Wróć do katalogu

Poszukiwacz

Opowieść o perypetiach dojrzałego mężczyzny, który poszukuje tego, czego każdy szuka. Osadzone w świątecznym klimacie, lekko, może trochę naiwnie... Zapraszam.

Arkadiush, opublikowano , 52 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Za obszernym oknem świetliste płatki śniegu powoli opadały na ziemię. Miękki puch pokrywał już całe miasto cienką, białą pierzyną, która kontrastowała z ciemnym, wieczornym niebem i szarymi budynkami starówki. Kolorowe światła świątecznych dekoracji odbijały się w zmrożonych płatkach i budynki sprawiały wrażenie obsypanych świetlistymi kryształami. Siedziałem w drogiej restauracji, popijałem czerwone wino z gustownej lampki i spoglądałem przez okno. Młoda kobieta, siedząca naprzeciw mnie, zdawała się nie zauważać braku zainteresowania z mojej strony i nie przerywała potoku nic nie znaczących słów, wypływającego z jej ust. W restauracji panował klimatyczny półmrok i jedynie w blasku świecy, płonącej na naszym stoliku, mogłem obserwować jej nieustannie poruszające się pełne usta. Długie, kasztanowe włosy okalały ładną twarz i parę mocno umalowanych oczu. Oparła się na przedramionach i nachyliwszy się, kusiła moją uwagę głębokim dekoltem ciemnej sukienki w kwiaty. Intensywny zapach cynamonu i cytrusów, wyczuwalny w restauracji, mieszał się z jej słodkimi perfumami. Była pociągająca i zależało jej na mnie. Sam nie wiem, dlaczego w tak bezceremonialny sposób okazywałem jej brak zainteresowania. Kiedyś potrafiłem godzinami słuchać kobiet, a nie tylko je słyszeć. Nie miało znaczenia czego dotyczyły ich wywody: barwnych wspomnień z dzieciństwa, nowych kosmetyków, czy trudnych relacji z przyjaciółkami. Spijałem słowa z ich ust i wszystko kodowałem w głowie. Wiedziałem, że to klucz do poznania drugiej osoby. Moja pamięć do tych, często błahych opowiastek, wywoływała niesamowity efekt w momencie, kiedy udało mi się złapać rozmówczynię na powtórzeniu tej samej opowieści drugi raz. – Ty naprawdę mnie słuchasz – mawiały z maślanymi oczkami. Najpiękniej cieszyła się Moja Ewa. Ona zawsze mówiła o rzeczach ważnych, mądrych i głębokich. Słuchałem jej z najszczerszym zainteresowaniem i starałem się nawiązać dyskusję, ale tylko po to, by wywołać u niej kolejny wylew myśli na nowy, pasjonujący temat. Jak bardzo chciałbym jej jeszcze raz posłuchać, gdy z pasją dziecka rozprawia o roli przyjaźni w związku między kobietą, a mężczyzną, albo próbuje udowodnić bezcelowość lądowania na księżycu. Spijałbym słowa z jej ust tak, jak przed laty. Słuchałbym jej z takim zainteresowaniem, jakiego nawet krzty nie potrafiłem teraz poświęcić rozgadanej szatynce. – Ty mnie w ogóle słuchasz? – zapytała, słysząc moje mimowolne westchnienie do dawnych wspomnień. – Trochę się zamyśliłem, przepraszam – przyznałem, nie siląc się na żadną, nawet najbardziej naiwną wymówkę. – Pójdziemy do mnie? Zgodziła się bez zbędnego namawiania, choć wiele kobiet na jej miejscu dałoby mi w pysk. Nie miałem ochoty na żadne gierki, oboje doskonale wiedzieliśmy, dlaczego się spotykamy. Ja pragnąłem jej ciała, ona moich wpływów i pieniędzy. Układ był jasny dla wszystkich, choć staraliśmy się zachować pozory normalnego związku. Zapłaciłem rachunek, pomogłem jej założyć płaszcz i wyszliśmy na ośnieżone ulice miasta. Białe