Platynowy Chrystus
Opowiadanie grozy napisane przez jakuba i mictlantecutli - warszawska historia o mrocznej tajemnicy zaklętej w świętej figurce Chrystusa
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ulica była pusta. Chłodny, wilgotny poranek zapowiadał typowy, jesienny dzień. Mury kościoła pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła na skrzyżowaniu ulic Emilii Plater i Wspólnej w Warszawie spowijała gęsta mgła. Maciej zaparkował swojego taurusa tuż obok kościoła, jednak nie zgasił silnika, ani nie wyłączył świateł. W radio podawano właśnie trzydniową prognozę pogody. Później zabrzmiała Metallica w utworze "Nothing else matters", którego Maciej wysłuchał w znużeniu, co chwila ziewając. Zobaczył księdza wychodzącego przez ogromne drzwi kościoła. Duchowny z uśmiechem na twarzy podszedł do zaparkowanej nieopodal zgniłozielonej Vectry, po czym wsiadł do auta i odjechał z piskiem opon, kierując się w stronę Marszałkowskiej. Niedaleko stał bardzo otyły mężczyzna. Rozmawiał przez telefon komórkowy, ostentacyjnie drapiąc się po tyłku. Po chwili podjechał stary van z działającym tylko jednym reflektorem z przodu, a grubas niezdarnie rozsiadł się obok kierowcy, cały czas prowadząc telefoniczną konwersację. Moment później ulica znowu była pusta. Mgła niemal zanikła i z ciężkich, szarych chmur zaczął kropić deszcz. Maciej włączył wycieraczki i wpatrując się niemo jak pracują, wyciągnął z kieszeni marynarki paczkę papierosów. Zapalił, zaciągnął się porządnie dymem, po czym wypuścił go przez nos. Opuścił całkowicie boczną szybę i zaczął szukać jakiejś stacji radiowej, w której nadawano by poranne wiadomości. Miał dość rockowych ballad i przebojów techno, od których pomału dostawał kręćka. Niestety, musiał się nimi w tej chwili zadowolić, gdyż serwisy informacyjne niedawno się skończyły. A audycje poświęcone polityce, które tak bardzo go interesowały, nadawano dopiero po południu. Zrezygnowany postanowił jednak wyłączyć radio i w aucie zapanowała cisza mącona jedynie cicho pracującym silnikiem. Spojrzał na drzwi kościoła. Dopalił papierosa, a niedopałek wyrzucił przez okno. Czekał.
Nic nie widział. Rozległ się głośny huk, po czym ktoś wybuchnął śmiechem. Trzech, albo czterech mężczyzn stało nad nim i bełkotało coś niezrozumiale. Próbował otworzyć oczy, ale nie potrafił, jakby nagle jego powieki zrosły się. Było mu zimno i czuł jak coś po nim pełza. Robak. To musiał być robak. Całe mnóstwo oślizgłych, wijących się robaków. Po chwili jego nadgarstek przeszył ból. Chciał krzyknąć, ale nie mógł otworzyć ust. Zaczął gwałtownie wierzgać nogami, ale miał bardzo ograniczoną swobodę ruchów. Leżał na wznak w jakiejś skrzyni. Po obu stronach były ściany. W pewnej chwili zacisnął dłonie i poczuł, że zgniata w nich coś śliskiego, co momentalnie pękło. Kleista maź zaczęła spływać po nadgarstkach aż do łokci. Ponownie rozległy się głośne śmiechy mężczyzn. Jeden z nich krzyknął: - Zobaczcie, ten truposz się rusza! Drugi głos odpowiedział niemal natychmiast: - Jest martwy, uwierz mi. Facet jest głuchy jak pień, ślepy jak kret i sztywny jak mój kutas! Kolejna salwa śmiechów i głosy, których Maciej nie mógł zrozumieć. I znowu rozległ się huk, jakby ktoś z całych sił uderzył jakimś twardym, płaskim narzędziem w drewnianą dyktę. Uporczywie próbował się wydostać z pomieszczenia, w którym leżał, ale ilekroć usiłował wstać, zawsze czuł bolesne ugryzienia robaków, pełzających po jego twarzy, szyi. Wchodziły przez kołnierz koszuli i gryzły jego klatkę piersiową, brzuch i genitalia. Nagle udało mi się otworzyć oczy. Słońce natychmiast poraziło jego źrenice. Zobaczył wieko trumny, która właśnie zamykała się nad nim. Krzyknął. Mężczyźni z łopatami w rękach w złowieszczych uśmiechach wyszczerzyli do niego pożółkłe zęby. Próbował wydostać się z trumny. Podniósł się, ale niemal w tej samej chwili jeden z grabarzy kopnął go w żebra. Maciej runął na plecy między czarne, wijące się, wygłodniałe robaki. - Ten truposz naprawdę się rusza! - wykrzyknął ktoś i wtedy wieko trumny zatrzasnęło się.
