Przerwana misja / 2
Kontynuacja przygód załogi Antaresa.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Einsteinowski wszechświat pełen jest anomalii, występującej dookoła każdej odpowiednio dużej masy. W ich obrębie statki mogą poruszać się z prędkościami nadświetlnymi, a nawet ściśle rzecz biorąc, prędkość światła jest tam wartością minimalną, najmniejszą możliwą do osiągnięcia. Jednak rozległość anomalii jest ograniczona; statki wylatujące poza jej granice bardzo często ulegały katastrofie, a nawet jeżeli nie one same, to raczej załoga z trudem znosiła gwałtowne przeciążenie sięgające w jednej chwili setek G. Był to poważny problem stawiający dalszą eksplorację galaktyki pod znakiem zapytania, dopóki nie odkryto, że anomalie połączone są korytarzami hiperprzestrzennymi. Nagle okazało się, że cała galaktyka przypomina wydrążony wewnątrz ser szwajcarski. Matematyka hiperprzestrzeni stanęła przed nowym wyzwaniem: sposobów obliczania lokalizacji wejść i długości korytarzy. Nie było to łatwe, ale konieczne dla zapewnienia bezpieczeństwa lotu, dlatego opanowanie tej umiejętności stanowiło niezbędny element szkolenia dowódców wypraw kosmicznych. Była to prawdziwa zmora studentów akademii kształcących przyszłych astronautów, kto nie opanował matematyki hiperprzestrzeni, nie miał co marzyć o podróżach w przestrzeni kosmicznej w charakterze innym, niż pasażer rejsu wycieczkowego. Rubbermann był zdolnym, obdarzonym wysokim ilorazem inteligencji mężczyzną, jednak ta dziedzina nauki sprawiała mu zawsze spore problemy. Bardzo je przeżywał przez cały okres studiów; bał się każdego egzaminu do tego stopnia, że pozostawiło to w jego psychice trwały ślad; każdy widziany we śnie zwiastował pasmo nieszczęść. Teraz również brzęczyk interkomu przerwał senny koszmar egzaminu z matematyki hiperprzestrzeni. Kiedy tylko Toule otworzył oczy, wiedział już, że stało się coś złego.
*** Mostek prędko zapełniał się resztą załogi, którą Toule kazał wezwać, gdy stwierdził, że sytuacja jest groźniejsza, niż z pozoru wyglądało. - Co się dzieje? – zapytał Teddy, który przyszedł ostatni. - Wlecieliśmy w obszar burzy magnetycznej. – Rubbermann silił się na spokojny ton głosu. Nawigator głośno ziewnął, zasłaniając kułakiem usta. - I co? Ekrany ochronne podnieśliście? - zapytał pomiędzy ziewnięciami. - Oczywiście. – Anit spojrzała na niego z politowaniem. Jak mógł o to pytać? Nie była przecież nowicjuszką – Ale utraciliśmy łączność z bazą, a przyrządy przekłamują odczyty. Teddy lekceważąco machnął ręką, siadając w swoim fotelu. - To normalne przy podniesionych ekranach. – skwitował – Najważniejsze, że znamy naszą ostatnią pozycję. Komputer powinien utrzymać nas na kursie, dopóki nie wylecimy z burzy. A brakiem łączności nie przejmujcie się. Odzyskamy ją, gdy wylecimy w czystą przestrzeń. Lecz nie było to takie oczywiste, z czego zdawał sobie sprawę. Systemy elektroniczne statku, były ekranowane, lecz burza magnetyczna mogła je, mimo wszystko, uszkodzić. Ekrany ochronne pełniły bardziej rolę czynnika uspokajającego, niż rzeczywiście zabezpieczały przed wpływem promieniowania. Ale Teddy nie obawiał się o zdrowie załogi; promieniowanie przy tym natężeniu, jakie odczytał z urządzeń kontrolnych, było dla ludzkich organizmów praktycznie nieszkodliwe. Najbardziej martwił się o sprzęt elektroniczny, który pod wpływem pola elektromagnetycznego mógł łatwo ulec uszkodzeniom. Im precyzyjniejszy, tym większe istniało tego niebezpieczeństwo. Na szczęście elektronika na Antaresie nie była najnowszej generacji. Lecz to niewielka pociecha; każdy defekt komplikował naprawy, gdyż części zamiennych nie miał za wiele. Mimo wszystko jednak Teddy nie tracił nadziei, sądząc że jego obawy są tylko wynikiem przewrażliwienia. To była w jego karierze trzecia burza magnetyczna przez którą przelatywał i jak dotąd, nic się nie stało. A gdyby kiedyś opuściło go szczęście, trudno, zdawał sobie przecież sprawę z ryzyka związanego z wykonywanym zawodem. Tylko żal zrobiło mu się przyjaciół. Spojrzał na nich; zobaczył poczciwe zmęczone twarze; troskę w oczach komandora, skupiony wyraz twarzy Anit. Uśmiechnął się odpędzając czarne myśli. - Mam nadzieję, że przerwanie łączności nie wywoła paniki na Ziemi? – zmartwiła się Joann. - Na pewno nie, - Toule stanął za jej plecami uspokajająco gładząc ją po jej długich, miękkich włosach – odczekają przepisowe czterdzieści osiem godzin, zanim zaczną coś robić. Poza tym jakby co, to wiedzą gdzie nas szukać. Teddy sprawdzał pobieżnie wskazania przyrządów, trąc zaspane oczy. - John, - zwrócił się do inżyniera odwracając wzrok od holograficznych wskaźników – nie wiesz, jaki rozległy jest obszar burzy, w który wlecieliśmy? - Nie mam pojęcia. – odpowiedział Kinnari wzruszając ramionami - Rozmawiałem akurat z Ziemią, gdy się zaczęło. To Anit ją zauważyła. - Ja również nie wiem. – odparła Wronsky – czujniki nie wykryły jej wcześniej. Dopiero, gdy w nią wlecieliśmy, tak jakby pojawiła się nagle. Nawigator potarł ręką czoło. - Cholera, - zaklął – może to fala uderzeniowa supernowej? Wtedy możemy mieć poważne kłopoty. - Spokojnie, spokojnie! – Rubbermann starał się uspokoić załogę – Bez paniki, na razie jeszcze lecimy! Czy systemy statku są sprawne? John, który siedział przy panelu kontrolnym, uważnie przyjrzał się wskazaniom. - Bez zarzutu. – stwierdził. - W porządku. Proponuję zwiększyć prędkość. Szybciej wówczas wylecimy w wolną przestrzeń. Teddy przecząco pokręcił głową. - Burza zakłóca radar. – zauważył – Jesteśmy ślepi, możemy z czymś się zderzyć. - Powinniśmy zaryzykować. – Toule lekceważąco wzruszył ramionami – Kosmos jest zbyt rozległy, by istniało realne zagrożenie kolizji z jakimś obiektem. Przebywając w burzy, grozi nam o wiele większe niebezpieczeństwo. John, ile wydusisz z silników? Kinnari nie odwracając głowy od pulpitu kontrolnego wyświetlił procedurę prędkości awaryjnych. - Piętnastokrotną nadświetlną, w tych warunkach. – powiedział czytając szybko przesuwający się tekst - Jednakże nie zalecam maksymalnej prędkości. Hamowanie do przelotowej potrwa zbyt długo. - Potem będziemy się tym martwić. – Rubbermann nie wahał się w podjęciu decyzji – Wszyscy na miejsca. Inżynier – piętnastokrotną nadświetlną proszę, nawigator – czujniki na pełen zasięg. - Tak jest! – odpowiedzieli jednocześnie. Antares powoli przyspieszał, wskazania przyrządów zmieniały się coraz szybciej migotając rzędami jaskrawych cyfr. Cała załoga w napięciu oczekiwała na jakąś awarię, jednakże wzrost prędkości ustabilizował lot statku i astronauci odnieśli wrażenie, że sytuacja ulega poprawie. Choć nie przyznawali się do tego przed sobą, każdy odetchnął z ulgą. Najwięcej Toule, który chociaż nadrabiał miną, najwięcej martwił się konsekwencjami wydanego przez siebie rozkazu. Nigdy nie był w burzy magnetycznej i nie wiedział co robić. Bał się, więc wydał rozkaz zwiększenia prędkości, by jak najszybciej być poza jej zasięgiem. Dręczyły go jednak obawy, czy nie zaszkodzi to konstrukcji statku. Na szczęście nic na to nie wskazywało. Antares szedł równo, a odczyty były coraz stabilniejsze, jakby burza słabła. Hologramy nawigacyjne po kolei odzyskiwały swój normalny wygląd i zaczynały wskazywać ich aktualną pozycję, zgodną z przewidywaniami. Kiedy także radar zaczął normalnie rozróżniać tło, Toule rozkazał zredukowanie prędkości do przelotowej. John posłusznie wykonał rozkaz, bardziej nawet skwapliwie, niż chciałby po sobie pokazać. Jednakże zbyt dobrze zdawał sobie sprawę, czym grozi latanie na ślepo z taką prędkością. - No, to najgorsze za nami. – Kinnari odetchnął z ulgą. - Obyś się nie mylił. – westchnął Rubbermann. Nie wyglądał na przekonanego – Opuście osłony. Widzicie? – spojrzał tryumfalnie na swoją załogę – Nie było czym się martwić, dowódca zawsze wyciągnie was z największych tarapatów. - Nie przechwalaj się, - skarcił go Teddy – czuję w kościach, że mieliśmy duże szczęście. Toule wzruszeniem ramion zignorował słowa nawigatora. - Jak długo będziemy zwalniać do prędkości przelotowej? – spytał inżyniera. - Przynajmniej połowę cyklu dobowego. - O, nie szkodzi. – komandor beztrosko machnął ręką - Drogę przed sobą mamy czystą. Ogłaszam koniec pogotowia. Kto chce, może iść odpocząć. - Ja idę, - Joann walczyła z ogarniającą ją sennością – zostałam wyrwana ze snu w środku nocy. - Ja też. – zadeklarowała Edit. - Idźcie wszyscy. – zaproponował John – Nie jesteście tu potrzebni, a moja wachta jeszcze się nie skończyła. - Racja. – przyznał Toule – Wachta zostaje na mostku, reszta do kajut.
*** Rubbermann idąc do kajuty zastanawiał się, ile jeszcze czeka ich w trakcie tej misji przygód i niespodzianek. Wolał, żeby lot był nudny, ale przewidywalny; nudę można zwalczać na tysiąc sposobów i nie przeszkadza w wykonaniu zadania. Tknięty nagłym uczuciem niepokoju przypomniał sobie o palniku laserowym znalezionym przez Edit w przedziale syntezy. Ciekaw, do czego był tam używany postanowił to sprawdzić. Ruszył energicznym krokiem wzdłuż korytarza do stacji transportera technicznego. Bardzo się zdziwił, gdy nie zastał wagonika po dotarciu na miejsce; mogło to oznaczać tylko jedno: ktoś był w maszynowni. Toule nie miał wątpliwości, że to ten, kto pozostawił w przedziale syntezy palnik; jednego był jednak pewien: to nie był John Kinnari, miał przecież teraz wachtę i przebywał na mostku. Przyszło mu na myśl, że to może znowu Edit? Chociaż mało prawdopodobne, bo co by robiła tam o tej porze, skoro już dzisiaj odbyła swą rutynową dawkę ćwiczeń. Sprawa zaczęła mu wydawać się podejrzana. Nie chcąc spłoszyć tajemniczego osobnika ruszył pieszo poprzez śluzy do maszynowni. Kiedy jednak dotarł na miejsce nikogo w przedziale syntezy już nie było. Dokładne oględziny wszystkich urządzeń także nie wykazały żadnych śladów uszkodzeń, czy naprawy. Z lekkim uczuciem zawodu, ale i ulgi przywołał transporter techniczny, którym udał się w drogę powrotną. Po niedługim czasie był już w swojej kajucie. Nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Wreszcie doszedł do wniosku, że te jego obawy są wynikiem stresu i przemęczenia. Uspokojony położył się w koi prędko zasypiając.
*** Anit usiadła przed holograficznym wyświetlaczem radaru, założyła ręce za głowę i oparła się wygodnie w fotelu; przymknęła oczy. John kręcił się bez celu po mostku, sprawdzając od czasu do czasu wskazania przyrządów. W końcu zniechęcony również usiadł na swoim miejscu. Bezmyślnie patrzył na powoli malejące wskazania prędkości. Nie przeszkadzał Anit, która zdawała się drzemać i wkrótce sam przymknął oczy, znudzony monotonnością obserwowanych wskazań. Niespodziewanie statkiem targnął nagły wstrząs. Anit i John zerwali się ze swoich miejsc. - Co to było!? – zawołał Kinnari. - Nie mam pojęcia? - Wronsky rozglądała się wokół rozszerzonymi strachem oczami. - Raczej nie wybuch. Spojrzała na wskazania radaru. - O cholera! – wykrzyknęła - Asteroidy na kursie! Komputer rozpoczął procedurę kolizyjną i awaryjnie wyprowadził Antaresa z nadświetlnej, stąd ten wstrząs. Nie ominiemy ich, musimy przez nie przelecieć, przechodzę na sterowanie ręczne! Budź komandora! - Zaraz sam tu przyjdzie! Czuł przecież wstrząs. – John odzyskał równowagę psychiczną, gotów był do trzeźwej i spokojnej oceny sytuacji – Przygotuję raport o uszkodzeniach. Skoro już musimy lecieć przez rumowisko skalne postaraj się w nic nie uderzyć. Kobieta pospiesznie zapinała pasy bezpieczeństwa i uaktywniała manual sterowniczy. - To nie moja wina. – broniła się – Radar był nastawiony na daleki zasięg. Pole asteroidów musiało wejść w martwą strefę, kiedy byliśmy w burzy. - W porządku, nie mam do ciebie pretensji. - John, sprawdzający systemy statku, chcąc uspokoić koleżankę starał się nadać swojemu głosowi łagodne brzmienie. - Procedura awaryjnego hamowania zakończona! – dodał zmieniając temat - Mamy już trzecią kosmiczną i zwalniamy. Teraz w razie kolizji mamy chociaż minimalne szanse. - Statki tego typu są bardzo odporne na uszkodzenia. - biolog skwapliwie podchwyciła zmianę tematu. - Usiądź i zapnij pasy. Przygotowuję się do manewrów uchyleniowych. Kinnari usiadł za swoim pulpitem zakładając pasy przypinające go do fotela. Anit sprawnie, kierując się radarem, wymijała nadlatujące z różnych stron odłamki skalne. Była bardzo dobrym pilotem. Tego fachu nauczyła się w wojsku, kiedy jeszcze marzyła jej się oficerska kariera. Jednak po ukończeniu Akademii Sił Kosmicznych zmieniła zdanie i przeszła do cywila. Jedyną pamiątką pozostał jej pierścień oficerski, z białym połyskującym jak gwiazda kamieniem - prezent Akademii dla jej absolwentów - który z dumą nosiła na palcu. W cywilu ukończyła Uniwersytet Yale i została cenionym biologiem, specjalizującym się w obcych formach życia. Pomimo młodego wieku jej dorobek naukowy był imponujący. Zrewolucjonizowała teorie powstawania życia i częstotliwości jego występowania w Kosmosie, co potrafiła udowodnić empirycznie, odkrywając życie tam, gdzie zakładała że istnieje. A jednak, co ciekawe, odkrywana przez nią różnorodność form żywych nie zachwiała jej przekonania o powstaniu Wszechświata z woli boskiej i pozostała osobą wielce religijną. Teraz także, lawirując pomiędzy pędzącymi asteroidami, pomimo całego swojego profesjonalizmu oraz doświadczenia, w duchu Bogu polecała opiekę nad sobą, statkiem i załogą. Wkrótce na mostku zaczęli zjawiać się pozostali członkowie wyprawy. Pierwszy nadbiegł wystraszony Toule i spytał co to był za wstrząs, od którego prawie spadł z koi. Kiedy powiedziano mu co się stało, usiadł na swoim miejscu wpatrując się w plecy Anit mocno przestraszony. Zapanował jednak szybko nad sobą. - John, - zwrócił się do inżyniera – najważniejszy teraz jest napęd. Zrób wszystko, co w twojej mocy, by statek był sprawny. Czy coś zostało uszkodzone? - Wszystkie systemy są sprawne. – zapewnił Kinnari – Tym razem się wywinęliśmy. - Bardzo się cieszę. Anit, zrób wszystko, co możesz, by nas z tego wyciągnąć. - Właśnie to robię. Nie rozpraszaj mnie komandorze. - Przepraszam, masz rację! – szepnął. Nikt więcej się nie odzywał. Na mostku zaległo pełne napięcia milczenie. Każdy, kto nie był zajęty sprawdzaniem wskazań przyrządów, patrzył w trójwymiarowy obraz radaru, na którym widać było asteroidy nadlatujące kursem kolizyjnym. Anit sprawnie je wymijała. Wszyscy musieli przypiąć się do foteli, by gwałtowne manewry nie pozrzucały ich na podłogę. - Jak duży jest pas asteroidów, przez który przelatujemy? – zapytał Toule. - Wykracza poza zasięg radaru. – Wronsky nie spuszczała wzroku z przyrządów. Skupiona na prowadzeniu statku, niewiele zwracała uwagę na to, co dzieje się wokół niej. Komandor przygryzł dolną wargę. Nerwowo stukał palcami w podłokietnik fotela. - Cholera, ale się wpakowaliśmy. – zaklął. - Bądźcie dobrej myśli. – pocieszała ich Anit – Idzie mi coraz lepiej. Wyciągnę nas z tego. - Nigdy w to nie wątpiłem. – zapewnił John. W jego głosie zabrzmiała taka szczerość, że aż przez chwilę spojrzała na niego. Ich oczy spotkały się. Po raz pierwszy obdarzyła go szczerym, serdecznym uśmiechem. Wiedziała, że cokolwiek się wydarzy, znajdzie w nim oparcie i pomoc. Tymczasem Antaresowi wciąż zagrażało niebezpieczeństwo. Anit otrząsnęła się z rozmyślań i skupiła na pilotażu. Prowadzenie statku szło jej rzeczywiście coraz lepiej. Pomimo swojej wielkości i masy, bardzo dobrze reagował na stery i był niesamowicie zwrotny. Wiedziała już, że o ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, to wyciągnie kosmolot w wolną przestrzeń nawet nie draśnięty. Załoga w duchu podzielała jej optymizm. Napięcie powoli opadało. Toule żartował nawet półgłosem z Joann, że co warta byłaby podróż bez przygód. Humory powoli powracały wszystkim, gdy nagle Wronsky szarpnęła gwałtownie statkiem. Wszyscy zdziwieni spojrzeli na nią. Ujrzeli, jak rozszerzonymi strachem oczami śledzi wskazania przyrządów. - Coś złego dzieje się z radarem! – głos Anit zdradzał przejawy paniki - Tysiące nowych impulsów na kursie! Nie wiem, co się dzieje! John, pomóż mi! Mężczyzna podbiegł do niej i spojrzał na wskazania radaru. - To jakieś fantomowe echa. – stwierdził – Nie wiem, co je powoduje. - Nie mogę wśród nich rozpoznać prawdziwych asteroidów, a wszystkich, które widzę nie ominę! Kinnari próbował bezskutecznie ustalić przyczynę awarii radaru, wreszcie w desperacji z całej siły uderzył pięścią w jego panel kontrolny. Niespodziewanie przywrócił w ten sposób prawidłowe wskazania. - No widzisz, pomogło! – zaśmiał się mierzwiąc Anit włosy na głowie. Spojrzała na niego skonsternowana. - Ciekawe na jak długo? – zapytała. - John, - Rubbermann po raz pierwszy od dłuższego czasu odzyskał pełne panowanie nad sobą. Znów był sprawnym, zdolnym do szybkich decyzji dowódcą – to nie jest naprawa! Sprawdź co się dzieje, to nie zabawa. - Wiem, wiem właśnie sprawdzam. - inżynier skwapliwie przystąpił do kontroli sprzętu - Anit, gdyby coś nie grało, zaraz daj mi znać. - Bądź pewien, że dowiesz się pierwszy. – zapewniła kobieta. John uważnie sprawdzał radar. Co chwilę zakłopotany drapał się w głowę. W końcu zniechęcony wzruszył ramionami. - Systemy diagnostyczne nie sygnalizują żadnego uszkodzenia. – wyszeptał do siebie zbity z tropu. Nic z tego nie rozumiał. Wszystkie obwody były sprawne, sygnał wyraźny, tylko z jakiegoś powodu zwielokrotniony, rozproszony, jakby przelatywali przez stado ptaków. Tylko skąd ptaki w Kosmosie? Uśmiechnął się do siebie rozbawiony takimi niedorzecznymi porównaniami. Nagle Anit złapała za ramię inżyniera. - A nich to szlag! – krzyknęła nie swoim głosem – Zgasł holoobraz radaru. Jesteśmy ślepi! Zdziwiony spojrzał na ciemne projektory. Najpierw zwielokrotnione echa, a teraz żadnego obrazu. Co jest grane? Zupełnie, jakby coś zasłaniało antenę. Ale co? Ze złością znowu spojrzał na miejsce, w którym powinien znajdować się hologram wskazań radaru. Antenę mieli nadal, bo systemy diagnostyczne ją wykazywały, emitowała nawet normalny sygnał, brak było tylko odczytu jej wskazań. Elektronika również był sprawna. Nie miał pojęcia, co jest grane. Nie zakryła jej przecież chyba żadna nieprzepuszczająca fal radiowych szmata? Tak to wyglądało, lecz skąd by się tu wzięła? Czyżby jakieś szczątki statku, który uległ w tym miejscu katastrofie? I nagle doznał olśnienia. Siedemdziesiąt lat temu potężny habitat Kronos z pięciuset tysiącami mieszkańców na pokładzie wyruszył w Kosmos na poszukiwanie planety nadającej się do kolonizacji. Przedsięwzięcie zostało zorganizowane na gruncie romantycznych uniesień, jakie opanowały ludzkość, gdy została przełamana bariera światła i daleki kosmos stanął otworem. Wyruszyło wówczas siedem habitatów, każdy w inny rejon galaktyki; ze wszystkimi już dawno utracono łączność i nie wiadomo było, jakim zmierzają kursem, przypuszczalnie Kronos mógł przebywać w tym rejonie Kosmosu. John wyobraził sobie katastrofę potężnego statku i pół miliona zamarzniętych zwłok rozsypanych w przestrzeni, odbieranych przez radar jako drobne, niezidentyfikowane impulsy... Wzdrygnął się. Poczuł nieodpartą chęć, by potwierdzić swoje przypuszczenie, ale radar wciąż był niesprawny. - Psia krew! – zaklął ze złością – Co to za cholerna ciuciubabka! - O Boże! – Anit coraz bardziej ulegała panice – Rozbijemy się! Rozbijemy! – krzyczała histerycznie. - Jeszcze nie wszystko stracone! Włączyć kamery dziobowe! – komenderował tubalnym głosem John. Nawigator natychmiast wykonał polecenie. Momentalnie przednią ścianę mostka, na wprost stanowiska dowodzenia i miejsca pilota, rozjaśnił zimny blask. - Kamery włączone! Maksymalna panorama! – meldował Teddy. Ujrzeli olbrzymie, poszarpane odłamy skalne rozsypane wokół statku, być może pozostałość jakiejś planety. Niektóre powoli wirowały, przybliżając się i oddalając od kosmolotu. Strach ściskał wszystkich zimnymi kleszczami, od samego tylko patrzenia na te ponure skały o ostrych jak noże krawędziach. Wydawało się, że jeden wystarczy, by przełamać Antaresa na pół. John rozglądając się uważnie z ulgą stwierdził, że nigdzie nie widzi zwłok pasażerów Kronosa. Anit wpatrując się w ekran szeroko otwartymi, pełnymi strachu oczami, bezradnie kręciła głową. - To mi nic nie da! – krzyczała chcąc podniesionym głosem przełamać paraliżującą ją trwogę – Nie mogę w oparciu o stereoobraz prowadzić statku, bo nie znam prędkości, ani odległości zbliżających się obiektów! - Spróbuj chociaż, na pewno się uda, - Toule próbował podtrzymać ją na duchu, widząc jak cały czas bardzo się boi – nie mamy nic do stracenia! – dodał ciszej. Asteroidy zbliżały się wypełniając cały olbrzymi ekran, zastępujący na mostku iluminator. Anit próbowała je wymijać w oparciu o to co widziała, ale już pierwszy manewr zakończył się kolizją odebraną jako potężny wstrząs całego statku. John zajęty gorączkowym poszukiwaniem niesprawności radaru nie zwracał na nic uwagi. Teddy natomiast, przymykając oczy za każdym razem, gdy uderzenie asteroidu wstrząsało konstrukcją kosmolotu, na bieżąco przygotowywał raporty o uszkodzeniach i natychmiast relacjonował je dowódcy. Na szczęście na razie straty nie były poważne. - Oby tak dalej, - cieszył się nawigator – a wyjdziemy z tego cało. - Cicho bądź, bo zapeszysz! - Toule był bardziej zły, niż wystraszony – John, co z tym radarem?! - Nie mam najmniejszego pojęcia. - Inżynier bezradnie rozłożył ręce. - Systemy są sprawne, wygląda na uszkodzenie anteny. - No, to jesteśmy załatwieni. – wyszeptał czując nagłą suchość w gardle. - Niekoniecznie, - Joann próbowała dodać otuchy – na razie idzie nam nieźle. - Co ty gadasz?! – ofuknął ją dowódca – Każdej chwili może nas zdmuchnąć jakaś skała! Noys nie ustępowała. Pochyliła się w stronę komandora patrząc mu w oczy. - Mostek stanowi pancerną skorupę. – tłumaczyła - W razie katastrofy, od biedy, może być boją ratunkową, choć nie będzie możliwości odnawiania zapasów powietrza. - To żadna pociecha Joann. Nie doczekalibyśmy pomocy. – Toule wyjawił bezlitosną prawdę – John, - zwrócił się do inżyniera – przygotuj lepiej kapsułę ratunkową. - Cały czas jeszcze walczę z tym cholernym radarem! – odkrzyknął. - Masz rację, sam to zrobię! Trzymając się wszystkiego, co popadło, aby nie upaść podszedł do pulpitu sterowniczego i wpisał sekwencję uruchamiającą systemy ratunkowe. Komputer przyjął dane, lecz nie zgłosił gotowości kapsuły. - Cholera! – zaklął pod nosem – To też uszkodzone. John! Systemy ratunkowe są nieaktywne, czy można je uruchomić ręcznie? Kinnari, zajęty sprawdzaniem radaru, nie od razu zwrócił uwagę na pytanie dowódcy. Siedział z dłońmi zaplecionymi na głowie i w zamyśleniu patrzył na skomplikowane układy elektroniczne widoczne pod zdjętą osłoną pulpitu. Jego skupione spojrzenie pozwalało domyślić się, z jakim wysiłkiem próbuje w tej chwili przywołać do siebie całą swoją wiedzę i doświadczenie, by odkryć przyczynę niesprawności urządzenia, które jest im w tej chwili tak niezbędnie potrzebne. Wreszcie, jakby bezwiednie spojrzał na komandora. - Tak, - powiedział - musisz zejść do kapsuły i wpisać sekwencję uruchomieniową na jej głównym panelu sterowniczym. - Proste. Największy problem, to chyba to, że muszę się tam pofatygować osobiście. - No, mniej więcej. – przyznał rację John – Ale i tak wszyscy tam pójdziemy, gdy będzie gorąco. Komandor wzdrygnął się nerwowo. - Wypluj to słowo! Zaraz wracam. – dodał. Ruszył w stronę wyjścia, które było od niego odległe zaledwie o cztery kroki, lecz nim tam doszedł, statkiem targnął potworny wstrząs i pogasły wszystkie światła oraz holoobrazy pulpitów kontrolnych. W nieprzeniknionej ciemności, przez chwilę, panowała martwa cisza. Po jakimś czasie w mroku zaszurały czyjeś ostrożne kroki. - Zdaje się, że jeszcze żyjemy. – stwierdził Kinnari próbując po omacku włączyć pulpity kontrolne. - Skąd wiesz? – zapytała Joann. - Bo walnąłem się w tych ciemnościach w głowę i zabolało. - A, to faktycznie, jeszcze żyjemy. - Skoro tak, - John żałował teraz, że nie ma przy sobie latarki – komputer powinien za chwilę uruchomić zasilanie awaryjne. Silniki cały czas pracują, wyczuwam wibracje. Sekundę później faktycznie zrobiło się jasno. Światło wydało się tak oślepiające, że wszyscy przysłonili oczy. Pierwszy do pulpitów kontrolnych dotarł John. - Wszystkie silniki pracują. – powiedział z ulgą – Dehermetyzacja obserwatorium i trzeciego przedziału. - Tylko nie moje obserwatorium! – jęknęła Edit. Jeszcze nie skończyła mówić, gdy statkiem targnął kolejny wstrząs. Toule stracił równowagę i upadł uderzając głową o jakiś ostry kant. Polała się krew. Nie zwracał jednak na to uwagi. Wstał i podbiegł do panelu sterowniczego, przy którym siedział John. Światło na przemian, rozbłyskało i gasło. Pochylił się nad inżynierem. - Poważne uszkodzenia? – zapytał spokojnie, jakby pytał o wyniki ligi futbolowej. - Dostaliśmy w maszynownię, dwa silniki nie pracują. – John mówił spokojnie, jednak lekkie drżenie głosu zdradzało zdenerwowanie - Próbuję je uruchomić. Staram się także ustabilizować zasilanie. Rozwaliłeś sobie głowę. – dodał patrząc na dowódcę. - Wiem, - odparł Toule ocierając krew – to nic takiego. Muszę odbezpieczyć kapsułę ratunkową. - To nie będzie możliwe bez skafandrów próżniowych. Nastąpiła dehermetyzacja, oprócz obserwatorium i trzeciego przedziału - o czym już wspominałem - także przedziału drugiego i piątego. Komandor wzruszył ramionami. - No to idę po skafander. Jaki problem? Inżynier spojrzał na niego uśmiechając się wesoło. Zawsze tak reagował, gdy sytuacja zaczynała być naprawdę groźna. - Żaden, tylko muszę przedtem ugasić pożar w czwartym przedziale. Toule, aż podskoczył. Złapał Johna za ramię i gwałtownie szarpnął. - Pożar?! – krzyknął - Teraz dopiero mi mówisz?! Mężczyzna łagodnie zdjął jego dłoń ze swojego ramienia. - Bo uważałem, że dehermetyzacja jest poważniejsza. – powiedział zimnym, spokojnym głosem - z pożarem łatwo sobie poradzę. Popatrz – dodał wpisując za pomocą klawiatury dane do komputera – odcinam przedział czwarty, otwieram wentylatory strefowe i wypuszczam powietrze. Ogień gaśnie, bo bez tlenu, jak wiadomo, palić się nie może. Teraz zamykam wentylatory, wyrównuję ciśnienie i możesz iść po skafander. - Ciebie to bawi? – zapytał Toule przyglądając mu się uważnie – A wiesz co było przyczyną pożaru? Kinnari pokręcił głową. - Szczerze mówiąc, to nie. - To skąd wiesz, że za chwilę na nowo nie wybuchnie? Przecież tam znowu jest tlen. Moim zdaniem spowodowało go zwarcie. Lepiej wyłącz napięcie na głównych szynach. - Zostanie także odcięte ogrzewanie. Zrobi się tam zimno. - Nie tak od razu, - Toule podniósł wskazujący palec do góry, jakby chciał Johnowi pogrozić - zdążę założyć…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ashton
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…