płatki, rzucane przez wiatr, natychmiast chłodem zaatakowały nasze twarze, ogrzane wcześniej w cieple restauracyjnego kominka. Chwyciłem ją za dłoń i pociągnąłem w stronę postoju taksówek. Za plecami słyszałem jej marudzenie i narzekanie na pogodę. Przeklinała głośno za każdym razem, kiedy obcas czarnych szpilek podjeżdżał na rozmokłym śniegu, ale wiatr porywał jej słowa, nie pozwalając im z pełną mocą dotrzeć do moich uszu. Pamiętam, jak wiele lat wcześniej w podobnej sytuacji znaleźliśmy się z Ewą. Spieszyliśmy się wtedy na wigilię do jej rodziców, a ostatni autobus odjechał nam sprzed nosa. Przemierzaliśmy więc zasypane śniegiem miasto, przewracając się co kilkanaście metrów i wpadając w wielkie zaspy. Byłem zły, kiedy kolejna porcja zbitego śniegu, zsunęła się z dachu mijanego budynku i wpadła za kołnierz mojego płaszcza. Widząc jej rozbawienie, mimo wściekłości, również się zaśmiałem, a Ewa dla żartu popchnęła mnie i razem wpadliśmy w śnieżną zaspę. Tarzaliśmy się w świeżym śniegu, śmiejąc do rozpuku i nie zważając na rozmakające opakowania prezentów dla najbliższych. – Będziemy to pamiętać do końca życia – powiedziała wtedy Ewa i na razie tak właśnie było. Taksówka zawiozła mnie i złorzeczącą nieustannie na pogodę szatynkę, do mojego mieszkania. Zaparzyłem nam gorącej kawy i zaproponowałem lampkę koniaku na rozgrzewkę. Chcąc stworzyć nam poczucie ciepła i intymności, wyłączyłem niemal wszystkie światła w mieszkaniu, pozostawiając jedynie dyskretne oświetlenie przy dużym łóżku i w pobliżu sofy, na której usiedliśmy. Światło miejskich lamp i dekoracji świątecznych wpadało przez przestronne okno apartamentowca, a my, będąc w mieszkaniu na najwyższym piętrze, obserwowaliśmy panoramę ośnieżonego miasta i popijaliśmy koniak. Pozwoliłem jej, by wtuliła się we mnie i całowała moją szyję. Nie spieszyło mi się do całkowitego zbliżenia, wręcz odwlekałem to. Potrzebowałem się trochę skupić, zanurzyć w mojej partnerce, poczuć z nią jakąś więź. Jakąkolwiek. Nieważne, czy to będzie sympatia, czy pożądanie, najważniejsze, żeby były emocje. Nie chodziło wcale o to, że będąc przed czterdziestką, miałem problemy z męskimi organami. Owszem, pojawiły się z wiekiem pewne małe niedogodności, ale potrafiłem sobie z nimi radzić. Posiadałem spore doświadczenie i dzięki niemu potrafiłem zaspokoić kobiety bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, czerpiąc z tego ogromną przyjemność również dla siebie. Nie tylko fizyczną. Zdawałem sobie sprawę, że sam seks bez głębszych uczuć, jest tylko mechanicznym zaspokajaniem potrzeb fizjologicznych. Pożądanie, czy choćby dyskretna intymność, mogła spróbować stać się namiastką prawdziwego seksu dwójki kochających się ludzi. Mogła próbować, niestety nigdy nim nie była i ta świadomość zniechęcała mnie do przypadkowych przygód z kobietami. Może gdybym nie zaznał prawdziwej miłości i nie wiedział, jak to powinno wyglądać, czerpałbym teraz dużo więcej przyjemności z wieczoru w towarzystwie młodej, pięknej kobiety. Może gdybym nie poznał Ewy wszystko byłoby inaczej, ale jakim byłbym człowiekiem, gdybym pozbawił siebie najpiękniejszych chwil w życiu. Kim bym się stał bez tej miłości? Dziś wiem, że oddałbym wszystko, żeby to Ewa była teraz na miejscu tej szatynki, której imienia zapomniałem już w restauracji. Widok jej nagiego, zgrabnego, delikatnego ciała rozgrzałby do czerwoności każdego faceta. Leżałem pod nią, obserwując krągłe piersi, falujące rytmicznie i namiętnie zmrużone oczy, które nieustannie wychwytywały każdą moją reakcję. Gładziłem dłonią aksamitnie gładką skórę na plecach i pośladkach, tymczasem jej szerokie biodra, zmysłowymi ruchami, prowadziły nas w stronę szczytu. Była namiętna i skłonna do poświęceń, bardzo się starała, żeby również mnie sprawić jak najwięcej przyjemności. Nie mogłem o sobie powiedzieć tego samego. Myślami byłem wtedy z Ewą, co nie pomagało w odbieraniu doznań od obcej dziewczyny. Pozwoliłem jej zrobić ze sobą wszystko, co chciała. Potem długo leżała obok mnie, tuląc się i gładząc moje dojrzałe, choć zadbane, ciało. Byłem na siebie trochę zły o to, że wprowadziłem się w tak sentymentalny nastrój, przywołując wspomnienia o Ewie. Zepsułem nam obojgu ten wieczór. Żal mi było szatynki. Bardzo się starała, żeby nam obojgu było dobrze. Nie wiem, czy miała świadomość, że to nie mój wiek, a wspomnienia o innej kobiecie, bolesnymi razami kaleczące mi głowę i serce, odpowiadały za pasywność w łóżku. Niestety zamiast okazać jej współczucie, rzuciłem tylko lodowatą formułkę: – Chyba musisz już iść. Wiem, że zniszczyłem tym całkowicie każdą dobrą myśl o swojej osobie, która mogłaby się urodzić w jej głowie, ale nie dbałem o to. Chciałem zostać sam. Szatynka szybko ubrała się i robiąc dobrą minę do kiepskiej gry, pocałowała mnie w usta. Przed wyjściem obiecała jeszcze, że zadzwoni w przyszłym tygodniu. Gdy wyszła, usiadłem na łóżku i nalałem sobie pełną lampkę koniaku. Opróżniłem ją w jednej chwili. Chwyciłem za telefon i wybrałem znany na pamięć numer, zapisany pod hasłem „Ewa”. – Cześć Mariusz – usłyszałem w słuchawce głos, który przywołał kolejną falę ciepłych wspomnień. Niski głos kobiety, którym kiedyś mówiła, że kocha, że nie opuści i którym opowiadała mi o tylu cudownych rzeczach. Poczułem ukłucie tęsknoty w sercu. – Stało się coś? – zapytała, nie słysząc mnie w słuchawce. – Późno dzwonisz, miałam już położyć się spać. – Nic się nie stało – odezwałem się wreszcie. – Chciałem tylko zapytać jak leci, co słychać. – U nas wszystko w porządku, dzieci zdrowe. Mają w tym tygodniu jasełka w szkole, ale pewnie nie będziesz miał czasu przyjść. – Pewnie nie. Koniec roku, inwentury, zestawienia. Wiesz, że wszystko jest na mojej głowie. – Wiem, praca. Zawsze wszystko było na twojej głowie – dodała nieco złośliwie, ale puściłem to mimo uszu. – Co u ciebie? – Dobrze. – Jesteś z nim? – Z Mateuszem? Tak, spotykamy się. Nastał chwila ciszy, podczas której wyobraziłem sobie moją Ewę w objęciach innego faceta. Przeszedł mnie dreszcz odrazy i szybko wyrzuciłem z głowy ten obraz. – A ty masz kogoś? – zapytała. – Nie – odpowiedziałem spokojnie. – Nie szukam nikogo. Ciągle mam nadzieję, że będę mógł wrócić do ciebie. – Dobrze wiesz, że to niemożliwe – odparła z irytacją. – Zamknęliśmy ten rozdział. Poukładałam sobie życie bez ciebie i dobrze mi tak, jak jest teraz. Ty powinieneś zrobić to samo. – Nie ma szans. Nigdy nie pokocham innej kobiety tak mocno jak ciebie. Jesteś kobietą mojego życia, wszystkie inne to tylko marne podróbki. Nie dorastają ci do pięt. – Jesteś pijany! – powiedziała po chwili z humorem, bardziej stwierdzając fakt, niż zadając pytanie. – Skąd wiesz? – Bo zawsze po pijaku do mnie dzwonisz i opowiadasz takie rzeczy. Uśmiechnąłem się tylko. Miała rację. – To wszystko prawda, a tylko pijany mam na tyle odwagi, żeby ci o tym powiedzieć. – Miło mi, że tak myślisz, ale ja nie zmienię zdania – powiedziała ciepło, nie chcąc urazić mnie bardziej, niż to było konieczne. – Dzieciaki chcą, żebyś przyszedł do nas na wigilię. Przyszedłbyś? – Ty też chcesz? – Nie mam nic przeciwko. Nie zamierzam ograniczać wam kontaktu. – Będzie ten twój? – Mateusz! On ma na imię Mateusz. Tak, będzie, zaprosiłam go. – Nie będzie miał nic przeciwko mojej obecności? Połamie się ze mną opłatkiem i zaśpiewamy razem kolędy? A potem może napijemy się wina i zostaniemy przyjaciółmi, co? – Nie rozmawiałam z nim jeszcze, bo myślałam, że nie będziesz chciał – tym razem to ona zdawała się nie dostrzegać mojej złośliwości w głosie. – Myślę że nie będzie miał nic przeciwko. Jeśli chcesz, to możemy wszystko tak zorganizować, żebyście się nie spotkali. – Nie trzeba, to nie jest dobry pomysł. Jest jeszcze za wcześnie. Nie wiem jak zareaguję na kogoś innego obok ciebie. – Rozumiem. To wpadnij przed świętami, albo może w drugie święto. Będziemy w domu, nie mamy żadnych planów. – Postaram się. Kiedy te jasełka? – W piątek o szesnastej. Jakby ci się udało wyrwać, to wpadnij. Maja gra Maryję, a Łukasz będzie Herodem. Zobaczysz jak pięknie będą poprzebierani. – Postaram się, ale nic nie obiecuję. Zadzwonię. – Dobrze. Trzymaj się, pa. Odłożyłem telefon na stolik i nalałem sobie kolejną lampkę, a potem następną. Próbowałem zalać odgrzebane rany i myśli o nieocenionej stracie w moim życiu. Gdyby istniał choć cień szansy na to, żeby odzyskać Ewę, miałbym przynajmniej nadzieję. Zdałem sobie sprawę, że choć pozornie mam wszystko, to tak naprawdę nie mam niczego, bo cóż warte są pieniądze, władza, luksusy, kiedy się nie ma ich z kim dzielić. Kompletnie zalany alkoholem i łzami zasnąłem nad ranem.

Odwiedziłem Ewę dwa dni przed wigilią. Gdy tylko wszedłem do mieszkania, dzieciaki skoczyły mi na szyję, ciesząc się z mojej wizyty. Gdyby nie dwie torby pełne najmodniejszych zabawek, które przyniosłem ze sobą, nie miałbym wątpliwości, że była to radość bezinteresowna. Tak, nie byłem pewien. Całe mieszkanie pachniało świeżymi wypiekami, skierowałem się więc do kuchni, skąd dobiegały aromatyczne zapachy. Ewę zobaczyłem przy dużym kuchennym stole, ubrudzoną mąką, wałkującą kawałek surowego ciasta. Miała na sobie fartuszek w zielone grochy, ten sam, w którym przez tyle lat piekła dla mnie wyśmienite ciasta i torty. Złote włosy spięła wysoko w kok, co dodawało jej ładnej twarzy dojrzałości, jednocześnie nie postarzając jej. W piekarniku rumieniły się ciasteczka w kształcie gwiazdek, choinek i bałwanków, a w misce na szafce leżały już gotowe wypieki, jeszcze ciepłe i pachnące wyjątkowo aromatycznie. – Witaj – przywitałem się, sięgając po jedno z ciastek. – Zostaw, jeszcze gorące – ostrzegła mnie Ewa. – Poza tym będą jeszcze dekoracje z lukru. – Tak, tak, my będziemy robić! – wtrąciła się jasnowłosa Maja, podskakując ze szczęścia i obejmując mnie w pasie. Już dawno zauważyłem, że jej twarzyczka jest podobna do twarzy matki, ale z biegiem czasu, robiła się niemal identyczna. – Jak przyjdziesz do nas po świętach, to dostaniesz kilka – dodał rezolutnie Łukasz. – Szkoda, że nie byłeś na jasełkach, byłam Marią – powiedziała dziewczynka. – A ja Herodem. Miałem taki pas i miecz. Szkoda, że nie widziałeś. – Widziałem, mama przysłała mi zdjęcia – skłamałem. Ewa milczeniem potwierdziła moją wersję. – Mam dla was prezenty od Aniołka – zacząłem, naiwnie wierząc, że moje dzieci nie znają telewizji i nie posiadają dostępu do internetu, dlatego dadzą się nabrać na starą opowieść. – Spotkałem go tu niedaleko. Szukał waszego adresu, ale nie mógł znaleźć. Obiecałem, że mu pomogę i przyniosę wam prezenty. – Tato – zaczęła poważnie Maja, przyjmując ode mnie torbę. – Prezenty przynosi Mikołaj, nie Aniołek. – No tak, ale w naszym regionie to Aniołek… – Tato – teraz to Łukasz przerwał moje pokrętne tłumaczenia. – My już wiemy, że to rodzice robią prezenty. Nie musisz już udawać. Spojrzałem na Ewę, a ona tylko wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się pod nosem. – To w takim razie wesołych świąt – powiedziałem, oddając im torby. Dzieci pobiegły do swojego pokoju, zostawiając nas samych. – Dla ciebie też Aniołek zostawił prezent – powiedziałem, ciągle przyglądając się mojej ukochanej kobiecie, wycinającej foremką kształty w tafli rozwałkowanego ciasta. – Ale ja nie mam nic dla ciebie, nie wiedziałam… – Nic nie szkodzi – szybko przerwałem jej zakłopotanie. – Chciałem ci coś dać, jakiś drobiazg. Postawiłem torebkę ze świątecznym motywem na szafce, obok miski z ciasteczkami. – Dziękuję – wytarła ręce w fartuch i sięgnęła do torebki. Wyjęła z niej pudełeczko z logiem znanej firmy jubilerskiej. – Mariusz, miał być drobiazg, a nie biżuteria. – To drobiazg. Otwórz, zobaczymy, czy będzie pasował. Ewa otwarła pudełeczko i wyjęła z niego srebrną bransoletkę, ozdobioną błękitnymi kamieniami. Uśmiechnąłem się, widząc na jej twarzy jednocześnie zachwyt i zażenowanie. Udało mi się osiągnąć zamierzony efekt. – Nie mogę tego przyjąć – powiedziała wreszcie, patrząc na mnie błagalnym wzrokiem, jakby chciała, żebym zabrał od niej ten przedmiot zachwytu. – To musiało kosztować fortunę. – Weź i niech ci służy. Będę szczęśliwy wiedząc, że ją nosisz. – Dziękuję – powiedziała i pocałowała mnie w policzek. Przez jeden moment poczułem jej zapach, ciepło delikatnej skóry i jej dotyk na mojej twarzy. W czasie jednej chwili byłem najszczęśliwszym facetem na świecie i czułem się, jak podczas pierwszego pocałunku. Spojrzałem jej w oczy, szukając w nich czegoś więcej, niż tylko wdzięczności, ale ona odwróciła nerwowo wzrok, wracając do wycinania ciastek. Niezręczną sytuację przerwał dźwięk domofonu. – To pewnie Mateusz. Prosiłam go, żeby przyszedł później, ale myślałam, że to będzie wieczorem – Ewa próbowała wytłumaczyć wizytę swojego nowego mężczyzny. – Będę miał okazję go poznać – westchnąłem głęboko. – Tylko błagam, nie rób nic głupiego – poprosiła zdenerwowana. – Postaram się – odpowiedziałem, ale ona biegła już do przedpokoju, by naciskając czerwony guzik, wpuścić mężczyznę do klatki schodowej. Nieoczekiwanie obok mnie znalazł się Łukasz. Popatrzył na mnie swoimi mądrymi oczkami, którymi potrafił wprawić w zakłopotanie każdego dorosłego człowieka i rzekł poważnie: – Ten pan, to nowy chłopak mamy, wiesz? – Wiem, mówiła mi. – On jest nawet fajny – oznajmił z dziecięcą szczerością, by po chwili dodać – Nie tak fajny jak ty, ale też fajny. Uśmiechnąłem się i konspiracyjnie zasłoniłem dłonią usta. – Lubisz go? – Tak, jest miły. – To dobrze. – Może ty też go polubisz? – dodał po chwili. – Spróbuję – obiecałem, mając świadomość wysokiego stopnia trudności postawionego przed sobą zadania. – Skoro ty go lubisz, to musi byś w porządku gość. Malec uśmiechnął się zadowolony. Ja też byłem z siebie zadowolony. Być częścią jego świata – bezcenne. Drzwi do mieszkania otwarły się i tak bardzo niechciane przeze mnie spotkanie za kilka sekund miało stać się faktem. Z kuchni usłyszałem przyciszony głos Ewy, karcący swojego partnera. – Miałeś przyjść wieczorem. Mariusz tu jest. – Nie wiedziałem – odpowiedział jej szeptem, który niósł się przez przestronne mieszkanie, docierając prosto do kuchni i moich uszu. – To przyjdę później. – No co ty? Jak to będzie wyglądało. Chodź, przedstawię cię. Po chwili, do kuchni weszła wyraźnie zdenerwowana Ewa, prowadząc za sobą, trzymanego za rękę, równie nerwowego mężczyznę. Ucieszyłem się, że wywołuję w nich takie emocje. Oznaczało to, że Mateusz uważał mnie za kogoś ważnego dla Ewy, a ona zdawała sobie sprawę, że wciąż do niej coś czuję i obawiała się mojej reakcji na nowego kochanka. – Poznaj Mateusza – zwróciła się w pierwszej kolejności do mnie, co również było oznaką szacunku z jej strony. – To mój były mąż, Mariusz – słowo „były” ukuło mnie w samo serce jak igła, ale taka właśnie była prawda, z którą musiałem się pogodzić. Mateusz podszedł do mnie i podał mi dłoń, mamrotają pod nosem, że mu miło. Uścisnąłem ją mocno, przeszywając go badawczym wzrokiem. Był młodszy ode mnie. Niewiele, najwyżej pięć lat, zatem mógł być w wieku Ewy. Wyglądał na urzędnika, lub pracownika naukowego. Miał delikatne dłonie, nie przyzwyczajone do ciężkiej, fizycznej pracy, a na nosie okulary w grubych czarnych oprawkach. Wątłe ramiona i nieco zapuszczony brzuch świadczyły o tym, że jakakolwiek forma wysiłku fizycznego była mu obca. Przerzedzone łysiną, ciemne kręcone włosy, rozchodziły się we wszystkie strony i nie wiadomo, czy było to spowodowane przez czapkę, którą zdjął chwilę wcześniej, czy taka była ich niesforna przypadłość. Wobec mojej bujnej czupryny i wręcz muskularnej budowy ciała, utrzymywanej przez częste treningi, wyglądał przynajmniej średnio atrakcyjnie. W dodatku ten ponaciągany zielony sweter, który musiał być z nim już od podstawówki. Zastanawiałem się, co tak atrakcyjna kobieta, jak Ewa, widzi w takim facecie, ale odpowiedź przyszła zaskakująco szybko i celnie trafiła w sedno: widziała jego. Mnie nie widziała całymi dniami. Zajmowałem się firmą, nie poświęcając wystarczająco dużo czasu rodzinie, a zwłaszcza żonie. Liczyły się zestawienia, sprzedaże, bilans miesięczny i zysk. Kiedy wieczorem wracałem do domu, nie miałem już siły, ani ochoty na rozmowę, nie wspominając już czegokolwiek innego. Dziećmi zajmowałem się jedynie w weekendy, i to tylko w te, których nie spędzałem w pracy. Wielokrotnie słyszałem prośby Ewy, żebym trochę przystopował, że pieniądze i firma nie są przecież najważniejsze. Przyznawałem jej rację i obiecywałem zmianę, ale następnego dnia wracałem do domu jeszcze później, tłumacząc się kolejnym zestawieniem. Nie zauważałem niczego niepokojącego w jej zachowaniu. Szczerze mówiąc, nie widziałem niczego, poza swoją pracą, więc kiedy któregoś wieczoru nie zastałem ich w domu, zauważyłem to dopiero po dwóch godzinach, znajdując kartkę na lodówce. Rozwiedliśmy się szybko, bez niepotrzebnego wyciągania brudów. Całą winę wziąłem na siebie, zgodziłem się na ustalone alimenty, a w zamian poprosiłem jedynie o nieograniczoną możliwość widzenia się z dziećmi. Kupiłem Ewie mieszkanie w dobrej dzielnicy, gdzie zamieszkała z dziećmi. Od czasu rozwodu minęło już prawie półtora roku, a ja miałem wrażenie, że w tym czasie byłem z dziećmi częściej, niż w ciągu sześciu wcześniejszych lat. Dopiero po rozwodzie przystopowałem i zrozumiałem, że rodzina jest w życiu najważniejsza. Niestety wówczas byłem już sam. Co prawda zyskałem sporo wolności, mogłem sobie pozwolić na przelotne znajomości z młodymi dziewczynami, ale to było nic nie wartą błyskotką w porównaniu z klejnotami, jakimi były żona i dzieci. Z perspektywy czasu cieszę się jedynie z tego, że po siedmiu latach małżeństwa, potrafiłem rozstać się z żoną z godnością i jeszcze pozostać z nią w niezłych relacjach. – To może ja przeszkadzam? – niepewny głos Mateusza przerwał moje rozważania, w czasie których nieświadomie, zdecydowanie za długo i zdecydowanie za mocno, ściskałem jego dłoń. – Mogę przyjść później. „Jasne, przyjdź później” przebiegło mi przez myśl. ”Właściwie możesz wyjść i w ogóle już nie wracać, chuderlaku. Złodzieju cudzych żon i dzieci, zakichany pantoflu.” Zagotowało się we mnie, miałem ochotę nawyzywać Mateuszowi od najgorszych, a najchętniej dać mu po gębie. Opamiętanie przyszło szybko. Nie mogłem mieć do niego pretensji, że zainteresował się moją byłą żoną. Strata była bardzo bolesna dla mnie, ale nie była jego winą. On pojawił się już później, w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu i wykorzystał sytuację. Nieświadomie wziął udział w loterii i wygrał główną nagrodę - moją rodzinę. Musiałem zacisnąć zęby i unieść się ponad swoją złość, bo nerwy i złośliwość byłyby tylko oznaką mojej słabości. – Nie ma potrzeby – uśmiechnąłem się i klepnąłem go po przyjacielsku w ramię. – Pojdę do dzieci, posiedzę chwilę z nimi, jeśli nie masz nic przeciwko – zwróciłem się do Ewy. Skinęła głową, uśmiechając się z ulgą. Widziałem, jak schodzi z niej całe napięcie związane ze spotkaniem obu jej mężczyzn. Nie wiedziałem, czy moją pacyfistczną postawą zapunktowałem sobie w jej rankingu, czy tylko sprawiłem, że przestanie się liczyć z moim zdaniem. Uśmiech Łukasza, który obserwował całą scenę, potwierdził mi, że u niego zdobyłem kilka punktów, zatem było warto poświęcić trochę dumy. Bawiliśmy się z bliźniakami do późnej nocy, a Ewa ani raz nie upomniała nas, że jest już późno, co chwilę częstując kanapkami i świeżymi ciastkami. Mateusz wyszedł w międzyczasie, zostawiając naszą czwórkę razem, jak dawniej. Było już po północy, kiedy dzieciaki znalazły się w łóżkach. Przed snem musiałem odprawić z nimi kilka rytuałów pożegnalnych, w których zazwyczaj uczestniczyła Ewa, ale jako gość specjalny wieczoru, zostałem do nich warunkowo dopuszczony. Później szybko zasnęły. Zegar na ścianie w kuchni wskazywał już pierwszą, a Ewa nadal rozrabiała ciasto. Kolejne partie ciepłych ciasteczek zapełniały miski i pojemniki. – Sporo tego upiekłaś – zagadnąłem. – Zamierzasz nimi handlować? Myślę, że to ma potencjał, zwłaszcza przed świętami. – Rozdam rodzinie, obiecałam koleżankom w pacy przynieść trochę, a resztę zjemy. Może w przyszłym roku stanę z nimi na targu – rzuciła żartem. – Chętnie kupię całą partię. Roześmiała się. Dawno nie widziałem jej uśmiechu, tak szczerego i naturalnego, nie pamiętam kiedy ostatnio to ja byłem jego powodem. – Zasiedziałem się trochę, mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. – Skąd, wręcz przeciwnie. Zająłeś się dziećmi i mogłam spokojnie piec. Nawet nie wiesz jak bardzo bywają absorbujące, zwłaszcza Łukasz. – To mądry chłopak, bystry. Postaram się zaglądać do was częściej, do dzieci. Odłożyła na stół wałek i kolejny raz wytarła dłonie do fartucha, a coraz grubsza warstwa mąki, zasłaniała na nim już prawie wszystkie zielone grochy. – Chciałam ci podziękować – spojrzała na mnie poważnie. – Za to, jak potraktowałeś Mateusza. Wiem, że to musiało być dla ciebie trudne, tym bardziej dziękuję. – Nie ma sprawy – rzuciłem. – Nic złego mi nie zrobił, nie mam prawa mieć do niego pretensji. Kolegami na pewno nie zostaniemy, ale myślę, że nauczę się go tolerować. Potrzebuję tylko trochę czasu. – Wiem – powiedziała ze zrozumieniem. – To dobry człowiek, dzieci bardzo go lubią. Zależy mu na nas. – Przede wszystkim na tobie. Mam nadzieję, że wie jaki skarb stoi przy jego boku. Ewa speszyła się i spuściła wzrok. Rękami nerwowo szukała na stole czegoś, co akurat niezbędnie wymagało jej interwencji. Znalazła torebkę z mąką, którą przestawiła kilkanaście centymetrów w bok. – Pójdę już. Rano wstaję wcześnie. – To do zobaczenia. Wesołych świąt. – Wesołych świąt – odpowiedziałem.

Zawsze lubiłem okres świąteczny. Ulice tonęły w światłach kolorowych dekoracji, których z każdym rokiem było więcej, wszędzie grasowali Mikołaje ze sztucznymi brodami i młode dziewczęta przebrane za aniołki, a ze wszystkich głośników słychać było świąteczne piosenki. Lubiłem nawet szał przedświątecznych zakupów, nie przeszkadzały mi tłumy ludzi w sklepach i wszechobecne przeceny produktów, które miesiąc wcześniej, bez promocji, były połowę tańsze. Ludzie stawali się dla siebie bardziej wyrozumiali, na ulicy spontanicznie składali sobie życzenia i nawet niezbyt lubiany znajomy, mógł liczyć na serdeczny uśmiech. Wszędzie odczuwało się atmosferę podniecenia, jakby coś ważnego miało niebawem się wydarzyć i właśnie to wszechobecne podniecenie w tym roku zaczęło mnie szalenie irytować. Od kilku dni starałem się unikać wszystkiego, co kiedyś tak bardzo lubiłem, a było związane z nadchodzącymi świętami. Przemykałem samochodem przez miasto, próbując nie zwracać uwagi na dekoracje, unikałem galerii handlowych, nie słuchałem radia, żeby nie usłyszeć świątecznych piosenek. Usilnie próbowałem nie odczuć atmosfery świąt. Bałem się. Nie wiedziałem, jak w samotności spędzić najbardziej rodzinne święta i nie popaść przy tym w głęboką depresję. Starałem się jak najwięcej czasu spędzać w pracy, spałem po dziesięć godzin na dobę, jak niemowlak, a w wolnych chwilach czytałem książki. W wigilię siedziałem w pracy i tępo wpatrywałem się w ekran laptopa, na którym mieniły

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych