Pomocna dłoń (cz.1)
Opowiadanie dedykuję wynalazcy packi na muchy
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
POMOCNA DŁOŃ
{i}{b}Opowiadanie dedykuję wynalazcy packi na muchy, dzięki której – jak sądzę – zostało uratowanych więcej istnień ludzkich, niż dzięki wynalazkowi Alexandra Fleminga.{/i}
Dziękuję twórcom filmu „Jak się pozbyć starszej pani”, oraz Stephenowi Kingowi za inspirację, K. S. Rutkowskiemu za mentalne wprowadzenie na nieznaną mi wcześniej, ciemną stronę świata po drugiej stronie krat, a także wynalazcy fajansu – za wynalezienie fajansu.{/b}
*
Właśnie zasiadaliśmy do śniadania, gdy zaćwierkała komórka. Rzuciłem okiem na wyświetlacz i wcisnąłem klawisz. – No, cześć Zenek! Co tam u ciebie nowego? – ... – Dlaczego dzwoni pan z cudzego telefonu? –... – Jutro o dwunastej? Postaram się – odpowiedziałem niepewnie. – Do widzenia. – Czy coś się stało? – zaniepokoiła się żona, ujrzawszy moją minę. – Mhm... Jutro muszę być w Olsztynie.
Następnego dnia, bladym świtem wyjechałem z domu i około południa zająłem miejsce na krześle stojącym w wąskim, mrocznym korytarzu. Po kilku minutach w drzwiach gabinetu ukazał się sympatyczny, starszy mężczyzna. – Pan Wojciech Ratułt? Uniosłem się z krzesła. – Witam pana. Nazywam się Szkudlarek . Wnosząc ze słyszanego w telefonie głosu, oczekiwałem kogoś młodszego, ale chyba z dojrzałym facetem łatwiej będzie mi się porozumieć. – Gdyby nasze spotkanie – powiedziałem – odbywało się w innych okolicznościach, rzekłbym zapewne „miło mi pana poznać”, ale w tej sytuacji... Pokiwał ze zrozumieniem głową i wprowadził do gabinetu. – Może usiądziemy na kanapie? – zaproponował. Chce stworzyć pozory przyjacielskiej pogawędki – pomyślałem i potakująco skinąłem głową. Usiedliśmy. – No to proszę mi o nim opowiedzieć. – Ale co chciałby pan wiedzieć? – Wszystko, co panu wiadomo na temat tego człowieka. – To może zająć trochę czasu. – Nie szkodzi. Nie śpieszy mi się. – Dobrze. Cała historia zaczęła się niespełna cztery miesiące temu...
*
Opóźniony o niemal dwie godziny pociąg z Berlina powoli wtoczył się na tor przy drugim peronie Dworca Centralnego Zdjąłem z półki dużą walizę, oraz podręczną torbę i wjechałem na górę, potem skierowałem się pasażem w kierunku postoju taksówek, obojętnie mijając siedzącego pod ścianą żebraka. Nie zareagowałem na jego cicha prośbę o wsparcie, ale po zrobieniu kilu kroków zatrzymałem się jak wryty i powoli obróciłem się w jego stronę. Po chwili wahania cofnąłem się i stanąłem przed nim. Żebrak uniósł głowę i nasze spojrzenia spotkały się. – Zenek!? – ni to zapytałem, ni to stwierdziłem. – Rata? Jak Boga kocham, Rata! – rozszerzył w uśmiechu wargi, spoza których ukazały się sczerniałe pieńki. – Sie masz Wojtas? – Zenek, kopę lat! Co ty tutaj robisz? – Biorę udział – zażartował ponuro – w teleturnieju „Koło fortuny”. – Przepraszam. Głupio pytam. Podnoś dupsko i chodź ze mną.
Muszę panu wyjaśnić, że Zenek był moim najlepszym kumplem z czasów liceum. Po maturze poszedł na studia ekonomiczne, ale szybko doszedł do wniosku, że zdobywanie wiedzy z zakresu ekonomii politycznej socjalizmu to marnowanie czasu, i spróbował poznać zasady prawdziwej ekonomii. Wygłodniały rynek był studnią bez dna i przedsiębiorczy ludzie potrafili zrobić niezły interes na turystyce handlowej do bratnich, i nie tylko bratnich krajów. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił znakomity pojazd pod tytułem „Syrena Bosto”. Ten nabytek okazał się znakomitą inwestycją, która zwróciła się z nawiązką już po kilu wyjazdach do enerdowa, na Węgry i do Jugosławii. W tym czasie kilkakrotnie kontaktowaliśmy się telefonicznie, potem okazjonalnie wymienialiśmy kartki. Później ja się przeprowadziłem, a Zenek nigdzie długo nie mógł zagrzać miejsca, aż w końcu nasz kontakt się urwał.
*
Wsiedliśmy do taksówki, która zawiozła nas do hotelu, w którym miałem zarezerwowany apartament. Gdy znaleźliśmy się w holu, recepcjonista spojrzał na mego towarzysza z niesmakiem i nieukrywaną pogardą. – Mam u was rezerwację – powiedziałem kładąc na kontuarze dowód osobisty. Recepcjonista wprowadził dane do komputera. – Zgadza się, ale ten facet... To jest porządny hotel, a nie przytułek Brata Alberta. – Ten facet jest moim przyjacielem i tylko przejściowo znalazł się w trudnej sytuacji. – Dowód osobisty, posiada? – rzucił gdzieś w przestrzeń. – Albo paszport – uśmiechnął się ironicznie. Zenek sięgnął za pazuchę i wyjął stary, poszarpany i mocno zabrudzony dowód osobisty. Recepcjonista ujął go ostrożnie w dwa palce i przewrócił kartki. – Brak strony z adresem zameldowania – stwierdził odkrywczo. Wyjąłem dowód z jego ręki i włożyłem do środka banknot stuzłotowy. – Przecież jest. Nie zauważył pan? Zwróciłem dowód recepcjoniście, który ze zręcznością prestidigitatora ukrył stówkę w kieszeni. – No, faktycznie. Chyba będę musiał sobie sprawić okulary. Wprowadził dane i wręczył mi kartę magnetyczną do zamka. Proszę bardzo, oto pański klucz. Życzę miłego pobytu. – Paszport również posiada – włączył się do rozmowy milczący dotychczas Zenek, machnąwszy recepcjoniście przed nosem czyściutkim, wyjętym z foliowej torebki paszportem. Udaliśmy się do apartamentu. Natychmiast wysłałem Zenka do łazienki, akiedy brał prysznic ja rozpakowałem swoje bagaże, zastanawiając się, co dalej. Kiedy mój przyjaciel wyszedł opatulony w miękki hotelowy płaszcz kąpielowy, zaproponowałem mu wyjście na zakupy. – Masz tu koszulę, czyste gacie, skarpety i spodnie. Marynarki ci nie dam, bo mam tylko jedną, ale możesz włożyć sweter. Kiedy Zenek zaczął zakładać moje rzeczy okazało się, że spodnie są zdecydowanie za luźne, ponieważ – o czym zapomniałem panu powiedzieć – był bardzo wychudzony. Kiedy zapiął na ostatnią dziurkę mój pasek spodnie przestały mu opadać, ale i tak wyglądał w nich jak cyrkowy clown. – Wiesz co. Dam ci…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil To_Ya
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…