Pogrzebany (© by Boru) ZAKOŃCZENIE
...jezioro potrzebowało wody, by otulić nią ciała, a fosą otoczyć wyspę. Wyspę, na której zostałem pogrzebany i w obliczu której krwawo rozprawiłem się z...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
POGRZEBANY cd. (pierwsza część na http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=74039 )
VIII Angielskie polowania. Ubrani jak geje brytyjscy arystokraci na koniach, przed nimi rozszczekana sfora psów goniąca powypłaszane z nor lisy. Osłabienie ofiary, dopadnięcie, zagryzienie lub zastrzelenie. Krew, radość, poklepywania po plecach. Ręce i lisie kity uniesione w geście glorii. Litości... U mnie wyglądało to podobnie. Najpierw spacer przez pole, kilka podjętych i zgubionych tropów, potem przeszukiwanie łąki, aż w końcu pytanie: „Na jeziorze jest wysepka, płyniemy?”. Potakiwanie prokuratora i przebieranie nogami w miejscu z podniecenia. Potrzebna łódka, ojciec mówi, że w stodole jest schowana, bo dobrze się domyśla, że łódki, którą pływałem z Maurycym, już się nie znajdzie. Przyciągnięcie jej traktorem, wodowanie, płynie ekipa dwóch śledczych i komisarz. Wchodzą na ląd, znikają za linią brzózek okalających wyspę, pierwszy wyskakuje z nich Wereź, odbija łódką od brzegu i wiosłuje do nas. Ojciec trwał w bezruchu jak kamienny posąg. Za to prokurator nie mógł zdecydować się, czy stać w miejscu, czy łazić tam i z powrotem. Żeby trochę go uspokoić, powiedziałem: - Panie prokuratorze, nie będzie rewelacji. - To się okaże – odparł, dopingującym wzrokiem wpatrując się w rosnącą w oczach łódkę i siedzącego w niej komisarza. - Ja wszystko powiem... – mimo, że naprawdę się bałem, trudno było mi zmusić się do realistycznie wyglądającego płaczu. - Zapewne, zapewne, na razie możesz sobie darować. Wereź stanął w końcu szczęśliwie na łące i od razu do nas podszedł. Najpierw spojrzał na mnie, pociągającego zapchanym od łez nosem i trzęsącego się na całym ciele. Nie poklepał mnie po plecach ani nic z tych rzeczy. Widać, nie zamierzał pocieszać płaczącego osiemnastolatka. Może nie lubił wrażliwych facetów? - Macie to! – wykrzyknął prokurator, najpewniej delektując się wyimaginowanymi laurami za pomyślne zakończenie śledztwa – oczywiście pomyślne dla niego, bo odkrycie sterty ziemi w kształcie nasypu wieńczącego grób nie mogło stanowić happy endu dla leżącej pod nim osoby. - Proszę o zgodę na zabranie obecnego tutaj Patryka Morawskiego i jego rodziny na komisariat. Celem przesłuchania. Natychmiast. - Ale co znaleźliście? – dopytywał rozczarowany prokurator. Wereź popatrzył na niego jak na idiotę – nawet ja zrozumiałem, że nie chce chwalić się odkryciem przy świadkach. Zastał na wyspie zupełnie coś innego niż się spodziewał i teraz musiał wiedzieć, co ja wiem na ten temat. - Nie mogę o tym mówić w obecności podejrzanego – wytłumaczył spokojnie, choć wyraźnie korciło go, by przemówić niedorozwiniętemu koledze do słuchu. A tak w ogóle nadał mi nowy tytuł: „podejrzany”. A jednak śledztwo przebiło się przez zaspę. – Wysyłam na wysepkę techników, za mało jeszcze wiemy, by się wypowiadać. Proszę ze mną – rzekł do mnie i do ojca. Mama była w domu, skąd zabraliśmy ją po drodze. Komisarz zorganizował to tak, że każde z nas jechało w innym radiowozie. Znowu podróż policyjną taryfą. Nie do wiary, ile można! W komisariacie posadzili mnie w pokoju służącym na co dzień za biuro komendanta. W jednym z foteli rozsiadł się sierżant jakiś-tam. Miał za zadanie pilnować, bym nie zwiał. Ciekawe, którędy? Okratowane okno nie wyglądało na zbyt łatwe do sforsowania. Na pierwszy ogień w obroty wzięli mamę, potem tatę. Upłynęło z dobre półtorej godziny zanim przyszła moja kolej. Byłem przekonany, że rodzice zastosowali się do wskazówek, które przekazałem tacie w trakcie ostatniej rozmowy telefonicznej. Wereź wyglądał na niepocieszonego. Psy wypłoszyły lisa z nory, ale nie mogą go dopaść... - Panie Patryku, chcę usłyszeć z pana ust prawdę. Prawdę, która uchroni pana przed dożywociem. Niech pan tą rozmowę potraktuje jak casting. Ile lat pana dostanie, zależy od ochoty do współpracy. Zamieniam się w słuch. - Panie komisarzu – rozpocząłem płaczliwie, kontynuując rolę rozpoczętą kilka godzin wcześniej, gdy stojąc obok prokuratora, czekaliśmy na „doniesienia” z wysepki. – Ja nic nie zrobiłem, tak naprawdę nikt nie zginął. Nikomu nie stała się krzywda. Nie wiem, co zobaczył pan na wyspie, ale pewnie był to odkopany dół z pustą skrzynią w środku. To była mistyfikacja. Maurycy ją przygotował. To wariat, mówiłem panu. Boże, on kiedyś znajdzie mnie i zabije, że wam powiedziałem! Rozpłakałem się i, o dziwo, wyszło mi to tak naturalnie, że sam w ten płacz uwierzyłem. Podziałał on na mnie kojąco – ostatnie dni mimo wszystko należały do nerwowych i przydała mi się ta chwila słabości. Zrzuciłem balast nerwów i wspomnień. Pozostało opowiedzenie planu „B”... - Maurycy żyje, ale chciał, by wszyscy myśleli, że zginął. Czytał te swoje pierdoły o duchach i stwierdził kiedyś, że musi przestąpić kolejny stopień wtajemniczenia. „Muszę zostać pogrzebany, żebym mógł zmartwychwstać, narodzić się na nowo” – powiedział bodajże. I wymyślił, że połączy to z ucieczką z Klewek. Bo dotarło do niego, że narobił sobie bigosu z pobiciem Skalskiego. Wiecie, okazało się, że chłopak pewnie skończy na wózku. Prędzej czy później odważyłby się i oskarżył Maurycego. Z taką kartoteką Kołada dostałby na pewno kilka lat. Postanowił więc zapaść się pod ziemię. Może na zawsze, może na jakiś czas, właściwie to nie powiedział. Zamówił w tartaku nawet tą skrzynię, znaczy się trumnę, pojedziecie tam z jego zdjęciem, to powiedzą wam, że to był on. Namówił chłopaków, żeby zagrali scenkę: jak go biją i zakopują. Miało wyglądać na zemstę, morderstwo z premedytacją. Oczywiście na miejsce sfingowanego pochówku wybrał sobie wysepkę. „Tam nigdy psy nie dotrą”, powiedział nawet. Sprzeciwiłem się, ale wiecie, jaki on był. Stwierdził, że ma mnie w dupie i że jestem mu niepotrzebny. Nie wiem, skąd wzięli łódkę, ale którejś nocy to zrobili. Maurycy przeleżał podobno pod ziemią dwie godziny i jakoś ze wschodem wylazł z powrotem. W południe zadzwonił do mnie, że już po wszystkim i że mam trzymać gębę na kłódkę. „Dla świata umarłem, rozumiesz?” – takich właśnie użył słów. Nie miałem bladego pojęcia, co ma na myśli. Dopiero kilka dni później zobaczyłem filmik na YouTube. Potem te przesłuchania, wypytywanie o Maurycego... To, że uciekł z Klewek, było jak dar od losu: Maurycego nie ma, mogę się spokojnie uczyć, nie muszę już robić tego, co mi każe, po prostu super. Trzymałem się więc tej wersji, ale pan nie odpuścił, komisarzu. Posłałem mu zmęczony uśmiech. Najważniejsze było połechtać jego policyjną ambicję, żeby rozpromieniony swoim talentem śledczym uwierzył w słowa trzęsącego się, wmanewrowanego w całą sytuację wrażliwego osiemnastolatka. Widać, podziałało, bo poprawił się na krześle, chcąc lepiej wyeksponować klatkę piersiową. – Tak mi szkoda rodziców – dodałem dla podniesienia poziomu dramaturgii. – Nadal nie wiedzą, że Maurycy żyje, czyli że nie jestem mordercą, czyli, że wszystko jest w porządku. Może im pan to zaraz powiedzieć? Żeby się już tak nie martwili... - Zdążymy światu rozgłosić dobrą nowinę – powiedział komisarz z lekkim przekąsem, nie do końca litując się nad moją udręczoną osobą. – Nie przekonuje mnie to, co mówisz. Kołada wszystko zainscenizował, żeby najzwyczajniej w świecie wyjechać? To dlaczego zasłonił twarz? Po co założył rękawiczki? A jego kumple? Dlaczego zwiali razem z nim. - Prawda, że ma nierówno pod sufitem... Ale w sumie nieźle to sobie pomyślał. W końcu nie rozsyła się listów gończych za kimś, kto teoretycznie nie żyje. Wyjechałby tak po prostu, to byście go szukali. A tak obejrzeliśmy, że jacyś bandyci go zakopują i póki nie znajdzie się grobu, dotąd w domyśle to Maurycy jest ofiarą. A Bela i Beniek... Co ich w Klewkach trzymało? Rodziny obu to jedna wielka patologia i wątpię, by się choć przez chwilę wahali, kiedy Maurycy roztoczył przed nimi wizję życia z kradzieży i rabunków z dala od domu. Z workiem na twarzy i rękawiczkami to ja nie wiem, może to jakiś element rytuału. Trzeba by Maurycego zapytać... Komisarz podrapał się w zamyśleniu w brodę. Będą węszyć dalej, zdałem sobie sprawę. Ale nic nie znajdą, co zaprzeczyłoby mojej opowieści, i wtedy roześlą list za Maurycym. Za bandytą, uciekinierem, mistyfikatorem... Choć może trafniej byłoby powiedzieć, że za gnijącym truchłem. Co by się nie działo, Maurycy odszedł i już nie wróci. Szkoda, że demony przeszłości napłynęły w jego miejsce. Zło nie cierpi pustki...
IX Tego samego dnia dokonano zupełnie innego, wstrząsającego odkrycia. Komisarz Wereź wychodził z siebie, nie mogąc nigdzie znaleźć komendanta. Jakby ten zapadł się pod ziemię. Tak naprawdę ani prokurator ani komisarz w żaden sposób nie zwracali uwagi na podstarzałego i nic nie wnoszącego do śledztwa Maćkowiaka, ale gdy zabrakło go na komisariacie to poczuli się, jakby gospodarz opuścił dom, kiedy są w nim goście. Komendant odnalazł się przed dziesiątą wieczorem jeszcze tego samego dnia. Przypadkowy przejezdny dodzwonił się do oficera dyżurnego z informacją, że na wylocie z Pcimia w bocznej, leśnej drodze stoi policyjny radiowóz. Świadkowi zdawał się on być porzuconym i co najmniej nie na miejscu. Przybyły na miejsce patrol odnalazł Maćkowiaka w radiowozie. Nie dało się jednak zamienić z nim ani słowa. Przestrzelona na wylot głowa uczyniła z komendanta ostatnią ofiarę mojej rodziny. Oględziny miejsca zdarzenia i badania balistyczne wykluczyły udział osób trzecich. Komendant Maćkowiak strzelił sobie w głowę ze służbowej broni. Pomyśleć, że za dwa lata mógł być szczęśliwym emerytem...
X Ekipa dochodzeniowa-śledcza przekopała wysepkę i przepatrzyła kawałek po kawałku łąkę znajdującą się w bezpośrednim otoczeniu jeziora. Na wysepce nie odkryli nic poza otwartą skrzynią i dwoma łopatami. W skrzyni nie znaleźli jakichkolwiek śladów krwi, naskórka, włosów. W sąsiadującym z Klewkami tartaku potwierdzili, że to Maurycy we własnej osobie zamówił skrzynię, a potem odebrał ją zdezelowanym Żukiem Zbigniewa Hałasa, czyli Beli. Głęboko w dzikim lesie za naszą ziemią znaleźli nawet porzuconego Żuka, natomiast na polu nie pozostały już żadne ślady wskazujące, że Maurycy wraz z kompanami szli tamtą drogą nad jezioro – pro prostu minęło zbyt dużo czasu. - To bardzo dziwne – drążył komisarz, w każdym fakcie odnajdując pole do podejrzeń i spekulacji. – Skoro zostawili Żuka, to niby czym uciekli z Klewek? - Naprawdę nie mam pojęcia. Sądzę, że Maurycy skądś wytrzasnął samochód, o którym nawet mi nie mówił, żebym się czasem przy was nie wygadał. Wie pan, znając markę i numery wozu łatwiej byłoby policji ich złapać. To, czego dowiedziałem się przez telefon, to że zajechali Żukiem od strony lasu, że zakosili skądś łódkę i donieśli ją nad brzeg. - A skrzynia, łopaty, strasznie dużo musieli się tego nanosić... – powątpiewał nieugięty komisarz, chcący sprawę zamknąć najrzetelniej jak to tylko możliwe. - Nie mam pojęcia – powtórzyłem się podczas któregoś już z kolei przesłuchania. – Pewnie nosili na raty, całą noc w końcu mieli. Mnie i moim rodzicom wydawało się, że śledztwo trwać będzie w nieskończoność. Aż w końcu któregoś październikowego dnia mieliśmy telefon od prokuratora. Wiśniewski postanowił osobiście nas powiadomić, że nasze pole nie jest już objęte policyjnym nadzorem i możemy wrócić do codziennych obowiązków. Postępowanie zakończyło się z powodu braku dalszych poszlak wskazujących na możliwość zabójstwa. Pozostały znaki zapytania. Na przykład: kim był trzeci z rzekomych bandziorów? Dwóch kopało, jeden nagrywał. Oczywiście, że milcząco zakładano mój udział, ale nie zgadzał się głos. Specjaliści wykluczyli, że to ja wypowiedziałem kwestię: "Żegnaj Maurycy, ty chuju złamany". Poza tym nie trafiono nigdzie na ślad łódki, jaką Maurycy z koleżkami musieli przecież popłynąć na wyspę i z powrotem. Pojawił się nawet pomysł przeszukania jeziora, ale jego wielkość najpewniej zniechęciła śledczych – tym bardziej, że wszyscy zdawali się przyjmować już za pewnik wersję z zainscenizowaną zbrodnią. Ja sam również stanąłem przed pytaniami, na które odpowiedzi mogłem się jedynie domyślać. Nie szukałem przy tym specjalnych okazji, by prowokować wyjaśnienia. Taki dzień nadszedł w naturalny sposób, tak jak nadchodzi moment, gdy śnieg kładzie się u stóp z nadejściem zimy. Było mroźne popołudnie ostatniej niedzieli listopada – jeden z tych sennych momentów, gdy człowiek nie spieszy się z jedzeniem obiadu i odejściem od stołu owiniętego ciepłą, rodzinną atmosferą. Rosół paruje z talerzy, rozmowy rozwlekają się w nic nieznaczące zdania o pogodzie, nadchodzących świętach czy planach na kolejny rok. Po skończonym posiłku ubrałem się w ciepłą, puchową kurtkę i wyszedłem na rześkie powietrze. Stawiając nogi w głębokim śniegu ruszyłem przed siebie, nie mając na celu żadnego konkretnego miejsca. Nie dające ciepła słońce szkliło srebrem bezkresne połacie białego puchu i zachęcało do kontynuowania spaceru w zimowej scenerii. Szedłem tak długo, aż moim oczom ukazała się zmrożona tafla jeziora. Na jej środku tkwiła zatrzymana w mroźnym bezruchu wysepka – widziałem ją pierwszy raz od zakończenia śledztwa i, co dziwne, poczułem coś na kształt sentymentu lub nawet tęsknoty za chwilami, gdy regularnie na niej bywałem. Czy miałem odwagę ponownie na niej stanąć? Psychicznie uznałem, że lepiej będzie pewne miejsca opuścić raz na zawsze i nie wracać do nich nawet we wspomnieniach. Spojrzałem na oszronione, bezlistne gałązki brzózek, które na tak wiele złych rzeczy się napatrzyły. Spojrzałem również na pochylone ku tafli lodu pień i gałęzie mojej wierzby. Wytrwale, a przede wszystkim milcząco zniosła ona wszystkie uczynki, jakich świadkiem bezwolnie się stała. Technicznie dotarcie na wysepkę było łatwiejsze niż przedtem – wystarczyło przejść po zatrzymanej w twardym bezruchu wodzie. Czy jednak posuwając się ostrożnie po gładkim i przezroczystym lodzie nie ujrzałbym nagle pod stopami wpatrzonych we mnie, pełnych pretensji spojrzeń martwych oczu wyzierających z sinych, napuchniętych twarzy? A co, jeśli lód by się zarwał i dołączyłbym do demonów, które sam stworzyłem? Na pewno powzięłyby okrutny odwet za zdradę i niesubordynację, wtrącając mnie do skutego lodem piekła. Wypuściłem kłęby pary przysłaniającej mi widok. Wykorzystałem tą chwilę i odwróciłem się, by odejść. Omal nie wpadłem na stojącego za mną ojca. - Tato! Boże, ale żeś się cicho zakradł. Prawda, że jest pięknie? - Owszem, kiedyś tu tak nie było. Nadal mogło tak nie być. Ta ziemia mogła nawet nie należeć do naszej rodziny. Byłaby to niepowetowana strata... - A jednak mamy tą ziemię. Prababcia ją nam zapisała, gdy zabrakło dziadka... - Dziadek był awanturnikiem i pijakiem! Bił swoją matkę, doprowadził do zawału moją matkę i nie akceptował twojej matki. Nazywał ją miastową latawicą... - Dlaczego tak mówił? - Bo chlał na umór i obrażał wszystkich, którzy przebywali obok niego. Co przyjeżdżaliśmy na wieś, brał ją do kuchni i chciał pożyczać pieniądze. Mama oczywiście odmawiała. Kiedyś ją za to uderzył... - Dziadek uderzył mamę?! - Właściwie pobił! Byłem z babcią na górze, leżała w łóżku, już wtedy była schorowana. Mama jest dumną kobietą, uspokajała twojego dziadka, nie chciała, bym zbiegł i przepychał się z własnym ojcem. Ja jednak akurat zszedłem i zobaczyłem, co się dzieje. Odciągnąłem go i postanowiłem wezwać Maćkowiaka, babcia miała numer do jego domu, był bliskim przyjacielem rodziny, jego tata i mój dziadek walczyli razem podczas drugiej wojny światowej. Chciałem, by w końcu stróż prawa poświadczył, że twój dziadek był niespełna rozumu i że cierpiał na chorobę alkoholową. Należało wykluczyć go ze spraw rodzinnych. Wyobrażasz sobie, że dziadek przejmuje gospodarkę po matce? Już obnosił się, że zna jakiegoś wysokiego urzędnika z ministerstwa rolnictwa, który fikcyjnie zameldował się w Klewkach, żeby tym sposobem nabyć prawo do kupna miejscowej ziemi rolnej. Ten skurwysyn zamierzał mu sprzedać hektary naszej ziemi za bezcen! Gdy Maćkowiak przyjechał i zobaczył, w jakim stanie jest mój ojciec, chciał zabrać go na komisariat i wsadzić do celi, gdzie miał wytrzeźwieć. Ojciec oczywiście wyzwał go od najgorszych i bronił się, kopiąc i okładając pięściami. Komendant wyjął broń, grożąc jej użyciem. Ojciec rzucił się na niego jak dzikie zwierzę. Maćkowiak uderzył kolbą w... - ... Lewe ciemię – powiedziałem za…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Boru
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…