przełożonych i przestałem grać na scenie. Byłem tylko szalonym kapelusznikiem. Zmęczony ciągłymi upałami okupowałem jak najdłużej mogłem każdą ławkę w cieniu. Zacząłem też obserwować mijających mnie ludzi. Nigdy w życiu nie widziałem tylu twarzy w ciągu jednego dnia, co w tamtym czasie. Cała ta różnorodność, którą na początku dostrzegałem - zaczęła zlewać się w jedną bezkształtną masę. Wszystkie twarze były identyczne. Czasem zdarzało się, że kilka razy musiałem pomyśleć zanim zaczepiłem przechodnia, bo wydawało mi się, że ten sam robił sobie ze mną zdjęcie przed pięcioma minutami. Najgorsze były dzieci. Te ich chude ciałka, okrągłe buzie i lepkie od słodyczy łapki. Miały pokłady energii, które powalały mnie na łopatki. Przy nich musiałem grać jeszcze bardziej szalonego. Miałem być bardziej zwariowany niż sześcioletnie wypierdki. Gorsi od nich byli tylko ich rodzice. Bawisz się z dzieciakiem pół godziny, a ten ucieka do wołających go opiekunów, zadowolonych, że mieli chwilę dla siebie, a ty nie dostajesz za to nic. Niejednokrotnie byłem wykorzystywany jako bezpłatna niańka. Podchodzili, zostawiali swoje pociechy i liczyli na to, że ja - będąc już skrajnym desperatem, zajmę się nimi. Zajmowałem. Co innego miałem zrobić? Upominałem tylko nieodpowiedzialnych rodziców i czasem widziałem odrobinkę skruchy na ich jednakowych twarzach. Znosiłem naprawdę wszystko. Szyderstwa, brak szacunku, ignorowanie. Jednak nic nie mogło przebić rozbawionych spojrzeń moich kolegów po fachu. Znali mnie wszyscy bardzo dobrze, nie raz odebrałem im rolę. Teraz bawili się moim kosztem. Nawet nie musieli się odzywać. Z odległości kilku metrów machali do mnie ze śmiechem na ustach. Gdybym nie miał całej twarzy wysmarowanej na biało – pewnie oblewałbym się rumieńcem za każdym razem, gdy ich widziałem.
***
W końcu nadeszła fala gorąca. Dopiero wtedy zacząłem się naprawdę męczyć. Wydało mi się, że byłem obskakiwany przez turystów z każdej możliwej strony. Tu zdjęcie, tam uśmiech, podanie dłoni. Byłem przegrzany i bardzo nerwowy, ale starałem się tego po sobie nie pokazywać. W końcu to była moja praca – nie mogłem sobie pozwolić na niedyspozycję, nikt nie zapewniłby mi płatnego urlopu. Po jednym z bardziej męczących dni wracałem do domu po pustych uliczkach. Było już ciemno, ale postanowiłem nie marnować pieniędzy na pociąg i przejść się te półtorej godziny. Pomyślałem, że mnie to uspokoi. Świeże wieczorne powietrze zawsze dobrze mi robiło. Wybrałem drogę przez osiedla ze względu na skrót. Wychodząc z jednego z nich zaczepił mnie jakiś chłopaczek, góra dziewiętnastoletni. Chwilę popyskował, a potem zamachnął się i z całej siły uderzył mnie w twarz. Byłem skołowany. Oberwałem drugi raz i lekko się zachwiałem. Chłopak zamachnął się jeszcze raz, ale udało mi się chwycić go za rękę i odepchnąć. Później złapałem go za ramiona i znów popchnąłem. Nie wiem czy zawiniło moje rozkojarzenie, może wzburzenie, ale zrobiłem to trochę za mocno. Przewrócił się, uderzył głową w krawężnik. Stałem chwilę osłupiały. Rozedrganym głosem powiedziałem coś do chłopaka, chciałem żeby
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Galiszewska
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…