Pociąg
Z Ukrainy uchodzi w 1920 roku ostatnitransport uchodzców polskich sciganych zaciekle przez czerwoną konnicę...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pociąg.
Pośpiech był ogromny, ale bez paniki. Kobiety pomagały jedna drugiej, przenoszono pościel, sprzęt domowy, wózki dziecięce, kolebki z wrzeszczącymi maluchami, samowary, ubrania. Droga od hali dworcowej, z napisem Płoskirów, do stojących na torach wagonów towarowych, usiana była pogubionymi rzeczami, po które nie było już czasu się schylać. Na skwerze przed stacją, i na ulicy prowadząc do miasteczka, a załamującej się pod katem bardzo ostrym, wśród pierwszych, opustoszałych zabudowań, rżały niespokojnie porzucone na zawsze w zaprzęgach konie, szarpało się uwiązane do wozów bydło. Wśród zaprzęgów konnych, kolasek wolantów, bryczek, nawet linijek, świadczących o ogromnym pośpiech w ucieczce, były i proste wozy z końmi zaprzężonymi w dugi. Tu i ówdzie wśród tego jezdnego pospólstwa budziły zdumienie dla swej tu niesamowitości, karety. Wszystko to stłoczone w jedno cielsko, ginęło gdzieś, jak ogon ogromnego jaszczura, za niskimi, liściastymi drzewkami ciągnącymi się wzdłuż drogi. Nawałnica wystrzałów zbliżała się do miasteczka od strony wysokiego nasypu kolejowego, od górki rozrządowej, stanowiącej naturalna osłonę położonej, nieco niżej stacji, torowisk i stojącego pod pełną parą pociągu towarowego, uwożącego uciekających, wraz z cofającymi się oddziałami polskimi z wyprawy kijowskiej, cywilnych uciekinierów, mieszkających tu od wieków Polaków. Maszynista i palacz wyglądali niespokojnie z okienek sapiącego parowozu. Na tendrze za parowozem leżało, za rozstawionym kulomiotem, dwóch zielono odzianych strzelców stanowiących ostatnia osłonę pociągu. Na górce rozrządowej, z płytko wykopanych dołków strzeleckich, odwrót ludności cywilnej, przed natarciem czerwonoarmistów Budionnego, osłaniała przerzedzona kompania piechoty, kilkunastu spieszonych kawalerzystów i wszyscy, prócz starców, mężczyźni, z przygotowującego się do odjazdu transportu. Niewielka hala dworcowa Płoskirów wolno pustoszała i wtedy, jak wilki z lasu, pod świszczącymi górą kulami, zrazu pojedynczo, potem całym stadem, zaczęły się wyłaniać od strony miasteczka, na tyłach obrońców, gromady mężczyzn i kobiet żądnych cudzego dobytku. Walcząc między sobą, wyrywając sobie wszystko z rąk, kopali skowyczące, teraz już bezpańskie psy. Mężczyźni przeklinając, na czym świat stoi, chwytali za uzdy spłoszone konie i łamiąc pozaczepiane kołami o siebie pojazdy, okaleczone, nierzadko bez dwóch kół, w kurzu, z łoskotem, kazali je taszczyć, zaprzęgniętym do nich koniom, w kierunku miasteczka. Stłoczeni w towarowych wagonach uciekinierzy nie widzieli zuchwałej i poniżającej grabieży, to ich zresztą już nie interesowało, czekali na powrót ojców, mężów i synów osłaniających ich na nieodległym wzniesieniu, czekali na sygnał odjazdu w kierunku ojczyzny. W trzecim wagonie za lokomotywą, znalazła się rodzina Czerwijowskich, Eugenia i jej pięcioro dzieci. Ojciec, Michał Czerwijowski, zarządca klucza majątków rodziny Oginowskich, razem z innymi osłaniający odjazd bliskich, otrzymał kulę w czoło i bez jęku upadł do strzeleckiego dołka. Czerwonoarmijska tyraliera, mocno przetrzebiona kulami obrońców przywarła do ziemi i kryjąc się, na czworakach, opuszczała pole walki. W oddali, do ataku szykował się szwadron kawaleryjski, przed którym tańczył na koniu dowódca. Dalsza obrona była zbyteczna. Kapitan Myszkowski dał sygnał. Żołnierze chwycili pod ręce rannych i nie zważając na ból i krzyki zwlekli ich