Wróć do katalogu

Posterunek przy Dwóch Kłach

Epizod z życia Dunethela, sierżanta w armii stacjonującej na pograniczu.

Alik, opublikowano , 24 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Koń pędził na złamanie karku, najszybciej jak potrafił. Lepki, miękki śnieg tryskał spod kopyt, których uderzanie o zamarzniętą ziemię niosło się daleko po lesie. Dunethel nie dbał o to, czy ktoś go usłyszy. Musiał dotrzeć do garnizonu, nic więcej nie miało znaczenia. Ostatnie dni były tak wyczerpujące, że chwilami nie bardzo rozumiał, co się wokół niego dzieje. Szczęściem wierzchowiec znał tę drogę na pamięć; tyle razy przemierzał ją w ciągu ostatnich tygodni, że zapewne mógłby jechać nawet z zasłoniętymi ślepiami. Gdyby nie to, półprzytomny ze zmęczenia Dunethel mógłby ich obu zgubić. Gdy w końcu droga wyprowadziła ich z lasu, Dunethela uderzył mroźny wiatr. Otrzeźwiło go to na tyle, by mógł rozejrzeć się wokół. Zatrzymał konia i obrzucił uważnym spojrzeniem rozciągającą się przed nim panoramę. Nie ucieszył go przepiękny widok na pokryte śniegiem wzgórza z wyciągającymi się ku niebu menhirami. Być może kiedyś zsiadłby z konia i podziwiał ten spokój… ale nie dziś. Dziś ów spokój, ta mącona tylko podmuchami wiatru cisza, ta pustka wokoło – wszystko to było zapowiedzią nadciągającej burzy. Śnieg na wzgórzach był gdzieniegdzie zdeptany i szary. Na pewno nie dokonały tego zwierzęta. A to oznaczało, że w czasie jego nieobecności tereny te były patrolowane, na pewno nie bez przyczyny. Czyżby było aż tak źle? Odegnał złe myśli i popędził konia. Miał do przebycia jeszcze kilka mil nim dotrze do swego garnizonu. Nie wiózł dobrych wieści ze sztabu, ale nie to się najbardziej liczyło; najważniejszym powodem pośpiechu Dunethela było to, że do jego powrotu kapitan garnizonu miał związane ręce. A musieli działać. Po niedługiej chwili zza kolejnego wzgórza wyłoniły się dwie znajome szare skały w kształcie zakrzywionych kłów, którym to miejsce zawdzięczało swą nazwę. Gdy tylko je minął, ujrzał już ostrokół i dachy zabudowań garnizonu. Z kilku kominów unosiły się w niebo strużki ciemnoszarego dymu. A więc jeszcze nie wszystko stracone. Nie gnał tu na próżno. Strażnicy przy bramie zachodniej dostrzegli go z daleka i czym prędzej rozwarli wrota, by mógł wjechać do środka nie zatrzymując się. Gdy ich mijał, jeden z nich przyłożył dłonie do ust i krzyknął: - Kapitan wyszedł w pole! Druga Wieża! Dunethel nie zwalniając uniósł rękę na znak, że zrozumiał, po czym nagłym ściągnięciem wodzy zmusił konia do skrętu w wąską uliczkę między garnizonową kuźnią i kantyną. W całej placówce nie było ani kawałka ziemi pokrytego śniegiem; postarał się o to przyboczny kapitana, parający się sztukami tajemnymi. Gdyby nie to, w razie alarmu lawirowanie wśród budynków byłoby uciążliwe nawet na piechotę, a co tu dopiero mówić o jeździe wierzchem. Wypadł na ulicę po drugiej stronie kuźni, i – o mało nie tratując trzech rozweselonych żołnierzy – skręcił ku bramie bocznej. Dostrzegł w niej kilka idących dwójkami sylwetek; wyminąć ich nie było jak, więc ściągnął gwałtownie wodze i zatrzymał konia. Strażnicy zareagowali na jego głośne „Stój!” nerwowym drgnięciem, ale było to doprawdy niczym wobec reakcji sylwetek w bramie, które rozpierzchły się pod ściany. Jedynym, który zachował spokój, był wysoki mężczyzna na przedzie kolumny. Kapitan Gunnar stał wyprostowany, dumny, jak zawsze z dłonią opartą na stylizowanej głowicy swego miecza. Samym wyglądem budził respekt; jeśli nie budziły go szerokie ramiona, poważna, jakby wykuta z kamienia twarz i pokaźne wąsy okalające usta, to z pewnością czyniły to ozdobny napierśnik i spływający z ramion płaszcz z insygniami oficerskimi. Na przedramieniu kapitan miał założoną trójkątną tarczę, co oznaczało, że brał udział w walce – inaczej bowiem zawsze tarczę przewieszał przez plecy. Było to wbrew regulaminowi w trakcie służby, ale żaden ze służących pod jego komendą żołnierzy nie wspominał o tym ani publicznie, ani po cichu. Skoro tylko rozpoznał swego dowódcę, Dunethel zeskoczył z siodła i podbiegł do niego. Stanął, wyprężył się (aż trzasnęły obolałe kości i mięśnie) i przyłożył zaciśniętą pięść do piersi. Znieruchomiał, patrząc przed siebie i czekając. Kapitan oddał salut i dał znał idącym za nim żołnierzom, by szli dalej. Bez wahania towarzyszący im kapral krzyknął gromko rozkazy i poprowadził kolumnę dwójkową dalej. Gdy mijali Dunethela, kilku żołnierzy rzuciło mu zniechęcone spojrzenia. Widać ich także zmęczyły związane ręce dowódcy. - Jakie wieści, sierżancie? – rozległ się głęboki głos kapitana. Wyrwany z namysłu Dunethel odruchowo otworzył usta do regulaminowego meldunku, lecz nim wydał z siebie dźwięk, kapitan zmarszczył brwi i machnął stanowczo wolną dłonią. - Nie meldujcie, tylko mówcie, sierżancie. Zmęczonym. Dalejże. Dunethel skinął głową. - Głównodowodzący odcinka zachodniego przesyła rozkazy, by wzmocnić patrole na trakcie do Belvan… - Sierżancie – kapitan znów przerwał Dunethelowi, tym razem już w jego głosie słychać było rozdrażnienie. – Posłuchajcie uważnie. Gdy my tu tracimy czas na meldunki, skrulle nie próżnują. Furda rozkazy. Tym bardziej te idiotyczne. Czy przybędą posiłki? Dunethel przestał się prężyć. Gunnar miał rację. Nie było sensu trzymać się regulaminu. Przełknął rosnącą w gardle kulę; odarte z otoczki wojskowego żargonu wieści zdawały się trudniejsze do przekazania. - Nie będzie posiłków, panie kapitanie. Cztery dni temu wysłali ostatnie rezerwy do garnizonu w Nessimi. Nozdrza Gunnara rozszerzyły się, gdy wziął długi, głęboki oddech. Wbrew pozorom, nie miał to być oddech uspokajający. Potarł w zamyśleniu szczękę, na której widniał kilkudniowy zarost. Kolejny znak, że pod nieobecność Dunethela sprawy się pogorszyły. Kapitan nie ogolony? Nigdy tego nie widział. - Pies trącał – mruknął kapitan. Przestał pocierać szczękę i spojrzał znów na sierżanta. – A pozwolenie na atak? – Nie mamy, panie kapitanie. Jeśli mogę dodać coś od siebie… Gunnar przytaknął skwapliwie. – Mówcie śmiało, sierżancie. Jesteśmy u siebie. Dunethel przełknął ślinę i zerknął z ukosa na strażników. Oni jednak wyraźnie zainteresowali się ścianą bramy. Pokazywali sobie niewielkie dziury między belkami i z ożywieniem dyskutowali nad powodami ich powstania. Dunethel spojrzał z powrotem na Gunnara. - Było tam sporo odwodów, bez przydziału. Pogadałem z kilkoma weteranami z Górskiej Ochotniczej. Siedzą tam od tygodnia i grzeją zady w kantynie. A sztabusy mój raport i prośby mieli gdzieś. Wiedzą lepiej. - No, sierżancie – Gunnar uśmiechnął się pod wąsem – teraz gadacie po ludzku. Co byście zrobili na moim miejscu? - Atak, panie kapitanie – odparł bez wahania Dunethel. – Albo my, albo oni. Kapitan pokiwał głową w zamyśleniu. – Tak… racja. Niestety. Jesteście wolni, sierżancie. Dziś fajrant. Przygotujcie swoich ludzi na jutro. Dunethel zasalutował w milczeniu i oddalił się, zostawiając kapitana jego myślom.

- Skrulle dały nam cięgi przy Drugiej Wieży. Prawieśmy ją, cholera, stracili. Z tego co chłopcy mówili, van Hort dał dupy, że hej… – Daris, niemłody już wiarus o twarzy poznaczonej bliznami, rzadko przebierał w słowach. Dunethel lubił go za bezpośredniość i doświadczenie, choć jego sarkanie nieraz podburzało morale oddziału. - Trzy nocki temu, zaraz jakżeś pojechał, wyrżnęli załogę Trzeciej. Mieli chyba katapulty, sukinsyny… Bo kamień na kamieniu nie został. Straciliśmy dwa tuziny chłopa, nikt nie dał drapaka. Widać się nie dało... - Nikt nie uciekł, ponieważ w Trzeciej Wieży służyli najlepsi – wtrącił van Leven, patrząc surowo na weterana. – Bitni, odważni i dobrze wyszkoleni. Licz się ze słowami, Daris, gdy mówisz o zmarłych. - Ha! Bitni! – prychnął ktoś ze stolika obok. – Skrulle grały w piłkę ich głowami, tacy byli bitni… Ven Leven wstał gwałtownie; jego krzesło z hukiem przewróciło się na podłogę. Wokół rozmowy ucichły jak biczem trzasnął. Żołnierz powiódł po sali złym spojrzeniem i zatrzymał je na stoliku, z którego dobiegł komentarz. Dunethel, nie mając najmniejszej ochoty na kłótnie i burdy, położył dłoń na ramieniu van Levena. – Siadaj, stary – mruknął. Widząc, że to nie dało efektów, dodał surowo: – To rozkaz. Van Leven rozluźnił się, choć z widoczną niechęcią. Z ociąganiem podniósł krzesło i usiadł, wciąż gromiąc wzrokiem sąsiedni stolik. - Gdyby mogli, wysłaliby gońca po posiłki – wycedził. – Nie wysłali. Nie mogli. Daris patrzył na nie go przez chwilę, po czym upił solidny łyk piwa. – Tak czy siak, skrulle są coraz bardziej upierdliwe. Ponoć wzięły naszych od boków dzisiaj rano… Mus ktoś ich szkoli. - Mówisz? – zainteresował się Dunethel. - Ano. Lepiej walczą. I chyba mają swoich szefów, albo ich słuchają lepiej. Na własne oczy żem widział, jak nagle kilka zawróciło w pół kroku i popędziło w las. Ale nie uciekały… O nie, to był odwrót. Na jakiś sygnał, któregośmy nie słyszeli. Zaniedługo wróciło ich więcej. - Ta, widziałżech to! Jak ułożone suki na gwizd psiarczyka sie cofły – potwierdził słowa weterana inny z oddziału Dunethela, Thoop. Niezbyt rozgarnięty, ale silny, lojalny i odważny. W swojej wsi uchodził za bohatera, o czym nie omieszkał opowiadać po każdym powrocie z przepustki. Był młody jak na żołnierza, ale sprawdził się już w bitwie, więc wszyscy przymykali oko na jego nastoletnie zapędy. - Dobrze, że wróciliście, panie sierżancie – dodał van Leven. Bez względu na ponad rok wspólnej służby i prośby, nie potrafił zwracać się nieregulaminowo do wyższego stopniem. – Ruszamy znów w pole, a bez pana oddział nie działa składnie. Van Leven zawsze uchodził za najbardziej wyedukowanego z ich oddziału. Od kiedy pojawił się wśród nich, wszyscy starali się dowiedzieć jak najwięcej o jego przeszłości, ale prócz domysłów i przesłanek niewiele się dowiedzieli. O swej rodzinie powiedział tylko tyle, że jest trzecim synem, wydziedziczonym za „złamanie przysięgi”. Nie ulegało wątpliwości, że pochodził ze szlacheckiej rodziny, lecz wyraźnie gardził każdym, kto uważa się za lepszego od innych. Tolerował nazywanie go „szlachcicem”, lecz tylko wśród towarzyszy broni. Konstruktywną krytykę wyrażał często, pochwał zaś szczędził aż do bólu. Stąd też nikt z siedzących przy stole nie odpowiedział nic na jego ostatnie słowa. Były zasłużone. Dunethel wstał, ściągając na siebie uwagę wszystkich. - No, dla mnie koniec. Jutro idziemy w pole, panowie. Nie pijcie za dużo! Sąsiedni stolik wybuchnął gromkim śmiechem i wznieśli toast, ale nie dało się odróżnić w zgiełku, za co pili. Stolik Dunethela przyłączył się ochoczo. Ktoś zaczął śpiewać pieśń Górskiej Ochotniczej, ale szybko zagłuszyli go inni, skandując imię żołdaka, który próbował pobić rekord „długiego przełyku”. Wlewano mu do gardła właśnie trzecią butelkę wina. Wydawało się, że bawiący się żołnierze nie mają żadnych trosk. A może właśnie dlatego, że je mieli, bawili się tak ochoczo i głośno? - CISZA!! Potężny głos przedarł się przez zgiełk. W kantynie zapadła nagła cisza, przerywana tylko kasłaniem żołnierza pobijającego rekord. Dunethel spojrzał w stronę Athory. Siedzący przy ścianie, milczący dotychczas miecznik z jego oddziału trzymał swą wielką dłoń uniesioną w górę. Patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem, lekko mrużąc oczy. Powoli przeniósł spojrzenie na okno kantyny. Wtedy Dunethel też to usłyszał. Nie on jeden zresztą. Cisza w kantynie była niemal namacalna. Wszyscy słuchali, choć nikt nie chciał tego słyszeć. Dzwon alarmowy.

- Wszyscy są? – Dunethel powiódł spojrzeniem po swoich podwładnych, zebranych w dwuszeregu. Wszyscy uzbrojeni, twarze skupione, ruchy pewne. - Thoop już biegnie, sierżancie! – krzyknął Athora, jak zwykle górujący nad wszystkimi swą niedźwiedzią posturą. Dunethel odwrócił się do nadbiegającego chłopaka, który przeciskał się przez biegających we wszystkie strony żołnierzy. Wyglądał niecodziennie ze swym dwuręcznym mieczem zarzuconym lekko na ramię; poruszał nim tak lekko, jakby był kijem od miotły. - Sierżancie! Kapitan… – Thoop urwał, gdy jakiś łucznik wpadł na niego w biegu. Łucznik odbił się od młodzieńca jak od skały i padł jak długi na…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych