Wróć do katalogu

Projekt "Amerykański Wietnam" część I

Dziewięciu żołnierzy uratowało się z katastrofy lotniczej. Jednak, czy śmierć w tym wypadku nie byłaby lepsza od przeżycia? część 1 cyklu opowiadań

charles2011, opublikowano , 16 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział I Uciszyłem dzwoniący budzik uderzeniem pięści. Przez chwilę zmagałem się z myślą czy aby nie zostać w łóżku, ale wiedziałem, że w Agencji na mnie czekają. Zsunąłem się więc z łóżka, nałożyłem zegarek i zszedłem na dół, po drodze przechodząc obok pokoju mego ośmioletniego syna. Do tostera włożyłem dwie kromki pieczywa, a z lodówki wyjąłem mleko. Gdy zasiadałem do śniadania, na schodach usłyszałem przytłumione kroki. Odwróciłem się i ujrzałem swoją piękną żonę, z jej cudownymi, długimi nogami, które podkreślała koszula nocna zakończona w połowie ud. -Pomyślałam, że się pożegnam, pomimo nieludzkiej godziny 5:00, która wybiła na twoim przeklętym budziku. Nie będzie cie w końcu przez najbliższe dwa tygodnie. O tak, byłem jej za to bardzo wdzięczny. Gdy dostałem maila z informacja, że zabierają mnie do specjalnego obozu ćwiczeń, miałem pewne obawy. Wiele słyszałem o „Amerykańskim Wietnamie”, choć pewnie większość z tego co wiedziałem była jedna wielką bzdurą, gdyż nic co się tam widziało nie można było wynieść poza teren obozu. Ponadto czułem się winny, że okłamałem żonę, mówiąc jej że jadę na wyjazd integracyjny z kolegami. No cóż, będę się musiał z tym pogodzić. -Dzięki-zdołałem jedynie odpowiedzieć. W tym samym czasie, trochę dalej na północ, Matthew Smith, odpalał właśnie swojego czerwonego pick-up’a, który przy głośnym akompaniamencie silnika, wytoczył się na drogę krajową prowadzącą na sam dół Stanów Zjednoczonych. Z głośników sączyła się muzyka Dire Straits, a przed nim rysowała się bardzo długa droga. Tą samą drogą jechał Patrick MacCartney, swoim czarnym, matowym Mercedesem z 1987 roku. Nie był do końca otrzeźwiały po dość krótkim śnie, jednak duża kawa powoli robiła swoje i Patrick odzyskiwał jasność umysłu. Pozwalało mu to na logiczne rozmyślanie nad niepokojącym wezwaniem do „Amerykańskiego Wietnamu”. Dostał je wczoraj na odbywającej się u niego imprezie i na szczęście nie był jeszcze w takim stadium upojenia alkoholowego, by chlapnąć coś komukolwiek o swojej nowej misji. Od razu wygonił wszystkich swoich gości, tłumacząc to nagłym bólem brzucha, i choć niechętnie, wszyscy rozeszli się do swoich domów. Będę się musiał gęsto tłumaczyć jak wrócę… jeśli w ogóle wrócę, pomyślał. Wrzuciłem zapakowaną torbę do bagażnika, pożegnałem się z żoną długim pocałunkiem i wyruszyłem w długą drogę. Teraz będąc sam na sam ze swoimi myślami, mogłem wreszcie przemyśleć całą tą dziwną sytuację. Wczoraj wieczorem dostałem maila, gdzie było napisane abym zjawił się jutro tj. 28 maja 2010 roku w siedzibie Narodowej Agencji Bezpieczeństwa w Nowym Orleanie. Zostanę wysłany stamtąd wraz z dwudziestoma towarzyszami do nowoczesnego kompleksu ćwiczeniowego znajdującego się w Brazylii. Miałem pamiętać o niezbędnych przyborach i zabraniu minimalnego bagażu. Od momentu przeczytanie mail’a ciągle gryzła mnie myśl gdzie znajduje się ów kampus. Nie było podanego dokładnego miejsca, a Brazylia ma powyżej 8500 tysięcy km2 powierzchni. Miałem jedynie nadzieje, że te ćwiczenia będą miały miejsce na peryferiach jakiegoś większego miasta, a nie w środku Amazońskiej dziczy. Zatrzymałem się po 2 godzinach jazdy na jakiejś stacji benzynowej. Nie zatrzymywało się tu dużo samochodów. Na parkingu stały jedynie trzy samochody. Mój Ford, czerwony pick-up i biały Maybach, wyglądający jakby dopiero co wyjechał z salonu. Wszedłem do małego pomieszczenia, gdzie mogła pomieścić się jedynie kasa, ze starym, pooranym zmarszczkami sprzedawcą, stojącym za nią oraz mały ekspres do kawy znajdujący się na stoliku. Wnętrze było stylizowane na lata 20. (lub, co bardziej prawdopodobne, zostało wówczas zbudowane) i śmierdziało papierosami. Stanąłem za wysokim facetem ubranym w ciemnobrązową skórzaną kurtkę i kultowe Levisy 50. Był ogolony na jeżyka i mocno umięśniony. Jednak w swoich ruchach nie miał nic z brutalnych osiłków i chuliganów. Może żołnierz, pomyślałem. Nieznajomy zamówił podwójne espresso, jednak sprzedawca oznajmił, że ekspres od 2001 roku produkuje jedynie latte i gorącą czekoladę. -Poproszę więc latte- orzekł niby-żołnierz, tubalnym głosem, doskonale pasującym do jego sylwetki kulturysty. Odwrócił się lekko, zmierzył mnie wzrokiem i uznając że nie jestem szczególnie interesujący skierował wzrok w poprzednie miejsce. Ekspres cichym piknięciem, oznajmił zakończenie procesu robienia kawy. Sprzedawca postawił kawę przed klientem i poprosił o 3 dolary, jako zapłatę. Nieznajomy podniósł brwi, jakoby kawa trochę za dużo kosztowała, jednak nic nie powiedział. W tym samym momencie do środka wszedł przystojny, dwudziestoparolatek, z lekko irytującym zarozumiałością, malującą się na twarzy, która zwykle pojawia się gdy ktoś ma niesamowicie bogatych rodziców. Ubrany był w czarną sportową marynarkę (zapewne od jakiegoś znanego projektanta mody) i pasujące do tego beżowe chinosy. Zlustrował wnętrze pogardliwym spojrzeniem i oparł się o ladę na wprost staruszka. -Zatankowałem za 20 dolarów- oznajmił, nic sobie nie robiąc z powszechnie szanowanego prawa o kolejności w kolejkach. Staruszek spojrzał na mnie wzrokiem, który mówił, sorry bardzo, nic nie mogę na to poradzić i zaczął mozolnie wpisywać do kasy należność za benzynę. Na twarzy młodzieńca, pojawił się uśmiech tryumfu, który pojawia się zwykle u dzieci, które dostaną to czego chcą. Jednak nie spodobało mi się to, że młodszy o jakieś dziesięć lat gnojek, wepchnął się przede mnie. Chrząknąłem znacząco, ale to nic nie dało, więc trąciłem go za ramię. Odwrócił się z ociąganiem, jakby prezentując swoją wyższość nad gościem, który jeździ zdezelowanym Fordem. -Coś się stało-spytał ironicznie, akcentując powoli sylaby. -Zdaje mi się, że byłem przed tobą- powiedziałem spokojnie, gdyż wiedziałem, że wybuch złości tylko go rozbawi. Byłby to przejaw mojej słabości. -Nie wydaje mi się- odparł z niekryjącym już rozbawieniem. Sprzedawca nie nabijał już na kasę należności, tylko czekał na rozwój wypadków. Te potoczyły się w bardzo szybkim tempie. Już chciałem otworzyć usta, aby mu odpowiedzieć, jednak w tej samej chwili młodzieniec uniósł się w powietrze, już bez uśmiechu, lecz ze zdziwieniem i, jak mi się przez chwile wydawało, z lekkim przestrachem na swojej dopieszczonej twarzy. Wierzgnął nogami, raz, drugi, jednak nie miał żadnych szans na wyrwanie się z żelaznego uścisku nieznajomego, który zaczekał przed drzwiami na dalszy ciąg sytuacji, którą zapewne przewidział, aby w odpowiedniej chwili wkroczyć na scenę. Gdy młodzieniec rozpoznał się w całej sytuacji, nie był już ani zdziwiony, ani przerażony, tylko upokorzony, co chciał zamaskować swoją złością. Uderzył więc swojego oprawcę, jednak trafił w klatkę piersiową i wydał z siebie jęk bólu. Złapał się za dłoń i trzymał się tak jeszcze długo po moim wyjściu. Olbrzym z kamienną twarzą postawił go na ziemi, zaraz po mnie, tak jak powinien stanąć przed całą tą sytuacją. Spojrzał na mnie i wyszedł bez słowa. Uświadomiłem sobie, że mam otwartą buzię, co zapewne trochę głupio wyglądało. Przez okno widziałem jak wsiada do pick-up’a i odjeżdża drogą krajową na południe. Przejechałem właśnie kolejne dwie godziny, a mój GPS pokazywał jeszcze tylko pół godziny jazdy. Myślałem czy zdołam dogonić faceta ze stacji, który jechał w tym samym kierunku, ale potem pomyślałem, że zapewne wjechał w jakąś odnogę prowadzącą do San Francisco lub jakiegoś innego zachodniego miasta. Pomiędzy tymi rozmyśleniami przemknęła mi myśl czy nie jedzie on tam gdzie ja. Do tajemniczego „Amerykańskiego Wietnamu”. Jednak wyleciała mi ona w sekundę po jej pojawieniu, gdyż mój umysł uznał ją za totalną bzdurę. Mimo to uświadomiłem sobie, że potrzebowałbym kogoś tam, w tym nieznanym mi miejscu, owianym tajemnicą i strachem. Potrzebowałbym nawet takiego małomównego gościa z którym łączyła mnie jedynie przygoda w przydrożnej stacji benzynowej. Jednak nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych