Wróć do katalogu

Początki. Upadki. Ciąg dalszy.

Ciąg dalszy publikowanego parę dni temu kawałka. Chcieliście - macie :P

MFitzner, opublikowano , 38 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

[notka od autora: wychodząc naprzeciw życzeniom/żądaniom/ultimatom, puszczam ciąg dalszy. Zaznaczam, że nadal jest to ledwie początek, i większość wątków zaczętych w pierwszym fragmencie tu się nie wyjaśni. Jedna historia w pewnym sensie dojdzie do końca - ale poza tym, pozostanie zagadkowo i niejasno. A chcę się od moich czytelników dowiedzieć, czy po prostu tak zaczęty tekst jakoś pozytywnie rokuje; czy taki początek zachęca czy odstręcza - styl, narracja, klimat, humor.]

V.

Otrzepawszy się pobieżnie, Ktosiek dumał, czy aby nie położyć się znowu. Wszystko bolało go jakoś dziwnie - każdy skrawek ciała. Wtedy jednak pomyślał sobie, że jak by się położył, uciskałby ten ból dodatkowo i tylko sobie cierpienia przysparzał. Nawet usiąść nie miał na czym - przynajmniej nie na obolałym zadku. Od tego stania i rozmyślania nogi zaczęły mu wbijać się w tułów. Skoro więc spocząć nie mógł, a bezruch stał się najpierw niewygodny, po czym dokuczliwy - została tylko jedna możliwość. Wciągnął brzuch i, prostując się, ruszył z kopyta. I zaraz zwolnił, przygarbił się. Ból wykrzywił mu plecy w pałąk a nogi powykręcał i poplątał. Ktosiek nie stanął, ale do przodu powlókł się jedynie siłą rozpędu, i chyba bał się zatrzymać. Popychał go wiatr, uderzający mu w plecy silnymi, krótkimi zrywami. Mężczyzna brnął do przodu, stawiając krok za krokiem tak, jakby się tego dopiero uczył; jakby nie mógł. Pod nim miarowo przesuwał się ląd; równina białego piasku. Nad nim rozpostrarty błękitny bezkres. Po niebie zaś sunęły chmury. Białe, puchate olbrzymy wiatr gnał w tym samym kierunku, co Ktosia. Posuwały się do przodu gładko i bezszelestnie; gdzieś w dole, mężczyzna człapał z coraz większym trudem. Może by i pościgał się z nimi, gdyby nie ból w kolanach, gdyby nie łupanie w krzyżu; zawroty głowy i spłycony oddech. Zatrzymał się. Oparł ręce na kolanach, głowę zwiesił do przodu, zamknął oczy - i tak trwał. W zapadłej piersi serce jeszcze długo tłukło jak oszalałe. Skronia pulsowały w takt tętna. Gwałtownie wdychane i wydychane powietrze świszczało w zeschniętym gardle; boleśnie rozdymało przykurczone płuca. Pisk w uszach wzmagał się. Świat zawirował. Zakręcił się parę razy wokół Ktośka - pod nim i nad nim; podskoczył i zderzył się z jego wychudłym zadkiem. Mężczyzna usiadł i podparł się dłońmi. Nadmiar bodźców skołował go, ale nie pozbawił przytomności. Właściwie dopiero teraz, siedząc na piasku, oddychając coraz spokojniej i głębiej, przytomniał. Otworzył oczy. Uniósł brwi pytająco. Coś było nie tak. Inaczej. Rozejrzał się, i nie od razu wiedział: co? Pamiętał biały piach. I teraz też na białym piachu siedział. Pamiętał chmury. One także sunęły po niebie. Ale przypominał sobie też ocean. A jego właśnie... nie było. Jeszcze nie tak dawno otaczał Ktośka zewsząd, na tyle ciasno, że ten nawet trzech kroków nie mógł po wysepce zrobić - a teraz... zniknął. Wszędzie tylko piach. Z samym Ktosiem też nie wszystko było tak jak trzeba. Też inaczej. Miętoląc w palcach czarną brodę, mężczyzna zadumał się nad tym: dlaczego? Czemu tak paskudnie się czuł? Czemu, uszedłszy ledwie parę kroków, nieomal padł nieżywy. Przyłożył rękę do czoła, szukając symptomów choroby. Pod palcami nie wyczuł jednak niezdrowej gorączki. Wymacał za to głębokie bruzdy. Suchą, szorstką skórę przecinały nieliczne, ale za to wyraźne zmarszczki. Zmierzwił brwi. Przesunął po nich opuszkami kościstych palców; były gęste i krzaczaste. Zsunął je jeszcze niżej na wybałuszone w zdumieniu oczy. Badając miejsce przy miejscu wyschniętą twarz, co i rusz napotykał ostre linie, przecinające suchą skórę wzdłuż, wszerz i wzwyż. Wszystkiego na tej facjacie było więcej; wszystko było... bardziej. Nos bardziej garbaty, usta szersze, uszy większe. Zmarszczki, worki pod oczami, i jeszcze tu i ówdzie jakiś prypeć. No i kłaki. Gąszcz potarganych, skołtunionych czarnych kudłów porastał ktosiową czaszkę gęsto i prawie kompleksowo - za wyjątkiem podpuchniętych oczu i niskiego pomarszczonego czoła. W ciemnej grzywie i takiejż brodzie skrzyły się białe kłaczki i ziarnka piasku. Ktosiek próbował białe kryształki wyczesać, wytrząsnąć, wytrzepać - na próżno. Czochrał, ile sił, ale palce więzły mu w kołtunach a chude, kościste ręce omdlewały po kilku ruchach. Do tego uwięzione w klatce wystających żeber serce co i rusz się zrywało i tłukło. Przeszywające kłucie w piersi skutecznie zniechęciło mężczyznę do dalszych prób robienia czegokolwiek. Coś było nie tak. Inaczej. Zupełnie nie tak. Fatalnie. Oto bowiem jednego dnia, Ktosiek budzi się - rześki, wypoczęty, silny, sprawny, piękny, umięśniony i sprężysty - i jedyne, czego nie może to podrapać się łokciem po nosie - choć i to może tylko kwestia wyćwiczenia - po czym po męczącym dniu idzie spać. Dnia następnego budzi się w miejscu niby znanym, ale zupełnie innym, choć tak samo niepokojącym; w ciele jakby zupełnie obcym. Niby wszystko na swoim miejscu - ręce, nogi, głowa - ale nic takie jak trzeba. Co przydatne miał w tym ciele, przykurczyło się, zastało, i było zasadniczo do niczego. Mięśnie zanikły. Zwapniałe stawy trzaskały przy każdym ruchu. Jakiekolwiek miał atrakcyjne cechy - stracił je. Czas - krótki okres snu - wykrzywił je, zniekształcił. Dumną postawę przygarbił. Dostojne rysy rozdrapał. Mężną figurę strawił; zostawił szkielet powleczony luźno suchą, szorstką skórą. Na koniec jeszcze odebrał wszelką chęć do życia - i tak pozostawił Ktośka. By żył - z kosmatą, skołtunioną brodą. Mężczyzna położył się. Że stać nie było sensu, to już wiedział. Chodzić ani nie mógł, ani już nawet nie chciał. Rozłożył się zatem płasko na plecach, z rękami na brzuchu. Był zmęczony, ale nie senny. Zbyt roztrzęsiony zresztą, by spać. Leżał, oddychając coraz bardziej miarowo. Gapił się w jeden punkt na niebie, mrugając powiekami raz na jakiś czas. Przez Ktosiowe pole widzenia przesuwały się kolejne obłoki. Każdemu przyglądał się przez chwilę, ale nie podążał za nim wzrokiem. Przed utkwionymi w błękicie oczami pojawiał się co i rusz nowy puszysty kłębek. Każdy biały - ale co jeden, to inny. Przybierały przeróżne kształty. Raz był taki, co przypominał Ktosiowi człowieka; jego samego. Do pękatego obłoczka przylegał drugi, mniejszy. Tułów i głowa. Ten większy zaś wytworzył cztery wypustki - dwie smugi po prawej i dwie po lewej stronie. Ręce i nogi. Potem, za stadem bezkształtnych zwojów, przyszło coś jakby zwierzę. Chmurka z kilkoma wypustkami na kształt kończyn, i ciągnącą się za nią smużką - jakby ogonem. Nad Ktosiem przelatywały po niebie dziwne ptaki; obłoczki w kształcie ptaków, właściwie. Po nich - dziw jakiś - na pozór człowiek, ale chyba jednak zwierzę. Bo niby ręce i nogi miało, po ludzku - ale był i ogon. Zadumał się Ktosiek. Dziwne. Zdziwił się jednak jeszcze bardziej, gdy zastanowił się, skąd to wszystko wie. Że zwierzę chodzi na czterech łapach, a człowiek na dwóch, i że ma ręce a ogona nie. Że zwierzę chodzi, biega i skacze - a ptak do tego jeszcze, jak chmura, lata. Że sfruwa czasem i siada na drzewie - a i zwierz, jak ma talent, potrafi z ziemi na to drzewo wleźć. Skołowała go ta wiedza solidnie - bo niby wiedział, ale i tak nie wiedział. Bo co z tego, że wie o zwierzu to i owo, jak nie wiedział, co to? Ani zwierzęcia, ani ptaka, ani niczego podobnego nie widział. Miał w głowie myśli, słowa i fakty - ale nie zwierzęta. Gdy spojrzał na swą dłoń - pomarszczoną, grudkowatą i ciemną - i zamknął oczy, pod powiekami wciąż miał ten sam obraz - chuda, żylasta kończyna; pięć palców z przydługimi paznokciami. Do tego, pamiętał jeszcze, jak ta ręka wyglądała wczoraj - gładka, pomarańczowa, o grubych, mocnych palcach. Z zamkniętymi oczami mógł przywołać w myślach widok łokcia oraz biodra - dzisiejszy i wczorajszy. Gdy zaś pomyślał o zwierzu - nie widział niczego; tylko natrętne myśli, że ma to cztery łapy i ogon. Miał w głowie tysiąc słów - nazw, czynności, określeń - lecz nie miał pojęcia ani co większość z nich znaczy, ani tym bardziej, skąd się tam wzięły. Znał liczby. Wiedział, że ma oczu dwoje, a palców na końcu każdej kończyny po pięć. Skąd jednak wiedział? I ile to było milion - obrazowo? Teoretycznie wiedział dużo - bardzo dużo. Praktycznie i empirycznie - prawie nic. Tyle, co sam sprawdził i stwierdził wczoraj i dziś. Rozumu i pomysłowości miał na tyle, by domyślać się, że teorię przyswoił... wcześniej; że tak, jak przed dniem dzisiejszym był wczorajszy, tak przed nim też coś musiało być - jakieś przedwczoraj, a może i przedprzedwczoraj. I że wtedy to właśnie. Problem w tym, że żadnego przedwczoraj sobie nie przypominał. Szukał go po głowie z uporem - i nie znajdywał. Nie to, że ta przeszłość była ukryta - tak jak słońce właśnie się skryło za chmurami. Przeszłości dalszej niż wczoraj... nie było. Przedwczoraj - to tylko teoria. Jedynie słowo - puste, gładkie, białe. Miało znaczenia, lecz brakowało jakiejkolwiek treści. Od myślenia o nim Ktosia tylko głowa rozbolała. Słowa, idee i liczby napierały od wewnątrz na cienkie ścianki czaszki; pulsowały uparcie i rytmicznie. Ktosiek zmrużył oczy, udręczony bólem. Zmarszczył czoło. Pociemniał jakoś na twarzy, zmatowiał. Spod przymkniętych powiek niewyraźnie widział niebo. Chmury - niby-zwierzęta, niby-ptaki i niby-ludzie z ogonami i bez - rozmazały się i rozlały równo po błękicie, całkowicie go przesłaniając. Kumulowały się i gęstniały; żółte światło przebijało się przez ciemniejące chmury coraz słabiej. Mroczne niebo skłębiło się, pomarszczyło i pękło z głośnym grzmotem. Kawałki chmur posypały się z cichym szumem na świat w dole. Pierwsza kropla deszczu - mała, lodowata kropka - spadła Ktośkowi na splot słoneczny. Wzdrygnął się i otworzył oczy. Przeciągnął po mokrym miejscu dłonią, rozmazując wodę po skórze. Kolejna trafiła go w czoło i spłynęła po nosie. Gdy spojrzał w górę, wiedząc, że to stamtąd kapie - następna plasnęła mu wprost w otwarte oko. Gdy mężczyzna tarł je, próbując ją stamtąd wycisnąć, lunęło na niego jak z cebra - do oczu, nosa i ust. Wszędzie. - Deszcz - stwierdził Ktosiek. I trudno powiedzieć, co bardziej go zaskoczyło - czy to, że zaczęło padać, czy że wiedział, co to na niego pada, czy też to, że umie mówić. W tej samej chwili przemknęła mu przez głowę niejasna, choć wyraźnie złowroga koncepcja "przeziębienia". Wzdrygnął się na samą myśl, choć i tak bladego pojęcia nie miał, co to jest. Coś jednak podpowiadało mu, że to nic miłego, i sugerowało, by się ukrył. Wiedziony nieznanym przeświadczeniem próbował rozkopywać białą ziemię. Zmęczył się wielce, wykopując maleńki dołek - dziurę, zasadniczo. Zarzucił więc pracę i w to, co było, zaczął się na siłę wciskać. Próbował głową, próbował nogą - i nie mógł. W międzyczasie deszcz zalał dołek, więc Ktosiek porzucił zamiar krycia się w nim. Zakrywając więc głowę, popędził co sił w wychudłych, zwapniałych nogach przed siebie, szukać stosowniejszej kryjówki - takiej, nad którą nie musiałby pracować, i w której deszcz go nie dosięgnie. Biegł wytrwale, wypatrując czegoś, co by się nadawało. Już z oddali dostrzegł wprost doskonałe rozwiązanie - pewne, a w dodatku znajome. Piach przemoknie, więc w nim schronienia próżno szukać; potrzebował czegoś, co nie przemakało. I znalazł. Tak więc wbiegł do oceanu i runął pod wodę. Tak desperacko chciał się ukryć, że zupełnie zapomniał, że morza nie lubi, a po dłuższej chwili przypomniał też sobie, że nie umie pod wodą oddychać. Wyskoczył więc z wody jeszcze szybciej, niż do niej wskoczył. Dopiero wtedy, już na brzegu, zauważył, że nie padało - i to od jakiegoś czasu. Biały piach był prawie suchy.

***

Piaszczysty, biały brzeg opadał łagodnie, prawie niezauważalnie stapiając się z oceanem. Napływająca i odpływająca leniwie słona woda przesyciła przybrzeżny piach, zamieniając go w gęste, beżowe błoto. Przejrzysta i bezbarwna u stóp Ktośka, w oddali stawała się błękitna, szmaragdowa, a w końcu ciemnozielona. Mężczyzna, stojąc w grząskim pasie między lądem a oceanem, patrzał w dal z odwagą, nie z lękiem. Prezentował się okazale, a i czuł się znacznie lepiej. Niby zmarszczki te same, i kręgosłup krzywy, ale mięśnie jakby wyraźniejsze, a spojrzenie groźne i ostre. Włosy może i siwe; ale za to rozruszane kości nie trzaskały już przy każdym ruchu. Ktosiek chodził, myślał i oddychał całkiem swobodnie. Widział na kilometry. A wszystko co widział, było jego. Wielki, biały ląd należał do niego. Ocean i niebo - do nikogo innego. Mężczyzna poczuł się przepotężny - możny, władczy i silny. Poczuł przyjemny dreszcz. Na wpół świadomie, instynktownie zacisnął dłonie w pięści, i uniósł je powoli nad głowę. Stał tak przez dłuższą chwilę, a wiatr wiał mu w twarz. Ktosiek nabrał powietrza w płuca. Zatrzymał je tam na chwilę, po czym z wielką mocą wyrzucił je przez gardło. Ryknął tak, że cały się zatrząsł, a i niebo i ziemia - zdać by się mogło - zadrżały. W okrzyku zawarł całe płuca, całą swą siłę; żadnych słów - tylko czystą moc. Gdy zabrakło mu powietrza, wziął głęboki wdech i wydarł się jeszcze głośniej, jeszcze groźniej. I gdy tak raz po raz zdzierał gardło, coś mu przerwało. Pac! Coś małego, jasnego, uderzyło Ktosia w twarz i upadło na suchy piach za nim. Co prawda nie przewróciło go, a jedynie nieco zaskoczyło, ale bezpowrotnie zrujnowało podniosły nastrój. Mężczyzna rozluźnił i opuścił uniesione ręce i poszedł sprawdzić, co to było. W piachu znalazł pożółkły, płaski, gładki przedmiot. Wziął go delikatnie w palce i powoli obracał, oglądając z każdej strony. Nie znał go - lecz już po chwili znał. W mądrej głowie tkwił już od dawna koncept - odarty z kształtu, kolorów, faktury - koperta. Głośny szelest wypełnił mu umysł gdy wysypały się wszelkie skojarzenia i podszepty. Nośnik. Wiadomość. Treść. Otwórz. Przeczytaj. Teoretycznie wiedział, jak ją delikatnie otworzyć. Praktycznie jednak podarł ją na strzępy, bo tak było łatwiej i szybciej. Rozwinął złożony na czworo arkusz papieru - i stanął jak wryty. Na kartce widniał rysunek. Znak - wyraźny i dobitny. Wyrysowane na pomarszczonym papierze było nakreślone kilkoma prostymi łukami czerwone serce. Obeznany teoretycznie Ktosiek doskonale wiedział, co oznacza, do czego się odnosi, i co symbolizuje. Sam miał coś podobnego w sobie, i to coś zabiło szybciej, a Ktosiek zarumienił się i jakoś tak rozmiękł zupełnie. Przysiadł i gapił się z wyrazem błogości na twarzy. Zrobiło mu się ciepło; serdeczne przesłanie rozświetliło chłodny wieczór. Bo ktoś lubił go, lub też nawet kochał. Od kogoś dostał wielkie czerwone serducho - krótkie acz treściwe zwierzenie. To spoglądał na nie, to przyciskał do własnego serca. Na przemian rozpromieniał się i wzdychał. Cieszył się i aż nie dowierzał. I gdy tak siedział, przyszła noc. A on tak trwał z tą kartką i gapił się w nią. Mimo wcześniejszych ochów, achów i westchnień - spochmurniał nagle; mruknął pod nosem. W świetle księżyca wciąż widział to czerwone serce - tyle, że inaczej. W mroku nocy kartka zdawała się granatowa, serce zaś - czarne. Niepokojące, złowrogie. Błogość ustąpiła zadumie, fascynacja - lękowi, gniewowi... Za co bowiem i kto Ktośka lubił lub kochał? Czy za to, że był? Czy też za to, kim był? Może za ostre rysy i czarne włosy? Lecz sęk tkwił w tym, że kimkolwiek Ktosiek był, przestał nim być. Ani wyglądał tak jak dawniej - każda chwila coraz bardziej go zniekształcała; ani był tego dnia tym, kim jeszcze wczoraj, a co dopiero za czasów, których nie pamiętał, nie znał. Nie to, że się zmienił - on po prostu był tylko tym, kim uczynił go pobyt na wyspie. Tylko i wyłącznie tym - nikim innym. W sumie, zatem, ten liścik wcale nie dla niego był, a dla wspomnień, wyobrażeń i urojeń nadawcy, kimkolwiek była ta osoba. A kim była? - teraz jak i wówczas, gdy się - być może - znali jeszcze? Tej obecnej nie znał, nie widział; tamtej nie przypominał sobie nawet. Nie mógł się zmusić do uczucia wobec jakiejść niewiadomej, tajemnicy, abstrakcji, symbolizowanej przez coś tak ogólnego jak czerwone serce. Zgniótł kartkę, zwinął ją w kulkę i, wykopawszy głęboki dół, tam wcisnął zwitek i zakopał. Przytłoczony i rozsierdzony, położył się spać.

VI.

- Hej, gdzie jesteś? - krzyknął Iks Igrek. Wrócił. Uszedł spory kawałek - i cofnął się. Odnalazł "kiosk" i teraz szukał Iks Iks. - Gdzie jesteś? - powtórzył. Z wnętrza kiosku doszedł go jakiś szmer i stuki. Uchyliły się drzwiczki. Podszedł i zajrzał do środka. Ku jego zdziwieniu, Iks Iks, na siedząco, skulona w rogu, zajadała się w najlepsze. Poliki miała wypchane; żuła powoli, patrząc na niego swymi wielkimi, czarnymi oczyma, zaskoczona jego widokiem. - Co tam masz? - spytał. - Daj! - Weź sobie. Jest tego całe mnóstwo. Przełknęła. Wzięła następny arkusz zapełniony literami. Podarła go na niewielkie kawałki. I zjadła, przeżuwając po kilka papierowych strzępów na raz. Iks Igrek przyglądał się temu, niepewnie. Wcisnął się jednak do wnętrza kiosku i wziął plik wielkich kartek. Nie wyglądały zbyt smakowicie. - Smak jest... specyficzny - stwierdziła kobieta - ale lepsze to niż nic. Po chwili wahania i mężczyzna zajadał się obrazkami i dziwnymi słowami. SPORT. POLITYKA. FILM. MUZYKA. - No i jak? - spytała Iks Iks. - Nienajlepsze. Ale wolę to, niż nic. I jadł, co było - zgięty, zgarbiony, ściśnięty między półkami. Na nich poupychane stały tajemnicze rzeczy o fikuśnych nazwach. PAPIEROSY. CHRUPKI. LANDRYNKI. WAFELKI. ORZECHY LASKOWE. - Wolę to, niż nic - powtórzył, wpychając do ust fragment Gazety Codziennej.

***

Zapadł mrok. Iks i Igrek, stłoczeni w małej budce, byli zmęczeni, obolali i napchani - i całkiem możliwe, że trochę podtruci niesmaczną strawą. Z racji obecności tego drugiego, każde siliło się na czujność. Gapili się na siebie w kompletnej ciemności; nie widzieli się, a jedynie celowali ostrym spojrzeniem tam, skąd dochodził cichy szum oddechu. Ale powieki ciążyły, a czarne oczy piekły. Przysypiali. A za moment budzili się. Puk. Nie od razu zauważyli. Cichy, pojedynczy stuk o dach nie wyrwał ich ze snu. Ani kolejne kilka. Ta-ba-dam-bam. Da-bam. Dopiero gdy na dach posypało się tysiąc stuków na raz, Iks Iks otworzyła rozespane oczy i ze skwaszoną miną, kopiąc Iks Igreka, spytała: - Co to? To to tłukło w dach i dzwoniło w szyby. Nie przebiło jednak drewna i nie potłukło szkła. - Co znowu? - burknął Igrek. Irytowało. Ale i ciekawiło. - Idę zobaczyć, co to! - postanowiła kobieta. Półprzytomna, Iks podniosła się i po omacku gramoliła się do wyjścia. - Idź i daj mi spać... - mruknął Igrek. - Au! Au! Uo! Depcząc po mężczyźnie, kobieta dotarła do drzwi. Kopnęła je i wyskoczyła na zewnątrz. Dopiero gdy stała w kompletnych ciemnościach, wystawiona na działanie stuków i puków, pomyślała, że może lepiej byłoby najpierw wystawić z kiosku tylko rękę - i w razie zagrożenia cofnąć. Albo wykopać z budki Iks Igreka - i... I zamknąć drzwi. Ale to ona stała naga na zewnątrz. I marzła. I mokła. Tony wody lały się strumieniami z czarnego nieba. To one

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych