Powroty cz.I
Długo pisana nowelka. Tradycyjnie zapraszam do znęcania się.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Był to strasznie ponury dzień. Był to jeden z dni, kiedy niebo nad Voolenstraat nabiera koloru grafitowego i kołysze się ciężko nad wąwozami ulic, wydając się być wtedy rozpiętą pomiędzy gzymsami kamienic siną otchłanią, z której kaskady deszczu spadają wprost na bezbronny bruk. Choć wieczór jeszcze nie nadszedł, powietrze unoszące się nad Voolenstraat było niemal całkowicie nieprzejrzyste, wręcz smołowate, pyliste; tak, jakby ktoś sypnął w nie garść czarnego miału. Był też wiatr. Ostry i rwany, podobny do suchego kaszlu ciężko chorego człowieka. Wylatywał z impetem z przecznic i przynosił ze sobą intensywną woń ryb; rozbryzgiwał się potem z bezmyślną złością o wszystko co napotykał na swojej drodze, wpychając się w każdą możliwą szczelinę, powodując przy tym rozmaite jęki, postukiwania i zgrzyty, które z trudem można było oddzielić od pisku przerażonych taką pogodą mew.
Nieliczne rosnące tu drzewa, kołysały się i gięły do ziemi pod pchnięciami i kopniakami wiatru niczym pijacy wracający z knajpy. Wydawało się, że już zaraz padną pod wietrznym naporem, lecz wtedy szybko nadchodził z pomocą nowy, silny podmuch i bezlitośnie podrywał do góry ich cienkie, oblepione resztką marnych liści gałęzie. Szyldy sklepów wiszące na cienkich i pordzewiałych łańcuchach, huśtały się niczym rozbawione dzieciaki; nieopatrznie niedomknięte przez kogoś okna, trzaskały o ściany z tępym wyrzutem brzęczących szyb, lecz te, wciąż – nie wiedzieć jakim cudem – pozostawały całe.
W tych warunkach, mdłe zarysy licznych portowych dźwigów nieodległego Rotterdamu, całkowicie znikały; swoją barwą, posłusznie dopasowywały się do sinego mleka mgły, leżącej na czerniejącej w oddali powierzchni morza – choć zwykle, przy lepszej pogodzie, wydawać by się mogło, że swoimi stalowymi ramionami dosięgają okien domów należących do tej małej i szarej mieściny. Jedyne co można było tego dnia zrobić rozsądnego, to tylko schronić się w jakimś ciepłym, suchym zakątku, licząc na to, że Bóg za jakiś czas zlituje się i przyniesie lepszą aurę.
Alex, wsparty ramieniem o ścianę, stał w swoim pokoju przy oknie i beznamiętnie przyglądał się wyludnionej ulicy, z której pogoda przegnała wszelkiego żywego ducha. Woda wlewała się w Voolenstraat niczym w koryto, bębniąc przy tym płaczliwie o blaszane dachy i rynny. Spływała ze ścian kamienic, przelewała się z trudem przez bruk i znikała w końcu w studzienkach burzowych, kotłując się tam chwilę niespokojnie niczym czyjeś nieczyste sumienie.
Przez krótką chwilę, Alex towarzyszył wzrokiem biegnącemu chodnikiem chłopcu, który mknął poprzez kaskady spływającej w dół ulicy wody i rozbryzgując butami kałuże, z szerokim uśmiechem na ustach budził do życia efektowne wodne fajerwerki. W czasie tego biegu, nieustannie poprawiał daszek ogromnego kaszkietu, większego niemal niż jego własna głowa – zapewne wciśniętego mu przymusem w ostatniej chwili przez troskliwą matkę, tuż zanim ostatecznie wyrwał się z jej opiekuńczych rąk i pomknął przed siebie. Szybko zniknął Alexowi z oczu, bo nagle gwałtownie skręcił w prawo i wbiegł w jedną z przecznic; trochę jakby w ślad za największymi kałużami.
Zajął się więc szukaniem innego celu obserwacji, który urozmaiciłby mu tą jałową wartę przy oknie, ale żaden, jak na złość, się nie zjawiał. Bo przecież nikt będący przy zdrowych zmysłach, nie wychodził tego dnia na ulicę, nikt po niej nie zmierzał w jakimkolwiek kierunku. Oczywiście nikt, oprócz tego biegnącego chłopca, stanowiącego tylko i wyłącznie jakiś niezrozumiały w tym wszystkim wyjątek.
Przyjaciel Alexa – Jan – siedział w tym czasie przy stole. Był znudzony dokładnie tak samo jak Alex; kołysał się ryzykownie na krześle i rozpierał sobie nad głową długą, drewnianą linijkę, którą nie wiadomo skąd wynalazł. W pokoju obok rozbrzmiewała cicha i smutna melodia – to matka Alexa zabijała szarość deszczowego dnia, nucąc melancholijnie sponad nadzianego na druty puloweru.
Jan znużony już tą zabawą, odłożył w końcu linijkę, podparł się łokciami o stół i postanowił z tego wszystkiego, zająć się ponownie, przejrzaną już wielokrotnie, gazetą. Do pokoju zajrzała matka Alexa i zaproponowała kawę. Mieli już jednak dziś serdecznie dość nawet kawy, choć zwykle wypijali o tej porze po małej filiżance. Modlili się już wszyscy tylko o to, aby ta okropna pogoda odpuściła choć na kilka godzin i uwolniła ich z tego mieszkalnego karceru.
Nagle Alex, stojący dotąd martwo przy oknie, lekko się ożywił i niemal przylgnął do otłukiwanej deszczem szyby. Jan początkowo nie zwrócił zupełnie uwagi na to dziwne zachowanie kolegi i dalej beznamiętnie przewracał stronice gazety. W końcu zauważył coraz bardziej zaaferowaną twarz Alexa, który ukrył się za firanką i stamtąd prowadził dyskretną obserwację ulicy. Przestał się na chwilę poruszać i utkwił swój wzrok w jednym punkcie; choć wcale w tym momencie na Jana nie patrzył, wyczuł jednak bezbłędnie to świeżo narodzone u współtowarzysza zainteresowanie. Pokiwał więc palcem w jego stronę, zachęcając go do podejścia do okna. Gest ten, w sposób pośredni, wyraźnie nakazywał zachowanie ostrożności. Jan wyczuwał tego typu znaki bezbłędnie. Wstał więc z wolna od stołu i śmiesznie skradając się, zaszedł okno z lewej strony. Przywarł plecami do ściany i wyjrzał w końcu, również zza firanki, na zewnątrz.
Ujrzał stojącą na ulicy dużą, czarną furgonetkę, która nie miała tylnego zderzaka. W szoferce nie było kierowcy, bo ten, wypakowywał właśnie z tyłu samochodu dużą skórzaną walizę. Ocierał przy tym twarz z zalewającego ją deszczu, lecz starał się zachowywać tak, jakby te chlaszczące strugi nie robiły na nim żadnego wrażenia. Postawił spokojnie walizkę na bruku, ale tak zmyślnie, że bok wozu chronił ją przed zamoknięciem. Potem podszedł energicznie do drzwi od strony pasażera i uchylił je tylko na tyle, aby ten ktoś, kto znajduje się w środku mógł swobodnie wysiąść, ale nie musiał obawiać się gwałtownego wtargnięcia ulewy do wewnątrz auta. Rozpiął jeszcze czarny duży parasol i przystawił go do szczeliny powstałej po otwarciu drzwi. Człowiek, który w końcu zdecydował się wysiąść, nie skorzystał jednak z tej pomocy, tylko szybko zeskoczył ze schodka i po chwili stał już na bruku.
***
Był to wysoki mężczyzna, ubrany w czarny i elegancki płaszcz. Płaszcz ciężko wisiał tuż nad butami, tonącymi w wodzie zalewającej bruk Voolenstraat. Na głowie miał czarny kapelusz, w fasonie jakiego nie widywało się zbyt często w tej niezbyt bogatej okolicy się. W dłoni trzymał prostą, czarną i błyszczącą laskę; jej dolny koniec tkwił zanurzony w wodzie. Postukiwał nim niecierpliwie, jakby brodził w nieznanej sobie rzece i poszukiwał w ten sposób gruntu. Patrzył przed siebie, zupełnie nie zauważając kierowcy, który zziębnięty już nieco, stał za nim pod parasolem, oczekując na kolejne życzenie mocodawcy; ten zadarł nagle lekko głowę w górę i spojrzał dokładnie w to samo okno, w którym stali (a w zasadzie ukrywali się) Jan i Alex. Zauważywszy to niespodziewane spojrzenie, cofnęli się natychmiast w głąb pokoju.
– Wiesz kto to jest? – Alex zapytał cicho, niemalże szeptem; choć przecież nikt ich nie mógł usłyszeć, a już na pewno nie ten moknący na ulicy, tajemniczy jegomość; pytanie zabrzmiało zresztą tak, jakby jego autor, chciał dać do zrozumienia, że dobrze zna na nie odpowiedź. – Nie. Skądś jakby go kojarzę, ale zupełnie nie mogę sobie przypomnieć skąd... – odparł Jan, trąc dłonią po zmarszczonym czole i szukając w głowie jakiejś nitki mogącej doprowadzić go do właściwej odpowiedzi. Nie umiał się powstrzymać i znów spojrzał na ulicę. Jednak szybko wycofał się z powrotem za firankę, kiedy spostrzegł, że świeżo przybyły gość, nadal wypatruje czegoś w ich oknie. – Dureń. Naprawdę nie poznajesz? Przyjrzyj się no lepiej... – syknął ze złością Alex.
Jan podjął więc jeszcze jedną – jak sobie obiecał, ostatnią – próbę. Ta jednak nic mu nie pomogła, bowiem człowiek, którego próbował rozpoznać, stał już odwrócony do nich plecami i dyskutował o czymś z kierowcą. Alex uznał wtedy, że dość już tych zgadywanek, przyjął nieco znużony wyraz twarzy wyjaśnił:
– Dziwię, się że go nie poznajesz, to przecież nasz Klaas.
Na te słowa Jan szybko pozbył się skrupułów. Zupełnie się już nie kryjąc, stanął bez ogródek niemal w samym środku okna. Obmierzał zimno wzrokiem, stojącego spokojnie na ich ulicy przybysza, który teraz patrzył gdzieś przed siebie, wciąż postukując trzymaną w prawej ręce laską.
– Ach taaak, Klaas, teraz go poznaję – Jan udanie ukrył swoje ogromne zaskoczenie wywołane tym, co teraz już tak dobrze widział, a czego jeszcze do końca nie pojmował.
Alex w tym czasie wywoływał już z kuchni matkę, informując ją gromko o niespodziewanym wydarzeniu. Przybiegła natychmiast, ze sterczącymi niczym szpady drutami w rękach, z których zwisał, ledwie rozpoczęty zielony pulower. Po chwili przeciskała się z trudem do okna, aby zobaczyć o co w ogóle chodzi. Przeszkadzał jej w tym Jan; stał jak zamurowany przy parapecie i zdało mu się, choć mogło to być tylko złudzenie, że patrzący znów wyraźnie w stronę ich okna Klaas, na krótką chwilę, zderzył się z nim swoim zimnym spojrzeniem.
***
Klaas Mevereen stał w strugach deszczu, przyglądając się dobrze sobie znanemu, acz nieco zapomnianemu już miejscu, które jednak powoli wyciągał z zakurzonych czeluści pamięci niczym stary, dawno wciśnięty w szpargały, album ze zdjęciami. Patrzył na elewację znajdującej się przed nim kamienicy, a większość swojej uwagi skupiał na kołyszącym się w słabnących podmuchach wiatru szyldzie, wiszącym tuż nad dużą przeszkloną witryną, należącą do sklepu mieszczącego się na parterze. Bezgłośnie przeczytał kilkukrotnie treść widniejącą na szyldzie i dostrzegł poruszający się za szybą witryny poruszający się cień kogoś kto znajdował się w środku.
Nie wiedzieć czemu, pod wpływem jakiegoś nierozpoznanego jeszcze przez samego siebie impulsu, podniósł nagle wzrok w górę i spojrzał w jedno z okien, w którym jak mu się wydawało, ktoś poruszył firanką. Spadające z nieba ściany wody oraz ogólna szaruga, wzmacniana jeszcze dodatkowo nadchodzącym z wolna zmrokiem, wywoływały w nim dziwne wrażenie, że wszystko co znajdowało się przed jego oczami, wstydliwie usiłowało się w tej gęstniejącej ciemności skryć. Stojąc tak przed tym, pełnym ludzi i okien, domem, czuł się trochę jak obnażony. Wyczuwał podskórnie, że wśród tych czarnych okien i witryn, kryje się ktoś, kto go obserwuje. Nie miał ku temu żadnych przesłanek – po prostu to czuł i nie widział powodu aby tym własnym przeczuciom nie ufać.
Wtem, usłyszał wyrywający go z rozmyślań i przypominający o swoim istnieniu, głos kierowcy, o którym na śmierć w tym wszystkim zapomniał. Bardzo chciał jeszcze obserwować okna, ale musiał powrócić do rzeczywistości; opłacił przejazd i grzecznie wymigał się od propozycji podwiezienia do jednego z tutejszych hoteli. Odmówił tej przysługi bez najmniejszego zastanowienia, choć przecież nie miał ani grama pewności, czy ktokolwiek tutaj go przenocuje. W ogóle niczego nie był pewien. Było to czymś zupełnie nowym w jego, od wielu już lat, doskonale…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MarcinKacprzak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…