Obudził się wrzeszcząc na całe gardło: - Nie! Był w swoim samochodzie. Zgasił silnik i na moment przymknął oczy. Poczuł ulgę. Był spocony, serce łomotało mu szaleńczo w klatce piersiowej i przez chwilę nie mógł złapać oddechu, jakby dopiero ukończył maraton. Spojrzał na zegarek, który pokazywał ósmą czterdzieści dwie. Spał ponad godzinę. Zdecydowanie za długo. Miał nadzieję, że niczego nie przegapił. Drzwi kościoła były wciąż zamknięte, nikt nie wychodził, ani nikt nie wchodził. Deszcz przestał kropić, ulicą co chwila przejeżdżał jakiś samochód, a chodnikiem podążali ludzie śpieszący się do pracy, bądź do szkoły, trzymając swoje pociechy za ręce. Maciej ponownie spojrzał na swojego złotego rolexa i zrobił kwaśną minę. Zastanawiał się dlaczego właśnie on musi teraz ślęczeć w samochodzie, nie mając pojęcia na co w ogóle czeka i ile czasu spędzi jeszcze w aucie. Był oszołomiony i podenerwowany. Miał tylko nadzieję, że nie będzie żałował, iż podjął się tej roboty. Była bardzo dobrze płatna, tak jak żadna, jaką dotychczas wykonał. Przez dwa miesiące dorobił się taurusa, domku nad jeziorem, złotego rolexa. Żył jak pączek w maśle. Teraz czekał. Jednak nikt nie wychodził z kościoła. Maciej otrzymał wyraźne wskazówki, aby zatrzymać auto przy kościele pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła o siódmej rano i tak właśnie zrobił. Miał czekać, to czekał. I poczeka tak długo, aż ktoś da mu jakiś sygnał i powie, co ma robić. Zdecydował, że posiedzi jeszcze w samochodzie, wypali kilka papierosów, wysłucha w końcu serwisu informacyjnego w radio, a potem... Potem się zobaczy. Przeciągnął się leniwie na siedzeniu i ziewnął. Włączył radio i usłyszał niski głos spikera, który z ogromnym podnieceniem opowiadał o groźnym wypadku na Alejach Jerozolimskich: "Czerwony Ford Scorpio zderzył się z Peugeotem 605. Kierowca forda przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle i wbił się w bok Peugeota z prędkością ponad siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Gdyby nie poduszka powietrzna skończyłoby się to dla niego tragicznie. O wiele mniej szczęścia miał kierowca Peugeota, który zginął na miejscu. Dwójka pasażerów czerwonego Scorpio została przewieziona do szpitala w stanie ciężkim, ale ich zdrowiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. Ten wypadek to kolejny przykład brawurowej, nieodpowiedzialnej jazdy. W przeciągu ostatnich kilku dni to już trzeci śmiertelny wypadek na Alejach Jerozolimskich. Apelujemy o ostrożniejszą jazdę i przechodzimy do prognozy pogody, którą omówi..." Maciej zmienił stację. O pogodzie nasłuchał się już dzisiaj wystarczająco dużo. Kiedy usłyszał piosenkę The Foreigner "I wanna know what love is" podgłośnił odbiornik. Ten utwór zawsze wprawiał go w melancholijny nastrój i powodował, że zaczynał myśleć o swoim małżeństwie, które rozpadło jakieś cztery lata temu. Przypomniał sobie tamtą chwilę, kiedy wcześniej wrócił z pracy i zastał w mieszkaniu swoją żonę pieprzącą się z dwudziestodwuletnim synem ich wspólnego dentysty. Zamiast wpaść we wściekłość, roześmiał się na całe gardło i zupełnie spokojnie powiedział do żony:" Masz dwadzieścia cztery godziny żeby wynieść się z mojego domu." Potem wyszedł, wsiadł do samochodu i całą noc spędził u dwóch prostytutek mieszkających gdzieś na Żoliborzu. Teraz myślał o tym, jaki był wtedy głupi i łatwowierny. Oszukiwała go przez cały czas, wychodziła wieczorami tłumacząc się, że ma lekcje angielskiego, poczym wracała w nocy i kładła się spać. Zawsze czuł od niej alkohol. Znosił to wszystko, bo miał nadzieję, że kiedyś się to skończy. Podejrzewał, że go zdradza, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Do momentu, kiedy ją przyłapał. Wyłączył radio. Jakiś łysy mężczyzna w kremowym swetrze i sportowej marynarce wszedł właśnie do kościoła. Maciej usłyszał głośne trzaśnięcie mosiężnych drzwi, a potem nastała cisza. - Czemu to tak długo trwa? - wymamrotał pod nosem i zapalił papierosa. Spojrzał na ekranik swojego telefonu komórkowego. Nie dostał żadnej wiadomości, więc schował go z powrotem do kieszeni spodni. Wtedy pierwszy raz pomyślał, że coś mogło pójść nie tak, jak było zaplanowane. Zbyt długo czekał. Zbyt długo jego telefon milczał. Zaklął. Postanowił, że jeśli przez kolejne piętnaście minut sytuacja nie ulegnie zmianie, to pójdzie sprawdzić, co się wydarzyło. Tymczasem zaciągnął się dymem papierosowym i chyba po raz setny spojrzał na zegarek. Wskazywał kwadrans po dziewiątej. Ulica zrobiła się już bardzo ruchliwa i gwarna. Zza chmur wyjrzało słońce, które przypomniało Maciejowi sen o tym, jak leżał w trumnie pośród robaków. Dokładnie tak samo poraziło wtedy jego oczy, jak teraz. Przymrużył je i zaczął wodzić wzrokiem w poszukiwaniu jakichś okularów przeciwsłonecznych, ale w schowku w desce rozdzielczej znajdowały się tylko rachunki od McDonald'sa, mapa samochodowa, długopis i pół butelki zwietrzałej coca-coli. Zamknął schowek i z kwaśną miną otarł pot z czoła. Był strasznie znudzony ciągłym ślęczeniem w aucie i pomyślał, że przejdzie się kawałek i rozprostuje kości. Poza tym robił się głodny. Może kupi po drodze butelkę wody mineralnej, jakiegoś sandwicha i snickersa. Miał właśnie otworzyć drzwi, aby wysiąść, kiedy usłyszał dzwonek swojego telefonu. Pośpiesznie wyciągnął aparat i przyłożył go do ucha. Dzwonił jego szef i był bardzo zniecierpliwiony tym, że jeszcze go nie widzi u siebie w kamienicy. - Nie wiem, co się dzieje, szefie.-powiedział spokojnie, gdy już wysłuchał przydługiej litanii na swój temat - Jeszcze ich nie ma. Miałem przyjechać o siódmej, a jest już dziesiąta. - Jak to ich nie ma? Zadzwoń i zapytaj czemu to tak długo trwa! - krzyknął szef. Najwyraźniej był wściekły jak pies. - Zaraz to zrobię. Właściwie, myślałem, że to oni dadzą znać, jak będzie już po wszystkim. Ale jeszcze się nie odezwali. - Za dużo myślisz, do cholery! Sam do nich zadzwonię. - Szefie, to naprawdę nie moja wina, że ich jeszcze nie ma.- próbował się tłumaczyć - Miałem być tu o siódmej i byłem. - To ja osądzę kiedy jest twoja wina, a kiedy nie. Chcę tego platynowego Chrytusa widzieć na swoim biurku i lepiej pośpieszcie się, bo nie ręczę za siebie. - Zrobię co w mojej mocy. - Oby tak było. Maciej chciał jeszcze coś powiedzieć, ale jego rozmówca rozłączył się. "Gdzie do diabła podziewają się Dominik i Jakub?"- pomyślał z niepokojem. Był pewny, że nie pomylił godziny, o której miał być przed kościołem. To oni dali dupy, nie on. Podenerwowany odłożył komórkę na siedzenie pasażera i zapalił kolejnego papierosa. Już kilka miesięcy temu kościół stał się właścicielem figurki Chrystusa wykonanej z platyny i białego złota, wartej setki tysięcy dolarów. Jego zadaniem było proste: podjechać autem pod kościół i zaczekać na Dominika i Jakuba, którzy mieli zwinąć statuetkę z zakrystii. Potem mieli pojechać prosto do mieszkania Bartłomieja Wrzecionowatego - ich szefa. Maciej pamiętał jego słowa, gdy cały plan włamania był już gotowy: - Nie pytajcie o nic, tylko przywieźcie mi tego Chrystusa. Za wykonanie zadania dostaniecie po pięć tysięcy dolarów. Tylko to się liczyło. Gdzie indziej zarobiłby pięć tysięcy i to jeszcze zielonych? Odpowiedź była prosta: nigdzie. Robota miała być łatwa, a korzyści ogromne. Jednak coś musiało pójść nie tak, jak powinno. Nadal ich nie było. Nie pojawiali się, nie dawali nawet żadnego sygnału na telefon. Wciąż siedział w samochodzie; coraz bardziej nerwowy, ścierpnięty, zniecierpliwiony i głodny. Wtedy usłyszał policyjne syreny, a chwilę później ujrzał trzy radiowozy skręcające z ulicy Wspólnej na róg Wspólnej i Emilii Plater. Zatrzymały się zaledwie kilkanaście metrów od jego taurusa: jeden po drugim. Syreny zamilkły, lecz światła migające na dachach policyjnych wolkswagenów pozostały włączone. Maciej pomyślał, że już po nim, a jego kariera w zarabianiu szybkich i brudnych pieniędzy dobiegła końca. Zaraz pewnie podejdą do niego i każą mu wysiąść. Potem założą kajdanki i odwiozą na komendę. Z pierwszego radiowozu wyszło dwóch policjantów, którzy natychmiast skierowali się ku wejściu do kościoła. Pokrzykiwali coś, ale Maciej nie usłyszał dokładnie o czym rozmawiają. Zobaczył kolejnych dwóch gliniarzy, którzy wysiedli z drugiego policyjnego wolkswagena. Ci również pobiegli do kościoła i w pośpiechu weszli do środka. Maciej ponownie usłyszał głośną syrenę. Po chwili na chodnik wjechała karetka pogotowia, która zaparkowała tuż przed ciężkimi drzwiami kościoła. Wyskoczyło z niej dwóch lekarzy; jeden wysoki i chudy jak szczapa, z krótko ostrzyżonymi włosami, a drugi nieco niższy, solidniej zbudowany, z ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu na żel. Wbiegli do kościoła tak, jakby czekała tam na nich jakaś rozebrana do naga modelka gotowa spełnić ich najdziksze fantazje. A więc był bezpieczny. Nie chodziło im o niego. "Coś musiało się stać z Jakubem i Dominikiem" pomyślał, uruchamiając silnik w taurusie i odjeżdżając kawałek tak, aby za bardzo nie rzucać się w oczy wybiegającym właśnie z kościoła policjantom. Zaparkował pod drzewem obok srebrnego poobijanego camaro z przyciemnianymi szybami. Usłyszał dzwoniący telefon. Spojrzał na wyświetlacz. Znowu szef. - Tak? - burknął niepewnie. - Próbowałem się do nich dodzwonić, ale durnie nie odbierają. Jestem naprawdę wściekły. - Szefie, chyba mamy problemy - Maciej wspomniał o radiowozach i karetce pogotowia. - Gliniarze i karetka? -zdziwił się Wrzecionowaty - Co tam się, kurwa jasna, dzieje? Siedzisz w tym cholernym samochodzie od siódmej i nic nie wiesz? - Nie. Musiało się coś stać w kościele, bo od rana na ulicy panuje spokój. Nie mam pojęcia, co mogło się wydarzyć. Mam spróbować się dowiedzieć? - Powinieneś był to zrobić co najmniej półtorej godziny temu! - warknął Bartłomiej - Płacę wam grube pieniądze i oczekuję solidnej roboty! A wy to po prostu spieprzyliście. - Dobra, pójdę, zapytam co tam się dzieje. - Jak tylko będziesz coś wiedział, masz do mnie zadzwonić! - Tak jest szefie, zaraz dam znać. - obiecał Maciej, nieznacznie marszcząc brwi i z niepokojem przyglądając się świątyni. Wyłączył swoją Nokię 3410 i schował ją do kieszeni w marynarce. Chciał zapalić, ale zobaczył, że w paczce nie ma już ani jednego papierosa. Zaklął siarczyście i wygramolił się z samochodu.
