PRZYCHODNIA
sprawdźcie czy się Wam podoba...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
PRZYCHODNIA
Naprawdę mało jest słów tak dziwnych jak przychodnia. Wszystkim dobrze znane miejsce, semantycznie oraz morfologicznie zachęca, by do niego przychodzić. W praktyce jednak wszyscy, którzy do przychodni idą, woleliby z niej raczej odejść i tak też po większej części się właśnie dzieje. I nie chodzi tu o wstręt do quasi-ascetycznych bladożółtych lub bladoróżowych ścian przyklejonych jedynie na kurz do zmurszałego linoleum. Ani nawet o korpulentne panie z rejestracji, które brutalnie wyrwane z rendez-vous z Harlequin’em, nie potrafiąc się odnaleźć w rzeczywistości kontynuują przed nami trzecioosobową narrację. W dodatku w czasie przeszłym, jakby już nas nie było, jeszcze zanim na dobre przyszliśmy. W ten sposób przychodnia staje się, chyba jako pierwsza w dziejach, jednopodmiotowym oksymoronem. Szczęściarze odchodzą z niej prosto do nieba (dla tych, co wierzą) lub prosto na kompostownik (dla tych, którzy procesom gnilnym nie nadają imion), ci z mniejszą przychylnością fortuny, z jednostronnym biletem na podobną wycieczkę, jeszcze inni zaś odchodzą z kwitkiem. Może więc, stosując podobne zasady słowotwórcze przychodnia powinna nazywać się odchodnią. To jednak już sprawa dla językoznawców, nasi lekarze są bowiem zbyt zajęci, by debatować nad błahostkami. Tym razem jednak nie o słowo, a o cyfry się rozeszło. Numerki, dokładniej rzecz ujmując. Równo o dziewiątej stawiłem się w przychodni, by w odróżnieniu od siedzącej pod gabinetem grupki ludzi ostatecznie wykluczyć chorobę i bez zbędnych ruchów odejść do mniej lub bardziej ważnych zajęć. Lekarka przyjmowała wizyty od dziewiątej. Miałem drugi numerek, więc zakładając statystyczny czas poświęcany jednemu pacjentowi w naszej służbie zdrowia, dwadzieścia po powinienem już być w drodze do domu, mrużąc oczy od świecącego tego dnia wyjątkowo mocno słońca. Lecz cóż słońce, gdy na horyzoncie pojawiają się chmury. - Dzień dobry – w wyuczony sposób kiwnąłem głową, pozostawiając jednak ton głosu na tyle bezbarwnym, by nie groziły mi kurtuazyjne rozmowy o maściach z bobrzego sadła i ich zbawiennym wpływie na korzonki. - Dzień dobry – odpowiedział wyraźnie człowiek w wieku mojego ojca, po czym coraz ciszej, niczym echo kolejno wtórowali mu staruszka o sowim spojrzeniu ukrytym pod okularami i żylasty karakan nieco tylko od niej młodszy. Odwiesiłem kurtkę na pustawy jeszcze wieszak i pozostawiając wolne krzesła oparłem się o ścianę, zakładając, że lada moment poczekalnia zapełni się ludźmi starszymi ode mnie. - Pan do neurologa? – wyrwał się żylasty, do tej pory wpatrzony w jedyne w tej części przychodni drzwi. - Tak, tak! – rzuciłem odruchowo, nie wiem dlaczego powtarzając. Jakby raz nie wystarczyło. Więcej nie będę się odzywał. - Który pan ma numerek? Jak pomyślałem tak też zrobiłem. Ci z wyglądu schorowani ludzie są jak piranie, jak strzelniczy proch. Wystarczy byle iskra, byle kropla krwi, by się na mnie rzucili z opowieściami o rozwiedzionych córkach, utalentowanych wnukach, artretyzmie i w ciągu chwili pożarli moje siły witalne, a następnie osaczonego, półprzytomnego, poddanego z nudów pochwalili: jak to miło spotkać młodego człowieka, co by tak umiał porozmawiać. Wiedziałem o tym wszystkim; znałem z opowiadań przyjaciół, kojarzyłem z empirii. Czym prędzej wyciągnąłem telefon komórkowy i udawałem zajętego. Niech żyje stary sprawdzony sposób na komórkę. - Który pan ma numerek? – zabrzmiało głośniej; wróg był u bram. – Proszę pana? - Słucham? Drugi. Drugi, czy dwa, nigdy nie wiedziałem. Kropla jednak weszła już w skałę, w piasek raczej, wnioskując po czasie jaki jej to zajęło. - Ja mam dziesiąty (dziesięć). - Ja ósmy (osiem). - Ja piąty (pięć). - Ja tylko na chwilkę, po receptę. - A ma ktoś pierwszy? Jeden? – kapitulowałem szybciej niż Francja. - Nie ma, ale wchodzi się po kolei. Po kolei zabrzmiało dla mnie wystarczająco jasno, dlatego skierowałem spojrzenie na powrót do telefonu. Wszystko zdawało się dogadane. Nie było sensu dłużej konwersować. - Lekarz już jest? – zadał pytanie jakby sobie, pobudzony żylasty, przyciskając, domyślam się, po raz wtóry już niezłomną klamkę. - Wie pan jak z lekarzami. - Gdybym ja się spóźnił dziesięć minut do pracy, to bym był szczęśliwy jakby mnie szef bez nagany wypierdolił. - Dokładnie.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil komooo
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…