PRZYJAŹŃ
Historia o przyjaźni, która może się narodzić w świecie pozbawionym wszelkich praw i wartości moralnych, między dwiema, całkowicie nieznanymi sobie osobami.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{font:times}W mrocznej i ciasnej celi chłopiec mógł jedynie obgryzać paznokcie i sprawdzać ile pozostało mu jeszcze włosów na głowie, ponieważ środki chemiczne znacznie przyśpieszały linienie. Podejrzewał, że trutkę dostaje w jedzeniu, rdzawej papce, którą dwa razy dziennie wsuwano mu przez szparę pod drzwiami. W suficie wycięto zakratowany otwór, skąd cały czas skapywała woda. Kiedy pragnienie paliło wyschnięte gardło, chłopiec zbierał w dłonie krople i łapczywie pił, lecz później dostawał przez to rozwolnienia i wymiotów. Z zewnątrz nie było słychać prawie żadnych odgłosów; niekiedy gdzieś w murach brzęknęły rury, jeszcze indziej rozlegał się dziwny szum, podobny do wycia wiatru. Przez ołowiane ściany niepodobna było wychwycić tego co rzeczywiste, a tego co wymyślone… Jak do tej pory chłopiec nie słyszał krzyku więźniów lub choćby echa straszliwych tortur. Głucha cisza zdawała się pilnować porządku i spokoju w tym miejscu, czymkolwiek ono było i gdziekolwiek się znajdowało. Wszystko to przypominało mu jego własny pokój zaraz o świcie – kiedy z fabryk unoszą się zaledwie strużki dymu, a hałas miejski nie przeszkadza myśleć. Wówczas z mroku wyłaniają się groteskowe cienie rzucane przez meble przy ścianie i lampę u sufitu, a przez okno wpadają pierwsze promienie wschodzącego słońca. Kiedy zamykał oczy dokładnie to widział i mógłby w to uwierzyć, gdyby nie kapiące na czoło krople wody i dojmujące zimno, przeszywające ciało do szpiku kości. Przeczołgał się pod ciemny kąt celi i podciągnął kolana pod brodę. Skulony zastanawiał się co teraz z nim się stanie, chociaż doskonale to wiedział. Nie był na tyle głupi, aby nie uwierzyć w historyjki opowiadane przez kolegów. W jego obecnym położeniu zwykła śmierć była drogocennym luksusem, jakiego wiedział, że nie dostąpi. Czuł, że jest obserwowany, lecz jak do tej pory nie dostrzegł w pomieszczeniu ani jednej kamery. Może to podsłuch? Czujniki ruchu? Podczerwień? Rentgen? Wąska szpara w drzwiach celi otworzyła się i do środka wsunięto plastikowy talerz, pokryty czymś co przypominało szlam z kanału ściekowego, posypany papryczką chilli. Chłopiec pomyślał, że to właśnie musi być trucizna. Chociaż nie, rozważył w myślach, cholerną trucizną jest ta cela. W żarciu jest co innego. Postanowił, że nie tknie jedzenia… Po godzinie zjadł wszystko. Po dwóch oblizał talerzyk ze wszystkich stron i napił się z kałuży wody na podłodze. Pół godziny później wszystko zwymiotował i dostał gorączki. Zaczął drapać się po nosie, a część skóry została mu na palcach. Ze zmęczenia i wyczerpania zamknął oczy i jeszcze zanim zasnął, pomyślał, że klawo byłoby wrócić do jakiegoś domu.
* * *
Victoria miała pięć lat i była kompletnie naga. Jej dziecięca skóra, pokryta brudem i tłuszczem, zwisała z wychudzonego ciała, jakby trzymana na niewidzialnych pinezkach. Wydawało się, że dziewczynkę utwierdzają w pionie jedynie wystające kości miednicy, żeber i kręgosłup. Mimo to Victoria była uśmiechnięta i bawiła się w dłoniach plastikową figurką żołnierzyka, wydając się nie dostrzegać ani tłumu ludzi chodzącego naokoło niej, ani paskudnej pogody, która zwiastowała rychłą ulewę. Obok dziewczynki stała jej matka. Była również naga, lecz stare i pomarszczone ciało wyglądało raczej jak płaszcz, pod którym ukrywała się prawdziwa skóra, o wiele mniej wysuszona i zgrzybiała, niż ta w rzeczywistości. Kobieta dostrzegła na niebie granatowe chmury i rozłożyła nad sobą parasol. Rzuciła okiem na córkę, pokręciła z niesmakiem głową i rozejrzała się po otaczającym ich tłumie. - UWAGA, uwaga! – wykrzyknęła przekupnym tonem – Niebywała OKAZJA! Pięcioletnie DZIECKO po promocyjnej cienie! Tylko teraz DORZUCĘ samą siebie na jedną NOC! Uwaga, uwaga… Ludzie patrzyli na nią, albo nawet nie zauważali, i szli dalej. Jedni zatrzymywali się i oceniali Victorię, chwaląc jej młody wiek, albo krytykując anorektyczny wygląd. Czasami dotykali jej pośladków, masowali wnętrze ud, głaskali po blond włosach, lecz koniec końców odchodzili z niezadowoleniem. - Niezbyt umięśnione ręce…. - Za chuda, za chuda… - Będzie bezpłodna, czy nie?… - Jeśli byłaby starsza, zabawiłbym się z nią, ale dziecko… Patrzyli się również na jej matkę, otwarcie szydząc. Wskazywali palcem zwisające piersi i pokrytą czyrakami twarz. - Z taką gębą możesz straszyć w horrorach! - Tą skórę można zeskrobać? - Pani do konserwacji czy na odstrzał…? Mijały godziny, lecz nikt nie kupił Victorii ani jej mamy. Kobieta wysilała się i starała najbardziej jak mogła, ale ludzie mijali je obok, niczym przeźroczyste duchy. W pewnym momencie pojawiło się troje mężczyzn w purpurowych fartuchach. Przedstawiali się niezwykle orientalnie, przypominali Wietnamczyków albo Japońców, lecz oczy wyróżniały się europejską inteligencją i sprytem. Właśnie to oczy przyciągały w ich wyglądzie najbardziej uwagę. Obserwowały otoczenie z tajemniczym mrokiem, jakby znały jakiś straszny i obleśny sekret. - Bonjour – jeden z mężczyzn ukłonił się do kobiety. Ta kiwnęła mu w odpowiedzi – Chcielibyśmy obejrzeć pani objete. Moglibyśmy? - Jak najbardziej. Okrążyli dziewczynkę ze wszystkich stron, uważnie i przenikliwie się przypatrując. Dotknęli ją w małą dziecięcą pochwę, po czym z satysfakcją pokiwali głowami, wydając się zadowolonymi z wyciągniętych wniosków. - J’adore! Bierzemy. Matka Victorii uniosła brwi ze zdumienia, ale nie zdołała też zataić promieniującej radości. - Mnie też? - Nie. - Ale… Nagłym ruchem jeden z mężczyzn wyciągnął coś z kieszeni i przystawił to do szyi kobiety. Był to obrotowy wirnik do mielenia mięsa. - Jeśli wydasz z tego otworu gębowego choćby jeszcze jedno słowo, ordure, wypatroszę cię jak prosiaka i każę tym ludziom dookoła zjeść twoje ścierwo. Znajdą się i tacy, którzy będą przez kilka następnych dni lizali zabarwiony beton, a przez następne miesiące wąchali pozostały zapach krwi. Comprendre? Rozumiesz? - Tak. Wirnik zabrzęczał złowrogo. - Kiwnij łbem. Kobieta, bojąc się ostrza pod brodą, ostrożnie dygnęła. Mężczyzna zarechotał i odsunął się do tyłu. Spojrzał na Victorię, która zainteresowana była mrowiskiem nieopodal. Skinął głową do jednego z towarzyszy i zwrócił się jeszcze raz do matki dziewczynki. - Oui, mała jest odpowiednia i na pewno się nie zmarnuje. A ty bierz co należy do ciebie – rzucił jej worek z brzęczącymi pieniędzmi – i idź się gdzieś schlej, póki możesz. Najlepiej nie pokazuj mi się więcej na oczy, bo skończysz jako tapeta jakiejś ściany. Fiche le camp! Mężczyźni zabrali Victorię i zniknęli, a jej matka, z tępym wyrazem twarzy, odwróciła się i pognała do pierwszego lepszego baru, jaki znała. W końcu nie na co dzień udaje się opylić własne dziecko za taką forsę…
* * *
Noc zlewała mu się z dniem i właściwie nie wiedział ile czasu siedzi już w zamknięciu. Kiedy dotykał głowy, czuł jak resztki włosów przyczepiają się do palców i na nich zostają. Jeśli akurat był głodny jadł swoją skórę, bo wiedział, że od niej nic mu nie będzie dolegało. Przestał oddawać mocz i nie wypróżniał już się. Jego zęby chybotały się niebezpiecznie przy każdym poruszeniu językiem; z trudem oddychał i mówił. Podniósł się na nogi i stanął pod otworem w suficie. Woda przestała kapać, widział nad sobą niebieskie niebo i przesuwające się po nim białe obłoki chmur. Zastanowił się kiedy nastał świt i czy na tym niebie świeci słońce… Przeraźliwy gong przerwał jego rozmyślania. Chłopiec zasłonił ręką uszy i zacisnął powieki z bólu. Wydawało mu się, że dźwięk przebija jego mózg na wylot i robi z wnętrzności sieczkę, rozrywa na drobne kawałeczki i… - DOOOOŚĆ!!! – spróbował przekrzyczeć wszechobecny hałas i jak na zawołanie gong ucichł. Jedynie gdzieś w oddali rozlegało się miarowe bębnienie, ciche, niczym rytm na zaplanowany rytuał. Drzwi od celi otworzyły się z metalicznym zgrzytem i chłopca oślepiło białe światło. Padł na kolana, zasłaniając oczy ramieniem. Chwyciły go silne ramiona i podniosły do góry. Wywlekły z celi, prowadząc na zewnątrz. Chciał otworzyć oczy i rozejrzeć się wokół, lecz oślepiające światło raziło go niemiłosiernie. Z wyczerpania jego głowa opadła na pierś i zanim stracił przytomność, usłyszał jak ktoś mówi: - O, cześć, miło mi cię poznać…
* * *
W ciężarówce jechali też inni ludzie, lecz Victoria nie zwracała na nich w ogóle uwagi. Skupiła się na małej osie, która wylądowała na jej ramieniu i próbowała użądlić. Dziewczynka najpierw odczepiła owadowi oba skrzydełka, potem mikroskopijne nóżki, a na koniec oderwała głowę od reszty ciała. Wtedy ciężarówka się zatrzymała. Strażnicy w granatowych fartuchach kazali wszystkim wysiadać. Victoria zmrużyła oczy, gdy poraziło ją światło słoneczne i wmieszała się w otaczający ją tłum, rozglądając niespokojnie dookoła. Z nieufnością patrzyła się na ludzi, którzy ją popychali i szturchali – jedni czarni, drudzy biali, inni żółci, nadzy, przyodziani, ranni, a nawet martwi, tratowani przez żywych. Zobaczyła jak kobieta w ciąży mdleje ze zmęczenia i upada na ziemię. Chwilę później kolumna wojskowych ciężarówek przejechała po jej nieruchomym ciele. Obok jakiś mężczyzna krzyczał, że ma dzieci i rodzinę, że jest za młody aby umierać. Ktoś inny zdzielił go pięścią w głowę. Mężczyzna osunął się i zniknął pod napierającym ze wszystkich stron bydlęcym tłumem. Ktoś zawołał: - Ej, smarkata, tutaj! Victoria szła dalej i zobaczyła przed sobą małą dziewczynkę, bardzo podobną do niej samej. Pomachała do tamtej ręką, ale ona nawet jej nie zauważyła. Stała nieruchomo, trącana przez falujących ludzi, niczym zjawa… - Ej, mówię do ciebie! – ktoś chwycił Victorię w ramiona i podniósł do góry. Odwrócił ją przodem do siebie i dziewczynka zobaczyła jak wpatruje się w nią wielkie przekrwione oko, otoczone czerwonymi bliznami po poparzeniach – Dzieci tędy nie idą, nie słyszałaś…? - Ona też? - Kto? Victoria obejrzała się za plecy, lecz mała dziewczynka zniknęła. Pokręciła głową i nic nie powiedziała. - Masz kod? – zapytał mężczyzna z jednym okiem. - Nie. - To idziemy po tatuaż. Przecisnął się razem z nią pod prąd napierającego tłumu, torując sobie drogę karabinem albo pięściami. Dotarli do małej blaszanej budy, pilnowanej przed dwóch strażników. Mężczyzna z jednym okiem mruknął: - Po kod – na co tamci kiwnęli głowami i pozwolili wejść do środka. Wnętrze blaszaka było ubogie i brudne. Na środku stał stół, w kącie lodówka z piwem, obok biurko, a na nim komputer. Przy stole siedział brodaty mężczyzna, ćmiący fajkę i przeglądający playboya. Kiedy Victoria i strażnik weszli do środka, wstał gwałtownie i wypuścił z ust gryzący kłąb dymu. - Czego? – warknął – Mam dzisiaj taki zapieprz, że nie wiem gdzie palec wsadzić… - Najlepiej do dupy – odparł mężczyzna bez oka – Razem ze świerszczykami – wskazał playboya na stole – Mała nie ma kodu. Masz jej zrobić. Brodacz westchnął i posadził dziewczynkę na krześle. Spojrzał na jej nagie krocze i nerwowo się oblizał. - Gdzie ona idzie? - Tam gdzie reszta bachorów. - Przeżyje? - Gówno cię to obchodzi. Rób tatuaż i spadamy. Brodacz chwycił urządzenie podobne do powiększonego telefonu komórkowego i przyłożył do lewej dłoni Victorii. Po chwili odstawił je, a na skórze dziewczynki pojawił się czarny kod kreskowy. - Zostawisz mi ją? Mężczyzna bez oka prychnął. - Za co? - Dwadzieścia gramów. - Pół kilo. - Ile?! - Nie tak łatwo wyciągnąć więźnia z masarni, sam to dobrze wiesz. Pół kilograma albo w ogóle. Brodacz pokręcił głową z niesmakiem. - Jeszcze się odezwę. Jest za chuda, żebym miał przepłacać. - Twoja strata. Strażnik bez oka wziął Victorię pod ramię i wyniósł na zewnątrz. Ludzie ciągle wychodzili z coraz to nowych ciężarówek, które przyjeżdżały i odjeżdżały w regularnych odstępach czasu. Przecisnęli się przez tłum, dochodząc do wielkiego betonowego budynku, przypominającego kwadratowy kloc Lego. Weszli do środka, mijając niezliczoną ilość zakrętów, korytarzy, zaułków, aż dotarli do dużej sali, w której znajdowało się więcej ludzi. Mężczyzna powiedział: - Okej, tutaj możesz zostać. Niedługo ktoś po was przyjdzie. Trzymaj się, młoda. Victoria pożegnała wzrokiem strażnika i rozejrzała się po pomieszczeniu. Było w nim mnóstwo dzieci, które wyglądały podobnie jak ona – nagie, brudne, w większości wychudzone, z kodami kreskowymi na ramionach. Rozmawiały półszeptem, oglądając się przez ramię, mimo że w sali nie było ani jednego strażnika. Po chwili do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn, ubranych w purpurowe fartuchy. Victoria rozpoznała w nich tych samych ludzi, którzy kupili ją na targu od jej matki. Ciągnęli po ziemi jakąś postać. Rzucili nieprzytomnego człowieka na pryczę obok dziewczynki, która rozpoznała w nim kilkunastoletniego chłopca. Victoria odezwała się radośnie: - O, cześć, miło mi cię poznać…
* * *
Ktoś otworzył mu usta i włożył do środka jakąś włochatą rzecz. - Pogryź. Powoli przeżuł to zębami. Poczuł jak przez przełyk przechodzą mu surowe kawałki mięsa, a na wargach pozostaje rdzawy posmak krwi. - Co to było? - Szczur. Otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Leżał na rozprutym materacu, a obok niego siedziała naga dziewczynka, pięcio- może sześcioletnia. - Że co?! - Szczur. Usłyszałam jak chodził między łóżkami, więc go złapałam. Dobry? - Jadałem lepiej. Chociaż w myślach musiał przyznać, że smakował wybornie. - Jak masz na imię? - Hmm… - zastanowił się i rozejrzał po sali z dziećmi. Jego wzrok zatrzymał się na niemowlęciu kilka metrów obok, wyglądającym tak słodko jakby spał. - Nie żyje – powiedziała dziewczynka, podążając za jego spojrzeniem – Sprawdziłam. Zaczyna już śmierdzieć. Chłopiec zerknął na nią z zaskoczeniem. - Jak masz na imię? – powtórzyła. - Nie pamiętam. - To wymyśl sobie. - Hm, może… zawsze chciałem się nazywać John. Jak ten piosenkarz: John Lennon. Dziewczynka się roześmiała. - Co jest takie zabawne? - Jesteś taki młody, a mam do ciebie mówić John. Lepsze jest Johnny. Ja mam na imię Victoria. - Ile masz lat, Victorio? - Pięć i pół. - Mnie się zdaje, że o wiele więcej. Victoria parsknęła śmiechem. Chłopiec poczuł, że pogawędka z dziewczynką go wykończyła. Opadł na materac i zamknął oczy. - Będziesz spał? - Może. - Gdzie byłeś przez cały czas? Johnny przypomniał sobie zimną i ciemną celę, i dziurę w suficie, z której kapała woda. - Nie wiem. - Czemu nie wiesz? - Bo nie jestem mędrcem…? A czemu ty zadajesz tyle pytań? - Małe dzieci tak mają. Są ciekawe świata, więc naturalną koleją rzeczy pytają. Słyszałeś, ze kto pyta nie błądzi, Johnny? Chłopiec otworzył oczy i spojrzał na Victorię. - A skąd ty to niby wiesz? Dziewczynka wzruszyła ramionami. - Słyszałam. Nagle zerwała się na równe nogi i pobiegła na drugi koniec sali. Johnny usłyszał jak wołała: - Szczur! Szczur! Ucieka w tamtą stronę!
* * *
Po godzinie, choć równie dobrze mogłoby to być piętnaście minut, obudził się. Nie przypominał sobie, żeby zasypiał, ale czuł się o wiele lepiej niż przedtem. Sądził, że jest to sprawka szczura, który dostarczył mu pożywną dawkę żelaza. Victoria siedziała obok i wyrywała z materaca kawałki gąbki. Johnny odchrząknął. - O, obudziłeś się – powiedziała dziewczynka – Byli tu tacy panowie i powiedzieli, że za niedługo wychodzimy. Jak myślisz, gdzie? - Nie wiem. - John! – Victoria zmarszczyła groźnie brwi – Bardzo dobrze wiesz gdzie. - Nie jest ci zimno? Jesteś cała… goła. - Nie, strasznie się pocę. Moja mama nigdy nie dawała mi ubrania, bo mówiła, że to… hm, dziwkarskie i bardzo modne. Johnny zachłysnął się. - Czy twoja mama…? - Taa, sprzedała mnie. Teraz wszyscy rodzice tak robią. Ciebie też sprzedali? - Nie wiem. - Ale wiesz co się teraz z nami stanie? Chłopiec westchnął. - Tak, coś o tym słyszałem. Victoria uniosła brwi. - Więc…? - Co? - Powiesz mi? - Nie jesteś za młoda? - Sam powiedziałeś, że jestem starsza niż w rzeczywistości. Johnny zaśmiał się. - To prawda… - po chwili spoważniał i zniżył głos – Hm, no więc kody kreskowe przyporządkowują nas do… różnych grup. Widziałem twój i mamy taki sam, jak i wszystkie dzieci na tej sali. Dorośli mają inne, kaleki inne, kobiety w ciąży inne, starcy… - A co będzie z nami? – przerwała mu. Johnny westchnął. - Mamy najmłodszą tkankę i najjędrniejszą skórę. Podejrzewam, że z ciebie będą chcieli ją zedrzeć i zrobić jakieś ubranie; mięśnie i ścięgna przydadzą się do budowy… na przykład samolotów… - A z ciebie co zrobią? - Mam chorą skórę. Przeprowadzali na mnie eksperymenty. Zabiorą tylko kości. Bogaci ludzie będą je kupowali na opał do swoich domów. Podobno palą się dłużej niż węgiel drzewny. Victoria zamilkła i pokiwała ze zrozumieniem głową, jakby przed chwilą usłyszała, że na zimę niedźwiedzie zasypiają w sen zimowy albo, że ptaki potrafią latać. - Chyba mi niedobrze – zajęczał Johnny. - Zawołać kogoś? - Mhm. Victoria rozejrzała się wokół i zobaczyła wyjście z sali. Podeszła do niego i zapukała w metalowe drzwi. Nikt nie odpowiedział, więc krzyknęła. - Hej, otwórzcie! Otwórzcie te drzwi! Widziała jak kamery ustawione w rogu ściany najeżdżają na nią i rejestrują obraz. Pomachała w ich stronę i wskazała na Johnny’ego. Kiedy odczekała pięć, dziesięć minut, a nic się nie wydarzyło, wystawiła do kamer środkowy palec i wróciła do chorego chłopca. - Nikt nie odpowiada. - Nie szkodzi, nie szkodzi… i tak przydam im się jako martwy… niż jako żywy. Victoria westchnęła ze…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil dreamerry
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…