Pod ciężkimi, okutymi wrotami utworzył się tłum ciekawskich gapiów, którzy z natchnieniem i w skupieniu czekali na odpowiedź na nurtujące ich pytanie: co stało się w kościele? Maciej stanął za barczystym mężczyzną w dżinsowej kurtce. Chciał posłuchać, o czym ludzie rozmawiają, ale niczego ciekawego się nie dowiedział. Wszyscy zgadywali. Jakaś starsza kobieta cały czas powtarzała, że to zapewne grupa satanistów napadła proboszcza. Jej teoria rozbawiła tłum. Z kolei inny człowiek przypuszczał, że było włamanie, a jeden z księży został ranny. Ktoś jeszcze twierdził, że doszło do morderstwa. Maciej przecisnął się przez tłum i stanął jak wryty nieopodal jednego z radiowozów. Ujrzał dwóch sanitariuszy wychodzących z kościoła. Nieśli nosze na których leżał Dominik. Miał rozcięte czoło i podbródek. Prawe oko było podpuchnięte, a z nosa wyciekała krew. Miał nią posklejane włosy i poplamione ubranie. Pielęgniarze szybko złożyli nosze i umieścili rannego w samochodzie. Jeden z sanitariuszy zamknął drzwi i kazał wszystkim odsunąć się od auta. Tłum momentalnie cofnął się parę kroków, a po chwili rozległa się głośna syrena i karetka odjechała. Serce Macieja biło tak szybko i głośno, iż zdawało mu się, że każdy je słyszy. Na chwilę przymknął oczy i przełknął głośno ślinę. Już wcześniej podejrzewał, że musiało się stać coś złego i teraz miał na to dowód. Ale co wydarzyło się w kościele? Jedyne, czego był pewny, to, że jego kumple wpakowali się w coś paskudnego. Poza tym wciąż nie miał pojęcia, gdzie do cholery podziewa się Jakub? Najprawdopodobniej został w zakrystii. Chyba, że zdążył nawiać. Ale wtedy z pewnością by się odezwał na komórkę… Maciej miał właśnie zadzwonić do Bartłomieja Wrzecionowatego, kiedy usłyszał głos jednego z policjantów: - Tamten gość jest w kawałkach. Zupełnie, jakby ktoś przejechał po nim cholernym kombajnem. Drugi funkcjonariusz oparł się niezdarnie o maskę wozu policyjnego i głośno westchnął. Potem kiwnął głową. - Trzeba się nim zająć. - powiedział niewyraźnie, jakby słowa grzęzły mu w gardle - Przekaż chłopakom, żeby zrobili co trzeba. Maciej nie mógł wykrztusić ani jednego słowa. Chciał zapytać policjanta, co się stało, ale nie był w stanie wydobyć z siebie tego pytania. Domyślał się, że "tamten gość", jak go określił jeden z funkcjonariuszy, to Jakub. Nie żyje. Na pewno nie żyje. Tam, w kościele, doszło do jakiejś potwornej, krwawej jatki i Maciej nie wiedział, co ma dalej robić. Sięgnął do kieszeni po telefon, odszedł kilka kroków na bok i wybrał numer szefa. Natychmiast uzyskał połączenie. - Co tam? - usłyszał szorstkie pytanie. - Mamy kłopoty.- odparł - Dominik został przed chwilą przewieziony do szpitala. Nadal nie wiem, co się stało z Jakubem. Ale podejrzewam, że nie żyje. - Co? - warknął szef z niedowierzaniem.-Jak to nie żyje? O czym ty, do cholery, gadasz? - Szefie, widziałem Dominika, jak wynosili go na noszach. Był strasznie poraniony, cały we krwi. Bartłomiej Wrzecionowaty milczał przez chwilę. - Czy jesteś w stanie powiedzieć mi, co tam się dokładnie stało? - mruknął nieco ciszej. - Mogę zapytać gliniarzy, ale nie jestem pewny, czy czegokolwiek się dowiem.- odparł niepewnie Maciej. - Nie jestem członkiem jego rodziny. Poza tym, nie wiem czy policja niczego nie podejrzewa. Jeśli coś wiedzą, mogą mnie zamknąć. Wolałbym zachować ostrożność. - Rozumiem - wymamrotał Wrzecionowaty. Maciej usłyszał głębokie westchnienie, gdy rozmówca próbował opanować się na tyle, żeby zacząć spokojnie myśleć. - Dobra, przyjedź do mnie. Zastanowimy się, co dalej robić. Myślę, że powiadomią o tym zajściu żonę Dominika, i to już niedługo. Pojedziemy do niej… Cholera, czemu uważasz, że Jakub nie żyje? - głos szefa był cichy i spokojny. Słychać było, że jest przejęty i zmartwiony. Wściekłość nagle ustąpiła. - Jeden z policjantów powiedział, że drugi człowiek został pocięty na kawałki. - odparł Maciej z trudem, bo wypowiedzenie tego zdania boleśnie uświadomiło mu realność takiej możliwości - I myślę, że to Jakub. Inaczej by do nas zadzwonił. - Tak, chyba masz rację. - Bartłomiej mówił wolno, jakby z namysłem, a jego głos był już dużo bardziej opanowany. Maciej zdawał sobie sprawę, że najprawdopodobniej szef zdołał przetrawić pierwszy szok, wywołany niepowodzeniem akcji i jej tragicznymi konsekwencjami. Teraz podejmował decyzję na zimno i spokojnie. - Dobra, słuchaj, zabieraj się stamtąd i jedź do mnie. Potem zajrzymy do żony Dominika i dowiemy się, w którym szpitalu on leży. I w jakim jest stanie. Muszę z nim porozmawiać. - Rozumiem. Ale z tego, co widziałem, nie jest z nim najlepiej. Całą twarz miał koszmarnie pokaleczoną. - Maciej nerwowo przetarł dłonią czoło, jakby usiłował wyrzucić ten obraz z pamięci. Zaklął cicho. - Szlag by to! Szefie, kto mógł im coś takiego zrobić? Dominik wyglądał, jakby… - Nie wiem, do cholery! - przerwał mu Bartłomiej zimno - Diabli nadali! Wszystko było perfekcyjnie zaplanowane! Nie rozumiem, jak cokolwiek mogło im się stać?! Przecież obaj mieli broń! Kto miałby odwagę zaatakować dwóch uzbrojonych ludzi? Maciej nie odpowiedział. Nie znał odpowiedzi na żadne z zadanych mu pytań i to go jeszcze bardziej przybiło. Lubił Jakuba pomimo jego arogancji i porywczości. Pamiętał, jak kiedyś wybrali się razem na polowanie, a później do knajpy, pogadać o życiu. Dowiedzieli się o sobie paru rzeczy. Nawet się zaprzyjaźnili. Podobnie było z Dominikiem. Nie raz wieczorami szli do najbliższego pubu na piwo. Grali w bilard i gadali dopóki zmęczony barman nie kazał im wyjść. Łączyło ich też to, że obaj cholernie potrzebowali pieniędzy. Jakub od czterech lat płacił spore alimenty, a Dominik był zadłużony po uszy. Dlatego wykonywali polecenia Wrzecionowatego. - Ja też tego nie rozumiem. - przytaknął Maciej niechętnie. - Nie wiem, kto ich tak urządził, ale mi za to zapłaci! - odparł Wrzecionowaty z zimnym gniewem - Kurwa! To się w głowie nie mieści! Kto mógł załatwić dwóch uzbrojonych ludzi?! Maciej podszedł do samochodu i otworzył drzwi. - Szefie, zaraz u pana będę. - wsiadł do taurusa i zapalił silnik. Spojrzał w lusterko, wrzucił wsteczny i wycofał auto. - Dobra. Czekam. - powiedział Bartłomiej i rozłączył się. Maciej schował telefon do kieszeni, pchnął lekko dźwignię zmiany biegów wkładając jedynkę. Jeszcze raz spojrzał na mury kościoła. Lodowaty dreszcz przemknął mu po plecach. Mężczyzna zadrżał. Trzy radiowozy nadal stały zaparkowane jeden po drugim obok kościelnej bramy. Zaniepokojony, ścisnął mocno kierownicę i łagodnie ruszył nie spoglądając nawet we wsteczne lusterko. Tłum gapiów zaczął się powoli rozchodzić.
Minęła osiemnasta, kiedy Maciej wraz z Bartłomiejem Wrzecionowatym opuścili kamienicę Srońskiego na ulicy Nowy Świat i pojechali do szpitala Grochowskiego mieszczącego się na ulicy Grenadierów. To tam, na oddziale chirurgii leżał Dominik Kaczorkowski. Okazało się, że ma połamane ręce, wstrząs mózgu i liczne obrażenia narządów wewnętrznych. Był w czteroosobowej sali, podłączony do kroplówki. Jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo, ale czekała go długotrwała rehabilitacja, po której powinien odzyskać sprawność fizyczną. Teraz leżał w bandażach, z obiema nogami w gipsie i cicho pochrapywał. Jego żona, Paulina, siedziała przy nim masując delikatnie zadrapaną dłoń męża. - Nikt nie ma pojęcia, jak to się stało. - powiedziała cicho - Tamten drugi człowiek nie żyje. Maciej położył jej rękę na ramieniu i odpowiedział szeptem: - My również nie wiemy. Czekamy, aż Dominik nam cokolwiek wyjaśni. - On nie chce nic mówić. - powiedziała ostro Paulina - Jedyne, co z siebie wydusił to, że od was odchodzi. Nic więcej. Bartłomiej Wrzecionowaty stał niemal na baczność przy łóżku i wolno żuł gumę. Śniada cera, czarne włosy i smukła sylwetka sprawiały, że mimo swoich czterdziestu pięciu lat wyglądał znacznie młodziej. Na trzydzieści, maksymalnie trzydzieści pięć lat. Jego głęboko osadzone oczy zdawały się przenikać ściany, a słuszny wzrost budził u wszystkich respekt. Mężczyzna ubrany był w czarny garnitur od Armaniego, a wokół niego roznosiła się woń perfum Hugo Bossa. Wiecznie zaciśnięte usta sprawiały wrażenie, jakby miał ochotę wszystkich pozabijać. Trzymał ludzi na dystans, jednak ci, którzy go lepiej znali, wiedzieli, że jest dobrym kumplem i można na nim polegać, zwłaszcza, że miał swoje zasady, których się sztywno trzymał. A zadania, jakie zlecał swoim pracownikom, musiały być wykonane perfekcyjnie. Ale właśnie dzięki temu jeszcze żaden z jego ludzi nie został przyłapany na kradzieży. Bartłomiej dobrze planował i dobrze płacił. Nie był mordercą ani gwałcicielem, tyle, że kochał pieniądze i wiedział, co zrobić, aby je zdobyć łatwo i szybko. Nie nazywał siebie i swoich ludzi mafią. Nigdy też nie był karany. Mieszkał w centrum Warszawy, jeździł Land Roverem, miał żonę, która pracowała w salonie fryzjerskim, oraz trójkę dzieci. Teraz wolno podszedł do Pauliny i delikatnie musnął palcami jej ramię. - Chcielibyśmy porozmawiać z nim jak się obudzi. - powiedział łagodnie. Nieznacznie uśmiechnął się do rozżalonej kobiety. - O ile, oczywiście, to będzie możliwe. - Powiem mu, że byliście. - wymamrotała. Uniosła głowę i spojrzała na mężczyznę, niechętnie odwracając wzrok od twarzy rannego. - Jeśli nie będzie pani miała nic przeciwko temu, zaczekamy tutaj. - powiedział z namysłem Wrzecionowaty - Bardzo chciałbym wiedzieć, co tam się wydarzyło. - wsadził ręce do kieszeni i podszedł do okna. - W zakrystii stało się coś dziwnego, o czym nie wiemy. - dodał Maciej niepewnie. Pochylił nieznacznie głowę, unikając spojrzenia w zapłakane oczy kobiety. - Nie chcemy, aby twój mąż miał przez to kłopoty. My również nie chcemy ich mieć. Ale musimy z nim porozmawiać, żeby dowiedzieć się, co tam zaszło. I co Dominik ma zamiar powiedzieć policji. - dodał ciszej niż zamierzał, skrępowany niezręcznym brzmieniem własnych słów. - Nie bójcie się - syknęła Paulina z gniewem - Nie wsypie was, tego jestem pewna. Maciej poruszył się niespokojnie, bo wiedział, że w zaistniałej sytuacji to, co powiedział, było poważnym nietaktem. Ale też słowa żony Dominika przyniosły mu dużą ulgę. Znał Kaczorkowskiego. Teoretycznie wiedział, iż może być spokojny o to, że w razie kłopotów kumpel nikogo nie wyda. Ale należało się upewnić. - Mamy nadzieję, że szybko wyzdrowieje. - powiedział delikatnie Wrzecionowaty, wyciągając z kieszeni spodni świeży listek gumy miętowej Orbit. Wtedy do sali wszedł lekarz. W swoich białych chodakach wzrostem niemal dorównywał mierzącemu metr dziewięćdziesiąt pięć Bartłomiejowi. Kiwnął głową na przywitanie i podszedł do łóżka rannego. - Jeszcze śpi? - zapytał. Sprawdził stan kroplówki. Pokiwał głową z zadowoleniem. Potem nieznacznie uśmiechnął się do Pauliny. - Dobrze. Niech śpi. Im więcej będzie odpoczywał, tym lepiej dla niego. Lekarz wymienił jeszcze przyjazne spojrzenie z innym pacjentem, który właśnie się obudził, po czym skierował się do drzwi wyjściowych. Maciej poszedł za nim i po chwili obaj znaleźli się na szpitalnym korytarzu. - Przepraszam, doktorze. - powiedział, unosząc nieznacznie rękę - Chciałbym wiedzieć, jak poważny jest stan Dominika? Lekarz przez chwilę patrzył na niego nic nie mówiąc. - W tej chwili sytuacja nie wygląda najgorzej. - stwierdził sucho. - A kim pan jest dla pacjenta? - Przyjacielem. - odparł zgodnie z prawdą Maciej - Chciałem się dowiedzieć, co się stało w kościele, że trafił do szpitala w takim stanie. - Proszę pana, szczerze powiedziawszy, sam chciałbym to wiedzieć. - lekarz westchnął ciężko - Pańskiego przyjaciela przywieziono tu ze wstrząsem mózgu, licznymi złamaniami i nie jest pewne czy będzie chodził, bo ma poważnie uszkodzony kręgosłup szyjny. Zapewne słyszał pan o człowieku, który podczas tego zdarzenia przebywał razem z nim w kościele? - Tak. - Maciej skinął głową - Z tego, co wiem, on nie żyje. - To prawda. - odparł lekarz, nieznacznie marszcząc brwi, jakby przypomniał sobie coś paskudnego - Ale to spore niedopowiedzenie. - Co pan ma na myśli? - To, że jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem tak koszmarnie pokiereszowanych zwłok. - doktor z zadumą pokręcił głową, a potem wziął głęboki oddech i zaczął mówić, jakby chciał wyrzucić z siebie męczące go wspomnienia. - Ciało wyglądało jak rozsypane puzzle, które jakiś szaleniec próbował złożyć do kupy. Jezu, sam nie wiem. Ta cała sprawa jest bardzo dziwna. W dodatku kręci się tu policja. Ciągle zaczepiają personel szpitala, wszystkich wypytują, a zwłaszcza lekarza i pielęgniarzy, którzy byli na miejscu zbrodni. Mnie też, bo pana kolega trafił akurat na mój dyżur. Nie mam chwili spokoju, ale staram się ich zrozumieć, bo przecież usiłują rozwikłać tę sprawę i znaleźć tego zwyrodniałego mordercę. Zwłaszcza, że ten drugi mężczyzna, niejaki Jakub Razmus, został praktycznie rozszarpany na kawałki i nikt nie wie przez kogo. - Tak, słyszałem o tym. - mruknął Maciej z trudem. - Pan wybaczy… - lekarz spojrzał na swój zegarek, z niezadowoleniem potrząsnął głową - Muszę już iść. - Bardzo dziękuję za rozmowę, doktorze. - Maciej uśmiechnął się z wdzięcznością i wrócił do sali, gdzie Dominik w dalszym ciągu spał. Jego żona próbowała skupić się na czytaniu jakiegoś kobiecego pisma, a Bartłomiej Wrzecionowaty krążył po sali jak lekko zniecierpliwiony kot.
Czas odwiedzin skończył się i Maciej z Bartłomiejem zmuszeni byli opuścić szpital. Wyjątkowe pozwolenie otrzymała żona Dominika, która miała zostać z nim przez kolejne dwie godziny. Gdy jechali Alejami Niepodległości Wrzecionowaty nie odezwał się ani słowem. Maciej, zmęczony i głodny jak wilk, próbował się zdrzemnąć, ale zgiełk i hałas panujący na ulicach skutecznie mu to uniemożliwił. Dojechali w końcu do kamienicy, w której mieszkał Wrzecionowaty i Maciej rozejrzał się swoim taurusem, którego tu zostawił, zanim pojechali do szpitala. - Jutro zajrzymy do niego z samego rana. - zdecydował Bartłomiej, nawet nie pytając pracownika, czy ma jakiekolwiek plany na następny dzień. - Chyba, że wcześniej zadzwoni. - Dobrze, szefie - zgodził się Maciej - Życzę dobrej nocy. Wysiadł z czarnego Land Rovera i przebiegł na drugą stronę ulicy do swojego auta.
Kilkanaście minut później zaparkował samochód na Koszykowej, niedaleko bramy czteropiętrowej kamienicy, w której mieszkał. Jeszcze na klatce schodowej usłyszał dźwięk telefonu stacjonarnego w swoim domu. Przebiegł ostatnie kilka metrów, szybko otworzył zamki i wszedł do środka. Zatrzasnął za sobą drzwi, niemal jednocześnie sięgając po słuchawkę aparatu. - Halo? - Jesteś sam? - To był Dominik. Jego głos był chrapliwy i bardzo niewyraźny. - Dominik! Jak się masz? Stary, nie masz pojęcia, jak się cieszę, że dzwonisz. - powiedział, ściągając z siebie marynarkę. Wychylił się do przodu i zaczepił ją na stojącym, drewnianym wieszaku. - Słuchaj mnie uważnie! Wrzecionowaty pewnie będzie chciał zdobyć tę figurkę Chrystusa za wszelką cenę. Znasz go tak samo jak ja, wiesz, że nie odpuści. - Dominik mówił szybko, najwyraźniej był bardzo zdenerwowany i przejęty. W dodatku na linii panowały jakieś zakłócenia, a opatrunki na poranionej twarzy sprawiały, że mówił bardzo niewyraźnie i Maciej musiał uważnie wsłuchiwać się w jego słowa. - Pamiętaj, nie zgadzaj się na żadną robotę, która będzie miała cokolwiek wspólnego z tym pieprzonym kościołem! - Dominik, uspokój się! - Maciej nieznacznie zmarszczył brwi. Starał się mówić spokojnie, chociaż zaniepokoił go ten telefon - O czym ty, do cholery, mówisz? - O tym, co przytrafiło się mnie i Jakubowi. Tam, w zakrystii. Sam widziałeś, jak wyglądam po tej cholernej robocie! Maciej oparł się o jedną z dwóch dużych, mahoniowych szaf, które kupił w antykwariacie jakiś miesiąc temu. Zapłacił za obie tylko dwieście złotych. Doskonale zdawał sobie sprawę, że za taką cenę nie dostałby nigdzie żadnego mahoniowego mebla. Ale miał szczęście, bo wtedy akurat trafił na wyprzedaż. A teraz był naprawdę zadowolony, że stały w korytarzu jego mieszkania. - Co się tam stało? - zapytał, starając się zachować spokój - Co się stało w kościele? Kto was tam zaatakował? Nastała chwila ciszy, podczas której Dominik mówił coś do swojej żony, potem Maciej ponownie usłyszał jego głos. - To ta figurka stary, to ten platynowy Chrystus. Maciej zgłupiał. - Słucham? - mocniej przycisnął słuchawkę do ucha. Nie był pewny, czy dobrze usłyszał, ale wydawało mu się, że kumpel powiedział… - Jak to platynowy Chrystus? - To on jest odpowiedzialny za to, co się wydarzyło na zakrystii. Tylko on. Cholera, stary, nikogo innego tam nie było. - głos rannego zadrżał, jakby mówiący nie był w stanie opanować strachu. Maciej nie wierzył własnym uszom. - Dominik, lekarz mówił, że przywieźli cię z objawami wstrząsu mózgu. Może ci się wydawało… - zaczął ostrożnie, nie chcąc denerwować kumpla, ale ten mu przerwał. - Gadam jak kompletny szaleniec, wiem o tym. Ale mówię prawdę! Wiem, co widziałem! To nie były żadne majaki! To coś zabiło Jakuba! Rzucało nim po całej zakrystii, potem wypruło mu wszystkie flaki, aż skonał wyjąc z bólu! Ta rzecz posiada w sobie niewyobrażalną siłę! Jakąś cholerną moc, której nic się nie oprze! Nagle w pokoju Macieja zaczął dzwonić budzik. „Cholerne gówno nigdy nie dzwoni, kiedy musi.” - pomyślał niezadowolony. Odwrócił wzrok od zegarka. - Słuchaj, sam wiesz, że to brzmi zupełnie niedorzecznie. - mówił spokojnym, pełnym współczucia tonem. - Dominik, zastanów się, jak figurka może doprowadzić do takiej masakry? Maciej niespokojnie przestąpił z nogi na nogę, jakby nie mógł znaleźć sobie miejsca. To, co właśnie usłyszał, zakrawało na jakąś szaloną wizję totalnie naćpanego narkomana! Zupełna bzdura! Takie rzeczy się nie zdarzają! To absolutnie niemożliwe. Irracjonalne. Zaklął w duchu, ale już nie oponował, nie chcąc pogarszać stanu, w jakim był ranny. Dominikowi najwyraźniej zaszkodził ten cios w głowę. Maciej ze współczuciem potrząsnął głową. Nie wiedział, co się stało w kościele, ale do cholery, przecież mała, platynowa statuetka nie mogła wywołać krwawej jatki. - Nie zależy mi teraz, żebyś mi uwierzył. - głos Dominika był już dużo spokojniejszy - Ale zostaw tę sprawę w spokoju. I przekaż innym chłopakom, aby odpuścili. Trzymajcie się z dala od tego pieprzonego kościoła! Dominik zaniósł się przeraźliwym, suchym kaszlem, niczym gruźlik, po czym głośno przełknął ślinę. - To cud, że przeżyłem. I naprawdę dziękuję za to Bogu. Maciejowi odebrało mowę. Nie miał pojęcia, co ma w tej chwili powiedzieć. Pamiętał, że lekarz również wspominał o wstrząsie mózgu Dominika. Teraz doszedł do wniosku, iż skutkiem tak silnego urazu może być oderwanie od rzeczywistości, jakieś odrealnione wizje, związane z felerną statuetką. I to bredzenie o jej niesamowitej mocy. Ale co, jeśli Dominik mówił prawdę? Maciejowi trudno było w to uwierzyć, jednak coś w głębi duszy mówiło mu, że być może przyjaciel nie zmyśla. Bał się, że wszystko, o czym on mówił rzeczywiście się tam zdarzyło. W cichej, pachnącej kadziłem zakrystii kościoła pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Był przerażony. Miał kompletny mętlik w głowie i zupełnie nie wiedział, co z siebie wykrztusić. - Jak się czujesz? - zapytał niepewnie, usiłując słowami zagłuszyć szalejący w głowie chaos. - W tej chwili dobrze - odpowiedział Dominik spokojnie - Trochę bolą mnie plecy, no i te cholerne nogi. Swędzą tak potwornie, że tracę powoli zmysły. Nijak się podrapać. Maciej uśmiechnął się bezwiednie. - Twoja żona mówiła, że chcesz rzucić robotę? - powiedział, będąc już absolutnie poważnym. - Tak, mam już dość takiego życia, dostałem dzisiaj niezłą lekcję. - Ech. - westchnął Maciej, szukając wzrokiem papierosów. Zobaczył czerwono-białą paczkę marlboro leżącą na jednej z półek szafy. Sięgnął po jednego, podpalił i z przyjemnością zaciągnął się dymem. - Co na to Wrzecionowaty? - chciał wiedzieć Dominik. - Nie odezwał się. - Maciej uśmiechnął się lekko - Pewnie pomyślał, że powiedziałeś tak, bo byłeś zdenerwowany i w szoku. A jak staniesz na nogi, zmienisz zdanie. Usłyszał cichy, ironiczny śmiech. - Niech zapomni. - mruknął stanowczo ranny. - Nie wrócę. - Wcale ci się nie dziwię. - zgodził się Maciej - Właściwie od jakiegoś czasu sam też myślałem, żeby dać sobie z tym wszystkim spokój i zająć cię uczciwą robotą. Dominik przez chwilę nie odzywał się, pewnie próbował jakoś dostać się do miejsca na zagipsowanej nodze, które swędziało go najbardziej. Po chwili oświadczył, że musi odpocząć: - Jestem cholernie słaby. - wyjaśnił - Postaram się zadzwonić jutro. - Odpoczywaj, stary. - Maciej rozejrzał się za popielniczką - I wracaj do zdrowia. - Dzięki. Do usłyszenia. I uważaj na siebie. Maciej powoli odłożył słuchawkę, po czym poszedł do małej kuchni. Otworzył lodówkę. Wyciągnął z niej butelkę pepsi i zaczął szukać czystej szklanki, ale żadnej nie znalazł. W międzyczasie zgasił w popielniczce wypalonego do połowy papierosa i otworzył butelkę. Upił kilka łyków i zakręcił ją. Był głodny. Pomyślał, że zamówi pizze, ale na samą myśl, że musiałby czekać kolejne pół godziny, zanim by mu ją przywieźli, jego żołądek chwycił skurcz. Zdesperowany, wyciągnął z lodówki żółty ser i zrobił sobie kanapki. Potem otworzył butelkę carlsberga i poszedł z nią do pokoju. Włączył telewizor. Nadawali jakiś ligowy mecz, więc rozsiadł się w fotelu i wlał sobie do gardła trochę piwa. Nie minęło dwadzieścia minut, a Maciej spał już z głową bezwładnie ułożoną na miękkim oparciu. Nie słyszał też wiadomości nadawanych w przerwie meczu: - ... policja jest bezradna. I jak na razie nie ma żadnego tropu. Wszystko wskazuje, że było to morderstwo. Jednak prawdę poznamy dopiero jutro, po rozmowie policji z mężczyzną, któremu udało się przeżyć masakrę w kościele pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Lekarze nie zgodzili się na wcześniejszą rozmowę, bo pacjent jest w głębokim szoku. Uważali, że dodatkowy stres mógłby niekorzystnie wpłynąć na stan jego zdrowia...
Cztery miesiące później.
- Co wam odbiło? Ta pieprzona figurka to żyła złota! - krzyczał Bartłomiej Wrzecionowaty wymachując obiema rękoma, jakby odganiał od siebie natarczywe muchy - Doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, ile jest warta! To wspaniała okazja, żeby się nieźle obłowić! W grę wchodzą setki tysięcy zielonych! Czy wyście postradali zmysły? Przecież taka fucha może się więcej nie powtórzyć! W obszernym pokoju z czarnym sufitem i ciemnopopielatymi ścianami, siedziało razem z Maciejem sześć osób. Sześciu rosłych facetów w czarnych garniturach. Każdy z nich milczał jak grób. Jeden żuł gumę, drugi bawił się sznurowadłem swego półbuta, a trzeci zdawał się zupełnie nie słuchać słów szefa. Tym trzecim był Maciej, który od feralnego incydentu w kościele, nie angażował się w żadne akcje związane ze zdobywaniem pieniędzy. Bartłomiej Wrzecionowaty stał przed stołem przy którym siedzieli jego pracownicy. Wyglądał jak demon. Był wściekły, jego skronie pulsowały, jakby ktoś tam, pod skórą umieścił bijące serca. - Co się, do cholery, z wami stało? Jeden wypadek spowodował, że wymiękliście? Co wy sobie myślicie? Wierzycie w jakieś bajki o potworach? Jakuba nie zabił żaden cholerny potwór! Zapamiętajcie to sobie! Zdarzył się wypadek, ale już najwyższy czas przestać zawracać sobie tym głowę! Mam zamiar dorwać tego platynowego Chrystusa i zrobię to! Więc pytam ostatni raz: chcecie się obłowić dzięki tej akcji? Oczekiwał entuzjastycznych głosów poparcia, ale się rozczarował. Bo po jego słowach zapanowała głucha cisza. Nikt się nie odezwał. Maciej sięgnął ku szyi i odpiął guzik koszuli, bo nagle zaczęła go uciskać. On też milczał. Tymczasem Bartłomiej z niedowierzaniem gapił się na swoich ludzi. Zmarszczył brwi, próbując opanować gniew i rozczarowanie. Odetchnął głęboko. - Dobrze, sam to załatwię. Widzę, że nie mogę na was liczyć. Myślałem, że jesteśmy grupą. Że wszystkim nam zależy na jednym. Przecież nigdy nie wpakowałem was w żadne kłopoty! Mieliście wszystko, co się wam wymarzyło. Dzięki mnie opływacie w luksusy. A teraz, najprościej mówiąc, wystawiliście mnie do wiatru. Okazało się, że nie mogę na was polegać! - Szefie… - odezwał się niepewnie chudy mężczyzna po czterdziestce - Nie w tym rzecz, że nie można na nas liczyć. Po prostu nie chcemy mieć nic wspólnego z platynowym Chrystusem. - Gówno! - warknął Bartłomiej, coraz bardziej wściekły. - Co wam odpierdoliło? Zachowujecie się jak dzieci z przedszkola. Ta statuetka nie gryzie, wierzcie mi! Ona, kurwa, nie gryzie! Sarkazm Wrzecionowatego nikogo nie rozbawił. Mężczyźni nadal siedzieli w skupieniu godnym ważniejszej sprawy i żaden z nich się już nie odezwał. - Zatem zaproponuję wam jeszcze jedną opcję. - Bartłomiej uważnie im się przyjrzał. Nie miał zamiaru się poddać. Za bardzo zależało mu na tej cholernej figurce, żeby pozwolił komukolwiek pokrzyżować misterny plan. - Zrobię to sam. Ale potrzebuję jednego ochotnika, który będzie mnie osłaniał podczas włamania do…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jakub & mictlantecutli
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…