Wróć do katalogu

Portret Emilii

Romans szkolny, opowiadający historię chuligana, członka bandy znęcającej się nad młodszymi uczniami, oraz zamkniętej w sobie artystki.

LadyOfDarkness, opublikowano , 21 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:times}Do dziś uważam, że zamykanie dwudziestu ośmiu sztuk pojemników z buzującymi hormonami na jednej powierzchni płaskiej, ograniczonej czterema niezbyt stabilnymi ścianami, graniczy w najlepszym wypadku ze skrajną naiwnością lub co najmniej dalece posuniętą głupotą wrodzoną, przy czym jedno wcale nie wyklucza drugiego, wręcz przeciwnie. Dwadzieścia osiem par oczu wlepionych w tablicę z jednakowym rozmemłaniem, choć nieco zróżnicowanym poziomem tępoty, fifty-fifty, czternaście dziewczynek, przepraszam, dziewcząt, mieszanej urody, czternastu chłopców, aczkolwiek co do płci jednego z osobników po dziś dzień nie mogę się zdecydować. Taki blondaskowaty piegus, w swetrze starszej siostry, przysuwający krzesło podejrzanie blisko, pod marnym pretekstem przepisania matmy. Poza nim niewiele osób rzuciło mi się w oczy na tyle, bym miał ochotę rozgrzebywać starannie poselekcjonowaną pamięć dla kilku marnych informacji o znajomych-nieznajomych. Część z nich odnalazła mnie po latach na portalach społecznościowych, dostarczając mi dzikiej satysfakcji z okazania wredoty poprzez odrzucenie zaproszenia, resztę skreśliłem z życia raz na zawsze. I tak nie mają tu żadnego znaczenia. Najważniejsza jest ona. Miała piętnaście lat, rumianą cerę i ciemne włosy splecione w krótki warkoczyk. Przydługa grzywka opadała niedbale na czoło, zgrabny nosek pokrywały drobne piegi, postawiony na baczność, nienagannie przyprasowany kołnierzyk mundurka opinał ciasno szyję, zapięty pod samą brodę. Pochylona do przodu zwykła opierać głowę na dłoniach, wbijając łokcie w zeszyt, gniotąc kartki przy każdym, najdrobniejszym nawet ruchu, wpatrzona przed siebie, obserwując obiekt największej fascynacji, bóstwo współczesnego gimnazjalisty – olbrzymi zegar zawieszony na ścianie, odmierzający rytmicznie minuty pozostałe do końca udręki. Falbanki czarnej spódniczki kołysały się lekko, kiedy machała wesoło nogami w powietrzu, jak dziecko, które spotkała właśnie wielkiej przyjemności, w chwili gdy dzwonek obwieszczał niewolnikom przerwę od harówki, na sekundę przed tym, jak zrywała się na równe nogi, podskakując zabawnie w niewiadomym celu przy zarzucaniu na ramię plecaka. Nazywała się Emilia. W sumie, nie powinienem nawet zaszczycić jej spojrzeniem, należała do grupy cieni, ludzi stanowiących tło wydarzeń, scenerii dla prawdziwych bohaterów. Ani to to ładne, ani też szczególnie brzydkie, inteligentna, bystra, lecz skłonna do rozpraszania się, obdarzona przez los milionem pomysłów na minutę, za to całkowicie pozbawiona podzielności uwagi. Artystka, zapewne malarka, nie każdy poświęca przecież wolny, piątkowy wieczór na przesiadywanie w sali plastycznej z grupą normalnych-po-swojemu artystów, podobnie jak nie każdy spędza przerwy, oraz większą część fizyki, na bazgraniu w zeszycie czegoś, czego nikt nigdy nie uchwycił choćby kątem oka. Jak artystka, to wrażliwa, pewno marzycielka, idealistka, emocjonalna, mistyczka (na cholerę jej ten mistycyzm?), wielkoduszna, bezstronna... I wszystkie inne przymiotniki, w dzisiejszych czasach synonimy dziwactwa tudzież słabości umysłu. Jak na kogoś, kto nie zamienił z nią ani słowa, dysponowałem niezłym zasobem informacji, kwestię ich wiarygodności pozostawmy na razie na boku, gdzie jej miejsce. Któregoś dnia pobili pierwszoroczniaka, dorwali go na szkolnym