z nasypu do wagonów. Sanitariusz, sam ranny, potrząsał nieruchomymi ciałami, a nie znajdując w nich ducha, zrywał żołnierskie numery identyfikacyjne, i biegł schylony do następnego W ten sposób pozostawił na pagórku szesnastu poległych żołnierzy i cywilów. Ci już dalej nie jechali. Trzeba było się spieszyć, szwadron rozwinął skrzydła i gotował się do szarży. Maszynista ruszył i z pod stalowych kół lokomotywy sypnął snop iskier. Długi wąż wagonów drgnął, a z okienek i z dachów wagonów w stronę spodziewanego ataku wysunęły się jadowite pyszczki luf. Celu szukali wzrokiem obaj strzelcy przy kulomiocie. - A tata, co z tatą?- dopytywały się niespokojne dzieci pani Eugenii Czerwijowskiej. Drobna, niewysoka blondynka, jak starsza siostrę swoich dzieci, z warkoczami zawiniętymi i upiętymi w kok, o twarzy ślicznej i słodkiej jak anioł, siedziała wśród niespokojnej gromadki z zamkniętymi oczami. Spod jej długich rzęs płynęły po policzkach łzy. Oparty o rozsuwane drzwi wagonu patrzył na siostrę kapitan Myszkowski. Jego rodzina, żona, matka, dwóch synów, została w Kijowie. Jak ogromna większość, nie zdążyli się ewakuować. Pociąg nabrał rozpędu i wjechał w las, by za chwilę hamować ze zgrzytem i szarpaniem. Na torach stał patrol ułański.- Komendant. Gdzie komendant pociągu?- krzyknął do maszynisty jeden z ułanów. Za chwile przycwałował do kapitana Myszkowskiego. - Panie kapitanie melduje się chorąży Wojtal- Bolszewicy zajęli najbliższa stację kolejową, jesteśmy okrążeni. Nie wiem czy uda się wam przebić. - Panie kapitanie tu cały czas, jeszcze ze trzydzieści kilometrów, jest tylko jeden tor- powiedział maszynista, który znalazł się nagle koło ułana. Nie mają zwrotnicy, to nas nie wykleja. Torów też nie zdążą rozkręcić. Musimy ich zaskoczyć, przejechać przystanek. - Z jaka szybkością da się przejechać stacje? –spytał kapitan maszynistę - Ze czterdzieści na godzinę - Nie źle. Jedziemy. Czy możecie trochę postrzelać, odwrócić uwagę?- Zwrócił się kapitan do ułana. - Dobrze – zgodził się chorąży. Ruszajcie w piętnaście minut po moim odjeździe. Kapitan uderzył kolbą rewolweru w ścianę następnego wagonu. - Cywile na podłogę, konwój, ognia, do wszystkiego, co żywe. Podaj dalej i wróć… - Cywile na ziemię, konwój, ognia do wszystkiego, co żywe - rozkaz wrócił do kapitana. Eugenia rozścielił na podłodze kołdry i położył na nich dzieci. - Ja nie –powiedziała Eugenia. Z ułożonej w kącie wagonu w stertę broni, wzięła karabin. Narzuciła na płaczące dzieci koc, postawiła pod małym okienkiem jakąś skrzynię i wysunęła lufę broni na zewnątrz wagonu. Brat jej w tym nie przeszkadzał. Miała stopień wojskowy i przeszkolenie w POW. Kapitan wyciągnął z kieszeni zegarek, wychylił się z drzwi wagonu i dał maszyniście sygnał do odjazdu. Transport nabierał szybkości, drzewa gnały jak oszalałe, wagon drżał, skrzypiał łomotał, kołysał się, jakby miał wypaść za chwilę z torów. Pociąg wyskoczył, z lasu i nagle w wagonie nieco pojaśniało. Kapitan chwycił karabin i wysunął broń przez okienko. Widział już zarys niewielkiego budynku kolejowego. Wokół kręciło się mnóstwo ludzi, niektórzy byli na koniach. Transport mknął wprost w to kłębowisko i zdawało się, że je zgniecie, rozniesie, na drobne strzępy. Od strony budynku zaiskrzyło się. Jak gigantycznym batem smagały nasyp kolejowy, wznosząc kurz, serie z taczanek.Transport, jak jadowity wąż, wśliznął w kłębowisko wroga, odpowiedział boleśnie odsłoniętym, zaskoczonym, wystawionym wprost na strzał napastnikom. O ściany mknącego pociągu przez chwilę rozbijały się oszalałe ze strachu konie. Wszystko nagle ucichło oprócz łomotania kół rozpędzonego pociągu. Kapitan odciągnął drzwi i wychylił się. Widział strzelca zmagającego się z wiatrem, a może kołysaniem węglarki, uporczywie zmierzającego do wnętrza lokomotywy, widział parę tryskająca przez blaszaną osłonę boków parowozu.. Dopiero po długim kwadransie pociąg zwolnił biegu, a po następnym, zatrzymał się niemal na granicy mostu przerzuconego przez niewielka rzeczkę. Kapitan wyskoczył z wagonu i szybko poszedł w kierunku parowozu. Maszynista nie żył, trafiły go trzy kule. Pomocnik był ranny w brzuch. Strzelec, słuchając rad pomocnika zatrzymał pociąg. Parowóz był przestrzelony w paru miejscach i tracił wodę. Dziury prowizorycznie zatkano, czym się dało. Kobiety utworzyły długi, sięgający brzegu rzeki rząd i podawały sobie z rak do rąk wiadra z wodą, którą uzupełniano niedobory w parowozie. Mężczyźni z bronią w ręku, czuwali na wypadek zagrożenia. Sanitariusz zdezynfekował brzegi rany postrzałowej i założył pomocnikowi maszynisty opatrunek. - Musimy jechać póki jest przytomny- powiedział do kapitana. To może trwać bardzo krótko. Kapitan otworzył mapnik. Najbliższy przystanek, gdzie można było liczyć na pomoc odległy był o jakieś dwadzieścia kilometrów. Kapitan siadł koło przytomnego wciąż pomocnika maszynisty - Naucz mnie chłopcze podstawowych mechanizmów prowadzenia. Dojadę, uratujesz się ty i wielu rannych, których wieziemy. W pół godziny później kapitan minął przystanek, o którym mówił zabity maszynista. Tu linia kolejowa miała już dwa biegnące równolegle tory. Transport się niemal wykoleił, gdy pociąg minął przystanek i zatrzymał się dopiero kilka set metrów za stacją, wjeżdżając na ślepy tor. Do parowozu przybiegł zawiadowca, a zobaczywszy kapitana błagał go, by mógł z rodzina stąd uciekać. -.Bolszewicy są tuż, tuż, dla takich jak ja, to koniec. Czekałem na ten transport, ale myślałem, że już nie przyjedziecie. - Czy zna się pan cokolwiek na prowadzeniu parowozów? – spytał kapitan. - Byłem pomocnikiem maszynisty. Ale jak się ożeniłem… Ładuj się pan błyskawicą- zdecydował kapitan. Eugenia przyjęła rodzinę zawiadowcy do wagonu. Matka, ojciec, żona i dwoje dzieci zawiadowcy siadło w kąciku wagonu i wszyscy cicho chlipali. Zostawili cały dorobek swego życia i jechali z tobołkami w nieznane, na los szczęścia. W wagonie zrobiło się ciasno. Zawiadowca wdrapał się po schodkach do pomieszczenia maszynisty, rozejrzał się po zegarach i dzwigniach. - Staroć, pamiętam, dam radę. Na początek kontrpara. Trzeba wypchać się z bocznicy. Sanitariusz przytargał nosze. Wolno, przez węglarkę, wyniesiono z parowozu rannego pomocnika maszynisty. Ciało maszynisty spoczęło chwilowo w węglarce. Na skraju lasu, w odległości około dwóch kilometrów od stacji, pojawili się jeźdźcy. Rozmieszczona w węglarce obsługa kulomiotu przyjęła pozycję strzelecką. Biegnąca, i powtarzana od końcowego wagonu wiadomość, brzmiała: bolszewicy! Zawiadowca przycisnął dzwignię ”wstecz” i parowóz zadrżał konwulsyjnie. Z pod kół sypnął się snop iskier. Buksował, wagonami szarpnęło, ale pociąg nie potoczył się do tyłu. - Zbyt ciężko cofnąć.- wysapał przerażony zawiadowca i chwycił się za głowę. Kapitan wyskoczył z parowozu. ”Konwój do mnie!”- poszedł rozkaz wzdłuż wagonów. Żołnierze zajmowali pozycje obronne, kopali strzeleckie dołki. Cywile wraz z kapitanem ewakuowali osiem ostatnich wagonów przenosząc ludzi do zajętych już wagonów. Wspólnymi siłami opustoszałe wagony, pojedynczo, odepchnięto jakieś dwadzieścia metrów i zawiadowca dał parę wstecz. Parowóz znowu buksował, zatańczył i tym razem koła złapały przyczepność i pociąg potoczył się wstecz. Niewielki, dwudziestoosobowy oddział kawaleryjski zwietrzywszy łup gnał na własną zgubę w kierunku długiego rzędu wypełnionych ludźmi i ich skromnym dobytkiem wagonów. - Parowóz stop! Pod wagony!- padł rozkaz kapitana. Teraz pociąg wyglądał na opustoszały. Za blachami węglarki skryła się obsługa kulomiotu. Wataha była tuż, tuż. Kapitan wystrzelił i z pod wagonów posypały się śmiertelne strzały. Przeraźliwie rżały spłoszone konie wlokąc za sobą jeźdźców z powrotem w stronę lasu. Tych, którzy uniknęli dotąd śmierci dosięgły serie z kulomiotu. Zawiadowca znowu dał wsteczny i wąż wagonów znalazł się w końcu na głównym torze.
Wasal Wasylewicz Koziej dawno takiej jatki swoich kawalerzystów nie oglądał. - No pany- powiedział. Zostawicie tutaj swoje kości. Wasal Koziej, chłop ze smoleńszczyzny, był dowódcą samodzielnego pułku w armii konnej Budionnego. Całkiem niedawno walczył jeszcze z kadetami generała Denikina. Dla Polaków miał respekt, bo jeździli na koniach nie gorzej od niego i jego świetnych kawalerzystów. Jednego, więc nie rozumiał, jak jego chłopcy mogli dać się wystrzelać jakimś ciurom, uciekinierom z transportu kolejowego. -Oni tam złoto w wiaderkach wiozą – powiedział do dowódcy pułku szwadronowy Kozak Daniło Koczurgin z krótko przystrzyżoną czupryną i równie krótkimi wąsami. Dorwać, by ich, wytopić za naszych braci. Kozak szerokim gestem ręki przeżegnał się, a dowódca zganił go za to wzrokiem. - Łatwo ich nie dorwiemy- powiedział po namyśle dowódca pułku. Jadą i są już pewno pod Żytomierzem. To tyły frontu. - Jakie to teraz tyły Wasylu Wasyliewiczu?- wszedł mu w słowo Kozak. My tu, przed nami Białopolacy i za nami też są. Istna partyzantka. Dowódca ściągnął z głowy budionówkę z charakterystycznym tatarskim czubem. - Będą jechali dalej. Dopadniemy ich na moście nad Słuczem. Wśród tych chłopców zginął mój siostrzeniec- dowódca otarł pot z czoła.- Oto, co. - Właśnie tak- Kozak zatarł ręce.- Ale mostu nie wysadzimy. Most przyda się, a i złoto nie wpadnie do wody. Wytopimy ich oddzielnie. - Z ciebie ziółko- powiedział dowódca pułku i splunął z niechęcią.-Jesteśmy armią, a nie partyzantką. Teraz na głowie mamy resztkę batalionu Polaków są w tych lasach otoczeni, ale pod ziemie się zapadli czy jak? Oduczyli konie żarcia? Chłopi nic nie donosili? - Z tym będzie coraz ciężej- odezwał się milczący dotąd komisarz polityczny pułku. Im bliżej dawnej granicy tym chłopi są mniej otwarci. - Że niby, co? – spytał dowódca. Pokochali się z panami? Nie chcą ziemi? - Jak nasi Kozacy- wtrącił się budząc zgorszenie Koczurgin. Boją się, że baby będą wszystkich. Mnie tam wszystko jedno, jestem kawalerem. -Towarzyszu dowódco do was jakiś wieśniak. Chce gadać tylko z wami.- zameldował dyżurny. - Wpuść go – rozkazał dowódca. - Ułany są we Wrońcówce. Ze sto koni - Mają ze sobą rannych? – spytał dowódca chłopa. - Mają, położyli w cerkwi. Opiekuje się nimi pop i popadia. - Przeklęta ciemnota- powiedział komisarz. Wspierają wroga. -Wspierać chorych to ich powinność- powiedział Kozak, który miał w rodzinie popa. - Ot tobie i masz. Prowadź z takim rewolucje- machnął ręką komisarz. - Wrońcówka, to stąd trzy kilometry. A ty skąd jesteś- spytał jakoś podejrzliwie Kozak, czemu nam mówisz. Dowódca spojrzał na Kozaka z uznaniem. Jemu to do głowy nie przyszło. Chłop zmieszał się i niespokojnie zakręcił. - Ja tutejszy i panów nie lubię. - Zdejmuj spodnie- wrzasnął nagle komisarz Chłop skoczył w kierunku drzwi, ale tu już stał Kozak. Chłop ściągnął spodnie i rozglądał się bezradnie. - Gacie to masz z polskiego wojska? - spytał przymilnie komisarz. Ja też takie noszę, zdobyczne i uderzył chłopa kułakiem w usta. Za oknami chaty zagrzmiały wystrzały i przekleństwa. W chatę uderzył grad kul. Stojący przy oknie Kozak osunął się, komisarz chwycił się rękami za brzuch i zwalił na ziemię. Dowódca pułku wyciągnął nagan i strzelił do chłopa. Wyskoczył na dwór i wypalił do ułana na koniu. Na pomoc dowódcy jechali na koniach jego czerwonoarmiści. Skoczył na podanego konia. Strzały nagle umilkły i ułani znikli równie nagle, jak się pojawili. Wypad nie zupełnie się powiódł, mimo, że przebrany za chłopa kamrat, wskazał chatę sztabu. - Dawać tu tego chłopa!- ryknął dowódca. - Zdycha - zameldował wartownik. . - Nim zdechnie trzeba z nim potańczyć Wziąć go na spytki. Ma powiedzieć gdzie są Polacy, potem niech zdechnie- rozkazał dowódca. - Z chaty, gdzie mieścił się sztab, rozległ się ryk torturowanego jeńca. - Koło starego młyna- zameldował zachlapany krwią, zwany przez kawalerzystów „felczerem”, niski, krępy osobnik. Już po nim- dodał. - Gdzie to jest? – spytał dowódca. Ktoś wie? - Mówią, że to jest tutaj – pokazał dowódcy na mapie sierżant sztabowy Igor Wasyluk.- Jakieś dwa kilometry. - Spieszyć dwa szwadrony. Wziąć dwa Maksymy. Za kwadrans wymarsz- rozkazał dowódca pułku i spojrzał na podziurawione ściany chaty.- Było ich ze sześciu –stwierdził beznamiętnie. Rozsypani w rzadką tyralierę przodem przemykali zwiadowcy. W odległości strzału sunęła właściwa tyraliera, za nią dźwigano zdjęte z taczanek ciężkie karabiny maszynowe – Maksymy. Zwiadowcy dali znać i tyraliera zapadła się w leśne podłoże. -Trzeba się cofnąć i obejść. Tu bagno- meldował młody chłopak po pas uwalany w błocie. Dowódca przeklął. On jeden nie leżał na ziemi, lecz stał oparty o drzewo. - Chłop wyprowadził nas w pole- mruknął. Potwierdzeniem jego domysłów była gwałtowna strzelanina z kierunku, z którego przybyli. „Chcą się tam przebić i wpadli w zastawioną sieć.”- stwierdził w myśli dowódca i zarządził odwrót. - Trzeba ich dobić- powiedział do ogarniętego paniką szwadronowego- Odgadłem ich zamiar. Schyleni biegli w kierunku zamierających odgłosów walki. Tu gdzie się las urywał, a zaczynało się porośnięte chwastami pole, leżeli ranni czerwonoarmiści. Po polu kłusowały wystraszone konie. -Przeszło ze czterdzieści koni – meldował pułkownikowi rotmistrz.- Trzydziestu zostało. Naszych zginęło ośmiu. I kogoś tu mamy. Dwóch czerwonoarmistów przyciągnęło pod ręce polskiego rotmistrza. Ranny wsparł się na łokciu, z ust płynęła mu strużka krwi. Dowódca pułku butem podniósł mu wyżej głowę i zajrzał w twarz. - Nu, nie wyszedł tobie ten fortel- powiedział niemal przyjaźnie. Ale nabiłeś sporo moich chłopców. Tobie chirurg nie pomoże. Nie jesteś już nikomu potrzebny. Kiwnął na swego wachmistrz. Ten wyciągnął nagan i strzelił leżącemu w głowę. „Teraz jeszcze ten transport. Też nabili dużo mołojców. Na stacji, gdy tak nagle pojawił się pociąg i potem tutaj, niemal pod jego nosem. Co powie siostrze?”- rozważał dowódca pijąc herbatę i przygryzając kostką cukru. Pod lasem tuż przy zagajniku rzędem leżały ludzkie zwłoki. Polskie mundury mieszały się z kozackimi. Dowódca przez chwilę przyglądał się temu przez okno. Był świadkiem wielu pochówków. Dwóch jeńców polskich kopało doły. Wartownik częstował ich machorka. Zrobili skręty i pociągali nerwowo i łapczywie. - Ziemia wszystkich pogodzi – mruknął odchodząc od okna. Wezwał sierżanta sztabowego i podyktował mu meldunek do komandarma. -Czy komisarz polityczny ma już podwodę?- spytał . Podwoda zaprzężona w dwie chłopskie chabety tłukła się po wyboistej leśnej drodze. Woźnica lękliwym wzrokiem spoglądał, to na dwóch konwojujących wóz czerwonoarmistów, to na ciągnące się wzdłuż drogi zarośla. Komisarz był nieprzytomny i głośno jęczał. Na drodze z przeciwka ukazał się jeździec, czerwonoarmiści odbezpieczyli broń -Swojak – powiedział z ulgą jeden z konwojentów. Nadjeżdżający kawalerzysta zatrzymał spienionego konia.- -Do dowództwa pułku? –spytał, miał zakrwawioną twarz. Konwojent pokazał ręka, że dobrze jedzie. .-Tam są jacyś, pewno bandyci. Niby mają mundury, ale to nie Polacy, jakieś dziwne, ledwo udało się ujść z życiem. -To petlurowcy. Psy!- wycharczał komisarz, który chwilowo oprzytomniał. Zastrzelcie mnie, to rozkaz i wracajcie do pułku. Kawalerzyści spojrzeli po sobie z wahaniem, Najmłodszy pochylił się z konia nad rannym i pogrzebał ręką w słomie wyścielającej wóz. Wyciągnął ze słomy nagan komisarza i strzelił dwukrotnie do leżącego płosząc konie. Milczący i nieruchomy dotychczas chłop powożący zaprzęgiem zeskoczył z wozu i uciekał przed siebie jak szalony. Kawalerzysta zajechał mu drogę i uderzył w głowę kolba rewolweru. -Ty, dokąd? A no wracaj! - Pojadę z meldunkiem lasem. Jednemu łatwiej. Ty Wasal wracaj- powiedział ten, co strzelił do komisarza.- Jakbym nie wrócił, to napisz do matki –podał mu kartkę z nabazgranym adresem Dowódca pułku upewniwszy się, że komisarz dał rozkaz strzału do siebie, do sprawy nie wracał. - A dużo było tych psów? - spytał kawalerzystę. -To był tylko patrol- odpowiedział kawalerzysta wciąż stojąc na baczność. Dowódca przeczytał meldunek. Czytał marszcząc brwi.- Więc są tu te psy nie przypadkowo- głośno stwierdził. - Natychmiast zwołać odprawę sztabową- polecił sierżantowi. I nakarmić żołnierza. Będzie wracał z meldunkiem. -Trzeba Kaziu stanąć- zwróciła się do brata Eugenia. Muszę opatrzyć rannych, napoić, rozdzielić ostatek lekarstw i środków znieczulających. - Nie dojadą?- spytał kapitan - Kto to wie. Trzeba stanąć. Mamuniu, nie idź, my się boimy- chlipały dzieci. Najstarsza, dziesięcioletnia Kasia, uspokajała młodsze rodzeństwo. - Mamuńcia zaraz wróci. My sobie pośpiewamy. Kapitan uderzył w ścianę wagonu, rozkaz podano dalej i pociąg stanął w szczerym polu. Pojawił się kulejąc sanitariusz i Eugenia powędrowała do dwóch odległych wagonów z rannymi. Tu panował zaduch i smród rozkładających się ciał. Eugenia wezwała na pomoc inne kobiety. Rozpalono małe ognisko i gotowano wrzątek. Eugenia zrywała z ran opatrunki przemywała je resztkami kalcjum, przecinała skalpelem zasklepione, grożące gangreną ropnie. Sanitariusz odciągnął na bok zwłoki tych, co już nie żyli, a niewiasty okryły je prześcieradłami. -Przetrzymasz synku- przemawiała matczynym głosem Eugenia do osiemnastolatka rannego w biodro. -On to przetrzyma, ja nie. Daj mnie na ból, bo się zastrzelę. Eugenia schyliła się nad rannym i łagodnym, stanowczym ruchem zabrała mu rewolwer. Sięgnęła do torby, wysypała do kubka proszek i podała rannemu do wypicia. Po chwili spał. Wprędce zapalono i przed innymi wagonami małe ogniska. Karmiono małe dzieci. Po jakimś czasie dojechali do mostu nad rzeka Teterew i pociąg stanął. Z okopów ciągnących się wzdłuż rzeki wyskoczyli piechurzy w chełmach. Kapitan przeszedł przez most i zameldował się u majora. Zapadł zmrok, kiedy pociąg wtoczył się plątaniną szyn do Żytomierza. Drogi nie rozświetlał najmniejszy płomyk lampy zwrotniczej czy semafora. Transport stanął i natychmiast otoczyli go żołnierze z bagnetami na karabinach - Czekamy na posiłki. Żytomierz może być w każdej chwili atakowany przez bolszewickie zagony kawaleryjskie. Musicie jechać na Berdyszów, a tam już wam powiedzą. Bolszewicy, jak doniósł zwiad lotniczy, dotarli zagonem pod Zieleńce i uchwycili most na Słuczu, aby przeciąć drogę odwrotu.. W Berdyczowie są znaczne siły nasze i petlurowców. Stamtąd idzie pomoc - meldował kapitanowi młodziutki porucznik. - Mam rannych. Potrzebuję lekarza i lekarstw oświadczył kapitan. - Szpital nieczynny, wszyscy uciekli -Wzruszył ramionami porucznik. - Gdzie jest jakaś apteka? – weszła w słowo porucznikowi Eugenia. - Widziałem gdzieś tu szyld – ustąpił porucznik. Eugenia szła przez ciemne, opustoszałe ulice miasteczka w otoczeniu czterech żołnierzy i porucznika. Łoskot podkutych butów przerażał zamkniętych i pochowanych w domach mieszkańców. Apteka zamknięta była na cztery spusty. Drzwi od zewnątrz trzymała żelazna sztaba. Eugenia zastukał gwałtownie, ale odpowiedziała jej martwa cisza. Porucznik dał znak i żołnierze uderzyli kolbami w drzwi. Za drzwiami coś się poruszyło i ktoś odblokował żelazną sztabę, która wypadła na bruk z ogromnym hałasem. Z za uchylonych drzwi wyjrzała twarz przestraszonej staruszki w okularach. -To swoi- krzyknęła z ulga starsza pani. Bałam się, że już bolszewicy. Przed żołnierzy wysunęła się Eugenia:. - Potrzebujemy opatrunków, środków dezynfekujących, znieczulających. Szukamy lekarza. - Wszyscy uciekli- powiedziała ciepło, zapewne właścicielka apteki. –Zostali tylko tacy jak ja. Co, komu, co po starych? Jeden stary chirurg, Rosjanin, jest po sąsiedzku, ale on sam potrzebuje lekarza. - Proszę mnie do niego zaprowadzić – powiedziała Eugenia Sędziwy lekarz siedział na werandzie niewielkiego drewnianego domku i spokojnie pił herbatę. W jego nogach leżał stary pies. W uciętej butelce migotał kawałek płonącej świecy. -Potrzebujemy pomocy- oświadczyła bez żadnych wstępów Eugenia. Musi pan zapobiec zakażeniom i gangrenie. W Berdyczowie może być za późno. Stary lekarz usiłował wstać z fotela, ale szło mu to opornie. Eugenia pospieszyła z pomocą. Nic nie powiedział i zniknął w głębi domu. Pojawił się za chwile z walizeczką, którą wręczył Eugenii. -Trzeba mi pomóc w chodzeniu – mruknął po rosyjsku. Sam daleko nie zajdę. Eugenia i porucznik ujęli lekarza pod ręce i tak dotarli do stacji. Jeden z wagonów wyszykowany, umyty i oświetlony zebranymi zewsząd lampami, służył za salę operacyjną. Sędziwy lekarz, jakby ożył, poruszał się samodzielnie, rzucał krótkie zrozumiałe polecenia, czyścił rany, wyciągał tkwiące w ciele pociski, zakładał dreny i tampony, składał połamane kości, zakładał zamiast szwów klamry. - Nic więcej zrobić nie mogę- oświadczył i nagle usiadł ciężko dysząc -Niektórym grozi amputacja – szepnął w stronę Eugenii. Musicie szybko dostać się do szpitala- i jakby nie wierząc we własne słowa machnął ręką. Szczęść wam Boże- dodał. Odprowadzili chirurga do domu dwaj żołnierze, musieli się spieszyć, bo kapitan zapowiedział odjazd za pól godziny. Tym razem nie wjechali na stację. Tory wjazdowe blokowały lory kolejowe. Na nich, za workami z piaskiem, kryli się kaemiści kulomiotów. Na dalszych lorach stały samochody pancerne. Czujka wysunięta przed stację o jakieś pięćset metrów zatrzymała pociąg. Żołnierze z bronią gotowa do strzału zbliżyli się do wagonów i czekali na dowódcę transportu. Kapitan wyskoczył z wagonu i w asyście konwojentów wsiadł do stojącej, za blokującymi tory lorami, drezyny, i pojechał w kierunku stacji. Dowództwo nad transportem powierzył sierżantowi. Po jakimś czasie, na biegnącej wzdłuż torów piaszczystej drodze, pojawiło się trzy konne ambulanse oznaczone czerwonym krzyżem i sanitariusze zaczęli wynosić rannych. Od strony stacji podjechał parowóz. Wyskoczył z niego kapitan. Parowóz odciągnął na bocznicę lory i wjazd na stację został otwarty. Transport uciekinierów wjechał między stojące na wszystkich torach transporty wojskowe, wśród których tkwił, jak żelazny smok, pociąg pancerny. Eugenia zebrała swoją gromadkę, chłopca i cztery dziewczynki, i ruszyła do miasteczka, żeby kupić najpotrzebniejsze wiktuały na dalsza drogę. Nareszcie czuli się bezpiecznie. Ale w miasteczku czuło się podniecenie i ogromny niepokój. Ulicami na koniach i pieszo przemykali wysokiej rangi oficerowie polscy i ukraińscy. Pełno było żandarmerii i posterunków chroniących okazalsze domy. Ceny chleba, masła, jaj były wręcz niebotyczne. Eugenia zaszła do jedynej otwartej karczmy, aby dzieci zjadły po talerzu gorącej zupy. Usadowiła wszystkie na ławie koło pieca i poszła szukać karczmarza. W tym samym czasie do dzieci przysiadł się młody człowiek podający się za nauczyciela geografii. - Wy, dokąd jedziecie? - spytał najstarszą Kasię. Dziewczyna nieufnie pokręciła głową:- Nie wiem- powiedziała. - Ale jedziecie w tym pociągu, który dziś przyjechał?- dopytywał się nieznajomy. - Myśmy tu przyjechali wcześniej- skłamała intuicyjnie Kasia. - Lubisz sobie żartować, prawda- uśmiechnął się nieznajomy. Powiedz mi czy jedzie z wami starszy pan, z długa siwą broda i dwojgiem, trochę tylko starszych od ciebie, dzieci? Może być z nim i pani, mama tych dzieci. Czy są na początku, czy na końcu pociągu? To moi krewni, chciałby ich bardzo zobaczyć. - Nikogo takiego nie widziałam – odpowiedziała dziewczynka. - Więc, jednak jedziesz w tym pociągu – nieznajomy znowu się uśmiechnął. A dużo jedzie z wami żołnierzy? Będzie ze trzydziestu? -A panu to, po, co wiedzieć?- spytała Eugenia. -Miłe dzieci- powiedział nieznajomy. –Pogadaliśmy sobie i tyle. Eugenia rozejrzała się dookoła, na ulicy stał patrol żandarmerii. Wyciągnęła nagle z torby rewolwer i wystrzeliła w szybę wystawową, która rozsypała się i spadła kaskadą na chodnik, poczym skierowała rewolwer nieznajomemu w głowę Wszystko to trwało sekundy. W drzwiach karczmy stanęli z bronią gotowa do strzału żandarmi. - Rzuć broń- zawołał jeden z nich do Eugenii. Rzuciła broń daleko od siebie - To jest szpieg i prowokator- krzyknęła widząc, że nieznajomy sięga ręką w kieszeń. - Ręce do góry- zagrzmiał ostrzegawczo żandarm. Drugi zbliżył się do nieznajomego i wyciągnął z tylniej kieszeni mały brauning. - Kim jest pani?- spytał żandarm Eugenię. Czyje to dzieci? Eugenia podała mu wojskową książeczkę POW. Żandarm zasalutował, schylił się i podniósł rzucony przez nią na ziemię rewolwer. -Proszę pani porucznik – powiedział podając broń. -Już my go sprawdzimy. Gdzie mamy panią szukać, gdyby, co? - W transporcie, którym ten tu się bardzo interesował. A dzieci są moje- dodała Eugenia. W transporcie wrzało. Mężczyźni ustawili się w rządek przed parowozem po gorącą wodę. Kobiety prały, myły naczynia, zaprowadzały porządek w wagonach. Między torami bawiły się dzieci, a trochę starsi chłopcy z podziwem oglądali pociąg pancerny, stalowego kolosa. Kasia spostrzegła zaraz siwego starca z patriarchalną brodą, o którego pytał nieznajomy w karczmie. Ale nic mu o niczym nie powiedziała po tym, jak mama oddała nieznajomego w ręce żandarmów O wszystkim, co zaszło opowiedziała bratu Eugenia. Spacerowali w oddaleniu od wagonów. Kapitan ją wysłuchał i po pewnym…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ogar
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…