Wróć do katalogu

Przeklęty Obraz

Opowieść o obrazie, który naprawdę istnieje.

Fadoss, opublikowano , 1 godz. 6 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

-Przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszła pewna kobieta, która chcę się z panem pilnie spotkać, mówi, że to bardzo ważne. –Powiedziała Susane, młoda zgrabna sekretarka jednego z największych detektywów ówczesnych czasów, a z pewnością najlepszego w całym Paryżu. –Proszę ją zapisać na pierwszy wolny termin… a i powiedz, że już skończyłem pracę niech wróci jutro. Odparł Laydecer siedząc przy swoim zagraconym biurku. Szukał czegoś bardzo nerwowo, no cóż w takim bałaganie nie trudno się samemu zgubić, a co dopiero kartkę z adresem sklepu wędkarskiego, który otrzymał od swojego najlepszego przyjaciela Alcesta. Razem w dniach wolnych od pracy spędzali ze sobą mnóstwo czasu na wyjazdach po za miasto na ryby. Laydecer oddawał się tej przyjemności bez opamiętania, całymi godzinami sterczał nad wodą. Sekretarka wyszła. Przez przypadek strącił łokciem kubek po kawie, ale na jego szczęście się nie potrzaskał. –Czyżby to już starość… -Pomyślał przez chwilę. Ale nie był jeszcze przecież taki stary, miał dopiero czterdzieści dwa lata. Nagle bez pukania otwarły się drzwi gabinetu. Wtargnęła do niego młoda bardzo piękna kobieta o kruczo-czarnych włosach i zielonych oczach. Bez wątpienia była to najpiękniejsza kobieta, jaką widział Laydecer w całym swoim życiu, które od początku było okupione samotnością. Jej długi płaszcz z norek i torebka ze skóry krokodyla wskazywały na to, że nie jest to zwykła kobieta, lecz ktoś więcej, ktoś, kto mógł pozwolić sobie na chwilę arogancji. Złote pierścionki dodawały jej jedynie autorytetu. Miała, co najwyżej trzydzieści pięć lat. Detektyw spojrzał na nią z poziomu podłogi, gdyż właśnie podnosił kubek, który mu upadł. Podniósł się i spojrzał na kobietę swoim przenikliwym i tajemniczym spojrzeniem, które przeszyło ją od stóp, aż po głowę. –Przykro mi, ale już skończyłem pracę na dzisiaj… -odparł. –Trudno, ale poświęci mi pan chwilę czasu, czy tego chce czy nie, nie spocznę póki mi pan nie pomoże. -Przykro mi, ale już skończyłem… Wtrąciła się w pół słowa. -Już panu mówiłam nie interesuje mnie to…, jeśli dostanę to, czego oczekuję od tak znakomitego specjalisty, jakim pan bez wątpienia jest, już do końca życie nie będzie musiał się pan martwić o pieniądze. Czy wyraziłam się wystarczająco jasno? –Powiedziała stanowczo i nieustępliwie, następnie usiadła przy zagraconym biurku i spojrzała głęboko w oczy Laydecera, jakby chciała zmusić go samy spojrzeniem do udzielenia jej pomocy, której niewątpliwie oczekiwała i ani myślała wyjść stąd bez rozmowy ze swoim jak to często mówiła „bohaterem”. Uważała, że nikt nie jest wstanie zrobić tego, co on może uczynić. -Oczywiście wyraziła się pani bardzo jasno, ale mnie to nie obchodzi, skończyłem pracę. Przykro mi proszę wrócić jutro. –Wstał podszedł do wieszaka, który stał przed drzwiami założył płaszcz i kapelusz z rondem, następnie podszedł do okna i wyjrzał przez nie. –Paskudna pogoda i jeszcze ta durna baba. –Pomyślał i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na jej nogi. Skierował

się w kierunku drzwi. –Proszę zaczekać, proszę dać mi, choć minutkę czasu, tylko jedną jedyną minutkę o nic więcej nie proszę… Chwilę się zastanawiał, ale uległ namową pięknej brunetki, która oczarowała, go swym spojrzeniem, które było niczym uderzenie gromu z jasnego nieba prosto w serce. Spojrzał na nią już ubrany w szary płaszcz i kapelusz. –No dobrze, ale daję pani tylko chwilę. -Dziękuje bardzo. Nazywam się Amelia Richmond i sprawa, którą panu przynoszę jest bardzo delikatna i nieprzyjemna… -Miało skończyć się na kilkuminutowej rozmowie, a zakończyło na prawie dwu i półgodzinnej spowiedzi. Młoda kobieta opowiedziała mu swój cały życiorys, ze wszystkimi szczegółami. Jej tajemnicza przeszłość owiana tajemnicą i straszliwymi przeżyciami zainteresował Laydacera do tego stopnia, że postanowił jej pomóc bez względu na wszystko.

Minął miesiąc od pamiętliwego spotkania z Amelią Richmond. Laydecer był pewien, że jest już w pełni przygotowany, aby pomóc nieszczęśliwej kobiecie, która straciła swego męża w tajemniczym pożarze, który wybuchł sam z siebie, jakby musiało się tak stać, jakby przeznaczenie już dawno skreśliło jej męża Frederica z życia. Cała ta sprawa była owiana niewątpliwie tajemnicą porównywalną do tajemniczych piramid króla Tutenhamona. Była jesień, liście opadły już z drzewa, pozostawiając po sobie tylko kupy niepotrzebnych gnijących liści zaśmiecających Paryż. Laydecer siedział w swoim domu przed kominkiem na kanapie otulony kocem, popijając kawę i czytając swoją ulubioną książkę, która nosiła tytuł „Bez ograniczeń”. Był to kryminał, który swoją drogą bardzo przypominał życie samego nieustraszonego detektywa. Co chwilę sięgał po filiżankę z kawą i robił łyka, następnie odstawiał ją na stolik obok kanapy. Zadzwonił telefon. –Tak słucham. –Odpowiedział Laydecer. -Witaj drogi przyjacielu… -Przepraszam, kto mówi? –Spytał ze zdziwieniem. -Naprawdę nie poznajesz? Alcest… -Witaj, dawno się nie odzywałeś. -Moglibyśmy się spotkać, to bardzo ważna sprawa, wtedy ci wszystko wyjaśnię. Nie mogę dłużej rozmawiać. Spotkajmy się na rogu Voie Georges Pompidou za godzinę. Rozmowa została przerwana. Laydecer nie wiedział, co tak naprawdę spowodowało zakończenie tej rozmowy, ale był przekonany, że musi się spotkać z Alcestem.

Przybył na miejsce spotkania. Nikogo jednak nie było. Laydecer rozglądał się po okolicy czy czasem nie idzie jego przyjaciel, nerwowo od czasu do czasu spoglądał na zegarek. Dostrzegł go wysiadającego z taksówki. Nie wyglądał jak

zawsze, coś w nim się zmieniło i to bardzo. Jego niegdyś długie czarne włosy zostały ścięte prawie, że do minimum, wąs nierówno ogolony jakby, się bardzo śpieszył. Podszedł do Laydecera. –Witaj drogi przyjacielu. –Przywitał się. -Coś ty ze sobą zrobił? -Ja… a dlaczego? -Obciąłeś włosy, zgoliłeś wąsa, zamiast garnituru, stary pomięty płaszcza przeciwdeszczowy… -Nie mogę dopuścić by mnie znaleźli… -Kto? Przed kim się ukrywasz? Alcest przez chwilę nie odpowiadał, milczał, bał się w ogóle pomyśleć o tajemnicy, która może rzucić nowe światło na sztukę całego świata. Był kustoszem jednego z paryskich muzeów. –Lepiej będzie jak wejdziemy do tej kawiarni, opowiem ci o wszystkim i oczywiście o tym, co ty masz z tym wspólnego. –Weszli do środka, z wielką chęcią, byli już bardzo zmarznięci. Wiatr wiał z ogromną siłą, przewracając kwiaty przed kawiarnią, a nawet wywracając stoliki. Była już dwudziesta druga. Usiedli w kącie kawiarni, tak by nikt nie mógł słyszeć ich rozmowy. -Więc, co to za pilna sprawa? –Zapytał Laydecer. -Mów ciszej, chyba nie chcesz skończyć w czarnym worku, wrzuconym do Sekwany. –Zwrócił delikatnie uwagę. Podszedł kelner, który Alcestowi wydał się podejrzany, być może, dlatego, że odstawał od standardów zwykłych paryskich kelnerów, którymi byli młodzi bezrobotni ludzie. On był inny, widać było, że jest to człowiek na pewnym określonym poziomie, który pracuje nie, dlatego, że musi, tylko, dlatego, że lubi tą pracę. Przyjął od nich zamówienie i przyniósł dwie mocne kawy. -Wiec powiesz mi, o co chodzi? –Zniecierpliwiony detektyw zadał to pytanie ponownie. -Dwa tygodnie temu, ze Stanów Zjednoczonych do Luwru został sprowadzony pewien obraz, którego tajemnica jest niezwykła. Został namalowany stosunkowo nie dawno, bo w 1972 roku przez Billa Stonehama. Nagle wtrącił się jego kompan od łowienia ryb. -Opowiadasz mi o czymś, czego i tak nie rozumiem. O co chodzi tak naprawdę? -Daj mi dokończyć to się wszystkiego dowiesz. Obraz został sprzedany na akcji „Ebay” rodzinie Richmond. Jeden jak dobrze wiesz z członków tej rodziny już nie żyje. Dyrektor muzeum, również zmarł zaraz po sprzedaży tego obrazu, na zawał serca. Ludzie, którzy go widzieli nagle mdleli i wymiotowali. -Nadal nie rozumiem czy chcesz mi powiedzieć, że ten obraz… -Ciszej mów, ile razy mam ci powtarzać, że to niebezpieczne. Ten obraz jest niebezpieczny, sam w sobie, jeśli zwiążesz się z Amelią i będziesz chciał jej pomóc w poszukiwaniach mordercy jej męża, możesz być również w dużym niebezpieczeństwie.

-Dlaczego mi o tym mówisz powinieneś porozmawiać z panią Richmond o tym. -Myślisz, że nie próbowałem, ale to jest głupia idiotka zadufana w sobie. Nic do niej nie dociera. Udaje teraz wielce załamaną po stracie, męża, a tak naprawdę to się cieszy, bo odziedziczyła po nim niewyobrażalnie wielką fortunę. -To, co, do ulicha ja mam teraz począć, już się zobowiązałem, że jej pomogę, a nawet wziąłem, dużą zaliczkę. -Zrobisz, jak uważasz. Wiedz, że cię ostrzegałem. Alcest wstał dopił ostatni łyk kawy i wyszedł w pośpiechu nerwowo się rozglądając czy go ktoś nie obserwuje. Laydecer chciał mu zadać jeszcze wiele pytań, ale już nie zdążył, bo jego przyjaciel zniknął już z pola widzenia. Siedział jeszcze przez chwilę w kawiarni i zastanawiał się, kogo tak panicznie boi się Alcest… Jednak nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Następny dzień nie był dniem mniej pochmurnym od poprzedniego. Czarne, deszczowo-burzowe chmury nie opuszczały Paryża. Silny wiatr i deszcz, sprawiał poważne kłopoty komunikacji miejskiej. Laydecer szedł ulicą Av Paul Doumer, wprost do hotelu Malia Botique, gdzie zatrzymała się Amelia Richmond do końca rozwiązania tajemnicy śmierci jej męża. Ulewa stawała się nie do zniesienia, już dawno taka nawałnica nie nawiedziła nie tylko tego miasta, ale również całego państwa. W końcu dotarł do hotelu. Wszedł do środka, gdzie przywitał go z uśmiechem na ustach pracownik zarządzający pokojami. –Dzień dobry, w czym mogę pomóc? –Zapytał od niechcenia, jakby recytował wiersz po raz siódmy na ocenę. –Jestem umówiony z panią Amelią Richmond. -Proszę zaczekać. Emil, bo takie imię widniało na plakietce szybkim ruchem wykonał telefon do pokoju najbogatszej kobiety w Europie. -Proszę iść pokój numer 407, czwarte piętro. –Powiedział. -Dziękuje. –Laydecer odszedł. Wszedł do pokoju Amelii, rozejrzał się i usiadł przy stoliku, na którym leżały stosy różnych papierków. Amelia, wyszła z łazienki w białym szlafroku. -Dobrze, że przyjechałeś, zdobyłam pewne dokumenty, które mogą ci pomóc. –Powiedziała z lekkim teatralnym uśmiechem na ustach. -Co to za dokumenty? –Zapytał. -Ostatnia transakcja wiązana mojego męża przed śmiercią. Myślę, że osoba, której imię i nazwisko widnieje na podpisie jest winna tej zbrodni. -Proszę je przynieść. Amelia podeszła i usiadła naprzeciw detektywa. -Są tuż przed tobą. Laydecer podniósł, dwa papiery i wpatrywał się w nie z dużą ciekawością. -No tak, ale nie widzę tutaj związku z morderstwem pani męża. Te papiery to tylko akt finalizacji przekazu dobroczynnego na stowarzyszenie „Opór”.

-Nie musisz mi tego mówić, dobrze wiem, co to są za dokumenty. Laydecer w jednej chwili dostrzegł, że pani Richmond zaczęła zwracać się do niego na „Ty”, a nie jak wcześniej bywało na per „Pan”. -Jest jednak, pewna tajemnica… -Jaka tajemnica? -Mój mąż, dawno, naprawdę dawno temu należał do tego stowarzyszenia. Po pewnym czasie, odszedł z niego. -To jeszcze nie powód, by zabijać pani męża. -Początkowo też tak myślałam. Frederic nic mi nie mówił o tej organizacji, wiele razy powtarzał, że to dawne czasy i nie chce do tego wracać. Jednak patrząc z perspektywy czasu coś poszło nie tak. Mój mąż wiele razy spotykał się z ludźmi, którzy notorycznie go prześladowali i nachodzili w domu. Zazwyczaj była wzywana ochrona, która przepędzała ich. Jednak jak później się okazywało na niedługo, bo zawsze wracali. -Może wie pani o jakiś nielegalnych interesach pani męża z organizacją „Opór”? -Tego nie mogę panu powiedzieć. Frederic bardzo przestrzegał granicy między domem, a pracą i bardzo niechętnie o niej mówił po powrocie do domu. Choć tak, na pewno tak, była jedna sprawa, która nie pozostała bez konfliktu z prawem. Jestem wielką miłośniczką sztuki, mam w swojej galerii wiele wspaniałych obrazów Leonarda da Vinci, i innych znanych malarzy. Jednak na rynku pojawiło się coś nowego, coś tak niesamowitego i urzekającego, że musiałam to mieć. –Chodzi pani o obraz Billa Stonehmana? –Wtrącił. -Tak. Nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, jakim był dobrym mężem. Nie prosiłam go w ogóle o niego, sam postanowił go kupić i kupił. Jednak na obrazie zależało jeszcze tej organizacji, o której wie naprawdę bardzo mało ludzi. -W takim razie, jak mężowi udało się kupić ten obraz? -No i tutaj właśnie zaczyna się całe to piekło. „Opór”, moim zdaniem to sekta, która nie liczy się z ludzkimi uczuciami, Frederic to zauważył i postanowił jak najszybciej zerwać z nią kontakty, dlatego przeprowadziliśmy się z USA do Paryża. Oni mają wszędzie swoich ludzi, są tak wpływowi, że w niebie jak i piekle mają swoje wtyki. Bardzo zależało im na tym obrazie, można powiedzieć, że to był cel ponad rzędny. -Może pani powiedzieć coś więcej, kto jest ich przywódcą, dlaczego im tak zależało na tym obrazie i po co mordować pani męża. -Gdybym to wiedziała to nie prosiłabym cię o pomoc. -No tak. –Odparł Laydecer i zamyślił się nad tym wszystkim, co usłyszał. –Jeśli przypomni się pani coś jeszcze proszę bezzwłocznie mnie powiadomić, a te papiery zabiorę ze sobą. –Wstał i zabrał papiery. Amelia patrzyła się na niego swoimi zielonymi oczami, w kącikach, których pojawiły się łzy. –Tak oczywiście, zawiadomię. –Wyszlochała. Laydecer spojrzał jeszcze raz na nią i wyszedł.

Laydecer wyszedł przed hotel, gdzie taksówki parkowały jedna za drugą, z których wysiadali ludzie zazwyczaj bardzo zamożni. Deszcz nie przestawał padać. Spojrzał na zegarek. –Już osiemnasta, biblioteka nie będzie jeszcze zamknięta, więc nic nie zaszkodzi jak poszukam czegoś na temat tego obrazu i tej organizacji. –Pomyślał i ruszył ulicą. Przechodząc przez drogę o mało, co nie potrącił go samochód. Jak wchodził na pasy wprost na niego jechał młody kierowca w czerwonym Mustangu. Zdążył jednak wyhamować. Złość detektywa, aż parowała na jego twarzy. Zaczął przeklinać i drzeć się w niebogłosy na kierowcę, który nic sobie z tego nie robił popatrzył tylko na niego i przejechał sobie palcem po szyi, a następnie wskazał na Laydecera, jakby chciał mu powiedzieć, że następnym razem nie będzie miał już tyle szczęścia. Następnie, nacisnął gaz do dechy i odjechał, pozostawiając go z przerażeniem na ustach. Laydecer, cały czas miał w myślach twarz młodego kierowcy. Miał nie więcej niż dwadzieścia dwa lata. W oczy rzucały się czarne włosy podniesione na żel i okulary, na drugi plan zeszły sygnety na palcach chłopaka w mustangu. Laydecer dotarł do biblioteki, już bez żadnych innych nieprzyjemnych przygód. Wszedł cały przemoknięty, kilka razy zdarzyło się mu kichnąć. Biblioteka była bardzo ogromna, kilkanaście rzędów półek długich na dziesięć metrów, uginały się od stosów książek. Mimo nie najpóźniejszej pory w bibliotece oprócz niego samego znajdowało się pięć osób wraz z miłą starszą panią, która tu wszystkim rządziła. Siedziała przy swoim biurku czytając książkę i popijając herbatę z cytryną. Biblioteka, nie należała do najprzyjemniejszych ponura atmosfera i lekko padające światło z jarzeniówek, tworzyły nastrój mało sprzyjający do czytania. Ponadto podłoga była już przeżarta przez korniki. Szedł przed siebie i spoglądał raz w prawo, raz w lewo szukając jakiegoś punktu zaczepienia, czegokolwiek, aby mógł tylko zacząć. Przeszukał kilka półek, minęło dwadzieścia minut zanim znalazł to, czego szukał. Książka nosiła tytuł „TO” i została napisana niedawno, bo w 1989 roku. Wziął książkę i udał się do drugiej części, gdzie były ławki wraz ze stolikami, przy których można było spokojnie usiąść i poczytać. Nie było już nikogo oprócz niego. Usiadł i zaczął czytać. Minęło kolejne piętnaście minut. Do biblioteki wszedł dwudziestosześcioletni mężczyzna o blond włosach. Jego cień widać było na podłodze. Delikatnie i spokojnie zbliżał się do Laydecera. Ten jednak nie zwracał na niego uwagi. Usiadł za plecami detektywa. – Jeromme Laydecer, urodzony w 1966 roku w Oklahomie, wzięty detektyw, który wysławił się rozwiązaniem zagadki zniknięcia premiera Francji dwa lata temu. Piękne osiągnięcia. –Powiedział głos, którego detektyw nie mógł rozpoznać, nie znał go w ogóle. Nie odwracał się, bowiem czuł na swoim ciele, ostry zakończenie noża, które powoli wbijało się w jego żebra, z każdą chwilą coraz bardziej. –Kim jesteś, czego chcesz… -Odparł niespokojnym głosem.

-Jestem twoim przyjacielem i nie chcę, by stała ci się krzywda. -Jeśli tak jest to zabierz ten nóż, z moich żeber i powiedz, skąd wiesz o mnie to wszystko. -Wiem jeszcze więcej, niż myślisz, że wiem. Nie jesteś wcale taki sprytny. –Laydecer tylko słuchał i nic się nie odzywał, w jednej chwili poczuł tylko jak czubek noża rozciął skórę i ciepła krew lekko zaczęła z niej kapać i spływać po ciele. Wiatr walił o szyby biblioteki z taką mocą, że wiadomo było, iż nikt w taką pogodę nie wybierze się, aby poczytać. –Masz rzucić tą sprawę, którą się zajmujesz rozumiesz!! –Krzyknął napastnik. -Zabierz ten nóż i porozmawiajmy. –Odparł spokojnym głosem. Młody mężczyzna opuścił nóż i przesiadł się, obok Laydecera. Jeromme spojrzał na niego i to, co zauważył bardzo go zaskoczyło. Nie był to chłopak, który wyglądał na przestępcę. Był dobrze ubrany w skórzaną kurtkę i dżinsowe spodnie z dobrego materiału, oraz stylowe buty ze skóry. –Wierz mi nie chcę ci robić krzywdy, oni wszędzie są i obserwują. Udawaj, że się boisz, że nadal trzymam nóż przy twoim boku, wtedy będę mógł z tobą porozmawiać. –Wyszeptał cichym głosem i rozejrzał się nerwowo po całej bibliotece. -Kim jesteś i kto cię na mnie nasłał. –Zapytał Laydecer. -Pakujesz się w niezłe gówno, a niektórym ludziom to się nie podoba, więc skończ z tym póki nie jest za późno. -Dlaczego mi to mówisz? -Bo ja już nie mam nic do stracenia, straciłem już wszystko, co mogłem. Dom, pracę, rodzinę, żonę, maleńką córkę, nie pozostało mi już nic, kompletnie nic. Myślałem, że przyjaciele, za których ich brałem pomogą mi i ty też będziesz tak myślał o ile już tak nie myślisz. -Więc, dlaczego dźgnąłeś mnie nożem? –Zapytał ze zdziwieniem. -Gdyby zobaczyli, że chcę pogadać z tobą w inny sposób, niż sobie zaplanowali, wtedy ani ja, ani ty byś nie przeżył. –Teraz już cię nie rozumiem, ty ciągle dla nich pracujesz? -A, co mi zostało… miałem iść na ulicę i żebrać. Dzisiaj z tym wszystkim kończę, już nikt nie będzie mną rządził. Będę wolny. A ty posłuchaj mojej rady i zostaw tą sprawę w spokoju, bo możesz poruszyć pewne sznurki na samej górze, a jak one się poruszą to nie będzie siły, która by je powstrzymała. Mężczyzna wybiegł bardzo szybko. Po dwóch minutach słychać było strzał, bardzo mocny huk wystrzeliwanej kuli. Laydecer podszedł do okna i zobaczył tego samego chłopaka, który z nim rozmawiał przed minutą. Leżał na asfalcie z rozwaloną głową, która była podziurkowana jak sito, przez które można było przecedzać kartofle. Nie był to jeden strzał, lecz kilka bardzo szybkich.

Paryż nie był już takim miastem jak wcześniej postrzegał je młody detektyw z USA. Miasto zakochany wtedy myślał. Jednak szybko zmienił zdanie, setki

morderstw dokonywane w tym mieście były szybko tuszowane przez władze miasta, gdyż oni też nie byli do końca niewinni. -Jeromme Laydecer? –Zapytał nieznajomy mężczyzna podchodząc do niego na rynku Champs Elysees, gdzie szukał choćby najmniejszej wskazówki, która pomogłaby mu ruszyć dalej w sprawie pani Richmond. Często, bowiem można było tu spotkać ludzi, którzy pozornie nie liczyli się w świecie wielkich pieniędzy, jednak to były tylko pozory, oni byli głównymi kanałami przerzutowymi, narkotyków, dzieł sztuki, pieniędzy, umieli przeszmuglować wszystko. Laydercer odwrócił się i zobaczył młodego Włocha z czarno-ściętymi włosami i zapuszczoną lekką bródką, która wydała mu się śmieszna. –Tak? –Odparł pewnie i stanowczo. -Proszę pójść ze mną, mam coś, co pana zainteresuje. Jeromme był całkiem zaskoczony. Skąd on mnie zna, skąd wie, czego ja szukam, pierwszy raz widzę go na oczy, a on zachowuje się tak jakby znał mnie od zawsze. –Pomyślał i wszedł za Włochem do małego budynku, gdzie znajdował się antykwariat ze starymi rzeczami. Mężczyzna zaprowadził go wprost na zaplecze, gdzie przy stoliku ustawionym dokładnie na środku grało w pokera czterech mężczyzn w podeszłym wieku. Okien w tym pomieszczeniu nie było. Pokoik cały zagracony w różne działa sztuki. Kominek, stał w lewym rogu, gdzie lekko się tlił ogień. Laydecer nie mógł nadal przywyknąć do tego ścisku, w którym żyją Francuzi, choć już było lepiej niż na placu, gdzie zawsze jest mnóstwo osób nie tylko zamieszkujących w Paryżu, ale i obcokrajowców. Jeden z mężczyzn, który miał białą ze starości brodę, nagle przerwał grę i spojrzał na przybysza. –Cieszymy się, że przybyłeś. –Wstał a za nim wstali pozostali trzej mężczyźni. –My się chyba nie znamy, przynajmniej ja panów, nie znam i nie rozumiem, dlaczego zostałem tu sprowadzony. –Zapytał Laydecer. -Możesz już iść Paulo, dziękuje ci. –Zwrócił się mężczyzna, który siedział na samym końcu stołu, co sugerowało, że był najważniejszy w tym gronie. Włoch wyszedł. –Nazywam się Pan X, a to są moi współpracownicy. Michel, Thiery i Noga, jak go żartobliwie nazywamy. -No tak nazywają go tak, bo rzeczywiście nie ma nogi. –Pomyślał i spojrzał na nogę Nogi Jeromme. –Podejdź tu do nas i usiądź. Detektyw natychmiast to uczynił i już siedział razem z nimi przy stole. -Więc, po co zostałem wezwany, czy panowie mają coś, czego ja potrzebuje. -Jakbyś czytał w moich myślach przyjacielu. –Pan X się uśmiechną. –Myślisz teraz pewnie, że to pomyłka, ale jesteś w błędzie. Ty pomożesz nam, my pomożemy ci. -Dobrze, ale nadal mało z tego rozumiem. –Zapadła cisza pozostała trójka, Michel, Thiery i Noga uśmiechnęli się pod nosem. Pan X ciągnął dalej swoją wypowiedź. –Chcesz pomóc tej nieszczęsnej kobiecie, która straciła męża, ale sam nie wiesz gdzie szukać, jak zacząć to wszystko, bo nie masz tak naprawdę ani jednego punktu zaczepienia, poza tą śmiercią tego chłopaka przed biblioteką,

ale dobrze wiesz, że to za mało. Te informacje, którymi dysponujesz o organizacji „Opór” to nie są tak naprawdę żadne informacje. -Doskonale, wiec czekam na pańską propozycję, czego pan ode mnie oczekuje, bo jeśli dobrze rozumiem to pan wie coś o tej organizacji i jest wstanie sprzedać mi te informacje, za odpowiednią sumę. -Tak bardzo dobrze pan pojmuje całą sprawę. –Powiedział z ironią, a następnie spojrzał się na swoich kompanów od kart. Laydecer poczuł się niepewnie, w głębi myślał sobie, że są to osoby, których szuka, osoby, które mają coś wspólnego ze śmiercią Frederica Richmonda. Jednak był w błędzie. -Teraz niech pan mnie bardzo uważnie słucha. Dostaniesz przyjacielu kartkę z numerem telefonu, to nie będzie zwykła kartka, strzeż jej jak oka w głowie. Jutro pójdziesz na plac Marches Aux Puces znajdujący się przy porcie de ST Quenn. Stamtąd zadzwonisz pod ten numer. Po pięciu minutach wyjdzie po ciebie mężczyzna w średnim wieku, który da ci namiary na osoby z organizacji. -No dobrze, a ja, co mam zrobić, sam powiedziałeś, że ja pomogę wam, a wy pomożecie mi. -Ty się już o to nie martw, zgłosimy się do ciebie w odpowiednim momencie. Pan X podsunął kartkę z numerem telefonu bardzo ostrożnie do Laydecera, zapamiętaj numer i zniszcz go. –Powiedział stanowczym głosem. -Oczywiście. –Odparł. -A teraz wybacz wrócę do gry z przyjaciółmi, do zobaczenia niebawem. Laydecer wstał i wyszedł, zamknął za sobą stare drewniane drzwi od zaplecza i spojrzał w kierunku Włocha, który stał i czyścił szmatką stary zegar. Następnie wyszedł z antykwariatu.

Jeromme nie spał całą noc, wszystko, co robił, o czym myślał, co czuł sprowadzało się do jednego, do tajemnicy obrazu Amelii Richmond, tajemnicy, która pochłaniała go coraz bardziej i bardziej. Nie mógł jeść, spać, racjonalnie myśleć. Była piąta rano a Laydecer siedział w fotelu przed oknem, które wychodziło na ulicę i obserwował nocne życie swego kochanego miasta, od czasu do czasu robił łyk gorącej herbaty. Nic niezwykłego nie zobaczył, zaledwie kilka razy pojawił się mu przed oczami pies z kulawą nogą, który włóczy się po śmietnikach szukając czegoś do zjedzenia. Czuł się bardzo zmęczony, ale nie mógł spać, a może nie chciał. Setki spraw, które rozwiązywał w swoim życiu nie mogły równać się z adrenaliną, której dostarczała mu ta sprawa. Siedział tak i rozmyślał, aż wstało na horyzoncie słońce, które budziło do życia całe miasto. Spojrzał na zegarek. –Cholera, musiało mi się przysnąć. –Pomyślał i szybkim krokiem ruszył do szafy, która stała po lewej stronie od fotela. Ubrał się bardzo szybko i sprawnie, następnie zszedł po trzeszczących schodach na dolną część domu. Ubrał swój ulubiony szary płaszcz i kapelusz z rondem. W tej chwili była siódma rano. Wyszedł.

Na targu, jak w każdy czwartek, ludzi sprzedających jak i tych, którzy mają zamiar coś kupić nie brakowało. Tłumy były ogromne, z trudnością można było przejść. Laydecer dobrze wiedział, ilu ludzi w te dni odwiedza podobne miejsca, dlatego starał się, jeśli to możliwe omijać takie targi szerokim łukiem. Zgodnie z instrukcją, jaką powiedział mu Pan X doszedł do straganów i zadzwonił. Nie minęło pięć minut, a obok niego stał mężczyzna z ciemną karnacją skóry i ogoloną głową na łyso. Miała około czterdziestu lat. –Chodź, nie będziemy rozmawiać na widoku. –Powiedział. I ruszył przed siebie. Spod kurtki wystawała mu pomięta koszula, spodnie miał upaprane błotem. Laydecer ruszył za tajemniczym mężczyzną. Szli dość długo, minęli wszystkie stragany i skierowali się na plac, o którym mało, kto wiedział, a na pewno nie wiedzieli o nim zwykli obywatele, no i może ci trochę niezwykli też, przecież Jeromme nie wiedział. Weszli do starej szopy obok studni, która znajdowała się na środku placu. Ku zaskoczeniu detektywa, znajdował się tam Alcest. Podszedł do niego. -Co ty tutaj robisz?? –Zapytał ze zdziwieniem. -Mówiłem, żebyś tą sprawę zostawił w spokoju, ale ty nie… oczywiście postanowiłeś dopiąć swego. Nie dobrze zrobiłeś, bardzo niedobrze. No, ale cóż stało się. Jestem osobą, która ma cię wprowadzić w szeregi „Oporu”. -Ty? Dlaczego nic nie powiedziałeś?? -Nie mogłem, mniejsza z tym, teraz dowiesz się całej prawdy związanej z obrazem, jeśli już tu dotarłeś, to znaczy, że twoje życie przestało mieć znaczenie w sensie ludzkim. -Co to znaczy? –Wtrącił. Alcest podszedł do piecyka i dołożył kilka drewienek. Następnie zebrał wszystkie butelki ze stolika i wrzucił je do kosza. Pomieszczenie, było bardzo małe i zaniedbane, na ścianach wychodził grzyb. Rozświetlone było słabym światłem czterech lamp naftowych. Alcest usiadł przy stoliku. Mężczyzna, który przyprowadził Jeromma wyszedł, wiedział, że nie wolno mu być przy nim w tak ważnej chwili, jaka ma nastąpić. Usiądź, koło mnie. –Powiedział Alcest i wyciągnął zwój pożółkłych papierów, które wyglądały na bardzo stare. -Widzisz te papiery? –Zapytał. -Tak. -Jeśli je widzisz to w nie wierzysz, prawda? -Tak, wierze…, ale nie rozumiem… -Jeden z papierów był zapieczętowany, wyglądał na bardzo ważny, na taki, którego nie wolno było otwierać przed specjalną okazją inaczej mogła stać się rzecz niewyobrażalnie straszna, taka, która mogła spowodować wiele kataklizmów na ziemi, jakby to była jedna z biblijnych pieczęci. Ale to nie była ta pieczęć. W zalakowanej kopercie znajdowała się bardzo ważna część całej układanki. -Otwórz ją, tylko spokojnie, bez nerwowych ruchów, tak byś jej nie uszkodził. –Powiadomił go spokojnym i życzliwym głosem Alcest.

Laydecer otworzył ją i wyciągnął zwój papieru, na którym było coś narysowane. -Mapa? –Zapytał Laydecer. -Tak, to mapa, niezwykła mapa, mapa, która może zabić, wyzwolić i zbawić, a także opętać. Rozumiesz mnie? -Im więcej wiem tym mniej. Już nic nie rozumiem… -Obraz namalowany w 1972 roku przez Billa Stonehama, to kapsuła, która utrzymuje w sobie wszystkie złe moce, które były, są i będą na świcie. W niej znajdują się najgorsze piekielne sztuczki. Wszystko, co zakazane i złe. Zapytasz teraz pewnie, czy nie próbowałem skonsultować się z kościołem… Zaskoczę cię, pojechałem nawet do Watykanu, jednak nie otrzymałem pomocy, o którą usilnie prosiłem. -Zło i to wszystko, o czym mówisz istniało, dużo wcześniej przed namalowaniem, tego obrazu. W jaki sposób temu malarzowi, udało się zamknąć te wszystkie okropieństwa? -To nie malarz je zamknął, lecz potomek, ostatniego czarnoksiężnika, z którego siłami walczymy. -To brzmi, jak jakaś bajka, trudno w to uwierzyć. -Spójrz na mapę. Przypatrz się dokładnie. -Nic nie widzę… -Data jej produkcji, z jakich lat ona pochodzi… Laydecer spojrzał na zżółknięty papier. Data, którą ujrzał to rok 1792. Od razu w głowie przypomniała mu się data produkcji obrazu, który sławi się tak niechlubną renomą, to dokładna odwrotność tej daty, a był to rok 1972. -Widzę, że trochę cię to zastanowiło, ale to dobrze. Wiem, o co chcesz ponownie zapytać, ale powiem ci, że nie jest to zbieg okoliczność tak jak przy innych wydarzeniach. Czarna magia, co dwieście lat odradza się w każdym z nas. Jesteśmy tylko jej nosicielami, ona czeka na chwilę słabości, która nas ogarnie, a wtedy zaatakuje z całą swoją mocą. -Sugerujesz, że to stało się właśnie teraz, a co z organizacją „Opór”. -Ta tajemnicza organizacja, powstała ponad dwieście lat temu. Po straszliwych wydarzeniach w Salem, które niewątpliwe przeszły do historii, jako wytępienie wszystkich czarownic z ziemi, okazał się największym błędem w historii sądownictwa ówczesnych czasów. Sto lat później podobna siła ulęgła się w amerykańskiej rodzinie Flegrowsonów. Potomek, tej rodziny stał się największym i najpotężniejszym czarnoksiężnikiem w całej historii ludzkości. Jednak nie wielu o nim wiedziało, albo nie chciało wiedzieć, bo, po co mógłby przecież się zemścić. Jednak sąsiad tej jak to wszyscy mówili dobrej rodziny, zorientował się we wszystkim i po prostu spalił chłopca żywcem. Dziewięcioletni Adam, bo tak miał na imię palił się na stosie, który sam przygotował, na swoje dziesiąte urodziny. Miało być ognisko i pieczone ziemniaki, a okazało się zupełnie, co innego, sam dobrze wiesz… Miał

niespełna dziesięć lat, a moc, którą posiadał wystarczyłaby do zniszczenia całej ziemi, całego życia na niej… -Co z „Oporem”. -Przywódcą jest wpływowy i zamożny biznesmen z Londynu niejaki Tom Adinton, który jest krewnym brata chłopca, który spłonął na stosie ponad dwieście lat temu. Organizacja ma na celu, odzyskanie obrazu, który może dać niewyobrażalną potęgę. -Co mam teraz zrobić, jak go powstrzymać?. Z tego, co słyszałem to jest nieobliczalny człowiek, który jest pozbawiony jakichkolwiek skrupułów, ale nikt nie może znaleźć na niego haka. -Dostaniesz haka, który da ci wielkie pole manewru, tylko uważaj nie wolno ci angażować do tej sprawy uczuć. Adinton ma pewną słabość, którą bez wątpienia są wyścigi konne i jego córka Ana. Nie muszę ci więcej tłumaczyć… -Nie, nie musisz. –Odparł Laydecer z wielkim niedowierzaniem, cały czas mu się wydawało, że śni, że to nie może być prawda. Spojrzał na Alcesta i zapytał. -Ale jak, jak sprawię, że go powstrzymam?? -To proste, musisz tylko znaleźć klucz, do obrazu, który pozwala na otwieranie i zamykanie wszystkich nadprzyrodzonych sił, jakie rządzą światem.

Minął tydzień, a potem następny. Laydecer nie mógł doczekać się spotkania z Tomem Adintonem i jego jak to wszyscy mówili uroczą córeczką. Jeromme, nadal pracował dla pani Richmond, jednak nie chciał jej wyjawić wiedzy, jaką otrzymał w darze wcale o nią nie prosząc. Był bardzo pomocny. Amelia dzwoniła do niego o każdej porze dnia i nocy wzywając go do siebie. Doświadczony detektyw i zatwardziały kawaler, sam nie wiedział, kiedy zaangażował swe uczucia w związek, który nie mógł formalnie istnieć. Wszystko zaczęło się pewnej pięknej nocy. Laydecer szykował się już do spania, gdy nagle zadzwonił telefon. W myśli wiedział, kto może dzwonić o tej porze, ( na zegarze była już dwudziesta trzecia). Odebrał i bardzo szybko się ubrał. Przyjechał na umówione miejsce taksówką. Amelia czekała na niego przed hotelem i nerwowo wypatrywała. Gdy go ujrzała głośno krzyknęła. –Chodź tu wreszcie, bo ktoś cię zobaczy. Jeromme podbiegł szybko. -Co się stało?? –Zapytał zdezorientowany. -Musiało się coś stać byś przyjechał do mnie?? -Oczywiście, że nie. Ta noc była bardzo długa, najpierw poszli do eleganckiej restauracji, na którą stać tylko wybrane osoby. Razem świetnie się bawili, żartowali, a nawet razem zatańczyli. Czuli się razem cudownie. Laydecer, od dawna tak świetnie się nie bawił, był zazwyczaj osobą nie, lubiącą wypadów na miasto. Tą sielankową atmosferę przerwał nagły telefon, którego otrzymał Jeromme. Odebrał go, a jego mina nagle jakby osłabła. Zadzwonił do niego Alcest, podając dokładny adres

gdzie spotka Toma Adintona. Powiedział mu wszystko z dokładnością do minuty gdzie ma stać o danej porze i co ma robić, by zwrócić na siebie jego uwagę. Dalsza część wieczoru, już nie była taka udana. Amelia ubrana w piękną złotą suknie wyglądała przepięknie, jednak na nim to już nie robiło wrażenia. Nic jej nie powiedział do końca zachowywał pozory. Na pytanie, kto dzwonił odpowiedział jednym zadaniem, bez zastanowienia „To była pomyłka”. Wrócił

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych