Projekt: Awake
Jest to opowiadanie o dziewczynie, która wplątuje się w wir wydarzeń, w jakim nigdy nie chciałaby się znaleźć. Na szczęście nie jest sama. Musi walczyć, a wrogowie nie koniecznie będą luźmi...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
PROLOG Doktor Jonathan Stine zmierzał w stronę swojego największego dzieła. Był jednocześnie zdenerwowany i podekscytowany. Jego siwe włosy sklejał na czole pot. Wyciągnął z kieszeni białego fartucha chusteczkę i przetarł skronie. W końcu nadeszła jego szansa. Wyrwie się spod łańcuchów wojska. Nareszcie. Dość ograniczeń, dość upokorzeń. Teraz musi tylko udowodnić, ile jest wart, ile warta jest jego praca. Po siedemnastu latach harówki dostrzeżono jego potencjał. Skręcił w prawo i wszedł do windy. Zjechał na najniższy poziom i poszedł wzdłuż słabo oświetlonego korytarza. To miejsce było więzieniem. Nie dla niego, ale dla owoców jego pracy. Było jeszcze wcześnie. Może siedemnasta? Nie wiedział. Teraz to nie miało znaczenia. Nie mogą go złapać, lecz na szczęście tylko dwie osoby znają drugie wyjście z podziemi i on był jedną z nich. Podszedł do ostatniego pomieszczenia i zapalił lampy. Blond chłopak spoglądał na niego zza pancernej szyby. Jego oczy wypełniała nienawiść, żal, smutek i pogarda. Jonathan rozumiał go doskonale. Własny ojciec przykuł go do łóżka, gdyż uważał go za zbyt niebezpiecznego. Nie nadał mu nawet imienia, tylko numer. Zero Jeden. Tak on zdecydowanie jest numerem jeden. Jego szansą. Podszedł do ściany i wcisnął czerwony przycisk otwierający wszystkie drzwi. Chłopak oswobodził się z metalowych kajdan i zaczął rozmasowywać nadgarstki. Spojrzał na doktora, a ten mu powiedział: -To szansa na wolność dla nas obu. Nie zmarnuj jej.
1. Wiktoria Olszewska szła leśną drogą próbując się opanować. Była wściekła. Na rodziców, na tą zapyziałą wiochę, na siebie. Jednym słowem na życie. W tym momencie tak bardzo nienawidziła ojca i jego pracy. Był generałem i niedawno zamarzyła się mu willa w malowniczej okolicy, przez co dziewczyna musiała zostawić całe swoje życie towarzyskie i przenieść się do Wilkowa, gdzie stała się tematem codziennych plotek. Nie wyglądała jak dziewczyna z dobrej rodziny. Wręcz przeciwnie, była typem buntowniczki. Miała farbowane, kasztanowe włosy i kolczyka w nosie, którego zrobiła sobie bez wiedzy rodziców, przez co byli równie wściekli, jak ona teraz. Koloru włosów również się czepiali. Jej naturalne miały złocistą barwę, którą odziedziczyła po matce. Była blondynką, przez co chłopcy uważali ją za łatwą. W wieku piętnastu lat postanowiła to zmienić. Kombinowała z wieloma kolorami. Brązowym, czarnym, rudym, ale najbardziej do gustu przypadł jej kasztanowy. Jej ubiór też nie był powodem do zadowolenia rodziców. Przepadała za ciemnymi kolorami. Miała swój własny styl. Uwielbiała koronki, obcisłe bluzeczki i zwiewne sukienki. Jej gust muzyczny bardzo drażnił nie tylko jej opiekunów, ale też wszystkich sąsiadów. Ubóstwiała ciężkie brzmienia. Heavy metal, punk i j-rock. Za każdym razem, kiedy wychodziła na ulice ludzie omijali ją mówiąc, że jest satanistką, albo bezbożnicą. W takich momentach Wiktoria jeszcze bardziej nienawidziła to zacofane zadupie. Była sobota, a ona została uziemiona na cały tydzień, przez jedną wpadkę. Właśnie teraz, kiedy w okolicy odbywał się festiwal rockowy. Cieszyła się na niego przez ostatni miesiąc, tylko po to żeby przez jeden wieczór wszystko ją ominęło. Otóż dwa dni wcześniej przyłapała swojego chłopaka na zdradzie. Myślała, że jest całym jego życiem, a okazało się, że woli blondynki. Przez tą ironię losu Wiktoria chwilowo się załamała i upiła się razem ze swoją przyjaciółką Anią. Chociaż na nią jedną mogła liczyć. Wróciła do domu w bardzo kiepskim stanie i rodzice się wściekli. Znowu. Nie rozumiała tego. Przecież jest już prawie pełnoletnia, lecz kiedy wyrzuciła z siebie ten argument usłyszała tylko znane jej już na pamięć teksty: "Dopóki mieszkasz w moim domu będziesz robić, co ci każe", albo "Pogadamy za rok". Za rok... Wtedy będzie już pełnoletnia. Nie może się już doczekać, aż wyprowadzi się i zacznie żyć na własny rachunek. Zawróciła w stronę domu. Szła głęboko oddychając przez dobre pół godziny, kiedy wyszła na polanę otaczającą jej willę. Obeszła basen i przeszła przez ogromne szklane drzwi do salonu. Zupełnie już spokojna udała się po schodach na piętro, gdzie był gabinet jej ojca. Zapukała w drewniane, dwuskrzydłowe drzwi, na które ojciec wydał fortunę i weszła, kiedy usłyszała tłumione "Proszę". Gabinet zdobiły półki wypełnione książkami, których właściwie nikt nie czytał i stare, greckie wazy. Na ścianach wisiały reprodukcje znanych malarzy, których Wiktoria i tak nie kojarzyła. Pan Generał siedział za jeszcze droższym niż drzwi biurkiem i spoglądał na córkę odkładając przeglądane właśnie dokumenty. -Słucham?- Zapytał beznamiętnym głosem. -Przemyślałam swoje zachowanie i chciałam...- Przerwał jej dźwięk dzwoniącego telefonu. -Tak?- Odebrał telefon. W miarę jak Generał wysłuchiwał, przekazywanej wiadomości jego twarz czerwieniała. -Co?! Jak mogliście do tego dopuścić?!- Wybuchł w końcu, ale szybko się opanował, kiedy zorientował się, że patrzy na niego córka.- Zaraz tam będę.- Rzucił stanowczym głosem i się rozłączył.- Przepraszam córciu, ale porozmawiamy później. Muszę lecieć.- Pocałował ją w czoło i wyszedł. No i nici z negocjacji, pomyślała zirytowana. Nienawidziła, kiedy tak wychodził. Zawsze najważniejsza była praca. Kiedyś było inaczej. Pan Henryk spędzał wiele czasu z rodziną. Wszystko zmieniło się, gdy go awansowano. Całymi miesiącami przebywał poza domem i nie raczył wykonać, chociaż jednego telefonu, aby uspokoić zmartwioną żonę. Wtedy właśnie Wiktoria zaczęła obwiniać ojca o wszystko, co najgorsze. No, ale nie wszystko stracone. Jest jeszcze mama. Ją będzie ciężej przekonać, ale też warto spróbować. Pobiegła na dół i wyjrzała na podwórze. Odszukała wzrokiem jacuzzi i ze zdziwieniem stwierdziła, że nie ma tam jej matki. Pewnie znowu dostała migreny i leży w sypialni, pomyślała. Oby nie... To zdecydowanie zmniejszało jej szanse na wyjście. Weszła do sypialni rodziców i ujrzała swoją rodzicielkę siedzącą przy toaletce. Miała na sobie wieczorową suknię i właśnie zakładała diamentowe kolczyki, które dostała od ojca na urodziny. -Mamo..- Zaczęła, ale ta jej przerwała. -O, Wiki. Dobrze, że jesteś. Jadę na przyjęcie do pani Kowalskiej. Wrócę nad ranem. Nie czekaj na mnie. I nigdzie nie wychodź, służba cię będzie pilnować.- Odparła zupełnie ignorując, to co córka ma do powiedzenia. -Super. Jak w więzieniu...- Mruknęła i wyszła. No i cała jej nadzieja prysła. Tupiąc nogami weszła do swojego pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Może to dziecinne, ale właśnie w taki sposób próbowała zwrócić na siebie uwagę rodziców. Dla nich zawsze wszystko jest ważniejsze od własnej córki. Wiktoria czuła się bliżej związana ze służbą niż z własną matką. To chore, pomyślała i włączyła laptopa. Ogarnęła szybko bałagan w pokoju i usiadła przy biurku. Rozglądała się czekając aż załaduje się system operacyjny. Pomieszczenie było obszerne. Na ścianach powieszone były półki, a na nich leżały przeróżne powieści fantasy. Po prawej stronie były drzwi prowadzące do garderoby, a na środku pomieszczenia stało ogromne łóżko z baldachimem. Wszystko było w czerwonych i złotych barwach. Dziewczyna musiała przyznać, że ten pokój to jedyny plus w tej całej przeprowadzce. System się załadował i Wiktoria usłyszała charakterystyczny dźwięk dla Windows'a. Włączyła muzykę i weszła w internet. Surfowanie po stronach internetowych to jedna z dwóch czynności, które ją odprężają. Pierwszą są spacery. Dziewczyna zaczęła przeglądać ulubione portale plotkarskie. Kiedy już wszystko przeczytała zaczęła szukać informacji na temat nowości filmowych i muzycznych. Bardzo się ucieszyła, że w przyszłym miesiącu jej ulubiony zespół będzie koncertować w okolicy. Tego na pewno nie przepuści. Otworzyła kolejną kartę i wystukała adres facebook'a. Przejrzała wszystko i się wylogowała. Weszła na you-tube'a i włączyła swój ulubiony teledysk. Wgrywał się bardzo powoli, więc postanowiła zejść na dół coś przekąsić. Weszła do kuchni, gdzie siedziała kucharka. Bardzo miła tęgawa staruszka. -Co zrobić na kolację?- Zapytała z uśmiechem. -Mogą być kanapki. -Jesteś pewna? Mogę coś ugotować. -Nie trzeba.- Odwzajemniła uśmiech. -Dobrze. Kobieta przygotowała Wiktorii dwie kanapki z warzywami. Dziewczyna była wniebowzięta. Miała dość wytrawnych potraw, którymi faszerowała ją matka. To było coś dla niej. -Dziękuję Pani Alicjo.- Była wdzięczna. -Proszę bardzo. Dziewczyna zjadła kolację, wykąpała się i wróciła do swojego pokoju. Usiadła przed laptopem. Czerwony pasek pokazywał, że teledysk wgrał się tylko do połowy. Co jest? Przecież zawsze wszystko szybko się ładuje. Nie po to rodzice płacą za najszybsze łącze, żeby teraz takie numery odstawiało. Dziewczyna kliknęła na "Odśwież", a na stronie pokazała się informacja z nagłówkiem: "Program nie może wyświetlić witryny sieci Web". -Co jest?- Szepnęła zirytowana. Odświeżyła jeszcze parę razy, ale zawsze pokazywała się ta sama informacja. Wkurzona poszła na dół, gdzie też był komputer, ale tam również nie mogła się połączyć. Było po dwudziestej pierwszej i nie było sensu dzwonić po informatyka, więc Wiki wróciła do swojego pokoju. Włączyła głośniej muzykę i zaczęła przygotowywać ubranie na jutro. W garderobie znalazła swoją ulubioną spódniczkę. Była czarna i luźna. Miała doszyte koronkowe ozdoby. Wiktoria lubiła ją gdyż nie ograniczała jej ruchów. Dobrała do niej obcisła bluzkę w tym samym kolorze i wszystko wyprasowała. Chciała obejrzeć telewizję. Poszukała pilota i wcisnęła czerwony przycisk. Ułożyła się na łóżku, ale na ekranie był tylko ogromny komunikat " Nie można znaleźć sieci". Zirytowana położyła się spać. Miała właśnie bardzo przyjemny sen, kiedy do jej głowy zaczęły docierać dziwne dźwięki. Stawały się coraz głośniejsze i nieznośne. Brzmiały jakby alarm, albo syreny. Syreny? Dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na zegarek w telefonie. Trzecia dwadzieścia pięć. Przeciągnęła się i wyjrzała przez okno, z którego miała doskonały widok na całą wieś. Syreny przeciw pożarowe wyły ogłuszając dziewczynę. Zauważyła, że ludzie wychodzą ze swoich domów, aby sprawdzić, co się dzieje. Rozglądała się uważnie, ale nie widziała żadnego pożaru. Odwróciła się i wtedy zaczęły bić dzwony kościelne. Co cię dzieje? Szybko ubrała wcześniej przygotowane rzeczy i zeszła na dół. Zaalarmowana służba również wyglądała przez okna. Nikt nie wiedział, co się dzieje, a pani Aleksandry- matki Wiktorii nie było jeszcze w domu. Ubrała na nogi swoje ulubione czarne glany do kolan i wyszła na zewnątrz. Robiło się ogromne zamieszanie. Każdy chciał wiedzieć, co się dzieje. Większość osób była w piżamach i niekompletnych strojach. Wiktoria żałowała, że nie wzięła swojej bluzy, gdyż noc była chłodna. Objęła się ramionami i zaczęła szukać w tłumie kogoś znajomego. Zauważyła Dawida i podbiegła do niego. Dawid Kopacz był jednym z podwładnych jej ojca. Miał na oko dwadzieścia parę lat i jak na żołnierza przystało był dobrze zbudowany. Często bywał w domu dziewczyny, kiedy jej rodzic czegoś potrzebował. Wiki bardzo lubiła z nim rozmawiać, co nie podobało się jej opiekuną. Właściwie motywowało ją to bardziej. Jego brązowe, króciutkie włosy wydawały się ciemniejsze w świetle ulicznych lamp. -Co się dzieje?- Zapytała. -Jeszcze nie wiem.- Wzruszył ramionami.- Ale chyba nic dobrego.-Powiedział pokazując na żołnierzy zakładających blokady przy wyjeździe z miasta. Byli uzbrojeni. Nie odpowiadali na żadne pytania mieszkańców. Podeszli bliżej. Dawid pokazał im swoją legitymację i zapytał: -O co tu chodzi? -Nie możemy udzielać żadnych informacji.- Odpowiedział jeden z żołnierzy. -Jak to nie możecie?!- Oburzył się.- Gdzie jest wasz dowódca? -Generał Olszewski rozkazał nie wypuszczać nikogo stąd. -Co? Ojciec?- Wiktoria dalej nic nie rozumiała. -Przepuście mnie. Ja mam uprawnienia.-Protestował Dawid. -Przykro mi. Ludzie zaczęli się schodzić i przepychać wtedy jeden z żołnierzy wykrzyczał: -Odsunąć się! Mamy zezwolenie na użycie ostrej amunicji!- Wystrzelił ostrzegawczo w powietrze, co wywołało panikę.- Proszę udać się do swoich domów i zachować spokój. Wtedy usłyszeli ogromny grzmot i ujrzeli na linii horyzontu, w miejscu gdzie powinno się znajdować najbliższe większe miasto- Nowoglice- czerwoną poświatę. Rozpętało się jeszcze większe zamieszanie. Ludzie rozbiegli się w różnych kierunkach. Żołnierze wystrzeliwali ostrzegawczo w powietrze, ale nie dawało to żadnego skutku. Jeden z mężczyzn złapał Wiktorię za ramię. Ta na szczęście szybko zareagowała. Wykręciła jego rękę do tyłu i powaliła go na ziemię. Zaskoczony żołnierz zaczął jej się wyrywać, co wzmagało tylko jego ból. Właśnie chciała go kopnąć, ale Dawid ją odciągnął. -Mała dziwka!- Krzyknął żołnierz w jej kierunku. -Fiut!- Odgryzła się wyrywając z żelaznego uścisku Dawida. -Uspokój się!- Wrzasnął na nią. -Sorki.- Opanowała się. Odeszli trochę od tłumu. Teraz dziękowała w duchu ojcu, że nauczył ją jak ma się bronić. Od małego pokazywał jej jak skopać tyłek większemu chłopakowi, albo jak używać broni, czy noża. -Nie wiem jak ty, ale ja nie mam zamiaru czekać tu spokojnie, aż ktoś raczy nas poinformować, co tu się dzieje.- Rzuciła. -Co zamierzasz? -Znam drogę prowadzącą do miasta, która na pewno nie jest obstawiona. Wydostanę się stąd i odszukam ojca. -Idę z tobą.-Zakomunikował. -Dobra. Weź auto i podjedź pod mój dom. Zabiorę tylko parę rzeczy. Rozeszli się. Wiktoria pobiegła do swojej willi. Nie przejmując się służbą weszła do gabinetu ojca. Ściągnęła ze ściany jeden z obrazów. Przedstawiał jakiś widoczek. Dziewczyna wiedziała, że znajdzie za nim sejf. Wystukała kod i drzwiczki się otworzyły. Ojciec nie wiedział, że go zna, a ona się nie przyznawała. Podpatrzyła go z nadzieją, że kiedyś jej się przyda. I właśnie taki dzień nadszedł. Wyjęła berettę i sprawdziła magazynek. Pełny. Wyciągnęła czarną przepaskę na udo i założyła ją. Schowała za nią pistolet i dodatkową amunicję. Wbiegła jeszcze do siebie i znalazła nóż i krótką pałkę teleskopową. Obydwa te przedmioty dostała od ojca, w razie gdyby potrzebowała czegoś więcej niż siła mięśni do obrony. Nóż schowała do buta, a pałkę przyczepiła do paska spódnicy. Zignorowała protesty służby i wyszła na zewnątrz, gdzie czekał już na nią Dawid w swojej terenówce. Wsiadła. -Którędy? -Wjedź za dom, a potem w wąską ścieżkę do lasu.-Poinstruowała. Zauważyła, że z tyłu rzucona była torba, a w niej karabinek i pudełka z amunicją. Dawid miał przy sobie dwa pistolety. Były identyczne, jak ten, który wyjęła z sejfu ojca. Gałęzie drzew stukały o szyby, a nimi rzucało na wszystkie strony po wyboistej drodze. -Jak myślisz, co jest grane? -Zapytała.- Zadzwonili dzisiaj do ojca. Krzyczał coś i zdenerwowany wyjechał. Może ma to jakiś związek? -Nie wiem.-Odpowiedział zgodnie z prawdą.- Próbowałem się połączyć z bazą, ale nie było odpowiedzi. -Witaj na zadupiu.- Zaśmiała się krótko.- Pewnie nie było zasięgu. -Łączyłem się przez telefon satelitarny.-Odparł uśmiechnięty. -To dziwne.- Podsumowała.-Zobaczymy jak wygląda sytuacja w mieście. Po dwudziestu minutach wyjechali na drogę prowadzącą do miasta. Jechali z ogromną prędkością w stronę czerwonej poświaty, nie wiedząc, co ich czeka dalej.
2. Czarna terenówka właśnie mijała zielony znak z napisem "Nowoglice". Dookoła rozpościerały się stare budynki fabryczne i magazyny otoczone gęstą mgłą. Dawidowi coś nie pasowało. Nie powinno tu być mgły. Nie o tej porze roku. Do wschodu słońca pozostało jeszcze jakieś pół godziny, ale powietrze zaczynało się już ocieplać. Nagle ciężarówka wjechała w gęstą chmurę dymu, a droga pod kołami stała się wyboista. Mężczyzna zatrzymał auto i z niego wysiadł. -Dalej będziemy musieli iść piechotą.- Zakomunikował. -Dlaczego?- Dziewczyna również wysiadła i od razu zrozumiała. Droga była zupełnie zniszczona. Wyglądała tak jakby ktoś zrobił sobie z niej puzzle. Bardzo drobne puzzle. Dawid wziął z torby karabin i przewiesił go sobie przez ramię, a amunicję pochował do specjalnych kieszonek w bojówkach i kurtce. Z kabury wyciągnął jeden pistolet, sprawdził magazynek i podał go dziewczynie. Ta z uśmiechem mu odmówiła i podwinęła spódniczkę pokazując swój nabytek. -Skąd go masz?- Zapytał podejrzliwie. -Jestem córką generała.- Odparła z uśmiechem. -Tak, to wszystko wyjaśnia...- Zaśmiał się.- Chodźmy. Trzymaj się blisko mnie. -Tak jest.- Zachichotała. Mężczyzna tylko przewrócił oczami. Szli dalej omijając większe dziury. Po dziesięciu minutach marszu ich oczom ukazały się pierwsze budynki, a raczej to, co z nich zostało. W większości były to gruzy. Nieliczne szkielety płonęły wznosząc ku niebu gęste chmury dymu. Po ulicach walały się szkła, kamienie i porzucone auta. Dalej niektóre budowle jeszcze stały. Wiktoria rozpoznała supermarket i kilka bloków, w których mieszkały jej koleżanki. -Co tu się stało?- Nie mogła opanować zdziwienia. -Nie wiem.-Był równie zaskoczony, co ona.-Spróbuję się jeszcze raz skontaktować z centralą. Wyciągnął telefon i wybrał numer. Przystawił słuchawkę do ucha i czekał. Pierwszy sygnał... Drugi sygnał... Trzeci... Czwarty... Nic... Poirytowany wcisnął czerwony przycisk i schował telefon. -Nie łączy. Może mogłabyś zadzwonić do taty? -Spróbuję. Zza przepaski wyciągnęła swój telefon. Odblokowała go i... -Brak sieci.- Poinformowała. Rozejrzała się dookoła chowając z powrotem komórkę.- Ani żywego ducha... -Może ktoś przeżył. Poszukajmy.-Zaproponował. -Dobra. Możemy się rozdzielić. Tak będzie szybciej. -Nie.-Odpowiedział stanowczo.- Nie wiemy, co tu się stało. Nie puszczę cię nigdzie samej. -Jak chcesz.- Wzruszyła ramionami i ruszyli. Weszli do budynku, który był kiedyś supermarketem. Okna były powybijane, a półki poprzewracane. Towary walały się po ziemi, tak jak kasy i resztki szkła. Obeszli wszystko dookoła, a kiedy doszli do działu oznaczonego "Słodycze" Wiktorii zaczęło burczeć w brzuchu. Rozejrzała się i znalazła swój ulubiony, czekoladowy baton. Podniosła go i zaczęła rozpakowywać. Dawid spojrzał na nią karcąco. -No co? Nie jadłam śniadania.- Tłumaczyła się biorąc pierwszego kęsa. Westchnął tylko w geście dezaprobaty i poszli dalej. Starali się zachowywać cicho, ale porozwalane produkty im to utrudniały. Co chwilę szeleścili potykając się o coś, a zwłaszcza Wiki. Właśnie dochodzili do końca pomieszczenia, kiedy dziewczyna poślizgnęła się na antyperspirancie w kształcie walca i upadła obok czegoś, czego nigdy nie chciałaby oglądać na oczy. Podniosła się z krzykiem. Przed nimi leżało martwe ciało kobiety. Jej twarz wykrzywiał grymas bólu, a klatka piersiowa była otwarta. A w środku... nie było nic. Żadnych wnętrzności. Dziewczyna odwróciła wzrok i podniosła rękę do ust, aby powstrzymać wymioty. Nie udało jej się to. Zwróciła wszystko, co wcześniej jadła, na ziemię. -Chyba straciłaś apetyt, co?- Zapytał ponuro, ale wydawał się nie być w ogóle poruszony tym widokiem. Dziewczyna spojrzała na trzymanego batonika i w odpowiedzi wyrzuciła go za siebie. -Nie żyje od jakiś dwunastu godzin.-Powiedział. -Kto mógł coś takiego zrobić? -Na pewno nie człowiek. Może jakieś dzikie zwierzę? -Dzikie zwierzę?! A te płonące budynki?- Dziewczyna zaczynała panikować. -Nie wiem. Na razie poszukajmy jakiś żywych.-Spojrzał na nią. -OK.- Odparła niepewnie. Wyszli i ruszyli dalej ulicą. Tam znaleźli więcej ciał w podobnym stanie. Dziewczyna nie miała już gdzie odwracać wzroku. Szli przez morze trupów nasłuchując jakiejś żywej istoty. Słońce zaczęło się wznosić i podgrzewać, już i tak rozgrzane, powietrze. Właśnie szli w kierunku posterunku policji, kiedy usłyszeli przeraźliwy krzyk, a po nim strzał. Pobiegli w jego stronę. Na roztrzaskanym chodniku leżał chłopak, przykryty włochatym czymś. Młoda policjantka w mundurze pomagała mu się podnieść. Miała jasne włosy związane w kitkę i zmęczony wyraz twarzy. Podbiegli do nich. Wiktoria od razu rozpoznała Michała- swojego byłego. Jego ramię krwawiło. -Kim jesteście?!- Zapytała policjantka mierząc z pistoletu w ich kierunku, gdy ich tylko zobaczyła. -Spokojnie.-Podnieśli ręce.- Jestem Porucznik Dawid Kopacz, a to Wiktoria Olszewska. -Wiktoria?- Chłopak odwrócił się w jej kierunku. -Nie, mój duch, ćwoku.-Warknęła. -Spokojnie, to tylko moja była.- Powiedział do policjantki. -Skąd mam wiedzieć, że nie jesteście jednymi z nich? -O kim mówicie?- Zapytała Wiktoria.- Co tu się do cholery dzieje? I co to za stworzenie?- Kopnęła nogą martwe, włochate ciało. Kobieta schowała broń. -Sabina Sienkiewicz. - Przedstawiła się.- Chodźcie, tu nie jest bezpiecznie. Udali się za kobietą do piwnicy jednego z ciągle stojących budynków. W środku leżał jeszcze jeden policjant. Był ciężko ranny. Krew przesiąkała już przez grube bandaże. Był blady i zaczynał mieć drgawki. Sabina podniosła mu lekko głowę i przyłożyła coś do ust. -Weź to Alan, pomoże.- Powiedziała głosem pełnym troski. -Mi... Już nic... Nie pomoże...- Wybełkotał, ale wziął lek. -Nie mów tak. Odpoczywaj.- Położyła go. -Może nam Pani wyjaśnić, co tu się dzieje?- Zapytał Dawid. -Mówcie mi po imieniu. Najpierw opatrzę jego rękę.- Odwróciła się w stronę Michała. Ten posłusznie podwinął rękaw. Jego ramie było całe poharatane i we krwi. -Trzeba będzie szyć.- Stwierdził Dawid.-Masz nić chirurgiczną? -Tak. Zabrałam parę rzeczy z apteki. -Mądre posunięcie.-Pochwalił. Kobieta przemyła ranę i zaczęła szyć. Chłopak musiał zacisnąć zęby, żeby nie krzyczeć, lecz i tak, co jakiś czas, wymykał się mu cichy jęk. -Około dziewiętnastej zaczęły się zamieszki.- Zaczęła, szyjąc ramię Michała.- Zwyczajne bójki, a przynajmniej tak myśleliśmy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce znaleźliśmy te stworzenia, polujące na ludzi. Człekokształtne, włochate potwory. Były niewyobrażalnie silne, a te ich żółte ślepia... To było przerażające. Zabijały każdego, kto stanął im na drodze. A potem...- Westchnęła.- A potem było jeszcze gorzej. Trupy zaczęły zmieniać się w te potwory i atakować kolejnych ludzi. I tak bez końca.- Skończyła szyć ramię.- Zabarykadowaliśmy się na posterunku i wytrzymaliśmy tam ładnych parę godzin. A później przyszli oni... -Kto?- Zapytała Wiktoria równo z Dawidem. -Nie wiem dokładnie. Jedni byli w wojskowych mundurach, inni w białych kombinezonach. Myśleliśmy, że nadeszła pomoc, ale bardzo się myliliśmy. Nie powinniśmy byli otwierać przejścia...-Urwała. Po chwili wzięła głęboki oddech i podjęła znowu.- Mieli miotacze ognia i wyrzutnie rakiet. Strzelali do wszystkiego, co się ruszało. Palili. -Czystka...- Twarz Dawida mówiła, że jest w szoku. -Ale nie dali rady ich powstrzymać. Tych potworów było więcej. Pozagryzali ich. Na szczęście udało mi się w porę zabrać Alana i zaszyć się tutaj. -Boże... To znaczy, że od tych stworów roi się teraz w mieście...- Dziewczyna poczuła kolejną falę paniki. -Zrobili cholerną czystkę!- Nad Dawidem też zaczęły przejmować kontrolę nerwy.- Nie jest tu bezpiecznie. -A gdzie jest?- Prychnęła policjantka. -Nie o to mi chodzi. Żołnierze zawiedli. Wrócą tu z czymś innym. Silniejszym. -Czym?- Odezwał się Michał. -Bombą. -Przecież nie mogą wysadzić miasta.- Pisnęła Sabina. -Mogą... -Cholera...- Policjantka też była przerażona. -Musimy stąd iść.-Postanowił. -Dokąd? Jakbyś nie zauważył w mieście roi się od potworów!- Warknęła na niego. -Wiem, ale odkąd przyjechaliśmy tu nie natknęliśmy się na ani jednego. Za miastem na wzgórzu jest wojskowa baza. Tam będziemy bezpieczni. -A potwory?- Zapytał Michał. -Jak już wspomniałem, my nie natknęliśmy się na żadnego. Może gdzieś się zaszyły. -Może to za mało.- Podsumowała Sabina. -Jesteśmy uzbrojeni. Mam karabin, dwa pistolety i zapas amunicji. Wiki ma jedną berettę i ty masz dwie, prawda? -No tak, ale... -Ale co? -Nie zostawię tu Alana. -Nie...-Zaprotestował policjant.- Idź...Ja i tak nie dam rady. Umieram... -Nie. Nie mogę. -Idź!- Podniósł głos i zaczął się krztusić krwią. Jego głowa bezwładnie opadła na ziemię. -Alan!- Kobieta się popłakała.- Dobra. Wygrałeś. Idziemy- Warknęła do Dawida przez łzy.
3. Słońce wznosiło się nad horyzontem, ale to wcale nie poprawiało humoru Wiktorii i jej towarzyszom. Szli ostrożnie z bronią w ręku wypatrując wroga i jednocześnie szukając jakiegoś środka transportu. Baza wojskowa, o której mówił Dawid znajdowała się jakieś siedem kilometrów na wschód od miasta. Nie było możliwości udać się tam pieszo. I jakby mieli mało kłopotów, to Michał zaczynał czuć się coraz gorzej. Sabina podejrzewała, że w ranę wdało się zakażenie. Był cały rozpalony. Jego skóra przybrała niezdrowy odcień czerwieni, a brązowe włosy kleiły się od potu do czoła. Czuł, że zaraz zasłabnie i się przewróci. Zaczął tracić równowagę i wtedy Wiki się nad nim zlitowała i go podtrzymała. Złapała go w pasie i pomagała utrzymać równowagę. -Dzięki.-Wyszeptał. -Nie ma sprawy.-Rzuciła. -Wiki, - zaczął- pomyliłem się. Źle cię potraktowałem. Przepraszam. -Nie chcę tego słuchać. Za to, co zrobiłeś, powinnam ci wystrzelać cały magazynek w łeb.- Miała go dość. -Nie bądź taka ostra. Przecież nic nie zrobiłem... -Ostra?! Nic?!- Puściła go.- Najpierw ruchasz blondynę, a teraz mnie przepraszasz?! Gdyby nie ty, byłabym teraz dziesięć kilometrów stąd na koncercie! -To nie moja wina. -Nie?!- Zacisnęła pięść i uderzyła go w szczękę. Chłopak upadł na ziemię.- A to nie moja.-Oburzona zostawiła go. -Nieźle sobie nagrabiłeś, chłopie.- Dawid podniósł go i pomógł mu dalej iść. -Nie za ostro go potraktowałaś?- Zapytała Sabina. -Miałam ochotę przyłożyć temu dupkowi od trzech dni.-Wyznała. -Ulżyło ci?- Spytała smutno. -Nawet…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil megi115
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…