Wróć do katalogu

Prześladowca

Młoda kobieta zostaje porwana i torturowana. Cudem uratowana stara ułożyć swoje życie na nowo, ale koszmar powraca.

sir sedrick, opublikowano , 46 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

"Och ta Olka" - pomyślałam, uśmiechając się do siebie, kiedy wyszłam z pracy. Olka zemściła się się dziś na bardzo wrednym kliencie. Mężczyzna był naprawdę chamski, a Olka robiła co mogła żeby go zadowolić. Niestety nie było szans. Najpierw piwo było za ciepłe, potem twierdził, że zamówił inną przystawkę. Przeszkadzała mu też muzyka lecąca w lokalu. Święty by nie wytrzymał. W końcu, gdy klient zamówił pizzę, Olka poprosiła w kuchni żeby dodali solidnie papryczek. Śmiechu potem było co niemiara i pierwszy raz w życiu widzieliśmy, że idzie wypić tyle piwa do pizzy. Śmialiśmy się gdzie on to mieści. Była już noc i okoliczne latarnie dawały tyle światła co moja komórka, ale nie bałam się bo miałam niedaleko zaparkowane auto. Stary peuegot, ale był moją dumą bo był pierwszym dużym zakupem, jaki w życiu zrobiłam. Podeszłam do niego i chciałam go otworzyć kiedy za plecami usłyszałam szybkie kroki i ktoś przyłożył mi do nosa i ust chustkę. Walcząc z napastnikiem zauważyłam, że chusteczkę dociska duża, męska dłoń. Wyraźnie widziałam na niej ciemne, nie za długie włoski. Walczyłam z nim i nawet udało mi się go kopnąć w goleń bo syknął z bólu i zaklął, ale to niestety było wszystko na co było mnie stać. Słabłam z każdą chwilą. Jak przez mgłę pamiętam delikatność napastnika, kiedy wsadzał mnie do auta i zapinał mój pas. Gdzieś jechaliśmy, on coś mówił, ale byłam zbyt zamroczona, żeby cokolwiek kojarzyć. Obrazy za szybą przypominały slajdy. ***** Ocknęłam się w pomieszczeniu w którym nie było okien. Ściany były tylko otynkowane. Na suficie paliła się pojedyncza niczym nie osłonięta żarówka. Była mocna, więc musiałam mrużyć oczy. Ja sama byłam przywiązana do haka wbitego w sufit. Moje nogi ledwo dotykały ziemi. Musiałam już wisieć tak dłuższy czas bo moje ramiona i ręce były zdrętwiałe. Totalnie przerażona szarpałam się w nadziei, że sznur puści. - Hej, słyszy mnie ktoś?! - krzyczałam, z myślą, że ktoś mnie usłyszy. - Pomocy!! Nie wiem ile to trwało, ale w końcu usłyszałam trzaśnięcie drzwi. Po chwili do pomieszczenia wszedł Pan Przeciętniak. To przezwisko przyszło mi zaraz do głowy jak tylko go zobaczyłam. Wszystko w nim było przeciętne. Twarz, włosy, ubranie, wzrost. Mógł pracować w banku jako kasjer, lub w sklepie, gdziekolwiek. To był jeden z tego typu ludzi, których mijamy na ulicy i nawet nie zauważamy. Uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam: - Proszę pana, proszę mnie rozwiązać. Nie wiem jak się tu znalazłam. Moi rodzice na pewno się o mnie martwią. Jakiś świr mnie tu przywiózł i.. Pan Przeciętniak uśmiechnął się i położył palec na moich ustach. Głos zamarł mi w gardle gdy spojrzałam na jego dłoń. To była sama dłoń, dłoń mojego porywacza. - To ty... - powiedziałam i tylko tyle byłam w stanie powiedzieć, tak byłam przerażona. On, ciągle uśmiechnięty, potwierdził kiwnięciem głowy - Tak to ja cię porwałem - po raz pierwszy słyszałam jego głos. W innych okolicznościach jego głos mógłby być przyjemny dla ucha. Taki delikatny i ten tembr, całkiem przyjemny. Nie wiedziałam kiedy w jego ręku pojawił się nóż. Mały, srebrny, składany. Błysk słońca na jego ostrzu pobudził mnie do działania. Wiedziałam, że nie jestem w stanie nic zrobić, ale chciałam mu utrudnić cokolwiek chciał ze mną zrobić. On, nie zważając na to, że się szarpię, po prostu nożem zaczął rozcinać ubranie, w które byłam ubrana. Po chwili wisiałam już całkiem naga. Pan Przeciętniak odszedł kawałek i z boku podziwiał mnie. Popatrzył chwilę i wyszedł. Po chwili wrócił a w ręku trzymał potężny bat. Podszedł do mnie. Wolną ręką chwycił mnie mocnoza szczękę i obrócił głowę w swoją stronę. Byliśmy twarz w twarz. Z bezsilności zaczęłam płakać. Łzy leciały ciurkiem z moich oczu. bałam się tego co mnie czeka. - I co? Myślisz, że łzami mnie dziwko udobruchasz? - wysyczał głosem pełnym nienawiści. - Czego chcesz? - zapytałam – przecież nawet cię nie znam? - Nie ważne, wszystkie jesteście takie same. - powiedział nadzwyczaj spokojnie, ciągle mnie trzymając. - Lecz zaraz cię oczyszczę z grzechów. Na wysokość mojego wzroku podniósł bat, który trzymał w ręce. - Widzisz to? - zapytał – Wiesz co tym zrobię? Wybiję tym wszystkie twoje grzechy. Naznaczę twoje grzeszne ciało żeby wszyscy wiedzieli jaka naprawdę jesteś. - Proszę cię nie rób tego – błagałam go i płakałam. Uśmiechnął się tylko i odszedł ode mnie kilka kroków. Wiedziałam co zaraz się stanie ,ale nikt i nic nie przygotowało mnie na ból, który poczułam po pierwszym uderzeniu bata. Trafił w plecy a końcówka bata uderzyła mnie w pierś. Ból był niesamowity. Krzyczałam z całych sił, aż gardło mi nie odmówiło posłuszeństwa. Nie pamiętam ile razy mnie uderzył bo w końcu zemdlałam. ***** Ocknęłam się tym razem w łóżku. Znowu przywiązana, ale teraz do jego słupków. Całe ciało płonęło jakby ktoś wsadził mnie do piekarnika. Podniosłam głowę na ile umiałam i zobaczyłam blizny na piersiach i brzuchu. Rozpłakałam się, widząc co on mi zrobił. Za drzwiami słyszałam wesołe pogwizdywanie i szum wody. - Bydlaku, nie myśl, że ci pójdzie łatwo! - krzyknęłam płacząc. Pogwizdywanie na chwilę ustało, po czym znowu je usłyszałam. Usłyszałam, że szum wody ustał i po chwili mój porywacz wszedł do pokoju. Wszedł w samym ręczniku. - Widzisz jak o ciebie dbam - powiedział swoim podniecającym głosem. - Wykąpałem się żebyś poczuła się dobrze. - Nie poczuję się dobrze - odparłam przez zaciśnięte zęby – bo pobiłeś mnie a teraz najwyraźniej chcesz mnie zgwałcić. - Oj zaraz zgwałcić - wyszeptał- spróbujmy z tego obydwoje wyciągnąć trochę przyjemności, co ty na to? Spojrzałam na niego jak na obcą formę życia. - Człowieku, porywasz mnie, bijesz batem, chcesz zgwałcić a ja mam mieć z tego jeszcze przyjemność? Chyba oszalałeś. Podszedł do mnie i delikatnie palcami dotknął mojego policzka. Pochylił się i do ucha wyszeptał: - Zobaczysz spodoba ci się. Uśmiechnęłam się do niego po czym splunęłam mu w twarz. On spokojnie wytarł się ręcznikiem, który go owijał w pasie po czym uderzył mnie w twarz. Mocno, aż zobaczyłam mroczki przed oczami i w ustach poczułam krew. Językiem wyczułam ruszający się ząb. - Słuchaj, nie musisz chcieć ja i tak wezmę co będę chciał - jego głos nabrał twardości i już nie był tak podniecający. - Więc możemy to zrobić przyjemnie dla nas albo przyjemnie tylko dla mnie. Drugi raz splunęłam mu w twarz. Znowu się wytarł i spokojnie powiedział: - Dobrze, twój wybór, ale pamiętaj nie będzie miło. Wszedł na łóżko i ręką zaczął błądzić po moim ciele. Po chwili obydwiema rękami zaczął dotykać i ściskać moje piersi. Uśmiechał się kiedy syknęłam z bólu, bo ścisnął naprawdę mocno. - No dalej, zrób to. - Powiedziałam przez łzy. - Im szybciej skończymy tym lepiej. On tylko jeszcze raz uśmiechnął się i nie przerywał pieszczoty. Zobaczyłam, że jego członek jest już w pełnej gotowości. Nie namyślając się długo wsunął go we mnie i czułam już tylko jak się we porusza. Słyszałam jak sapie i powtarza :”Cudo, ale ciało”. Odwróciłam głowę i płakałam w poduszkę z bezsilności. Ściskał mocno moje piersi. Syczałam z bólu, ale kiedy zauważyłam, że go to podnieca przestałam i tylko zaciskałam zęby. W końcu zauważyłam, że jego ruchy tracą swój rytm i po chwili jego sperma zalała mój brzuch. Mój porywacz, zmęczony, położył się koło mnie i,kiedy doszedł do siebie, zapytał: - I jak było? - A jak miało być? Do dupy. Jesteś lichy w te klocki. - Powiedziałam, starając się już nie płakać. Jego zadowolony wyraz twarzy momentalnie się zmienił. Bez słowa uderzył mnie w twarz, tym razem pięścią. Trafił dokładnie w nos. Usłyszałam jak chrząstka w nosie pęka i poczułam jak leje się z niego krew. Ból był nie do opisania, ale i ja tak się cieszyłam, że udało mi się go tak zdenerwować. Wyszedł i w drzwiach powiedział: - Zobaczymy czy spodoba ci się to co naszykowałem dla ciebie na deser. Wrócił, już ubrany, tocząc przed sobą jakiś wózek. Wózek przykryty był ręcznikiem. Kółka wózka piszczały przeraźliwie, a ja nie mogłam zrobić nic tylko obserwować. Pisk ustał i Pan Przeciętniak szerokim gestem zdjął z wózka ręcznik. Na wózku zobaczyłam różne narzędzia. Cześć z nich poznałam. Skalpele, piły do kości. Na samą myśl do czego on może ich użyć umierałam ze strachu. Moje serce podeszło mi do gardła. - Co ty chcesz zrobić? - zapytałam zduszonym z obawy. On, nic nie odpowiadając tylko gwiżdżąc wesoło, ubrał fartuch z czarnej, lśniącej gumy. Na ręce założył rękawice tej samego samego koloru. Podszedł do mnie, chwycił moje włosy i patrząc mi w oczy, wesołym tonem powiedział: - Dziewczyno, przecież widziałaś mnie, więc muszę cię zabić to chyba logiczne. Czas stanął w miejscu, w nosie czułam zapach gumy z rękawicy i w pierwszej chwili nie dotarło do mnie to co on powiedział. Kiedy w końcu zrozumiałam, że zaraz mogę umrzeć zaczęłam krzyczeć i miotać się starając się wyrwać z więzów. Jak poprzednia i ta próba była nieudana. - Oszczędzaj siły na później – powiedział mój dręczyciel. - Będziesz je potrzebować żeby krzyczeć równie mocno jak w piwnicy. Coś we mnie pękło i z oczu polał się strumień łez. Poniżona poczułam jak zwieracz nie wytrzymał i załatwiłam się do łóżka. Mój oprawca to zauważył i wściekły krzyknął: - No i co zrobiłaś głupia szmato, teraz będę musiał go wyprać żeby mi tu nie śmierdziało szczynami. Wszystkie, kurwa jesteście takie same. Podszedł i z całej siły uderzył mnie w brzuch. Przez chwilę widziałam tylko ciemność, potem poczułam sznury wbijające się w moje nadgarstki. Moje ciało chciało się z bólu zwinąć, ale więzy skutecznie trzymały. - Zresztą i tak to będę musiał zrobić jak z tobą skończę. - Dodał już spokojnym głosem, obrócony do wózka. Coś na nim przygotowywał. Po chwili obrócił się ze strzykawką. - Co to jest? - zapytałam spanikowana. - Co ty mi chcesz wstrzyknąć? - Nie bój się – odparł uspokajająco – to tylko środek znieczulający. Nie chcę żebyś zemdlała. Chcę żebyś była przytomna i obserwowała to co będę robił. - Ty pieprzony świrze – zaczęłam wrzeszczeć – spierdalaj z tą strzykawką. - Krzycz, krzycz – powiedział ubawiony. - To umiecie najlepiej. Uśmiechnięty podszedł do mnie i ostatni raz sprawdził czy w strzykawce nie ma powietrza. Drobna fontanna płynu upewniła go że nie. Szarpałam się, ale chwycił mnie za ramię, wbił igłę i wcisnął tłoczek strzykawki. Zabolało jak diabli. Nagle poczułam jak moje ciało ogarnia pewnego rodzaju odrętwienie. Poczułam także, że mój język jest sztywny jak kołek i nic nie umiem powiedzieć. Z moich ust wydobywały się tylko jakieś jęki nic więcej. Mężczyzna bez słowa wziął z wózka skalpel, przyłożył do przedramienia i zrobił nacięcie. Ze zgrozą zauważyłam, że cięcie nie wywołało bólu. Zadowolony cmoknął. Odłożył skalpel i niezdecydowany co wybrać stał nad wózkiem. Wiedział, że ma tyle czasu, ile potrzebuje. W końcu zdecydował się na kleszcze do cięcia blach. Nie były duże, ale wyposażone w mechanizm zwiększający siłę cięcia. Podszedł do mnie,popatrzył na mnie i wziął moją lewą dłoń w swoją. - Wiesz, masz śliczne dłonie – powiedział, delikatnie bawiąc się moimi palcami. - Aż szkoda będzie je okaleczać. Po czym szybkim ruchem obciął nożycami najmniejszy palec. Usłyszałam chrzęst ścięgien, ustępujących pod nożycami. Nie poczułam bólu, tylko uczucie tępego rwania w miejscu po moimpalcu. Zszokowana patrzyłam jak odkłada mój palec do słoika, a nożyce na wózek. Z kolei wziął skalpel. Wolną ręką chwycił moją pierś. Jęknęłam, a z moich oczu popłynęły łzy. „Ten skurwiel chce mi uciąć pierś” - pomyślałam zrozpaczona. On delikatnie bawił się nią. Uśmiechnął się i skalpelem, powoli wyciął na piersi krzyż. Po chwili zrobił to samo na drugiej. Jedyne co mogłam zrobić, to patrzeć jak maltretuje moje ciało. Nie mogłam nic zrobić. Patrzyłam jak zrywa mi paznokcie z palców stóp. Jak wokół pępka robi krwawe słoneczko lancetem i cieszy się z tego, że równo wyszło. Zrobił sobie nawet pamiątkowe zdjęcie. - Popatrz jak wyszło – powiedział, pokazując mi fotografię w aparacie. Prosiłam już tylko o jedno, żeby mnie zabił, żeby to wszystko się skończyło. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. To był najpiękniejszy dźwięk, jaki w życiu słyszałam. Pan Przeciętniak wyraźnie się zdenerwował. Szybko podszedł do mnie i wcisnął mi w usta brudną szmatę i wyszedł. Zanim zamknął drzwi usłyszałam: - Proszę otworzyć gazownia. Drzwi się zamknęły i po chwili usłyszałam hałasy. I okrzyki: - Policja, kładź się na ziemię, ręce, nogi szeroko! Z moich oczu pociekły łzy, ale tym razem ze szczęścia. Drzwi się otwarły i do pokoju wbiegła, z pistoletem w dłoni, niska brunetka. Szybko się rozejrzała i podeszła do mnie. Schowała broń i delikatnie wyjęła knebel z ust. - Już spokojnie, nic ci nie grozi – mówiła uspokajająco, gładząc mnie po głowie – już nic ci nie zrobi. Wstała i przykryła mnie kocem, który leżał za mną. Do pokoju wszedł mężczyzna i zapytał się: -No jak tam Nina? - Ok. Na szczęście żyje więc bydlak jest uwalony. - odpowiedziała policjantka. - A tak w ogóle to jak on się ma? Policjant podszedł do mnie i widząc moją twarz skrzywił się i powiedział: - Z tego co widzę to aż szkoda, że przypadkowo nie potknął się na schodach. Poczekaj, zaraz powiem chłopakom żeby jednak miał jakiś drobny wypadek. - Marek, nie – powiedział stanowczo policjantka – ma być cały, nietknięty. Jego adwokat by nas zjadł z butami jakby temu gnojowi coś się stało. - Spokojnie Nina – odparł policjant – wiem i nie martw się nic mu się nie stanie. - Ale opór przy aresztowaniu mógł stawić – dodał po chwili wzdychając. - Hej złotko – policjantka uśmiechnęła się do mnie. – Zaraz będzie lekarz. Do przyjścia lekarza, policjantka siedziała przy mnie. Kiedy weszli lekarz i sanitariusz policjantka zebrała się do wyjścia, ale za nim wyszła powiedziała mi: - Już jesteś w dobrych rękach, nie bój się. A my jeszcze się zobaczymy. Delikatnie dotknęła mojej dłoni i wyszła. Lekarz z sanitariuszem delikatnie przenieśli mnie na nosze i przetransportowali do karetki. Na sygnale zajechaliśmy do szpitala, gdzie zostałam troskliwie umyta przez pielęgniarki. Lekarz dokonał szybkich oględzin, i szybko znalazłam się na sali operacyjnej. Maska ze znieczuleniem, tyle pamiętam. Potem już był następny dzień. ***** Obudziłam się z krzykiem, a moje serce trzepotało się w piersiach jak ptak w klatce. Na salę, zaalarmowana wbiegła pulchna pielęgniarka i po chwili, trzymając mnie za rękę, powtarzała: - Już dobrze, nie bój się, nic ci tu nie zrobimy, jesteś w szpitalu. Ta swoista mantra powoli mnie uspokoiła i zaczęłam się rozglądać dookoła. Leżałam w szpitalnym łóżku, w sali pomalowanej na ciepły zielony kolor. - Teraz wyjdę, ale zaraz wrócę z lekarzem, dobrze? - zapytała pielęgniarka. Byłam jeszcze słaba, więc tylko kiwnęłam głową na zgodę. Siostra uśmiechnęła się i wyszła. Zgodnie z obietnicą, niedługo wróciła z lekarzem. Był to wysoki, siwowłosy mężczyzna. Podszedł do mnie, uśmiechnął się i zapytał: - Witaj, jestem doktor Tadeusz Werdyński. Jak się czujesz Weroniko, bo tak masz na imię? - Do bani, doktorze, i tak mam na imię – powiedziałam szeptem. Lekarz i siostra zaśmiali się. - Widzę, że humor powoli pacjentce wraca – powiedział do pielęgniarki. - Panie doktorze, co mi dokładnie jest? - zapytałam po każdym słowie biorąc przerwę. Lekarz przestał się uśmiechać i tylko powiedział: - Będziesz żyć , a o szczegółach pomówimy jak trochę wydobrzejesz, dobrze? Nie powiedziałam nic tylko kiwnęłam głową. Żeby mnie uspokoić dodał: - Jesteś w izolatce, przed którą non stop stoi policjant, a twoja kartoteka jest na inne nazwisko. Aha no i ktoś chciałby z tobą mówić. Podszedł do drzwi i powiedział: - Proszę wejść, pacjentka jest przytomna, ale tylko chwilę bo jest jeszcze bardzo słaba. Odsunął się od drzwi i wpuścił moich rodziców. - Cześć Aniołku – powiedziała moja mama, a obydwoje nie kryli łez. - Hej – odpowiedziałam i sama zaczęłam płakać. - Co ci to zwierze zrobiło? - zapytał ojciec, a jego ręce zacisnęły się w pięści tak mocno że aż kostki pobielały. - Tatusiu żyję to najważniejsze. - powiedziałam głaszcząc go po ręce. Rodzice jeszcze chwilę posiedzieli, ale przyszedł lekarz i delikatnym chrząknięciem dał do zrozumienia, że pora już iść. Pożegnaliśmy się a rodzice obiecali, że jutro też będą i przyniosą mi coś do jedzenia bo ubranie już mi przynieśli. - Panie doktorze co nasza córeczka może jeść – zapytała zatroskana mama. - Może jej pani przynieść jakieś jogurty, serki bo na razie ją badamy i za bardzo nie wiemy co z państwa córką. Wczoraj była operowana. Co dało radę to poszyliśmy. A teraz czekamy na konsultację innych specjalistów. Chirurga plastyka i tak dalej. Lecz jak tylko coś będziemy wiedzieć to damy znać. Ogólnie nie ma zagrożenia życia. - Dziękujemy panie doktorze – powiedział ojciec – będziemy wdzięczni za każdą informację. I po chwili wahania dodał: - Niech pan się o nią zatroszczy, to nasze oczko w głowie. Aż się zdziwiłam, ojciec i takie słowa. On taki zasadniczy i raczej nie wyrażający uczuć. - Oczywiście, to będzie nasza specjalna pacjentka. - powiedział i patrząc na mnie dodał - pacjentka specjalnej troski. W końcu wszyscy wyszli i zostałam sama. W głowie, niczym w odtwarzaczu wciąż i wciąż przewijały mi się sceny z niedawnych przeżyć. Rozmyślałam jakim trzeba być człowiekiem żeby umieć zrobić coś takiego innemu człowiekowi. Czy w ogóle jest się jeszcze człowiekiem? Moje rozmyślania przerwało delikatne pukanie do drzwi. Do pokoju weszła kobieta na oko trzydziestoletnia ubrana w długą spódnicę, sweterek koloru wiśni. Jej głowę zdobiła fryzura zwana niesymetrycznym cięciem. - Dzień dobry. Nazywam się Dorota Gryka i jestem szpitalnym psychologiem. Przysłał mnie tu doktor Werdyński żebym z tobą porozmawiała. Dzisiaj tylko chwilę ale z czasem chciałabym nasze spotkania przedłużać. O ile oczywiście się zgodzisz. - Dobrze – powiedziałam – pomówmy. Tylko o czym? O tym jak ten gnój mnie bił, kaleczył? Albo o tym jak mnie gwałcił? Ona siedziała i słuchała. A ja otwarłam się i opowiedziałam jej co się ze mną działo. A im dłużej opowiadałam tym bardziej blada stawała się jej twarz. Kiedy szlochałam bezsilna psycholog wstała i bez słowa otarła moje łzy. Zadała mi jeszcze parę pytań, coś zapisała w swoim notatniku, pożegnała się i wyszła. Po jej wyjściu poczułam ulgę, że w końcu wyrzuciłam z siebie ten cały brud, żal i wściekłość. W szpitalu czas upływał mi pomiędzy kolejnymi zabiegami, wizytami rodziców, Doroty, kolejnymi konsultacjami. W końcu mogli do mnie zacząć przychodzić moi znajomi. Zaprzyjaźniłam się z paroma pielęgniarkami i doktorem Werdyńskim, który zaczął mnie traktować jak swoją córkę. W międzyczasie odbył się proces mojego oprawcy. Brałam w nim udział i głównie dzięki moim zeznaniom zapadł wyrok dożywotniego więzienia. Cieszyłam się z tego, przynajmniej tyle mogłamzrobić. Potem starałam się o wszystkim zapomnieć. W końcu blizny na plecach i piersiach, oraz brak małego palca przypominał mi to co przeszłam. Miałam nadzieje, że przeszłość mnie nie dogoni i żyłam tą nadzieją każdego dnia. Jakże człowiek może być naiwny.

***** Telefon obudził mnie o 2.05 w nocy. Zaspana odebrałam: - Halo - Cześć, pamiętasz mnie? Głos w słuchawce zmroził mnie. W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć, myślałam, że śnię. Albo, że to jakiś chamski żart. Głos w słuchawce był głosem, mojego oprawcy. Momentalnie oprzytomniałam. - Słuchaj, kimkolwiek jesteś, jeśli to jakiś szczeniacki żart to pomyliłeś osobę – powiedziałam, czepiając się resztek nadziei, że to żart – więc odłóż słuchawkę i dobranoc, dobrze? Zapadła cisza, w słuchawce słyszałam tylko oddech. - Nie dziwko, to nie żart – głos pozbawił mnie resztek nadziei, koszmar wrócił. - Żebyś uwierzyła, że to naprawdę ja to może na przypomnienie parę faktów. - Kontynuował – pamiętasz nasze zabawy w piwnicy? A potem pokój z łóżkiem? No i oczywiście twój słodziutki paluszek. Jak tam, rana się już pewnie dawno zagoiła co? Wspomnienia uderzyły we mnie niczym sztormowa fala w statek na morzu. Czułam jak ręce mi się pocą, a całe ciało drży. Słuchawka wypadła mi z ręki na łóżko i jakby z oddali doszedł mnie cichy śmiech. Drżącą ręką wzięłam słuchawkę z powrotem do ręki i przyłożyłam do ucha. - Czego chcesz? - zapytałam – mało złego mi zrobiłeś? - Tak suko, mało – głos w słuchawce był wściekły – przez ciebie wylądowałem w więzieniu. Więc jak myślisz czego mogę chcieć? Serce podeszło mi do gardła, a żołądek wykonywał jakieś ekwilibrystyczne ewolucje. Mógł chcieć tylko jednego, mojej śmierci. - Niedługo przyjdę po ciebie. To do zobaczenia wkrótce pieprzona szmato. Krzyczałam do słuchawki, ale odpowiedzią był jedynie sygnał przerwanego połączenia. Odłożyłam słuchawkę i po raz pierwszy do dłuższego czasu się rozpłakałam. Na ręce poczułam mokre dotknięcie, a ciche skomlenie dało znać, że Cezar, mój owczarek jest przy mnie i pilnuje domu. Pogłaskałam jego dużą głowę i ze łzami w oczach powiedziałam do niego - Mamy problemy Cezarku. Zły pan chce mi zrobić krzywdę. Pies polizał mnie po ręce i cicho szczeknął jakby chciał powiedzieć, że facet jeszcze nie widział go w akcji i że ma przerąbane jak spróbuje mnie dotknąć. Uśmiechnęłam się do niego, a pies nadstawił głowę do głaskania, które na chwilę przerwałam. Głaskałam psa i płakałam kiedy telefon znowu zadzwonił. W pierwszej chwili przestraszona aż podskoczyłam na łóżku. Wpatrywałam się w telefon, do momentu kiedy skończył dzwonić. Skończył by za chwilę znowu zacząć. Zebrałam się na odwagę, podniosłam słuchawkę i wykrzyczałam do niej: - Ty pieprzony świrze, tylko spróbuj mnie dostać to tego pożałujesz. - No, no widzę, że nasz przyjemniaczek już do ciebie dzwonił. Czyli już wiesz. To dzwoniła Nina Repecki, policjantka, która prowadziła moją sprawę. - Och Nina, przepraszam cię, nie wiedziałam kto dzwoni, myślałam, że to on – powiedziałam zapłakana. - Spokojnie dziewczyno – odparła uspokajająco – też bym była w strachu i nie wiem jakbym zareagowała. - Dzięki, ale co się w ogóle stało? - zapytałam – jakim cudem zna mój numer telefonu? Jak mu się udało uciec? Biedna Nina, chciałam tyle wiedzieć naraz. Przeczekała nawałnicę pytań i kiedy się uspokoiłam trochę zaczęła opowiadać co się stało. - Miał zostać przetransportowany do innego więzienia. W trakcie jazdy zabił konwojenta i poważnie ranił drugiego. Nie wiedzieliśmy co się dzieje, bo straciliśmy kontakt z transportem. Co do twojego numeru to nie wiemy skąd go wziął, ale poszlaki wskazują, że dał mu go jego adwokat. Dzień przed ucieczką był u niego. Wiedział także o planowanym przeniesieniu więźnia. Czyli sama rozumiesz... Westchnęłam, doskonale rozumiałam. „To bydle” - pomyślałam. Kiedy zobaczyłam go pierwszy raz w tym jego eleganckim garniturku, czystej koszuli, krawacie, wyczyszczonych do połysku butach i z nienaganną fryzurą to miałam o nim dobre mniemanie. Na sali sądu jednak szybko zmieniłam zdanie o nim. Podczas przesłuchania chciał udowodnić mi, że to ja sprowokowałam jego klienta do takich a nie innych zachowań. Po ogłoszeniu wyroku sędzia stwierdził, że pewne zachowania są niegodne człowieka. Mówiąc te słowa patrzył na adwokata i jego klienta. O tak pamiętałam tą gnidę doskonale. - Halo jesteś tam? - głos policjantki przywrócił

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych