Wróć do katalogu

Początki. Upadki. Fragment trzeci

Ciąg dalszy, dla tych, których nie odstraszyły poprzednie części

MFitzner, opublikowano , 39 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

VII.

Ledwie zasnął - i zaraz się obudził; a przynajmniej takie odniósł wrażenie. Jednak położył się spać kawałek od brzegu ciemną nocą, a ocknął się o bladym świcie. Brzeg zaś był kilka metrów dalej. Wcześnie jeszcze było; i zimno. To gwałtowny dreszcz - a nie wewnętrzny zegar - wyrwał Ktośka ze snu. Mężczyzna podniósł się, drżąc na całym ciele. Objął się mocno i, masując zziębnięte przedramiona, rozglądał się bezradnie dookoła. Nigdzie uciec, nigdzie się schować. Nic nie widział. - Mgła - uzmysłowił sobie. Chmury osiadłe na ziemi. Mimochodem, na zdrętwiałych z zimna nogach zaczął iść wzdłuż linii brzegowej, ze wzrokiem utkwionym w piaszczystej drodze przed sobą. Gdy tak dreptał, z oparów mgły wyłaniał się monotonny, linearny krajobraz brzegu - piach, pas błota i morze leniwie napływające i bezradnie odpływające z łagodnego wzniesienia. Mimo to Ktosiek nie od razu wyłowił nowość, odmianę w tej nudnej scenerii. Gdy z mlecznej bieli wyłoniła się najpierw tylko ciemniejsza plama, potem zarys, zbliżył się do niego bez pośpiechu, idąc tak, jak i wcześniej szedł. Tajemniczy kształt nabrał najpierw koloru, potem faktury. Gdy Ktosiek dotarł do niego - unoszącego się lekko w płytkiej przybrzeżnej wodzie - położył na nim dłoń, przyglądając się mu pytająco. Po chwili z zaskoczeniem stwierdził, że to łódka. Nie sama łódka jednak była tu jakoś szczególnie zaskakująca - ot, drewniana łajba, mała i skromna. Tyle tylko, że przed chwilą nie miał pojęcia, czym jest - a teraz nawet wiedział - teoretycznie - jak sprawnie wiosłować. Stracił jednak zainteresowanie łódką, gdy dostrzegł na piasku ślady kroków prowadzących we mgłę. Zarzucił wcielanie w praktykę teorii wiosłowania i podążył wydeptanym tropem. Ciąg odcisków na piasku ciągnął się daleko wgłąb wyspy; wił się, skręcał ostro, zawracał, okręcał wokół siebie i szedł dalej. Ślady butów, nie stóp. - Hm... - zdziwił się Ktosiek. - Czego? Poszedł dalej, wbijając wzrok w wyłaniające się z mgły kolejne odciski. W pewnym momencie trop urwał się, a na jego końcu zamajaczył cień. Mężczyzna przezornie zwolnił kroku. Zbliżał się wolno i bezszelestnie, na ugiętych nogach, lustrując bacznie wyostrzający się zarys. Gdy już rozróżniał jakiś kształt - nieruchomy, tkwiący w jednym miejscu - i nieśmiałe, bladoszare kolory, zatrzymał się, niepewny, co robić dalej. Wtedy właśnie obiekt obserwacji, czując na sobie ciężar badawczego spojrzenia, odwrócił się i spostrzegł Ktośka. - AAA!!! Ujrzawszy mężczyznę, tajemnicza persona była cokolwiek zaskoczona, i chyba niezbyt miło, bo darła się w niebogłosy, ile jej tylko w płucach sił starczyło, krzywiąc się przy tym okropnie. Zaskoczony gwałtowną reakcją - reakcją samą w sobie i jej formą - i nie mniej przerażony koszmarnym grymasem i krzykiem kobiety niż ona jego nagłym pojawieniem się, Ktosiek zawtórował jej. - AAA!!! Na to ona wydarła się jeszcze głośniej, wykrzywiając twarz jeszcze bardziej. On za nią - jak echo - donośniej, dłużej i głośniej. I tak się przekrzykiwali, przedrzeźniali - mocniej, straszniej i przeciągle - aż w końcu już tylko pokrzykiwali na siebie z coraz mniejszym przekonaniem. Żadne z nich nie atakowało - więc i po co? - A? - stwierdził, a wręcz spytał Ktosiek. Nastąpiła chwila niemej pauzy. - Khem - chrząknęła kobieta, rozglądając się niepewnie na boki. - Ja... ja być przyjaciel - zaczęła, starając się patrzyć mu prosto w oczy, czyniąc przy tym przyjacielskie, poddańcze gesty. - Ja tobie nic nie zrobić! Ja obiecywać! Mężczyzna spoglądał na nią tępo. - Ja... być przyjaciel? - powtórzyła kobieta niepewnie. - Nic nie zrobić. On nadal krzywo na nią patrzył. Próbowała coś powiedzieć na swoją obronę, ale nie mogła już nic wydusić, gdy tak mierzył ją zdegustowanym spojrzeniem. - Mówże normalnie, bo ledwo cię rozumiem - rzekł w końcu, rozkładając bezradnie ramiona. - To... to ty mówisz? Normalnie, umiesz mówić? - No tak! Ja już myślałem, że ty jakaś głupia. - I... i ty mi nic nie zrobisz? - wolała się upewnić zawczasu nieco już uspokojona kobieta. - Zrobić coś? Niby co? - No nie wiem. Nic konkretnego mi nie przychodzi do głowy. Upewniam się, czy tobie też nie. - Hm... - zastanowił się Ktosiek. - Nie. - Uff... - westchnęła z ulgą. - No, to ja... ja już sobie... pójdę. - Gdzie? - spytał mężczyzna retorycznie. - Szukam kogoś... - odparła kobieta, już odwracając się, by odejść. - Może pomóc? - zaproponował, po czym dodał, w jakimś sensie zgodnie z prawdą - Znam tę wyspę jak nikt inny. - Hm... Mam tu zdjęcie. Widziałeś może tego jegomościa? On wziął od niej czarno-białą, pożółkłą fotografię. Trzymając ją delikatnie palcach, zbliżył do oczu i przyjrzał jej się uważnie. Na niej widniał młody mężczyzna. Miał ostre rysy: wydatny nos i mocne kości policzkowe. Spod wyraźnych, groźnych brwi patrzyły na Ktosia jasne, przenikliwe oczy. Czarne włosy miał gładko przyczesane, zaczesane za uszy. - Nie, nie widziałem - stwierdził. Już miał oddać kobiecie zdjęcie, gdy nagle zawahał się. - Czekaj, czekaj... Patrząc na zdjęcie, jednocześnie badał garb swojego nosa. Macał kości policzkowe opuszkami palców. W jego oczach rosło zdumienie. - Przecież... to ja! Ona wtedy na niego spojrzała krzywo, zmrużonymi oczyma, i już miała wyśmiać - ale otworzyła jedno oko szerzej, zbliżyła twarz do jego twarzy i, badawczo przesuwając palcami po jego starczej cerze, coś jednak zobaczyła, coś wymacała. - To ty... I nagle, to analityczne spojrzenie złagodniało. Zaciśnięte w skupieniu usta rozszerzyły się w uśmiech. I gdy on patrzył na tę promienną, pulchną twarz cokolwiek zmieszany, uciekając wzrokiem na boki, ona objęła go znienacka i przycisnęła mocno do siebie. On też - odruchowo - objął tą o głowę od siebie niższą kobiecinę. Gładził jej długie, faliste, kasztanowe włosy i delikatną materię jej sukni. Wtedy też uzmysłowił sobie coś. - To ty... - szepnął, zaskoczony. List. Kartka. Serce. Ona. Kobieta też coś zauważyła, tuląc go do siebie, poklepując go po nagich plecach. - Wiesz... - zaczęła nieśmiało, półszeptem. - Tak? - Ty jesteś... jak by ci to powiedzieć... - Tak? - Eee... Goły. Odskoczył od niej jak oparzony. Cofając się, wodził wzrokiem po swym starczym ciele z najwyższym obrzydzeniem - po gołych ramionach, dłoniach, nagich łydkach i bosych stopach. W apogeum wstydu skrył przed nią w dłoniach swą odsłoniętą twarz. Zbliżając się do niego z mieszaniną litości i odrazy, rzuciła mu odwiniętą z szyi chustę. - Masz, owiń się tym. On zaczął chustę niezdarnie i raczej bez przekonania obwiązywać wokół głowy. - Niżej... - szepnęła, kręcąc głową z politowaniem. - Ach tak! - rzekł, i równie niezręcznie obwiązał się nią tam, gdzie kazała. - I co? Teraz lepiej? Z beżową, askamitną przepaską na biodrach nie prezentował się zbytnio okazale - ale przynajmniej nie był już nagi. - I tak wyglądasz jak dzikus - rzekła kwaśno. - A teraz o co ci chodzi? - Te włosy! Ta broda! Rozdwojone końcówki! - załamała ręce. - Jeszcze przed chwilą ci to nie przeszkadzało. - No bo... wtedy byłeś dla mnie... dzikusem. To normalne, że dzikus chodzi nago i ma rozdwojone końcówki włosów. Ale teraz jesteś... tym jegomościem ze zdjęcia, a jego kocham, i nie chcę, żeby miał taką brodę. - Coś się tak przyczepiła do tej brody? - burknął. - A tobie się podoba? Z tymi kołtunami, z piachem? - No... w sumie to nie. Mnie ona nawet przeszkadza - ale ty powinnaś ją uwielbiać. Miłość powinna być bezwarunkowa. Kochasz mnie? To kochaj całego! - Nie - mruknęła płaczliwie. - Ach tak... - Tak - odburknęła, nadąsana. - To co? Teraz rozejdziemy się każde w swoją stronę i już nigdy się nie spotkamy, a jedyne co nam pozostanie po sobie, to gorzkie wspomnienia paru pięknych chwil, które każde z nas będzie próbowało wymazać z pamięci i nigdy nam się nie uda? - Hm... Nie. Fakt, od dzikusa różni cię tylko przepaska na biodrach, i ogólnie wyglądasz szkaradnie, ale ja cię kocham. No, może trochę mniej. Hm... raczej prawie wcale... Ale jesteś mi potrzebny! - Jako przyjaciel? - domyślił się Ktosiek. - Nie - odparła mu, chwytając jego chudą, kościstą dłoń. - Jako tragaż. Trzymając kurczowo jego rękę, ruszyła przodem, po swoich śladach, z powrotem do brzegu. Ktosiek - za nią, próbując nadążyć za jej szybkim krokiem. Był wyższy od niej, i to znacznie - więc ona ściągała go w dół, zmuszając, by szedł jej tempem na nogach o wiele dłuższych. Gubił się więc, plątał, potykał o własne łydki, deptał sobie po stopach. Nie pytał o nic; ledwo oddech łapał. A ona go wiodła to szybciej, to wolniej, prosto - to skręcała nagle. Zatrzymywała się nawet, gubiła trop - i ruszała znowu. Już prawie wleźli oboje do morza. Ona stanęła dopiero, gdy pod stopami zrobiło jej się grząsko a beżowa suknia prawie dotykała błotnistego bardziej niż piaszczysttego brzegu. Zrobiła kwaśną minę i spojrzała na nieokreślony punkt parę kroków przed sobą. - Gdzie to jest? - Co takiego? - Łódka. Moja łódka. Ktoś tylko potwierdził to, co ona przypuszczała: - Nie ma. - Hm... - Pokręciła głową. Zacisnęła usta a dłonie zwinęła mocno w pięści, miażdżąc przy tym ciągle trzymane w prawej jego place. Westchnęła ciężko. - Mówi się: trudno. To idziemy do domu. - Domu? - zdziwił się szczerze Ktosiek. - No, taki biały, parter i piętro, z czarnym dachem, wysokimi oknami i przycinanym żywopłotem dookoła? Krótko przystrzyżony trawnik, grządka tulipanów na prawo i lewo od wysypanej żwirem ścieżki? - Żywopłot? Piętro? Okna? - rzekł on po chwili, nie mogąc wygrzebać niczego takiego spośród wspomnień. - Dom? - skrzywił się. - Nie? - Nie. - No to prowadź do chatki! - na pół rozkazała, na pół spytała kobieta. - Hm... - Altanka? - Nie. - Szałas? - Nie przypominam sobie. - Ziemianka? Zamek z piasku? Cokolwiek? - Nic. - Nic?! Mgła wisząca nad wyspą rozpierzchła się nagle, i oczom kobiety ukazało się smutny stan rzeczy w pełnej okazałości. Na nieco krągłym brzuchu wyspy nie rosło ani nie stało zupełnie nic. Ani roślina, ani kamień. Ani żywopłot, ani dom. - No i co? - spytała, skwaszona. - Co z czym? - Gdzie ja teraz firanki porozwieszam, na czym obrus położę? Dywan? Kubki, sztućce? Gdzie suknie powieszę? - A gdzie je masz? - Są na łódce. - A gdzie łódka? - Nie ma - stwierdziła. - No właśnie! Wydęłą dolną wargę i parsknęła. - Czepiasz się szczegółów! Ktosiek już miał coś powiedzieć, ale ona ubiegła go. Nim więc on ją zdołał skarcić, ona jego poczęła gromić za tę jeszcze niewypowiedzianą krytykę. - Co ty sobie myślisz? Że mnie tak miło? Przypływam na nieznane! Łażę, szukam, wołam! Buty sobie niszczę, plecy nadwerężam! Łódka mi ginie! Nerwy mam zszargane! I nawet usiąść gdzie nie ma, położyć się, żeby odpocząć.... I jeszcze ty, co mi tylko narzekasz i zrzędzisz! Nic ci nie pasuje! Tak, tak, łaź sobie goły i nieostrzyżony! A jeszcze... Poskutkowało chyba. Bo wyraz na twarzy Ktosia zmienił się, złagodniał. - Wiesz co? - spytał. - Ty... - zająknął się, jakby nie wiedział co powiedzieć. Albo już wiedział, tylko nie chciał. - Ty ślicznie wyglądasz jak się wściekasz! I wtedy, gnany jakimś nieznanym impulsem, rzucił się na nią.

***

Zmierzchało się pięknie - na złoto i czerwono - gdy ona i on leżeli na piasku, dwa łokcie od siebie, patrząc w niebo. Dzień obracał się w noc wyjątkowo spektakularnie; przywdziewał wiele jaskrawych kolorów, nim zdecydował się - jak to zwykle - na czerń. A jednak widok ten wzbudzał w człowieku tylko spokój i pogodny, cichy podziw. Bywa jednak tak, że miłą atmosferę zburzy byle co. Nagły powiew chłodu, jakiś grzmot w oddali. Coś zupełnie nieistotnego... - Przepraszam... - rzekł. Leżeli oboje na piasku, na wyciągnięcie ręki od siebie, na plecach, dysząc. - No trudno... - westchnęła. - Starałem się - wyjaśniał, czerwieniąc się ze wstydu. - Ale stary już jestem i już wielu rzeczy nie potrafię. - Naprawde nie mogłeś? - Nijak. - A porządnie się przyłożyłeś? - Solidnie! A jednak nie dało się - po prostu w żaden sposób - odpiąć nawet jednego guzika tej twojej sukni! Pokręcił głową. Wieczorny wiatr owiał ich od strony głów obojga. Niósł ze sobą drobny, suchy piach. Wyrównał, wygładził zrytą ich krokami wysepkę. Ani kamienia nie było, ani kępki trawy. Tylko piach. I ich dwoje, śpiących.

VIII.

Czarnowłosa dziewczyna odpoczywała pod wielkim, starym drzewem o karykaturalnych, bezlistnych gałęziach. Zaczytywała się w trzymanej na kolanach książce w skórzanej oprawie. Pora była dość wczesna, a dzień słoneczny - tak więc dziewczę nie marzło, a słońce odbijające się w pożółkłych kartach nie oślepiało jej. Wtem uniosła głowę i rozejrzała się czujnie dookoła, poruszając samymi tylko oczyma; wciągnęła powietrze, jakby czegoś węszyła. Wychwyciła coś ostrego, wyraźnego - z tym, że nie bardzo wiedziała, co. Coś nienazwanego, nieokreślonego - ale przyjemnego. Uśmiechnęła się tylko do siebie i wbiła zamyślone spojrzenie w pustkę. Wypełniło ją dziwne uczucie radosnego oczekiwania. Po dłuższej chwili pochyliła się z powrotem nad lekturą.

***

- Dzieciak będzie! Nie do uwierzenia! Kobieta spojrzała na mężczyznę, a w oczach jej zieleń mieszała się ze zdziwieniem; radość z niepokojem. - Dziecko... - rzekła cicho, spuszczając zamyślony wzrok. Mężczyzna - już nic nie mówiąc - objął ją delikatnie, przycisnął do serca i ucałował w czoło. Opletli się nawzajem w idealnej symbiozie. On ją silnym ramieniem obejmował w smukłej talii, ona jemu zawisła na mocarnym karku. Tak różni a tak dobrani. Ona krucha, nie za wysoka, szczuplutka. On wielki i kwadratowy prawie. Ona blondynka o włosach jak żyto, gładkich i długich prawie do pasa. On rudy jak ogień, brodaty, wąsaty - i pewno loki by miał w tych włosach, gdyby na krótko się nie strzygł. Kobieta i Mężczyzna. Zosia i Michał. Różnili się, a jednak współgrali - jak dwa instrumenty, mały i duży, grające tę samą melodię. I w oczach - jej zielonych i jego niebieskich - ten sam spokój i ciepło. - Dziecko... - szepnął, a w krótkim tym słowie zawarł niezmierzony ogrom radości i niewysłowioną ulgę. Zamknął oczy i uśmiechnął się, opierając podbródek na ramieniu żony. Skądś pojawiła się łezka. I tak to zawsze z nimi było. Przez dwanaście długich lat jak tak trwali w bliskim, choć subtelnym, uścisku, żadne z nich nie podniosło na drugie głosu ponad ciepły szept. Zawsze lekko, ciepło, blisko. Żadnego krzyku, pretensji, kłamstw, niedomówień. Tylko gdzieś od czasu do czasu łezka, co mąciła cały ten spokój. Krótkie, lecz dotkliwe okresy smutku. Bo choć nie było w tym związku niczego złego, a wszystko, co w nim było, to nieskończona dobroć - to czegoś zabrakło. Czegoś oczekiwali - i to nie przychodziło. Jakieś dopełnienie - jeden krok do pełni szczęścia. I o ten jeden krok dalej nigdy dotąd nie zdołali dojść. Brak tym bardziej bolał, im bardziej chcieli go wypełnić - a nie mogli. Wymarzyli sobie bowiem w swym domu tupot małych nóżek, śmiech, gurzenie. Gdy zaś w miejscu, które dla nich przeznaczyli, trwała cisza, boleśnie huczał w uszach brak dźwięku. A choć chcieli, próbowali - nic zmienić nie mogli. Gdzieś w drodze między marzeniami a rzeczywistością siła sprawcza słabła, błądziła lub nie napotykała punktu zaczepienia - jakiejś idei, wokół której mogłaby się opleść i przekształcić ją w fakt. Tego dnia jednak coś drgnęło i zmieniło się wszystko.

***

- Chyba już pójdę - stwierdził Michał w końcu, otrząsając się z błogostanu. Wstał z fotela i pospiesznie wyszedł w tym, co miał na sobie. - Idź, idź - odrzekła mu Zosia, idąc za nim do drzwi. Stanęła na progu i krzyknęła za nim: - Powodzenia. Gdy zniknął jej z oczu, wróciła do pokoju. Zasiadła w fotelu a na stole, przed sobą rozpostarła niedużą kartkę i raz po raz czytała krótką, pospiesznie napisaną notkę na niej:

"Proszę o zaopiekowanie się chłopcem. Nazywa się Markus Korn. To mądre i spokojne dziecko. Nie sprawi kłopotu, a mam nadzieję przysporzy państwu choć trochę szczęścia."

W końcu złożyła go z powrotem na czworo i wsunęła go do koperty. Ją zaś odsunęła na skraj stołu. Opadła na fotel, i tak tkwiąc, nieruchoma, wbijała wzrok w tę kopertę. List był co najmiej dziwny. Pismo zdecydowanie kobiece - ładne, równe i okrągłe - jednakże sam przekaz - zwięzły i konkretny, tak jakby kobiecą ręką pisał go mężczyzna. Brak jakichkolwiek wyjaśnień - czemu Zosia i Misio, czemu już nie ta osoba miała się dzieckiem opiekować. List był ponad wszelką wątpliwość szczery i wysłany w jak najlepszych zamiarach, jednak cokolwiek chłodny. Prosił, wyjaśniał, lecz nie rozwlekał się, nie otwierał serca, nie starał się wyciskać łez. Pobożne życzenie szczęścia na końcu musiał dopisać tą samą ręką ktoś inny. Zosia nie wytrzymała i znowu wzięła kopertę. Delikatnie wyjęła kartkę - i przeczytała jeszcze raz. Treść znała na pamięć. Przyjrzała się jednak kaligrafii - i dostrzegła, że ozdobne floresy są lekko wyblakłe. Papier był pożółkły, nieco wygnieciony. Koperta - zabrudzona, a rogi jej wytarte. Tak jakby list napisano nie dzisiaj ani nie wczoraj, a już jakiś czas temu; i to dość dawno. Jednak to nie list zastanawiał ją najbardziej. Dziwiło ją niepomiernie to, że nadszedł sam list. Bez dziecka. Jak dotąd, całą sprawę cechowała urocza nieporadność, lecz to akurat, że brzdąc, o którego się rozchodziło, gdzieś się zapodział, wydało jej się bardzo niepokojące. Zosia jednak nie miała wątpliwości, że jakąkolwiek niezgułą był nadawca, szczerze i poważnie zamierzał oddać dziecko w opiekę jej i mężowi. Zapewne wrócił do domu i spostrzegł ze zdziwieniem, że koszyk z malcem wciąż stoi na stole kuchennym a nie na ganku Zosinego domu, i pewnie nie dalej jak wieczorem, pod osłoną mroku, lub też rano, zostawi malucha na progu ich domostwa. Wierzyła - chciała wierzyć - że mimo wszystko, jest w tym sens, i wspierając się tym przekonaniem, postanowiła czekać. Dać chaosowi parę dni, by ochłonął i stał się porządkiem, bez względu na to, jak nieskładny i niepojęty był w tamtej chwili, gdy siedziała, z łokciami opartymi o stół, palcami splecionymi na karku, ze wzrokiem utkwionym w notatce. Powiedziała sobie: tydzień, dwa... Opadła lekko na oparcie fotela, i koniuszkami palców przesunęła list na krawędź stołu, by tam leżał sobie do czasu rozwiązania sprawy, jak obietnica, nie zaś obsesja. Przed sobą zaś postawiła filiżankę na spodku i zaparzyła ziółka. Zalała napar, nalewając sobie aż po brzeg. Lecz przez długi czas nie tknęła go nawet. Nie drgnęła, jak gdyby bezruch miał uspokoić rozszalałe myśli. Późnym popołudniem Michał wrócił do domu. - Znalazłeś coś? - spytała z nadzieją. - Nic. - A patrzyłeś, czy przypadkiem dziecko nie leży na progu? - Nie ma.

***

Nocą, gdy głowa kołysze się na miękkiej poduszce, czekając na sen, inaczej się patrzy i inaczej widzi. Pod innym kątem. Leżąc w ciemnościach, Zosia, z Michałem przy boku, widziała strop w kolorach nocy. Rozróżniała dokładnie cienkie szpary między belkami. Za dnia nawet nie zdarzyło jej się spojrzeć na sufit. - O czym myślisz? - spytał Michał, leżąc na boku i spoglądając na nią jednym otwartym okiem. Przyzwyczajony już do mroku, widział jej profil i zamykające się powoli i otwierające oczy. - Hm... - westchęła tylko. Taki kompromis między wypowiedzią a ciężkim westchnieniem. Krótko ujęte zamyślenie, zmieszanie. Jak gdyby nie wiedziała, od czego zacząć, i postanowiła przerwać, gdy już coś niby powiedziała i zanim jeszcze zdążyło nabrać jakiejś treści. Coś ją trapiło. W nocy bowiem łatwiej dostrzega się problemy. Zaczyna się wydawać, że istnieją tylko one - gęste, nawarstwione i nie do pokonania jak ciemność o północy. Myślała. Rozważyła już i oswoiła się z przedziwną otoczką całej sprawy i postanowiła poczekać, aż chaos opadnie jak tuman kurzu i zostanie tylko

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych