"Przybysz"
moje pierwsze w życiu opowiadanie/
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Przybysz”
Rozdział 1
Słońce zdawało się wdzierać do ciemnego pokoju, w którym woń alkoholu zawiesiła się na ścianach po wczorajszej imprezie. W kątach pomieszczenia widać było dekoracje w postaci butelek i „ martwych jeży” w popielniczce. Pod kołdrą w pozycji embriona spał człowiek, który jeszcze wczoraj pod wpływem alkoholowych procentów zdawał się cieszyć z życia. Niestety dziś nie będzie tak kolorowo, każdy mały odgłos żyjącego miasta będzie doprowadzał go do potwornego bólu istnienia. Otworzył oczy i powoli wodził wzrokiem po ścianach szukając punktu na którym mógłby go przez chwilę zatrzymać i pogodzić się ze swoim samopoczuciem. Czuł się jak po zderzeniu z ciężarówką i dokładnie tego się spodziewał po takiej ilości wypitych browarów. Jego uśpioną czujność pobudził dzwoniący telefon. Wyciągnął prawie bezwładną rękę i macał po podłodze szukając małego plastikowego dzwoniącego tyrana, który terroryzuje go momentu kiedy spróbował otworzyć oczy. -Halo?- wyszeptał -Robert, gdzie ty się podziewasz, mamy trochę roboty do zrobienia a Ciebie nie ma w firmie, co jest stary? -Siemasz Pablo, przepraszam że Cię nie uprzedziłem ale fatalnie się czuję i naprawdę nie jestem w stanie przyjść do pracy dzisiaj. -Hmmm- zastanawiał sie Pablo- no dobra, spoko, rozumiem dam sobie jakoś radę sam. Trzym się. Ta krótka rozmowa zakończyła się. Robert wiedział, że kiedy Pablo nie chce ciągnąć tematu i kończy szybko rozmowę, oznacza to złość i zawód. Prawdopodobnie dzień jutrzejszy zapowiada burzliwą rozmowę i tłumaczenie swojej niedyspozycji. Robert podniósł się z łóżka, odsłonił rolety w oknach i spojrzał otępiałym wzrokiem na zaczynające się budzić do życia miasto. Urodził się, mieszkał i pracował w swoim ukochanym mieście Łodzi, gdzie każdy piątkowy i sobotni wieczór stwarzał duże możliwości do wypadu na miasto i powyrywania panienek. Pełno tu nocnych klubów gdzie grają różne gatunki muzyki: drum n bass, trance, hip hop, rock. Pomysłów na miłe spędzenie wieczoru jest masa, trzeba tylko zorganizować dobrą ekipę i plany zrealizowane. Kiedy śniadanie zapełniło jego żołądek, postanowił wyjść z domu, pospacerować i utonąć w oceanie swoich myśli. Iść, nie patrzeć przed siebie, tylko rozmyślać nad swoim życiem, nad tym co schrzanił, co próbował osiągnąć, i do czego właściwie dąży. Miał 30 lat, za sobą kolejny nieudany związek, i kolejne niezrealizowane marzenie,którego nie dogonił przez własne zaniedbanie i brak wytrwałości. Dlaczego ona odeszła- pomyślał- przecież starałem się by miała wszystko czego chce. A może właśnie za bardzo się starałem. Powinienem być czasem niedostępny, nie mieć dla niej czasu, olać ją choć na jeden dzień!- Mijał kolejne skrzyżowanie Łódzkich ulic, pogrążony w natłoku narastających myśli. Zdał sobie jednak sprawę, że takie wracanie do przeszłości i analizowanie każdego szczegółu nic nie zmieni. Jego rozmyślania przerwał dzwoniący w kieszeni „plastikowy terrorysta. -Halo!- donośny głos Roberta zwrócił uwagę mijających go przechodniów. -Robert, to ja Pablo, mam dla Ciebie przykrą wiadomość stary- głos kolegi nie brzmiał raczej wesoło, lecz zwiastował kłopoty -Jestem przygotowany na wszystko, nawijaj co się stało? -Zostałeś zwolniony z firmy, szef strasznie się wkurzył na niedokończony projekt, i stwierdził ze nie nadajesz się na dalszą współpracę, kurwa strasznie mi przykro, nie mogłem nawet nic zrobić w twojej obronie. Szef poinformuje cię jeszcze osobiście o wypowiedzeniu.
Robert przystanął obok jakiegoś bloku kompletnie sparaliżowany, nie wiedział co odpowiedzieć swojemu rozmówcy, nawet gdyby chciał, nie potrafił wydusić z siebie najkrótszego słowa. -Robert jesteś tam? - głos Pabla ocucił go -Tak, jestem, nie wiem co mam powiedzieć, szlag by to trafił! Robiłęm co mogłem! -Wiem stary, ale ja jestem bezradny, nie mogę Ci w żaden sposób pomóc. Podjadę do Ciebie wieczorem to wyskoczymy gdzieś na browca i coś wspólnie wymyślimy ok?-zaproponował Pablo -Dobra,zadzwoń jeszcze-krótko pożegnał go Robert, i nacisnął nerwowo czerwoną słuchawkę To było dla niego jak potężny cios sierpowy, znokautował go kompletnie,długo nie mógł dojść do siebie, zupełnie jak niejeden bokser powalony w walce.
Cała ta sytuacja kompletnie go przerosła, serce waliło mu bezustannie od godziny jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej i rozerwać się na strzępy. Czuł, że każdy jego mięsień pulsuje, i chce przebić skórę. Był bezradny, i jedyne czego chciał dzisiejszego dnia to zalać się w trupa i zapomnieć. Podszedł do szuflady i wygrzebał z niej pogiętą paczkę papierosów. Odpalił i oddał się błogiemu rytuałowi palenia. Poczuł lekką euforię wypuszczając nosem niebieski dym. Rzucił palenie rok temu, a to że zostaje znów niewolnikiem zawiniętego w rulon tytoniu nie miało w tej chwili dla niego większego znaczenia. Usiadł na balkonie i wpatrywał się z góry na żyjące miasto. On też żył, ale czuł się skrzywdzony. Biegnące mu w głowie myśli, prześcigają się i mieszają tworząc jeden wielki zbiór sytuacji i kolorów, jakby namalowane z rozmachem przez naćpanego malarza. Przerwał ten mętlik myśli i rzucił dokończonego papierosa za balkon. Założył swoją jedyną kurtkę którą kupił za ostatnie zarobione pieniądze, zamknął drzwi i zaczął schodzić na dół po schodach. W międzyczasie wybrał numer do Pabla. -Co jest łobuzie?-radosny głos jego kolegi zaskoczył go, sądził że będzie równie zmartwiony. -Idę do Ciebie Pablo, ubieraj się -Dobra, już schodzę. Pablo wyłonił się z klatki schodowej trzymając w zębach papierosa. Spojrzał na Roberta i uśmiechnął się. -Tak Ci wesoło?-nerwowo zapytał Robert Jego kompan nie odpowiedział, spuścił tylko głowę na znak pokory i razem poszli w nieznanym kierunku. Mijali razem oświetlone ulice, i ciemniejsze zakątki miasta. Był środek tygodnia a miasto nocą nie spało. Młodzi ludzie spacerowali, rozmawiając przy tym i popijając piwo. Czasami miało się wrażenie, że miasto bardziej tętni życiem niż za dnia,a ludzie jakby nie pędzą lecz oddają się słodkiemu nocnemu lenistwu. Robert odwrócił głowę w stronę Pabla i zapytał. -Jakieś szczegóły co do mojego zwolnienia? Rozmówca swój wzrok skierował przed siebie, w jego oczach widać było zmieszanie, próbę ucieczki od tego trudnego tematu. Zdobył się wreszcie na odwagę i zdecydował na odpowiedź -Robert nie byłeś najlepszy w tym co robisz, próbowałem ci pomagać, ale moje argumenty co do Twojej osoby się skończyły, nie dałem rady dłużej cię bronić, ile miałem razy kłamać szefowi że dasz radę, potrzebujesz czasu z tym projektem, że się wyrobisz bo jesteś wybitnym fachowcem? Robert stanął jakby porażony elektryczną siłą. -To znaczy że cała moja kariera w firmie opierała się na Twojej osobie? Mam rozumieć ze informatyk ze mnie żaden? Wiesz co stary, gówno mnie obchodzi opinia Twoja i szefa, nie pomagasz mi w żaden sposób, nie spodziewałem się tego po Tobie, dzięki za piwo.
Był sztywny i agresywny gdy to mówił, jego pochylona sylwetka pokazywała stan totalnego nerwowego apogeum.
Odwrócił się gwałtownie i zaczął odchodzić w przeciwnym kierunku do swojego kolegi. Zlewał się z mijającymi go ludźmi,po chwili zaginął w otchłani postępującego ulicznego mroku. Pablo patrzył jeszcze w jego kierunku rozkładając bezradnie ręce. Robert zbliżał się do klatki swojego bloku wciąż nie dowierzając temu co usłyszał od swojego wieloletniego przyjaciela. Kolejny cios, który musi przyjąć, pogodzić się z nim, z przegraną. Jest nieudacznikiem czy pechowcem? Zagubionym i niedocenionym mężczyzną, który zgubił swoją prawdziwą ścieżkę w życiu? Po chwili wygrał z negatywnymi myślami, podniósł z dumą głowę i pomyślał „Jeszcze mój czas nadejdzie, będziecie mnie wszyscy przepraszać, i prosić mnie bym z wami współpracował. Wypalając kolejnego papierosa na balkonie, budował w myślach mur, który go osłoni przed toksycznością otaczającego świata, i pomoże mu brnąć do przodu jak wzburzona rzeka rozwalając po drodze napotkane zapory. Położył się do łóżka i wyłączył budzik w telefonie. Nie musi wstawać do pracy, nie musi się nigdzie śpieszyć, może ze spokojem jutro odpalić kompa, i poszperać w necie za nową pracą. Był ciekawy czy programiści są potrzebni w tym mieście, zaczynał wierzyć że tak jest. Wiara pozwalała mu wizualizować sobie, jak wchodzi przez otwarte drzwi, podaje rękę prezesowi, zasiada przed komputerem i działa, niczym wojownik w amoku. Zasnął.
Rozdział 2
Stąpał po mokrej od rosy trawie, było cicho, ptaki wyśpiewywały swoje serenady siedząc na drzewach. Gdzieś w oddali słychać było biegnącą zwierzynę. Robert przystanął na chwilę, obejrzał swoje dłonie, by upewnić siebie czy to co widzi dzieje się naprawdę. Rozglądał się i podziwiał piękno przyrody tutejszego lasu. Rosły w nim drzewa podobne do brzóz, kory ich były niebieskie z lekka domieszką czerni. Nigdy takich nie widział. Liście na gałęziach przypominały płatki śniegu i wydzielały niesamowity słodki zapach, który unosił się w całym lesie. Szedł dalej otępiały ze zdziwienia. Las tworzył alejki, bardzo kręte i wąskie. Z trawy wyrastały dziwaczne rośliny o szerokich zakręconych liściach i białych spiralnych kwiatach. Gdzie ja jestem? Robert w myślach zadawał sobie wiele pytań, lecz to jedno nurtowało go najbardziej. Słońce wdzierało się przez drzewa,dając tak niespotykany blask, jaki widział tylko gdzieś w filmach o kosmosie. Był pod wrażeniem, to miejsce tworzyło jakąś niespotykaną magię. Czuł wewnętrzny spokój, błogość rozchodzącą się po całym ciele. Mógłby tak spacerować bezustannie, to miejsce uzależniało. -Pewnie zastanawiasz się gdzie jesteś?- potężny głos za jego plecami przyprawił go o ciarki. Odwrócił się gwałtownie by ujrzeć przerywającą mu błogi spokój osobę. Osobnik był wysoki, znacznie wyższy od Roberta, wręcz olbrzymi. Jego potężny głos pasował do jego sylwetki. Okrągła twarz pokazywała lekki, przyjazny uśmiech. Łysa głowa połyskiwała w przedzierającym się słońcu. - -Kim Ty jesteś?- zapytał z obawą Robert. -Nie zadawaj zbyt wielu pytań, dowiesz się tego później. Teraz pójdź ze mną. Wielki człowiek wskazał głową, by Robert szedł za nim. Przedzierali się przez zarośla gęstego lasu, nie zamieniając żadnego słowa. Zastanawiał się w jakim kierunku zmierza i co się z nim stanie. Może jest jakimś niewolnikiem, który będzie torturowany. Tylko w jakim celu jest tutaj, w tak dziwacznym lesie. Nie potrafił przestać myśleć nad sposobem w jaki się tutaj znalazł. Doszli do polany na której stało kilka chat, zrobionych z różnego rodzaju drewna. Dachy tych posiadłości oplecione były długimi cienkimi gałązkami przypominającymi sznury. Całość tworzyła jedno wielkie obozowisko. Wielki człowiek odwrócił się do Roberta i swoim donośnym głosem nawiązał kolejny kontakt. -Jestem Norin, mieszkam tutaj wraz z kilku osobową grupą patrolową. Strzeżemy tego miejsca bardzo pilnie, tutaj są resztki naszej cywilizacji o której nikt już nie pamięta. Robert słuchał uważnie, krótkiej opowieści Norina, ale ciekawość nie dawałą mu spokoju. -Jestem Robert, i nadal nie wiem w jakim celu się tutaj znalazłem?- zdenerwowanie widać było w każdym jego ruchu. -Wiem jak masz na imię. Nie wiem jeszcze jaki jest cel Twojej wizyty tutaj. Masz szczęście że nie posiadasz broni, bo byś już tutaj ze mną nie rozmawiał. -Skąd wiesz jak mam na imię?- rozłożył ręce pokazując kompletną bezradność -Mamy pewne zdolności, które pozwalają nam wiedzieć dużo o człowieku, nawet nie zamieniając z nim jednego słowa. Robert rozglądał się dookoła, próbował w jakiś sposób ogarnąć wzrokiem teren na którym się znajduje. Jego rozmówca delikatnie się uśmiechnął. -Podoba Ci się tutaj?- zapytał -Jest jakoś inaczej niż tam skąd pochodzę, nigdy nie widziałem takiej bujnej roślinności-stwierdził z podziwem. -Głodny jesteś? Mamy trochę mięsa dzikich pardów. Chodź zjesz trochę- Norin złapał go za ramię i poprowadził w stronę domu. -Co to za mięso?- ze zdziwieniem zapytał -Dzikich pardów, to takie koty z garbami, mają bardzo pożywne mięso.
Delektował się smakiem tych dziwnych jak sobie wyobrażał zwierząt. Mięso było miękkie i tłuste, ale bardzo smaczne. Nawet nie sądził że smak ten trafi w jego gusta. Jak dłużej tu zostanie to może zostanie wielbicielem mięsa dzikich pardów. Norin przez cały czas rzucał podejrzane spojrzenia w stronę Roberta, jakby próbował z jego twarzy wyczytać jakie ma zamiary. -Dlaczego jest was tak mało? Gdzie reszta waszego oddziału?- Robert zdecydował się na dalsze zaspokojenie swojej ciekawości. Już nawet nie zastanawiał się jak się tutaj znalazł -Zostali wybici przez napastników, którzy od dwóch lat chcą zagrabić nasze ziemie i się tutaj osiedlić. Dlatego nie możemy na to pozwolić, to nasza ziemia i nikomu jej nie oddamy! Prawda chłopcy?!- spojrzał na swoich kompanów jakby oczekiwał natychmiastowej odpowiedzi. W tym samym momencie jego oddział wydobył ze swoich gardeł -Tak jest, tak jest!!!! Uśmiech Norina jasno dawał do zrozumienia jaką władzę posiada nad swoimi żołnierzami i jaki też ma u nich szacunek. -Kim są Ci napastnicy? To ludzie czy jakaś inna rasa? - zaczynał powoli zadawać sensowne pytania, już zaczynał rozumieć jak zbudować lepszy kontakt ze swoim rozmówcą -Te ścierwa nawet nie zasługują na to, by je nazwać istotami, to wstrętne krwiożercze bestie, które bezlitośnie chcą nas wytępić!!! - Norin zdenerwował się i z całej siły wbił miecz w ziemię. To nie ludzie, to połączenie człowieka, wilka, i cholera wie czego jeszcze. Wydają z siebie tylko jeden wielki ryk i zabijają. Rozmowę przerwał im jeden z żołnierzy, który wstając z ziemi energicznie i krzyknął -Szefie!!!! szefie!!!!! nasz zwiadowca przyszedł, twierdzi ze kilometr stąd jest obozowisko napastników. Widział wieżę ze strażnikiem. Norin pokiwał ze zrozumieniem głową, rozejrzał się i rozkazał. -Szykujcie się, trzeba ich zlikwidować zanim się tutaj dostaną. Sajfe bierz snajperkę, odstrzelisz tego co stoi na wieży, my zajdziemy ich z drugiej strony- nakazał jednemu ze swoich wyszkolonych.- Robert zostań tutaj i czekaj na nas, jak nie wrócimy to.........- zawachał się z tą odpowiedzią- to jesteś skazany sam na siebie. Poklepał go po ramieniu, podniósł broń z ziemi i pewnym krokiem ruszył. Robert zastanawiał się co musieli czuć ci mężczyźni kiedy szli pozbawić życia kilka innych istot. Nie wyglądali na takich którzy się bali. Chyba raczej z dumą zabijali swoich wrogów. W obronie swojej ojczyzny.
Sajfe położył się za małym pagórkiem. Naładował broń, podczołgał wyżej i wysunął lufę snajperki zza kępki trawy. Wziął jeden głęboki wdech, który pomagał mu dobrze wycelować. Nacisnął spust. Strażnik z wieży osunął się bezwładnie. Napastnicy rozejrzeli się,jakby coś usłyszeli. Norin i reszta oddziału wtargnęli na nich w amoku. Ich szerokie wymachy mieczem, wściekłe twarze pokazywały ogromną agresję. Kilka głów napastników poturlało się po ziemi ociekając gęstą niebieską krwią. Nastała cisza. Reszta oddziału porozglądała się po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś ukrytego istnienia. Jedynym taki życiem, były zrywające się do lotu wielkie czarne ptaki, podobne do kruków. -Znakomicie panowie, znakomicie- pochwalił swoich ludzi dowódca- Możemy wracać, zobaczyć czy nasz przybysz nie dostał zawału ze strachu. Żołnierze roześmiali się szyderczo, schowali swoje lśniące miecze i podali sobie dłonie w podziękowaniu za wzajemną współpracę.
Robert czekał cierpliwie skulony na podłodze jednego z domów. Bał się, że stanie się ofiarą i będzie musiał uciekać. Kiedy dobiegły go głosy swoich nowych znajomych odetchnął z ulgą. Wstał i wyłonił się na zewnątrz.
-Jesteście!- wykrzyknął- słyszałem wszystko, jak ich zabijacie! -To co słyszałeś to odgłosy walki chłopcze, my zabijamy po cichu- pewnym głosem odpowiedział mu Norin. Cały oddział ze zdziwieniem przyglądał się Robertowi, tak jakby popełnił jakiś poważny błąd. On również zamarł i patrzył ze zdziwieniem na Norina i jego kompanów. Przebijał ich wszystkich swoim wzrokiem na wylot. -Widzisz śmierć pierwszy raz na własne oczy co ?- zapytał Norin- jesteś wystraszony jak malutkie dziecko, myślałeś że my tu sobie w karty pogrywamy. Wściekłość tego olbrzyma narastała, jego oczy robiły się białe. Zaciskał zęby i pięści jakby chciał powstrzymać się od zrobienia krzywdy komukolwiek. Nie wytrzymał wreszcie, nie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pietras84
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…