Przykazanie Nienawiści
Działacz partyjny zostaje zamordowany w niezwykle brutalny i bezsensowny sposób. Aspirant Józef Woliński nie ma pojęcia, kto i dlaczego mógłby dopuścić się takiej zbrodni... A ma być tylko gorzej.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}15 sierpnia, 1978{/i}
Aspirant Józef Woliński nie spotkał się z takim przypadkiem okrucieństwa aż do dnia dzisiejszego. Denat został poćwiartowany, a potem – już w kawałkach – podpalony do zwęglonego mięsa. Jego części rozesłano do wszystkich jego znajomych i członków rodziny, dołączając notkę mówiącą „Bóg karze”. W kostnicy zgromadzono już wszystkie szczątki Jeremiego Mojchowicza, obiecującego partyjnego i jego przyjaciela ze szkolnej ławy. Pogrzeb został zaplanowany na za tydzień, ale być może zostanie przełożony na później: Nie wiadomo, czy balsamista upora się z takim zadaniem w przeciągu siedmiu dni. Woliński zapalił kolejnego papierosa. Wiedział, że to go w końcu zabije, ale denerwował się. Zawsze palił wtedy, kiedy działo się coś ważnego. Ostatnim razem opróżnił całą paczkę w przeciągu dwóch godzin po uczestnictwie w rozpędzeniu krakowskiego wykładu Michnika pół roku temu. To było takie niesprawiedliwe. Jeremi nie był nawet tak wysoko w partii. Dlaczego ktoś miałby go zabijać(bo dość oczywistym był fakt, że mieli do czynienia z zabójstwem ze szczególnym okrucieństwie)? Czemu tak brutalnie? I co, do cholery, znaczyła ta notka? „Pan karze”. Brzmiała, jakby urwała się ze Starego Testamentu. Milicjant znał treść Pisma Świętego dość dobrze, jego świętej pamięci matka była bardzo religijną kobietą. „Cóż, lokalny Kościół będzie miał urwanie głowy”, pomyślał. Gorąco liczył, że uda im się złapać tego świra i wymierzyć mu sprawiedliwość. Tu nie chodziło nawet o prywatne porachunki i fakt, że Mojchowicz był jego dobrym przyjacielem. Nie wiadomo przecież, czy taki szaleniec nie zaatakuje ponownie. Niestety, na chwilę obecną nie mieli żadnych poszlak ani podejrzanych. W motywy wliczano zabójstwa na tle politycznym, rabunkowym oraz osobę niezrównoważoną. Aspirant od razu odkreślał rabunek grubą kreską: Z domu partyjnego nie ubyło absolutnie nic. Osoba niezrównoważona z kolei była prawdopodobna, ale Woliński miał zrozumiałe wątpliwości: Jaki człowiek o takim rozchwianiu umysłu wysyła potem szczątki ofiary do jego rodziny i znajomych? Musiałby sprawdzić adresy albo znać je już wcześniej, co sugerowałoby, że zbrodnia została zaplanowana. Pozostawało więc zabójstwo na tle politycznym. Ale po co? I czemu akurat partyjnego na tak niskim stanowisku? Oczywiście, było prościej zamordować kogoś, do kogo dostęp był prostszy, niemniej jednak... Milicjant z irytacją zauważył, że wypalił już całego papierosa i ostentacyjnie sięgnął po kolejnego. Sekcja zwłok, a raczej tego, co z nich zostało, wykazała śmierć w wyniku ran ciętych. To implikowałoby, że Mojchowicz został poćwiartowany żywcem, co było już zwyczajnym skurwysyństwem ze strony mordercy. Dopiero potem miałby on zwęglić kawałki i rozesłać je w odpowiednie miejsca. Aspirant zaklął pod nosem, zapalniczka nie chciała zaskoczyć. Jedyne, co mógł teraz zrobić, to udać się na pogrzeb i przekazać kondolencje rodzinie Jeremiego. Osierocił dwójkę dzieci, zostawił żonę i starą, schorowaną matkę. Ktokolwiek to zrobił, był skończonym gnojem bez serca.
{i}28 sierpnia, 1978{/i}
Idealnym sposobem na zakończenie wakacji jest pożegnanie swojego zamordowanego ojca. I w kościele, i na cmentarzu panowała kompletna cisza. Mszę pożegnalną odprawiał jakiś ksiądz młodszy od Wolińskiego, chyba dopiero po seminarium. Sam aspirant na pogrzebie pojawił się w galowym mundurze, co przyciągnęło parę spojrzeń z ulicy, szczególnie po tym, kiedy wszedł do kościoła i zaczął się modlić. Współpracownicy z partii Mojchowicza oczywiście nie pojawili się w ogóle. Zapewne teraz opijali śmierć Jeremiego we własnym gronie. Być może dlatego cmentarz był taki pusty: Nie mogło być na Nim więcej niż dziesięć osób. Aspirant po skończonej ceremonii podszedł do wdowy po Mojchowiczu. - Szanowna Pani... - Zaczął, mnąc swoją służbową czapkę milicyjną w dłoniach. - Nazywam się Woliński, Józef Woliński. Pani mąż był moim dobrym przyjacielem i... - Mówił o Panu w samych superlatywach – Odpowiedziała Pani Mojchowicz, kiwnąwszy lekko głową i uśmiechając się nikle. - Chciałem złożyć Pani najszczersze kondolencje – Powiedział. - Jeremi to był swój chłop... Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało. - Nikt nie może. Podobno śledztwo jest w toku. - Tak, aczkolwiek... Nie będę ukrywał, Pani Mojchowicz, nikt nie ma pojęcia, co się stało. Czy Jeremi nie miał może jakiegoś osobistego wroga? - Być może ktoś zazdrościł mu dynamicznej kariery, ale wątpię, by ktokolwiek mógł posunąć się do takiego okrucieństwa... - Rozumiem. Nikogo więcej? Może kogoś w rodzinie? - Nic mi na ten temat nie wiadomo, przykro mi. - Cóż... W takiej sytuacji nie będę zawracał już Pani głowy... I jeszcze raz, bardzo mi przykro. - Mam tylko nadzieję, że znajdziecie tego łajdaka i przyprowadzicie go przed oblicze sprawiedliwości. - Od tego jest milicja, Szanowna Pani – Woliński zasalutował i ukłonił się.
{i}30 Listopada, 1978{/i}
Nic. Koniec. Finito. Sprawa została umorzona. Nie było świadków, nie było podejrzanych, nie było motywu, nie było niczego, co mogłoby pomóc w rozwikłaniu tej zagadki. Sprawca nigdy nie został zdemaskowany. Jedyne, co w tym wszystkim cieszyło Wolińskiego to fakt, że sam morderca nie zaatakował ponownie. Zdawał się po prostu przepaść jak kamień w wodę. Obecnie siedział w krakowskiej komendzie głównej MO, robiąc krzyżówki. Zastanawiał się właśnie nad jednym hasłem: „... śmierci”, pięć pól do wypełnienia. Wszystkie wolne. Aspirant wyjrzał za okno, padał śnieg... Chociaż padał to może lekki eufemizm, biorąc pod uwagę zadymkę, w jakiej pochłonięta była ulica. Zupełnie jakby pogoda coś zwiastowała... Coś niedobrego. Spojrzał na zegar ścienny, dochodziła szósta. Dla niego był to już koniec dzisiejszej pracy. Podniósł się z krzesła i chwycił swoją kurtkę. „Dokończę tą krzyżówkę w domu”, pomyślał, wsiadając do swojego wysłużonego wartburga i przekręcając kluczyk w stacyjce. Zaklął pod nosem, kiedy samochód odmówił posłuszeństwa i nie ruszył, dopiero ponowny zaskok się powiódł. Słuchał wieczornych wiadomości bez większego entuzjazmu. Ot, trochę tego, trochę tamtego. Aresztowali paru studentów za jakiś mały strajk, dzienny standard. - Wróciłem – Oznajmił, wieszając kurtkę na wieszaku. - Kochanie, jest do Ciebie przesyłka – Powiedziała jego żona, wychodząc z kuchni z paczką w rękach. Woliński zmarszczył brwi. - Napisane od kogo? - Zapytał, biorąc niespodziewaną przesyłkę do ręki. - Nie ma imienia. W sumie dość lekka, ale unosi się od niej jakiś dziwny zapach... - Pozwolisz, że zabiorę ją do gabinetu? - Coś mu się w tej paczce nie podobało. - Swoją drogą, co dziś na obiad? - Klopsiki. Takie, jak lubisz – Pani Wolińska uśmiechnęła się lekko. Aspirant także pozwolił sobie na uśmiech, choć ciemne myśli nie dawały mu spokoju. Ostentacyjnie rzucił okiem na krzyżówkę. Już w gabinecie upewnił się, że drzwi zamknięte są na klucz i zabrał się za odpakowywanie paczki. Dziwnym zapachem okazał się być smród rozkładu i śmierci, tak charakterystyczny dla zwłok. Zmarszczył brwi jeszcze bardziej i w końcu rozpakował przesyłkę do końca. Zmrużył oczy. W środku znajdowała się ludzka głowa z wyrazem prawdziwego przerażenia zastygłego na twarzy. Oczy szeroko otwarte, źrenice o mikroskopijnych wymiarach, usta otwarte na oścież. Wyglądało na to, że denat krwawił z ust przed śmiercią. Wraz z głową w pudełku znajdowały się jeszcze trzy notki. Woliński wyciągnął z szuflady parę rękawiczek i ostrożnie wyciągnął notki. Pierwsza od razu wydała mu się znajoma: Została napisana tym samym charakterem pisma, co notka dołączona do szczątek Mojchowicza. „Bóg karze.” Aspirant zamarł. To ten sam gość. O cholera, to ten sam gość! Tylko czemu wysłał paczkę do niego? Co to miało znaczyć? Czyżby to ostrzeżenie? Rzucił okiem na drugą notkę. Napisana tym samym charakterem pisma, wyglądała na jakiś cytat. „Gdy grzech dojrzeje, PRZYNOSI ŚMIERĆ.” Co to oznaczało? Czyżby głowa tego nieszczęśnika należała do jakiegoś kryminalisty? Chociaż... Poprzednia notka była dołączona do ciała partyjnego. Być może morderca miał nieco inne podejście do prawa niż inni ludzie. Wreszcie, trzecia notka. Wyglądała na wizytówkę i to bynajmniej nie mordercy, lecz denata. „Stanisław Woliński, członek PZPR.” Woliński...? Józefowi przestawało się to wszystko podobać. To było dość oczywiste ostrzeżenie. Na swoje szczęście w rodzinie nigdy nie mieli żadnego partyjnego ani żadnego Stanisława, niemniej sprawa pozostawała poważna. Przestań albo stanie Ci się krzywda. Tobie albo twojej rodzinie. Cóż, sprawca nie zapoznał się dokładnie z modelem polskiej mentalności, która nakazuje Polakowi robić dokładnie na odwrót, szczególnie jeżeli coś objęte jest prohibicją. Poza tym, Mojchowicz wciąż pozostawał jego przyjacielem i Woliński nie zamierzał tego po prostu zostawić. Już chciał zamykać paczkę, kiedy coś nagle rzuciło mu się w oczy. Mało brakowało, a by to przeoczył. Pióro. Pojedyncze czarne pióro, wyglądające na pióro kondora. Aspirant spojrzał na krzyżówkę leżącą na jego biurku i niesiony chwilą dopisał w końcu słowo, które go tak nurtowało. „Anioł”.
{i}2 grudnia, 1978{/i}
Woliński postanowił zasięgnąć języka u osoby, która powinna coś o aniołach wiedzieć, u lokalnego księdza. Co prawda szansa, że istota duchowa była odpowiedzialna za te morderstwa wydawała się być znikoma, ale biorąc pod uwagę równie znikomą liczbę tropów i poszlak, aspirant zaczynał być zdesperowany. Czarne pióro, które znalazł wraz z głową nie mogło należeć do ptaka. Był tego pewien. Postanowił przyjść z samego rana. Z miejsca darował sobie zakładanie milicyjnego munduru. Choć sprawa została wznowiona, aspirant działał także we własnym prywatnym zakresie. Wszakże wciąż nierozstrzygniętą pozostawała kwestia śmierci Jeremiego. Było akurat po porannej mszy, dziewiąta dziesięć. Woliński nie chodził zbyt często do kościoła. Jego praca wymagała, by był na posterunku niemalże non-stop, a osoba milicjanta uczęszczającego na mszę ani nie kojarzyła się dobrze ani nie przysparzała mu dodatkowego prestiżu. W najlepszym wypadku spotkałby się z pełnymi dezaprobaty spojrzeniami przełożonych, w najgorszym mógłby zostać zwolniony. Teraz jednak sytuacja była poważna, a aspirant zamierzał dociec prawdy, choćby dla Pani Mojchowicz. W środku było tylko parę starszych kobiet odmawiających różańce i jeden ksiądz, który kończył właśnie porządkować wszystko na następną mszę. Józef rozpoznał go od razu, ten sam ksiądz odprawiał pożegnalną mszę dla Jeremiego. Był chudy jak tyka i stosunkowo drobnej budowy, o twarzy pokrytej śladami po agresywnej ospie. Sutanna zdawała się na Nim wisieć jak na wieszaku. I mimo tego wszystkiego, pomimo tak nikczemnego wyglądu, biła od niego jakaś dziwna, tajemnicza aura. Aura obrońcy i pocieszyciela, która Wolińskiemu skojarzyła się z gorącym mlekiem. - Przepraszam... - Zbliżył się do ołtarza i duchownego, uprzednio nieco automatycznie przyklękając na jedno kolano i wykonując znak krzyża przed powstaniem. - Proszę księdza, mogę księdzu zająć chwilkę? - Mężczyzna ze śladami po ospie spojrzał na Wolińskiego z zauważalnym zaskoczeniem. - Czy Pan nie jest tym milicjantem z pogrzebu Pana Mojchowicza? - Zapytał, wskazując mu wejście do zakrystii. Obaj mężczyźni weszli do środka. - Tak, jestem. Proszę się nie martwić, ja tu prywatnie. Józef Woliński. - Prywatnie? - Brew księdza uniosła się lekko. - Jak więc mogę Panu pomóc? - Prowadzę sprawę Jeremiego – Pana Mojchowicza znaczy – na własną rękę. Widzi Pan, byliśmy przyjaciółmi ze szkolnej ławy i... - Rozumiem... Ale jak mogę Panu pomóc? - Widzi Pan, proszę księdza... Ja mam pewne podejrzenia. Pewne bardzo dziwne podejrzenia, z którymi nie mogę się zwrócić do nikogo innego, bo w najlepszym razie mnie wyśmieją, a w najgorszym wsadzą do czubków. - O czym Pan...? - Woliński wyciągnął z kieszeni czarne pióro. - Proszę księdza... Mogę poznać Pana imię? Wygodniej mi mówić do kogoś po nazwisku? - Tomasz Sandler, wikary... - A więc, Panie Sandler... Czy to możliwe, żeby anioł zabijał ludzi bez powodu? - Zapanowała długa cisza. - ...Proszę powtórzyć pytanie – Było oczywiste, że wikary został całkowicie zaskoczony. - Wiem, to dziwnie brzmi. Anioły przecież nie istnieją... - Istnieć istnieją, ale od dobrych paruset lat nikt nie widział ich na Ziemi... - Duchowny przyłożył palec do ust, myśląc intensywnie. - Skąd takie podejrzenie? Czy to na bazie tego pióra? - Między innymi. Do tego notki, które były dołączone do dość ciekawej paczki, którą otrzymałem dwa dni temu. - Paczki? - W paczce znajdowała się głowa działacza KC PZPR Stanisława Wolińskiego – Sandler pobladł. - Sama głowa została już przekazana milicji. Przesłuchali mnie i puścili wolno. Pozwoliłem sobie jednak na zachowanie tych dwóch notek – Aspirant wyciągnął z kieszeni spodni notki zapisane pismem zabójcy i podał je księdzu. Wikary rozwinął obie, rzucił na nie okiem i zmrużył oczy. - „Bóg karze” i „Gdy grzech dojrzeje, PRZYNOSI ŚMIERĆ”... - Zamruczał. - Paczka została dostarczona bezpośrednio do Pana? - Dokładnie. Niestety, brakowało nadawcy. - Hm... - Duchowny wziął do ręki pióro. - Czarne... Gdyby faktycznie należało do anioła, niemal na pewno należeć będzie do jednego z upadłych aniołów... - Upadłych aniołów? - Woliński zamrugał. - Pozwoli Pan, że szybko objaśnię? Aniołów dzielimy na zwykłych i upadłych, nazywanych także diabłami. - A, to trzeba było tak od razu, że to demony – Aspirant pokiwał głową ze zrozumieniem. - Znaczy... No nic, nieważne – Sandler westchnął. - Ale istotnie, od tego pióra bije jakaś energia... Być może to faktycznie boska aura. - Być może? - Nie jestem obeznany z tego typu rzeczami, jestem jedynie prostym sługą bożym – Wikary uśmiechnął się przepraszająco. - Ale był Pan w stanie wyczuć, że coś jest nie tak z tym piórem... - Owszem, ale to tyle. Trzeba by to wysłać do egzorcysty... Niemniej jednak, jeżeli faktycznie to upadły anioł stoi za tym wszystkim, trzeba będzie poznać jego motywy... - Trzeba będzie go znaleźć – Dość przytomnie zauważył Woliński. - Tak, to też prawda. Mogę dostać Pana numer? Od razu wyślę to do lokalnego egzorcysty i zadzwonię do Pana w momencie, kiedy dostanę jakieś informacje. - Naturalnie.
{i}9 grudnia, 1978{/i}
Śnieżyło bardziej niż zwykle. Woliński się niepokoił. Co, jeżeli prośba Sandlera spotkała się z odmową albo wyśmianiem? Z drugiej strony, gdyby istotnie tak było, dowiedziałby się o tym od wikarego już wcześniej. Mijał już tydzień od ich spotkania, a informacji brakowało... To właśnie tego dnia, wieczorem, doszło do kolejnego morderstwa. Spiker mówił tym samym monotonnym głosem przez cały czas: Ofiarą tym razem okazał się być pięćdziesięciosiedmioletni duchowny Adam Plandecki, egzorcysta. Znaleziono go... w zakrystii w kościele parafii aspiranta? Woliński zamrugał. To nie był przypadek, morderca wciąż wysyłał jemu – teraz może i Sandlerowi – ostrzeżenia. Plandeckiego znaleziono rozwieszonego na ścianie zakrystii, przybitego doń za pomocą trzech wielkich gwoździ. Dwa z nich użyte zostały, by przyszpilić jego nadgarstki, a trzeci wykorzystany został do przybicia obu kostek w stopach za jednym zamachem. Słowem, ukrzyżowanie. Nad jego głową zostały nabazgrane krwią słowa „Bóg karze”. - Boże... Czy to ten sam morderca, który...? - Zapytała Pani Wolińska, blednąc. Milicjant pokiwał głową, jego umysł pełen ponurych wizji. Ni chybi musiał to być egzorcysta, o którym wspominał wikary... Ale dlaczego został zabity w taki sposób? Aspirant zaczął myśleć: Plandecki został ukrzyżowany dość parodystycznie, na samych gwoździach... A mimo to, nad jego głową widniał proboski tekst. To właśnie wtedy usłyszał pukanie do drzwi. Trochę roztargniony otworzył je, by ujrzeć w nich... Sandlera w kurtce i nieco przymałym berecie, który zdążyła już przykryć warstwa śniegu. - Przepraszam, że nie telefonem, ale sprawa jest poważna – Powiedział, podając rękę na przywitanie. - Mogę wejść, jeśli to nie problem? - Tak, tak... Proszę się nie krępować – Woliński ustąpił miejsca duchownemu, wskazując mu wieszak. Wikary przedstawił się mocno zaskoczonej Pani Wolińskiej, po czym na prośbę samego Wolińskiego udał się do gabinetu, za Nim zaś podążył aspirant. - Wie Pan już, co się stało z egzorcystą? - Zapytał milicjant od razu po zamknięciu drzwi na klucz. Sandler kiwnął głową. - Tak... Miałem okazję znaleźć go w takim stanie – Odpowiedział. - To jest ostrzeżenie ze strony mordercy. Takie samo, jak głowa tamtego Wolińskiego... Ale rozumiem, że śmierć Pana Plandeckiego oznacza, że sprawa zostanie rozpatrzona? - Teraz, kiedy dusza Ojca Adama jest w Królestwie Niebieskim, boję się, że może to zostać zarzucone. Egzorcyści to bardzo zachowawczy słudzy boży. Jeżeli widzą, że wyzwanie ich przerasta, nie angażują się weń. - Czyli co...? Znowu jesteśmy na lodzie? - Nie do końca... - Wikary uśmiechnął się nieznacznie. - Mam namiar na pewnego... mistyka. Krążą o Nim różne opinie, ale z braku dostępnych opcji musimy uciec się do półśrodków, jeżeli chcemy złapać tego upadłego anioła. - Mistyka? Czyli kogo konkretnie? - Niektórzy ludzie posiadają umiejętność wyczuwania anielskiej bądź demonicznej aury. Choć każdy człowiek posiada taką możliwość, ci wybrani są w tym naprawdę dobrzy. - Rozumiem... - Woliński podszedł do alternatywnego pomysłu księdza z dużą dozą sceptycyzmu, ale z braku innych propozycji tylko kiwnął głową potakująco. - Umówiłem się już z mistykiem na jutro o osiemnastej. Da Pan radę przyjść o tej porze? - Hm. Powinni zwolnić mnie z pracy trochę wcześniej za nadgodziny, które…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil FergardStratoavis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…