boisku, gdy tylko wyściubił nos po dzwonku; złapali za chabety i zaciągnęli aż pod parking, popychając i poszturchując. Trzymał się dzielnie wiedząc, że jeśli upadnie zacznie się prawdziwe piekło, ale i jego kolana kiedyś zmiękły, potknął się o coś, pewnie o własne, rozdygotane nogi, poczym zarył brodą o asfalt, wywołując ryk zadowolenia w spragnionych krwi obserwatorach. Pobili go tak, że aż się popłakał, cały we krwi szlochał, prosząc, by przestali, tym samym prowokując swoich oprawców do wzmożonej pracy rąk i nóg, potęgując wrzask dopingującego tłumu. Ich było czterech, dziś nawet nie pamiętam ich imion, tyle czasu poświęciłem na wyrzucanie ich z umysłu... Na nic innego chyba nie zasługują... Ale wtedy myślałem inaczej, stałem z boku i darłem się na całe gardło „dowal mu, dowal mu!”. W końcu dali spokój, znudziła im się żałosna zabawka skulona na betonie i odeszli. A ja z nimi, śmiejąc się. Byłem dobrym kumplem. Cholera! Wtedy zauważyłem, że obserwowała nas spod ściany stołówki, dość daleka, by zostać pominiętą, lecz za blisko, by upozorować przypadek. Lekcje skończyły się dużo wcześniej, zapewne usłyszała wrzaski, przyszła sprawdzić, co się dzieje i tak już trwała, z palcami zaciśniętymi w pięści, oczami utkwionymi w sercu całego zajścia, uważnie śledząc posunięcia każdej ze stron. W pierwszej chwili, widząc zarys ludzkiej sylwetki, przestraszyłem się bezimiennego donosiciela, jej twarz uspokoiła mnie jednak, tacy jak ona nikogo nie wsypują. Teraz myślę, że to sensowne określenie – obserwatorzy. Są tacy ludzie, niemi, lecz w pełni otwarci na świat, uważnie przyglądający się i zapisujący wnioski. Nim wraz z resztą grupy przekroczyliśmy bramę, dojrzałem jeszcze, jak podbiega do skatowanego chłopaka, pochyla się nad nim, pomaga usiąść, ocierając rozciętą wargę chusteczką, o coś pyta, lecz chyba nie dostała odpowiedzi, bo ponowiła próbę kontaktu. W końcu dała za wygraną, uniosła głowę, odgarniając z twarzy włosy i spojrzała w naszą stronę, wprost na mnie, ostatniego w szeregu. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem spojrzenia tak przepełnionego nienawiścią. Młody w końcu dostał kilka szwów, nic strasznego, rzecz na porządku dziennym. Ale odtąd zacząłem się jej przyglądać, z początku ze strachu, że jednak wygada; sam nic nigdy nie robiłem, podobnie jak kilku innych jedynie starałem w szeregu i darłem się ile wlezie, bo czasem ktoś musi oberwać, bylebym nie był to ja. Ale obserwowałem, o wszystkim wiedziałem - i nie pomogłem. Wówczas nie czułem się winny, od moich „wodzów” odróżniało mnie jednak pewne głęboko ukryte, zagłuszane wszelkimi możliwymi metodami sumienie, wewnętrzny głos, każący od czasu do czasu wspominać twarze wszystkich ofiar tuż przed zaśnięciem, odnajdujący punkt oparcia w nowym sojuszniku – jej spojrzeniu. Nie miałem pojęcia dlaczego, ale bardzo się tym przejąłem, nie dawały mi spokoju setki pytań, spośród których miażdżąca większość dotyczyła nie tyle ogólnego zajścia, co samej jego uczestniczki. A świat biegł dalej, poganiając nas do bezustannej gonitwy. Było jeszcze kilka ciekawych akcji, parę bójek po pijaku, kilka szwów po ustawkach. Podczas jednej z nich oberwałem w głowę kijem do baseballa, wyrabiając sobie tym samym darmową przepustkę na tygodniowy, przymusowy pobyt w szpitalu ze wstrząsem mózgu, poczym długą kurację w domu, głównie z powodu nadopiekuńczości matki. W końcu jednak przyszła pora, gdy musiałem zebrać się i wziąć do roboty, narobiłem sobie zaległości wystarczających, by utknąć z nosem w książkach do studniówki; mimo „nieco” tępawego towarzystwa, maski twardziela, luzaka, olewanie nauki nie należało do moich hobby, wręcz przeciwnie, nawet lubiłem niektóre przedmioty. Po części uważałem to za świetny kamuflaż, niezwykle zresztą skuteczny – dopóki masz dobre stopnie, nikogo nie obchodzi, z kim i gdzie się włóczysz, co robisz i kogo skopiesz na boisku podczas przerwy śniadaniowej. Jesteś jednym z wielu, przeciętniak. A przeciętniacy nie robią takich rzeczy. Pierwszy dzień po powrocie wspominam jako moment przebudzenia, porównywalny z ocknięciem się rano po całonocnej imprezie, z rozsądzającym czaszkę bólem głowy tym silniejszym, gdy trzeba w te pędy lecieć do łazienki, by poznać z bliska wczorajszy jadłospis. W rzeczywistości nie wymiotowałem, byłem jednak blisko, niebezpiecznie blisko, dosłownie czułem jak wnętrzności porzucają dawne funkcje, skręcając w węzeł w miejscu żołądka, ulokowanego znienacka tuż przy gardle, zaraz obok wielkiej guli uniemożliwiającej sprawne przełykanie. A wszystko z powodu chłopaka, którego wtedy skopali, może brzmi to banalnie, ale jego twarz po dziś dzień dręczy mnie w snach. Okazali szczególną brutalność, specjalnie dla mnie, na moje powitanie. W życiu żaden śmiech nie kosztował mnie tyle wysiłki i wyrzutów sumienia. Tak jak wspomniałem, czas mijał, nie oszczędzając żadnego z nas. Nie twierdzę, że od oberwania po głowie zmieniałem się z dnia na dzień, podejrzewam, ze dojrzewało to we mnie od dłuższego czasu, nie miało jednak okazji dojść do głosu wśród ciągłych powtórzeń tych samych błędów. Prawdziwą przyczyna mojego dziwnego samopoczucia tamtego dnia był fakt, że już od dawna traciłem chęć do zadawania bólu. Dawniej czerpałem przyjemność z każdego ciosu, każdego kopnięcia, sycąc się siłą wynikającą z absolutnej władzy nad drugim człowiekiem. Teraz nie czułem już ulgi, gdy przypatrywałem się niszczeniu słabszych, brutalność, a wraz z nią zobojętnienie na cierpienie, przestały napełniać mnie radością, ekscytacją. Zawsze czułem coś na kształt litości do pobitych, jak mówiłem odstawałem nieco od grupy bezwzględnych sadystów nastawionych na sianie spustoszenia, stopniowo jednak uczucie to przekształcało się w znacznie silniejszy głos – szczere współczucie. Jeśli jednak nie śmiejesz się z frajerów, jesteś jednym z nich, więc udawałem, że dobrze się bawię, jak ostatni tchórz nie robiłem niczego, by przerwać krąg bezsensownej brutalności. To tak ładnie brzmi – postawić się, odejść, nie ulegać innym. Gdy ma się jednak przed sobą górę mięsa dwa razy większą od siebie, łatwiej zaśmieć się z cudzego nieszczęścia, niż dobrowolnie podzielić jego los. Zawsze byłem tchórzem – tyle we mnie odwagi, że temu nie zaprzeczam. Niestety, że nie tylko ja dojrzewałem, moi „kumple” również odkrywali w sobie coraz to nowsze pokłady energii, ukierunkowanej głównie ku młodszym, słabym ogniwom do odstrzału. Tych spraw robiło się coraz więcej, przybierały coraz to okrutniejsze formy, a najgorsze, że przy większości byłem, oczywiście tylko jako bierny, kibicujący niemrawo widz, mimo to myśl o własnej słabości nie dawała mi cieszyć się życiem nawet poza szkołą. Emili też była. Zawsze trzymała się na uboczu, element tła, rekwizyt, dodatek sceniczny, obserwując uważnie wszystko, każdy szczegół, wchodząc na scenę dopiero po zejściu głównych aktorów, zawsze według jednego, określonego schematu. Pomoc rannemu, pytania, spojrzenie. Zawsze na mnie, zawsze w moje oczy, jak gdybym to ja był głównym sprawcą, winnym całej sytuacji. Najpierw mnie to irytowało, odczuwałem przemożną potrzebę

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych