Podrugiejstronie
krótkie opowiadanie o nowojorskim biznesmenie, który spotkał się twarzą w twarz ze śmiercią.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dyndam na sznurze przywiązanym do belki podtrzymującej strop. Obracam się powoli to w jedną, to drugą stronę. Lina skrzypi upiornie przy każdym poruszeniu martwego ciała. Wytrzeszczone oczy zachodzą mgłą, twarz coraz bardziej sinieje, język puchnie w ustach, aż w końcu wypełza na wierzch. Nogi przestają drgać. Nastaje cisza. Moich dwóch oprawców przygląda się przedstawieniu cierpliwie, bez lęku, bez obrzydzenia. Są absolutnie wyprani z jakichkolwiek emocji. Po prostu stoją tam i obserwują jak huśtam się na swojej huśtawce, kołysany przez śmierć. Po chwili wytracam pęd, zatrzymuję się parę centymetrów nad ziemią. Jeden z nich spogląda na zegarek, potrząsa ręką, na której świeci okrągła tarczka, przykłada go do ucha, próbując wychwycić najlżejsze choćby tykanie. Zegar stanął. Odpina z przegubu czarny, skórzany pasek, patrzy jeszcze raz na nieruchome wskazówki, po czym rzuca życiomierz pod moje buty. Bardzo wyraźnie, nieco w zwolnionym tempie, widzę, jak dwukrotnie odbija się od drewnianej, pokrytej grubą warstwą kurzu podłogi, po czym ląduje tarczą do góry tuż pode mną. Schylam się, by go podnieść, kto wie, być może nakręcić na nowo, jednak moje mgliste palce nie są w stanie pochwycić przedmiotu. Klnę szpetnie pod nosem, lecz z moich ust zamiast dźwięku wydobywa się tylko para. Na potrzaskanej szybie pojawiają się kwiaty malowane mrozem. Drugi, ten niższy, odpala papierosa. Migotliwy płomień zapalniczki pojawia się na krótką chwilę, mężczyzna zaciąga się głęboko gryzącym dymem, po czym wypuszcza siwy kłąb kącikiem ust. - Wygląda na to, że sobie poszedł – mówi, podążając wzrokiem za szarą, powoli rozpływającą się smugą. - Zatem na nas też już pora. Nie możemy pozwolić czekać następnemu klientowi – odpowiada tamten, wyjmując z teczki srebrny zegarek i zapinając go na ręce. Ich kroki nie pozostawiają w kurzu najmniejszego śladu, nie dudnią na drewnianych schodach. Zostaję sam na sam z własnym trupem. Wzdycham ciężko i rozglądam się wokół. Po raz pierwszy nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Nadal tu jestem. Pomieszczenie trochę zblakło, zmatowiało, powietrze wydaje się być bardziej zatęchłe, niż było. Nie bardzo wiedząc, cóż uczynić dalej, podchodzę, nie dotykając starych desek parkietu, do smętnie skrzypiących drzwi. Schodzę po schodach, omijam zawaloną, poczerniałą od sadzy i ognia belkę i wychodzę z ruiny przez dziurę w ścianie. Ulica nie przypomina tej, którą zapamiętałem. Wiedzie przez kamienną, czerwoną pustynię. Wieje porywisty wiatr, poganiający pędzące po niebie ceglaste chmury. Drobinki wszędobylskiego, rudego piachu boleśnie wbijają mi się w policzki i wpadają do oczu. Jezdnia przysypana jest pustynnym żwirem, który chrzęści pod moimi butami, gdy idę drogą w nieznane. Ściemnia się, wicher daje za wygraną, szarpiąc ostatkiem sił poły płaszcza. Suche powietrze drapie w gardle. Próbuję sobie to wszystko jakoś poukładać. Jestem martwy, to jest pewne. Widziałem własne truchło, czułem, jak z mojego ciała uchodzi życie. Tylko co dalej? Podejmuję karkołomne zadanie, nad rozwiązaniem którego ludzkość głowi się od pokoleń. Ja mam nad nimi tę przewagę, że niebawem przekonam się, która z frakcji ma rację. I, jako niegdyś zatwardziałego ateistę, przeraża mnie to. Bo wiem już, że prawda nie leży po mojej stronie. Sam fakt, że idę po tym cholernym żwirze, czując w ustach metaliczny posmak świadczy o tym, że po "drugiej stronie" coś jest. Mrużę oczy, próbując przebić wzrokiem ciemność. Gdzieś w oddali dostrzegam migające światełka. Przyspieszam podnosząc kołnierz flauszowego prochowca, by osłonić się przed kłującymi igiełkami piachu.
Drewniane drzwi, zbite byle jak z desek, otwarły się. Mężczyzna, wszedłszy do środka, rozejrzał się niepewnie. Oczy ludzi siedzących posępnie przy stolikach skupiły się na nim, lecz po chwili zdawali się już go nie widzieć i powrócili do przerwanych czynności. Po stole znów potoczyły się kolorowe kości, karty uderzyły o blat, jakiś kieliszek głośniej brzęknął, odstawiony z pijackim impetem na ławę. Barman, chudy, jednooki staruszek z papierosem trzymanym wargami, przecierał brudną szmatą wysłużone kufle i bacznie obserwował nowo przybyłego. Ten podszedł do kontuaru i rzucił okiem na tutejsze specjały. Zmarszczył brwi, widać nie rozpoznał żadnego z trunków. - Macie tu whisky? - Oczywiście! Najlepszą w całej Podrugiejstronie! - Barman posłał mu wyuczony uśmiech, chwycił w szponiastą dłoń nieco wyszczerbioną szklankę z grubym dnem i wlał do niej z przykurzonej butelki brązowy płyn. Podsunął ją klientowi, strzepując drugą ręką popiół do przepełnionej popielnicy. - Czym szanowny pan płaci? - spytał uprzejmie, cały czas trzymając szklankę. Gość stropił się, jakby sobie o czymś przypominając, poklepał się po tylnej kieszeni spodni, przetrząsnął wewnętrzne zakamarki płaszcza, dopiero w bocznych kieszeniach, przeszukiwanych coraz bardziej nerwowo, zabrzęczały jakieś monety. Obcy wyciągnął jedną, przyjrzał się jej bardzo uważnie, jakby widział po raz pierwszy i położył na ladzie. - Czy przyjmujesz taką walutę, dobry człowieku? - Do Barmana dopiero po chwili dotarł sens zadanego mu pytania; widok Obola położonego jako zapłata za podłą whisky, robioną z rdzawej deszczówki i różnego świństwa zaskoczył go tak dalece, że aż zadrżały mu szczurze nozdrza. Zgarnął szybko monetę, jakby płacący miał się rozmyślić, schował ją do najgłębszej skrytki swojej składającej się z kolorowych łat kamizelki i odpowiedział, nieco zbity z pantałyku: - Taaaa... W Podrugiejstronie przyjmujemy wiele różnych walut. - Wyszczerzył się paskudnie i zbliżył twarz do nieznajomego. Tamten odsunął się ze źle skrywaną odrazą, gdy owionął go smród podłego tytoniu i kwaśnego oddechu. - Jesteś nowy, prawda? - szepnął staruszek, nerwowo spoglądając na siedzących przy brudnych stolikach gości. - Znaczy się, niedawno kipnąłeś, tak? - Kiwnięcie głową było jedyną odpowiedzą. Barman wydął wargi, zgasił obrzydliwego peta, puścił trzymaną szklankę i wyszedł zza lady, siadając na okrągłym taborecie obok swojego gościa. - Posłuchaj mnie, przyjacielu. Jesteś nowy, więc nie wiesz. Ta whisky nie była warta twojego Obola, ale jako resztę przyjmij moją radę. Nie marnuj tych monet w przydrożnych barach, burdelach czy kasynach. Zawsze miej przynajmniej jedną. Zawsze – dla podkreślenia wagi swoich słów wzniósł ku górze wskazujący palec i otwarł szeroko jedyne oko. - Co się stanie, jeśli stracę wszystkie? - Różnie może być. Powiadają, że jeśli Dyliżans zabierze cię Tam, to zostajesz już na zawsze, bez możliwości powrotu, stukając czym popadnie na strychu i tłukąc ze złości talerze. - Tam, czyli gdzie? - Tam to jest nazwa świata żywych. Po prostu Tam. - Upił łyk whisky zamówionej przez nowo przybyłego i skrzywił się ze wstrętem. - Inni mówią, że zwyczajnie powracasz do Podrugiejstrony. Ale szczerze powiedziawszy, nie spotkałem nigdy nikogo, kto by wrócił po utracie wszystkich Oboli Tam. Więc włożyłbym tę tezę między bajki a bzdury. - A jeśli monety przepadną mi tu? - No cóż... Idziesz dalej. Ale dokąd? Tego nie wiem. Nie znalazł się nikt, kto wróciłby z Pustkowi, by opowiedzieć, co tam się znajduje. Nie ryzykowałbym. Podrugiejstronie może nie jest bardzo malowniczą czy przyjazną krainą, ale jest, a my wraz z nią, przyjacielu. Lepiej nie kombinować i pilnować Oboli. - Gdzieś daleko, na zewnątrz, rozległ się przeszywający dźwięk syreny przeciwlotniczej. Na twarzach gości wykwitło przerażenie, zerwali się z krzeseł, Barman szybciej, niż można by spodziewać się po jego wątłej posturze, podbiegł do klapy w podłodze i podniósł ją, wpuszczając wszystkich do środka. Tylko jeden, pijany w sztok mężczyzna pozostał, śpiąc na zastawionej pustymi kuflami ławie. Nikt go nie obudził, wszyscy jak jeden
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil kapadocja
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…