Wróć do katalogu

Porost

To opowiadanie zajeło 5 miejsce w konkursie na opowiadanie w świecie Warhammera. Bardzo prosze o komentarze:)

Nicram, opublikowano , 52 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Porost Porost (elf. Llihenes)- organizm symbiotyczny, w którym we współpracy żyją dwa rodzaje stworzeń: grzyby i glony. Stworzenia te dzięki współpracy, potrafią żyć w niezwykle niesprzyjających warunkach, np.: na nagiej skale, gdzie żadna roślina nie może się zakorzenić. Ich obumierające szczątki tworzą pierwszą glebę, na której wyrastają później bardziej wymagające rośliny. Porosty nazywane są organizmami pionierskimi, bowiem przynoszą życie tam, gdzie go do tej pory nie było.

Rhadamus Arvinov ,,O królestwach roślin i zwierząt''

*** Ostry, nocny wiatr łopotał szatami wędrowca, który wspinał się na Kopiec Przeklętych. Kopiec, a raczej kurhan, który usypano ze szczątków spalonego Praag, był grobem tysięcy spalonych w ogniu zniszczenia. Nowi osadnicy mieli nadzieję, że na kopcu z czasem wyrosną drzewa i w ten sposób zostanie przywrócony ład tej splugawionej ziemi. Tak się jednak nie stało. Blisko stu stopowe wzgórze, położone w północnej części miasta, straszyło czernią i swądem śmierci blisko dwadzieścia lat. Bywały zimy kiedy wzgórza nie przykrywał śnieg, choć całe miasto zasypane było po same dachy. Ludzie przestali się doń zbliżać i nazwali je Kopcem Przeklętych, bowiem przeklęci byli Ci, którzy spoczęli w tym splugawionym grobie. Wędrowiec wspinał się po twardej, suchej skarpie czarnej ziemi. W wielu miejscach ziemia osuwała mu się spod stóp, przez co podpierać się musiał srebrną laską. Znoszone buty zapadały się wielokrotnie w spękanej skorupie. Słyszał jak ziemia krzyczy, jak wzywa pomocy, jak płacze z tęsknoty za życiem. Przystanął na szczycie i wbił swą laskę w martwą ziemię. Ukląkł i zanurzył dłonie w suchej glinie. Dotarł do niego krzyk! Krzyk, który wzmagał się z każdą sekundą. Każdy kamień, każda grudka ziemi, każde ziarnko piasku wołało, płakało i krzyczało ze strachu. Nie wiedziało co się z nim dzieje, dlaczego tak cierpi, dlaczego każda jego cząstka jest skażona? Dlaczego nie czuje już Matki? Nie czuje jej śpiewu i ciepła? Wędrowiec zamknął oczy, z których spłynęła łza i spadła na czarną, suchą ziemie rozpryskując się na tysiące drobin, które zamiast wchłonąć spływały w dół stoku. Młody człowiek usiadł i chwycił laskę w obie ręce. Zbliżył do ust niewielki ustnik w jej połowie i ustawił palce na kilku z setek malutkich dziurek. Wsłuchał się w płacz kamieni a potem spojrzał w niebo. Żółty księżyc zasnuwały bure chmury, pędzone przez bezlitosny północny wiatr. Posłuchał wiatru i usłyszał jego gniew. Wicher przeklinał to, co widział na północy. To, co rozkładało ten świat burząc odwieczną harmonię. Różowe oczy młodzieńca spojrzały z nadzieją na gwiazdy, lecz i tam nie znalazł śladu tej pierwotnej miłości. To z gwiazd przybył Chaos. Spojrzał w głąb własnego serca i odnalazł głos Mistrza: ,, Zrodziłeś się z Tej Ziemi i jesteś Jej synem. Wsłuchaj się w Jej głos. Słyszysz ten śpiew? To kołysanka dla ciebie..." Chłopak odnalazł to czego szukał i wypuścił to w magiczne trzewia Lenry, z której wydobyła się muzyka. Jednak ,,muzyka" to nie jest odpowiednie określenie. Dźwięk Lenry nie tylko się słyszy, ale i czuje, i widzi. Odbiera się ją wszystkimi zmysłami. Muzyka wplotła w swe nuty płacz kamieni i krzyk ziaren piasku. Wplotła gniewny wiatr i promienie księżyca. Wplotła zimny blask gwiazd i oddech nocy. Cicha melodia Matki Ziemi, za którą tęskniła skażona gleba Kopca Przeklętych, tańczyła nad wzgórzem i uspokajała kwilenie ziaren piasku. Uciszyła płacz kamieni, łagodziła gniew wiatru...

***

Pochodnie syczały w ulewnym deszczu, a podkute buty strażników uderzały głucho o kocie łby, czyniąc hałas między pogrążonymi w śnie uliczkach. Kapitan Reiganow zatrzymał się obok domu stojącego najbliżej Kopca Przeklętych. Czekał tu już na niego starzec i sierżant Lotrefow, który skupiał wzrok na niknącym we mgle i ciemności wzgórzu. -Mówiłem temu szaleńcowi żeby tam nie szedł- tłumaczył się starzec- ale on nie chciał słuchać... -Trudno- machnął ręką kapitan Reiganow- Dobrze by było gdyby już nie wrócił, problem tylko ze zwłokami... -Kto by się tam zwłokami przejmował-zaskrzeczał staruch- kruki je zeżrą będzie po sprawie...- ucichł pod jednoznacznym kapitańskim spojrzeniem. -Jeśli będzie trzeba to sam pójdziesz po niego. Staruch cofnął się i zniknął z pola widzenia kapitana, który stał już u boku szeregowego. -Kapitanie czy naprawdę sądzicie, że będzie trzeba iść po zwłoki?- spytał cicho Lotrefow wpatrzony nadal w ciemność. -To by było najlepsze wyjście sierżancie. Lotrefow spojrzał na zimną i pewną minę kapitana chcąc wyczytać cokolwiek z kamiennych rysów. -A jeśli wróci... i będzie normalny? -Znacie procedurę sierżancie i wiecie co dzieje się w mieście. -Tak jest kapitanie. Ale... -Żadnego ale. Jeśli wróci związać go i przyprowadzić do mnie. Jeśli będzie stawiał opór... zabić. -Tak jest kapitanie.- Lotrefow nie był zadowolony z faktu, ze może będzie musiał zabić kogoś bez wiadomej winy. Ale ostatnie wydarzenia w mieście... te ręce wystające z bruku i głowy w ścianach. Po szeregowym przeszły dreszcze. Kapitan ma rację. Wracają ciężki dni...

***

Trząsł się z zimna. Wszystko było mokre i chłodne. Do tego jeszcze jakieś źdźbło wchodziło mu do ucha i denerwowało... Zacisnął pięści zamykając w nich soczystą trawę. Trawę! Poderwał się do siadu i ujrzał wokół siebie łany zieleni. Uśmiech wykwitł na młodych, pełnych ustach, z których trysnął czysty śmiech. -Udało się...-uniósł ręce ku słońcu i krzyknął- Udało się! Cały Kopiec Przeklętych porastała gęsta, soczysta trawa, której zieleń zdawała się lśnić w południowym słońcu. Chłopak wziął laskę i zbiegł w podskokach ze wzgórza, delektując się śpiewem radości trawy skąpanej w promieniach słońca. U podnóża czekało dwóch mężczyzn w skórzanych uniformach i mieczami u boku. Młodzieniec zwolnił, a szmaragdowe poły jego szaty rozwiał wiatr. Kaptur spadł ze śnieżnobiałych, długich włosów odsłaniając marmurowa cerę wędrowca. Różowe oczy tryskały radością, choć łatwo wyczytać w nich było wielkie wyczerpanie. Mimo to przywitały ciepło i ufnie strażników. -Stój! Nie podchodź! -strażnik obnażył do połowy miecz- Jesteś aresztowany za wtargnięcie w zakazany obszar. Oddaj broń i połóż się na ziemi! Chłopaka nie dziwiła ostrożność strażników, ale i tak nie rozumiał, czego od niego chcą. Groźne spojrzenie jednak wytłumaczyło mu, ze lepiej nie stawiać oporu. Mistrz zawsze mówił, że walka, której można było uniknąć jest zła. Nie zabijaj jeśli nie jesteś głodny. Kto złamie to prawo traci miłość Matki. Odrzucił laskę i uniósł ręce. Strażnik dopadł go i zmusił do zgięcia potężnym kopniakiem w podbrzusze. Zaćmiło mu się w oczach a żołądek przeszył ból spotęgowany kilkudniowym głodem. Upadł na kolana w miękka trawę. Wygięli ręce w tył i związali powrozem, za który ciągnięty był później ulicami miasta. Na jego widok ucichli przechodnie robiąc szerokie przejście dla Stalgardzkiej Milicji. Ludzie wpatrywali się weń ze strachem a jakaś kobieta z tłumu rzuciła w niego zgniłym owocem. Rozległy się krzyki i przekleństwa. Strażnik pociągnął linę mocniej i chłopak upadł uderzając głową o bruk...

***

Król Zoltan stał w oknie swojej komnaty i patrzył na nagą równinę rozciągającą się daleko na północ. Codziennie z niepokojem spoglądał w tę stronę wypatrując wici alarmowych, które zapłoną, gdy wróg się zbliży. Wciąż rozpamiętywał to, co stało się przed dwudziestoma laty. Wciąż miał te same koszmary, które dręczą go od pożaru miasta. Zacisnął pięść na gardzie miecza aż zbielały kłykcie w pomarszczonej i usianej bliznami dłoni. Poczuł otuchę w dotyku zimnej stali i w stwierdzeniu, że nie jest jeszcze taki stary jak traktują go wszyscy na około. Wciąż może dzierżyć miecz i prowadzić żołnierzy do boju z chwalebną pieśnią na ustach. Pamiętał ostatnią bitwę z przybyszami z północy, ledwie pięć lat temu. Nie brał udziału w niej, ale doskonale wszystko widział z północnej wieży strażniczej. Kapitan Reiganow i długo szkolona Stalgardzka Milicja dowiedli, że są świetnie wyszkoleni. Rozległo się pukanie i drzwi otworzył strażnik zapowiadając przybycie kapitana Reiganowa. -Panie-rzekł kapitan- wrzuciliśmy tego mutanta do lochów. -Coś mówił? -Nie panie. O nic nie pytaliśmy. -Zaprowadź mnie do niego. -Ależ panie...- głos kapitana umilkł kiedy król obrócił się, a obszerne futra opinające jego szerokie bary unosił się wraz z ciężkim oddechem gniewu. -Tak panie-kapitan Reiganow przyłożył pięść do serca i wyszedł. Król podążył za nim próbując stłumić gniew w nim narastający. Wszyscy traktują go jak starca niezdolnego do rządów, który nie potrafi nawet sam przypasać miecza. On im pokaże! Jest jeszcze dość silny by spłodzić następcę. Do tej pory Malpenia zrodziła mu tylko dwie córki, które nigdy nie włożą królewskiej korony. Prawo kislevskie jest bezwzględne a on nie chce obcego bękarta na swoim tronie. Oni jeszcze się przekonają... Schodził krętymi schodami, które rozjaśniał tylko słaby blask pochodni. Reiganow łomotał w solidne, stalowe wrota więzienia. Niemal siedmiostopowy kat w skórzanych pasach opinających beczkowaty tors, otworzył i skłonił się na widok władcy. -Prowadź do tego nowego!- rozkazał Reiganow Strażnik skinął głową i ruszył pogrążonym w ciemnościach korytarzem, który przesiąkł odorem brudnych ciał i ekstrementów. Jedna z cel należała do nowego. Zamek szczęknął i czerwone światło pochodni padło na skurczoną, wątłą postać w rogu celi. Oprawca wszedł i kopnął więźnia podkutym butem. -Wstawaj! Okaż szacunek i podnieś swój zasrany tyłek. Król tu jest! Jeniec uniósł głowę, którą zdobił wielki skrzep krwi na prawej skroni i ustach. Król zabrał pochodnię strażnikowi i zbliżył się do więźnia. -Przynieść wiadro wody! Niech się chociaż umyje!- kolos wyszedł Władca przyglądał się młodej twarzy. W blasku pochodni dostrzegł tylko śnieżnobiałe włosy i czerwony oczy. -Jesteś mutantem?- młodzieniec wydał cichy jęk i pokręcił głową. -Nie dziwię się, że cię za niego wzięli... czerwone oczy, białe włosy. Skąd ty się tu wziąłeś chłopcze? Strażnik przyniósł wodę i postawił przed więźniem. Chłopak rzucił się do łapczywego picia prosto z wiadra brudnej wody. Chwile później zwymiotował w rogu celi. - Umyć go i przyprowadzić do mnie- polecił Zoltan -Tak panie. Zoltan wbiegał energicznie po schodach aż wszedł do długiego holu parteru, którego ściany były niemal nagie. Tylko kilka herbów, tarcz i obrazy , żadnych arrasów czy wymyślnych dzieł sztuki. Król spojrzał na swoje domostwo i po raz kolejny przeklął Chaos. To on zniszczył stary pałac pełen rodzinnych pamiątek gromadzonych prze wieki. Wszystko spłonęło, bo wszystko zostało skażone. Czy ten młodzieniec jest wysłannikiem Chaosu? Nie... to nie możliwe. Gdyby był, to by się ukrywał i niszczył a nie sprawiał, że Kopiec Przeklętych porósł trawą. Nie, on nie jest zły... ale na pewno jest ważny. On się może przydać. Otrząsnął się z zamyślenia kiedy zobaczył na swojej drodze bojara Nicolaya Aleksyeyowicza Rasaganowa, który manifestował swe przybycie hucznym głosem opowiadając o trudnej podróży córce władcy Ammariettcie. Córka pierwsza zauważyła ojca. -Ojciec! Nicolaya przyjechał! Mówi, że wiosnę mają piękną. Zoltan mimochodem uśmiechnął się do córki, która urodę miała po matce. Szczupła sylwetka i szeroka kibić, pełne piersi i długie, czarne włosy uplecione w długi warkocz. Jedynie błękitne oczy miała po ojcu. Matka z domu carskiego pochodzi, więc i córka dumę w postawie odziedziczyła nie tylko po ojcu. Nicolay był niskim, postawnym blondynem w średnim wieku. Gęsta broda i małe niebieskie oczka nadawały jego rumianej twarzy rubaszny i skory do żartów charakter. Dlatego Ammarietta tak lubiła stryja Nicolaya, który na każdą zimę prezenty dla całej dzieciarni przywoził. Zoltan wpadł bratu w objęcia i się całować poczęli. -Co tam u Ciebie Nicolay?! Mateczka zdrowa? -A zdrowa, zdrowa i rada bracie! Bo Nikolla za Bokhowego syna pójdzie! -Prawdaliż to? Nikolla zawsze gładka była ale żeby carskiego syna serce złowiła. A to się mateczka radować musi! - A raduje się raduje. Ino czekać wesela. -To ja pójdę matce powiedzieć! Bywaj Nicolay - powiedziała ucieszona Ammarietta i z dziecięcym zapałem i gracją pobiegła szerokim holem. Zoltan objął gościa i poprowadził na swe komnaty, gdzie słudzy jedzenia i siwuchy przynosili. Długo prawili a często powracał temat północnych pustkowi, które zbyt długo już milczą, jakby burze, która ma nadejść, zwiastując. Drzwi załomotały i wszedł kapitan Reiganow, kłaniając się i donosząc, ze wiezień gotowy na przesłuchanie. Zoltan kazał przyprowadzić jeszcze Starszego, jedynego zaufanego doradcę króla. Młodzieniec wszedł zgarbiony i słaby, podtrzymywany przez kapitana. Był czysty, choć jego skromne szaty nadal plamiła krew. -Niech usiądzie- polecił Zoltan. Kapitan posadził go na jednym z taboretów. -Panie błagam- wykrztusił chłopak- dajcie mi moją laskę... - Jaką laskę? Kapitanie przynieść ją natychmiast.- kapitan spojrzał z pogardą i gniewem na więźnia i wyszedł. Nicolay o nic nie pytał. Wiedział, że w sprawy brata wtrącać się nie warto jeśli ten sam nie powie. -Kim jesteś?- spytał król Więzień nie odpowiedział tylko jak zauroczony gapił się w jedzenie. Król widząc to rzucił mu kromkę chleba, którą zaczął łapczywie żuć. - A wiec kim jesteś i co zrobiłeś na Kopcu Przeklętych? Kiedy przeżuł i połknął z trudem odpowiedział. -Uwolniłem ziemię od cierpienia panie. Wsłuchałem się w jej krzyk i dodałem jej otuchy pieśnią Matki. To ona sama odżyła, potrzebowała tylko trochę miłości... Zdanie przerwało wejście doradcy, który był sędziwym mężczyzną wspierającym się na wiekowym kosturze. Skłonił się wielmożom. -Wzywałeś mnie panie? Tak Dadricu, usiądź łaskawie- Król ponownie zwrócił się do więźnia. -Powiedz jak się zwiesz. Jam jest Zoltan Aleksyeyowicz Rasaganow. A ty? Młodzieniec zsunął się z krzesła i ukląkł. -Wybacz panie... ale muszę mieć swoją laskę... -Dobrze, zaraz ją dostaniesz. Masz tylko odpowiadać na moje pytania. Jak się nazywasz i kim jesteś? - Moi bracia nazywają mnie Llihenes, Porostem. Potrafię przynieść życie tam, gdzie ono umarło... Ludzie nazywają nas Pasterzami Ziemi... Na te słowa Dadric wstał wzburzony i zagrzmiał. -Zważaj na słowa odrostku! Nie lżyj przed władca Praag! -O co chodzi Dadricu - spytał król zdziwiony nagłym wybuchem doradcy. -O Pasterzach Ziemi słuch zaginął tysiące lat temu! Najstarsze księgi wspominają ich jeszcze przed odejściem elfów do Zachodnich Krain. Znani byli z tego, że potrafili rozkazywać ziemi aby wydawała między innymi magiczne rośliny, z których tworzyli eliksiry. Siłę ziemi wykorzystywali także do zabijania... -Kłamiesz!- Llihenes poderwał się z krzesła z rozognionymi oczyma, ledwo stał na nogach- Moi bracia nigdy nie zabijali! Dadric powstrzymał gniew a na jego usta wypłynął podstępny uśmiech. -Proszę, proszę. Jakie to bezczelne! Do tego łże jak pies. Nie słuchaj go panie, to kłamca i oszust. Pasterzami Ziemi były tylko elfy, a on mi na elfa nie wygląda... może tylko na mutanta!- Dadric uderzył kosturem w marmurowa posadzkę dla podkreślenia swych słów. Porost dyszał ciężko próbując się uspokoić, tak jak go uczył Mistrz. -Mistrzowie-zaczął- uczyli mnie szacunku do życiowej mądrości, która przychodzi z wiekiem. Ale przestrzegali mnie także przed zbytnią pewnością siebie, przez którą mądrość staje się głupotą-słowa chłopaka podsycały gniew doradcy- Człowiek przez całe życie musi uważać na swe czyny, nie ważne jak mądre by mu się wydawały. Dlatego proszę Cię panie o wysłuchanie mnie. -Mów chłopcze, słucham- król wydawał się być rozbawiony tym, ze jego przemądrzały doradca tak się złości. Kazał usiąść obydwóm. Chłopak sięgnął po kubek i nalał sobie wody. Kiedy ugasił pragnienie zaczął. -Wychowałem się w Athel-Loren, potężnym i pięknym mieście, które od tysięcy lat rośnie w sercu matecznika lasu Loren, gdzie ludzie nie mają wstępu. Od najmłodszych lat elfy uczyły mnie jak słuchać Matki Ziemi i jej dzieci. Jak żyć z nią w zgodzie i korzystać z jej nieprzebranych darów. Kiedy dorosłem ja i mój dar, zabrano mnie przed Wielkie Zgromadzenie, gdzie czekało jeszcze siedmiu mężczyzn mnie podobnych. Byłem z nich najmłodszy, jednak w żaden sposób nie zostałem poniżony. Dostaliśmy wszyscy takie samo zadanie. Mieliśmy iść na osiem stron świata i uczyć przedstawicieli naszej rasy jak żyć w zgodzie z Naturą i jak ja leczyć kiedy zostanie zraniona. Jako ludzie mogliśmy uczyć innych ludzi, ponieważ elfom nikt nie ufa. Tak więc odeszliśmy spełnić misję, do której przygotowywaliśmy się przez całe życie. Moim celem jest pokazać jak przy pomocy Matki Ziemi, która cierpi pod butem Chaosu, pokonać siły zła i destrukcji. -Zgrabna historia młodzieńcze-rzekł staruch- ale każdy szarlatan taką wymyśli na poczekaniu. Dość już słyszałem o sługach Chaosu, którzy korzystają z jego plugawej magii by omamiać ludzi. Jesteś pomiotem Chaosu ty czerwonooki mutancie!- Dadric kipiał gniewem i uderzał kosturem w ziemię. Nagle drzwi się otwarły i do komnaty wbiegła kilkuletnia dziewczynka z doniczką. -Tato, tato! Zasadziłam nasionko tak jak kazałeś. Czy teraz wyrośnie? - piskliwym i naiwnym głosem pytało dziecko. Małe dziecko rozładowało napięcie wiszące w powietrzu. Król wziął dziewczynkę na kolana. -Ile razy Sonyu mówiłem żebyś nie przeszkadzała kiedy mam gości? -Ale tato! Roślinka wyrośnie teraz? Wyrośnie? - Król czuł się zakłopotany bo wiedział, że z dzieckiem nie wygra. - Wyrośnie ale musisz poczekać, za parę dni pewnie zobaczysz jak wyrasta. -Nie teraz?- dziecko się zasmuciło. -Nie Sonyu musisz poczekać... -Mogę zobaczyć tego kwiatuszka dziecino? - Porost odezwał się cichym i miłym głosem. Dziecko odważnie podeszło i podało mu doniczkę. Doradca chciał coś powiedzieć ale bał się wtrącać kiedy król milczał. Llihenes położył dłoń na ziemi w doniczce i zamknął oczy. Po chwili je otworzył i uśmiechnął się - To dobra ziemia kochanie, wyrośnie z tego piękny kwiat.-dziewczynka ucieszyła się z takiej odpowiedzi. Rozległo się pukanie i wszedł kapitan Reiganow z długim, srebrnym przedmiotem w dłoni. -Panie, to ta laska, jak rozkazałeś. Król skinął głową -Zostaw ją i możesz odejść- Reiganow postał kilka sekund trochę zbyt długo i zdziwiony szorstkim traktowaniem przez króla, odszedł mierząc jeszcze zimno przybysza. Zanim Porost zdążył coś powiedzieć laska znalazła się w dłoniach Dadrica. Ten oglądał ją dokładnie napawając się i delektując jej widokiem. Wodził delikatnie palcami po zagłębieniach i dziurkach, jakby były nie wiadomo jak cenne. -Miłościwy panie... on mówi prawdę-z trudem przeszło mu to przez gardło-wybacz mi królu i ty wędrowcze. Nigdy nie widziałem tego drzewa na własne oczy, ale wiele czytałem. To Orlandian - srebrne drzewo, które nie rośnie w ludzkich krainach. Ma magiczne właściwości... Llihenes wstał i chwiejąc się odebrał laskę Dadricowi. Ledwo jej dotknął, jego sylwetka wyprostowała się a twarz pojaśniała. Uniósł Lenrę do ust i zagrał. Pieśń żyła , brzmiała w ciepłej komnacie i napawała słuchaczy dziwnym, pierwotnym spokojem. Sprawiła, że wędrowali gdzieś daleko, odwiedzali krainy, o których dawno zapomnieli. Byli świadomi, że utracili coś ważnego, coś co dawało im zrozumienie świata. Coś czego utratę zauważyli dopiero teraz. Melodia o nieokreślonym brzmieniu snuła się hipnotyzująco, póki nie została brutalnie przerwana przez pisk Sonyi. Ciszę, która zapanowała można by kroić płatami. Sonya zbliżyła się do doniczki, z której wyrastał piękny kwiat o czerwonych płatkach. Porost osunął się ciężko na podłogę.

***

Minęło kilka tygodni, podczas których Porost zdobył sobie ogromny szacunek wśród mieszkańców Praag. Kiedy tylko występował jakiś przejaw aktywności Chaosu w mieście: krzyki niewiadomego pochodzenia, ruszające się ściany i chodniki, czy kamienie z oczyma, on przychodził i grał na Lenrze, której muzyka odpędzała złe siły. Pomimo, że go szanowano, ludzie wciąż mu nie ufali i bali się go za sprawą jego wyglądu. To jednak nie przeszkadzało bandom dzieciaków, które towarzyszyły mu na każdym kroku, prosząc o opowieści o zagranicy i elfach. Podczas tych wszystkich jego interwencji, w których odganiał Chaos, zauważył jedną prawidłowość. Wszystkie te wypadki miały miejsce na obrzeżach miasto lub w niemal całkowicie opuszczonych jego częściach. W tak mrocznych i smutnych uliczkach, że każdy czuł się osaczony przez ciemność i brak życia. Kopiec Przeklętych odmienił się nie do poznania. Stał się miejscem zabaw dzieci, jako jedno z niewielu zielonych miejsc w mieście, gdyż do ogrodów królewskich dzieci z miasta nie były wpuszczane. W okolicy wzgórza nie występowały żadne przejawy skażenia Chaosem. Zastanawiał się co też mogą znaczyć te wszystkie zależności. Każdego dnia jadał posiłki razem z rodziną królewską. Był to dla niego ogromny zaszczyt i powód do zazdrości kapitana Reiganowa, który, lekko mówiąc, nie przepadał za Porostem. Podczas wielu rozmów z władcą Praag Porost dowiedział się o historii miasta - o ostatnich walkach i o systemie obrony. Zoltana ciekawiły przede wszystkim wieści ze świata oraz możliwości bojowe Porosta. Porost nie znał swoich możliwości. Nigdy nie walczył z nikim, a co dopiero ze sługami Chaosu, przed którymi ostrzegano go na szlaku, a których nigdy nie spotkał. Zresztą brzydził się walką. Mistrz uczył go, że moc może wykorzystywać tylko w ostateczności. Nikt nie ma prawa zabijać, chyba że jest głodny albo czuje się zagrożony. Mimo to Porostowi wcale nie uśmiechało się używanie mocy przeciw żywym istotom, nawet jeśli służyły siłom Chaosu. W mieście pracy było naprawdę wiele, do tego nie potrafił przyzwyczaić się do życia w takim tempie. Często więc zaszywał się w pałacowych ogrodach, które rozkwitały i zieleniły się na wiosnę. W parku nie było starych drzew, tylko młode, ledwie kilkumetrowe nastolatki. W ogrodach mógł odpocząć kołysany śpiewem Natury. Pewnego dnia spotkał tutaj Ammariettę, pogrążoną w smutku. Przysiadł się do niej i próbował znaleźć powód jej zmartwienia. Księżniczka raz uparcie milczała, a raz wpadała w udawany dobry humor, śmiejąc się i udając, że nic jej nie jest. Nieznużony tym Porost zaczął opowiadać o swoim dzieciństwie. Nigdy nikomu o tym nie mówił, ale czuł, że Ammariettcie może zaufać. - Kiedyś spytałem się nauczyciela gdzie są moi rodzice. Mistrz odpowiedział mi, że moi rodzice nie żyją, a mnie jako niemowlę znaleźli kupcy handlujący z elfami. Elfy widząc bezdomne dziecko wzięły je na wychowanie i oddały Nauczycielom. Kiedy wyszedłem z lasów Loren niespełna 3 lata temu, trafiłem do pewnej opuszczonej wioski gdzie mieszkała tylko jedna staruszka. Otworzyła mi drzwi mimo, że było już ciemno, i pozwoliła przenocować. W blasku lampy naftowej spojrzałem jej w oczy. Były różowe... Później płakała podając mi zupę. -Następnego dnia -ciągnął-staruszka już nie żyła. Pochowałem ją na starym, wioskowym cmentarzu. Kiedy wróciłem do domu po rzeczy, zauważyłem list, który staruszka napisała przed śmiercią. Oprócz słów ,,Przepraszam", był tam drewniany wisiorek przedstawiający promieniujące niczym słońce serce. Od tamtej pory mam go zawsze przy sobie. Przynosi mi szczęście. Zdjął z szyi talizman i włożył w dłoń księżniczki. Pierwszy raz zobaczył jej szczery uśmiech i mógł spojrzeć głęboko w jej błękitne oczy. - Nie mogę tego przyjąć. Nawet mnie nie znasz, a ja ciebie tym bardziej... -A widzisz problem? Bo ja nie.- odpowiedział beztrosko-Przecież fajnie jest mieć kogoś z kim można poważnie porozmawiać. To znak mojego zaufania. Masz klucz do mojej duszy. Ammarietta przytuliła się do no niego i odeszła. Porost długo jeszcze siedział myśląc nad tym co się zaczęło na tej kamiennej ławce.

***

Tej nocy znowu zerwali go z łóżka. Kolejny przejaw skażenia Chaosem. Zaczynało go to męczyć, a perspektywa braku jakiejkolwiek możliwości pomocy w tej brudnej robocie, jeszcze bardziej dobijała. Przyszedł po niego jak zwykle Dimka. Porost dowiedział się, że ma imię Dimka. Był jedynym ze Stalgardzkiej Milicji, z którym można było normalnie porozmawiać. Kilka dni temu Dimka zabrał go po służbie do jednej z oberży w mieście. Były śpiewy i tańce, gorzała i piwo lały się strumieniami. Dziesiątki wojaków, którzy na co dzień wykonywali swoje służbowe obowiązki, teraz radowało się beztrosko. Porost został nawet poproszony o zagranie czegoś. Magia Lenry żywiła się radością, więc wesoła melodia powędrowała pod powałę karczmy i spłynęła do serc słuchaczy. Brzmiały w niej nuty narodzenia, śpiew kwiatów, trzepot skrzydeł motyla, letni wietrzyk i ciepły deszcz. Czysta radość przepełniająca serca wojaków. Zabawa trwała do rana, a goście, funkcjonariusze S.M., zdumiewająco szybko wytrzeźwieli i pomaszerowali prosto na służbę. Porost musiał sam iść do pałacu, ale był w takim stanie, że zbłądził wśród mrocznych uliczek. Smród rynsztoku i gnijące odpadki doprowadziły go do opróżnienia zbuntowanego żołądka. Czuł się słabo i łupało mu w głowie, ale przynajmniej nie było mu już niedobrze. Nie wiedział kompletnie gdzie jest. Nawet tego, w której części miasta się znajduje. Mimo, że wstawał świt, mrok jakoś nie opuszczał ulicznych cieni. Nagle ciarki przeszły mu po plecach. Dokładnie tak samo jak wtedy kiedy po raz pierwszy spotkał się pomiotem Chaosu. Coś do niego szeptało. Nie mógł się ruszyć. Chciał sięgnąć po Lenrę, ale ręce odmawiały mu posłuszeństwa, zresztą i tak nie był w stanie grać. Szept się nasilał, mroził krew w żyłach, plugawił umysł swą czarna mową. W końcu zobaczył oczy. Czerwone punkciki w chropowatym, szarym murze. Oczy przenikały w głąb jego duszy... bał się jak nigdy w życiu. Nie mógł drgnąć żadnym mięśniem. Oczy rosły zbliżając się do niego, a on nie mógł nawet krzyczeć. Gigantyczna paszcza rozwierała się żeby go połknąć... kiedy nagle wycofała się i zaczęła maleć. Do jego uszu dobiegł śpiew. Śpiew kilku dziecięcych głosów. Zbliżały się do niego... jednak on już dawno leżał na mokrej ziemi. To wspomnienie przerażało go, przez co przed

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych