Wróć do katalogu

PzW 717

...

Coldstream, opublikowano , 30 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

"PzW 717"

Ledwo słyszalny stukot rozbrzmiał gdzieś w ciemnościach, wśród szumu zimowej zamieci. — Co to było, Peter? — Niby co? — odparł, siedzący na wyższym poziomie kopuły obserwacyjnej, siedemdziesięcioletni mężczyzna nie przerywając, zajmującego go bez reszty, dłubania w nosie. — Słyszysz? Coś nadjeżdża drogą — powiedział z wyraźnym, bawarskim akcentem, drugi siwowłosy Niemiec, zajmujący stanowisko poniżej. — Zbliża się. Słuchaj! Zacisnął dłonie na zimnej rurze peryskopu i docisnął oczodół mocno do okularu. Próbował wyłowić jakikolwiek kształt z rozmazanej padającym gęsto śniegiem ciemności. — Ja tam nic nie słyszę. Wydaje ci się, Klaus — odrzekł towarzysz wpatrując się w pozyskane z głębi nozdrzy gile. — Nie dość, że ciemno to jeszcze śnieg zacina. Cholerna śnieżyca. Nic nie widać. Wieje przez te otwory, że mi zaraz chyba uszy odpadną. Przygłuchy, cierpiący na reumatyzm, Peter Bartelmeier obtoczył między dwoma palcami, pozyskaną z lewego otworu, oślizgłą maź i przylepił ją do jednej z nóżek siedziska. — Przysłuchaj się, Peter. Nie zwracając uwagi na narzekania swojego towarzysza, sędziwy mężczyzna, obsługujący długi peryskop, wysuwany ponad betonową kopułę, wsłuchiwał się w coraz wyraźniejszy niepokojący odgłos. — Mówię ci, coś jedzie drogą — rzekł podenerwowany. — Jest coraz bliżej. Słyszę wyraźnie. Pięćdziesięciodwuletni Klaus Himmelwitt, weteran Wielkiej Wojny, nowo-wcielony do „Wunderwaffe” jak sam, z pogardą i nieukrywanym szyderczym tonem, nazywał tą formację, dumnie prezentując przy tym opaskę z napisem: „Deutscher Volkssturm – Wehrmacht”; był wyraźnie przejęty. — Cholerna śnieżyca — powtórzył Bartelmeier, penetrując z zapałem drugi otwór w grubym, orlim nosie. Niemal jednocześnie poznali metaliczne dudnienie o bruk. Powodujący zaniepokojenie, metaliczny chrzęst. Chrzęst gąsienic, rozbrzmiewał złowrogo i niósł niepewność. Był coraz wyraźniejszy. Coraz bliższy. — Słyszę — przerwał ciszę Bartelmeier. Przestał dłubać w nosie. Wytarł palce w przydużą bluzę munduru. Nadstawił uszu i wytrzeszczył, teraz jeszcze bardziej wyłupiaste, oczy. — Jakaś kolumna. — W głosie starego weterana Wielkiej Wojny, dało się słyszeć nutę zawahania i rosnące z każdą chwilą podenerwowanie. — Dużo pojazdów. — Pewnie znowu nasi — rzekł Peter z obojętnością patrząc w mrok. — Ostatnimi czasy mamy ruch jak na defiladzie w urodziny Fuhrera. Bawarczyk uśmiechnął się smutnie, kurczowo obejmując peryskop. Nie podzielał beztroskiego zachowania kolegi. Miał dziwne przeczucia. Dowództwo nie uprzedziło ich o żadnej wycofującej się jednostce. Chociaż z drugiej strony, w ciągu kilku ostatnich dni, już kilka zmotoryzowanych kolumn przejechało tędy i o prawie żadnej dowództwo nie wiedziało. Sznur pojazdów, jak trafnie odgadli, zatrzymał się przed blokadą drogową, w odległości dwustu metrów od nich. Wyrazisty ryk wielu silników wybijał się ponad odgłosy zamieci. — Odsuwają blokadę — grubo-nosy Niemiec skomentował ledwie widzialny ruch wielu czarnych sylwetek na wysokości pierwszego pojazdu kolumny wojskowej,. — To nasi. Miałem rację — dodał niemal triumfalnie. Himmelwitt próbował nasłuchiwać głosów, stłumionych przez wycie wiatru i pracę silników. Nadaremnie. — Może warto podejść do nich? — powiedział wahając się. — Może w końcu dowiedzielibyśmy się czegoś? Front blisko, muszą mieć świeże wiadomości. — Daj spokój. Chce ci się wychodzić? Z barykadą sami sobie poradzą — skrzywił się obserwator na wyższym poziomie kopuły. — Raz, że nas nie widzą; dwa, że pewnie i tak się spieszą. Nie łudź się, że będą chcieli tracić czas na pogawędki z tobą, na mrozie. — Może jednak warto spróbować? — Odpuść. Jest ciemno. Zawieja. Jeszcze wezmą cię za bolszewika i zastrzelą. Nie warto. Klaus zamyślił się. — Co się dzieje? — W otworze wejściowym pojawiła się pyzata twarz młodego chłopca. — Florian? — odpowiedział głos z góry. — Gdzieś się podziewał? Miałeś nam przynieść kawy. — Nie jestem waszym sługą — odrzekł hardo chłopiec z rudawą, wydatną czupryną. — Mam ważniejsze obowiązki na głowie: czyściłem granatnik — dodał wycierając dłonie w ręcznik. Weteran Wielkiej Wojny spojrzał z politowaniem na szesnastoletniego Floriana Kocha. Żal mu było zwłaszcza, wypisanej na jasnej twarzy, naiwnej ufności w Fuhrera i ostateczne zwycięstwo. Klaus kiedyś też widział tą samą dumę i tą samą bezgraniczną wiarę. Oni, podobnie jak rudy nastolatek, również byli młodzi i pełni życia. — Co się dzieje? Co to za odgłosy? — młody volkssturmista powtórzył pytanie. — To nasi — odezwał się ponownie głos z góry. — Kolejna kolumna. — Trzeba zameldować do dowództwa — stwierdził podekscytowany młodzieniec — i powiadomić dowódcę. — Leć do sierżanta i zamelduj — odezwał się Klaus. — Daj po radiu do dowództwa, żeby znowu nie byli zaskoczeni. Florian Koch energicznym ruchem już wycofywał się z pomieszczenia, gdy Himmelwitt chwycił go za wątłe ramię. — I najważniejsze — rzekł. — Zbudź tych nierobów: Luttwitza i Zeltmana. Już pięć minut temu mieli nas zmienić. Nastolatek spojrzał spod łba na starca. Miał już odpowiedzieć coś opryskliwego, ale złość ustąpiła przed wyraźnym poruszeniem. Znikł w korytarzu. Puścił się biegiem po schodach w dół przeskakują co dwa stopnie. Znalazł się na niższym poziomie podziemnego obiektu. Po obu stronach wąskiego korytarza znajdowały się wejścia do kilku pomieszczeń. Stanął na dość wysokim progu pierwszego. Stary mężczyzna powoli zwlekał się z łóżka. — Himmelwitt kazał się wam pospieszyć — rzucił od niechcenia chłopiec. — Gdzie Luttwitz? — Dostarcza materiału na brykiet, żeby było czym grzać — odparł otyły volkssturmista z uśmiechem na twarzy, okręcając wokół szyi różowy szal. Chłopiec szczerze nienawidził tego grubasa. Opowiadającego wciąż sprośne dowcipy i przechwalającego się, jak to będąc kierownikiem sierocińca, dobierał się tłustymi paluchami do nieletnich dziewcząt. Młody Niemiec pobiegł dalej, puszczając mimo uszu dowcip, którym żyła cała załoga. Cała, oprócz jego i dowódcy. Biegł do jedynego człowieka, którego darzył szacunkiem. Jedynego, który podzielał jego zdanie w kwestii wydawałoby się bezspornej: miłości do ojczyzny. Minął pomieszczenie łączności. Stara radiostacja jak zawsze trzeszczała w najlepsze. Nie zatrzymał się jednak, aby nadać meldunek. Przy toaletach wpadł na wychodzącego właśnie łysego okularnika. — Uważaj, mały — zwrócił mu uwagę stary mężczyzna, poprawiając grube bryle. Ten, cyniczny do szpiku kości, volkssturmista był, według Floriana, pozbawiony jakichkolwiek pozytywnych cech. Ojczyzna dała mu szansę odkupienia dawnych grzechów, zamieniając wyrok więzienia na wojsko. Florian Koch nie zatrzymał się, pobiegł parę kroków dalej i stanął przed zamkniętymi drzwiami do izby dowódcy załogi. Zapukał. Nikt nie odpowiedział. Przesuwane na prowadnicach, żelazne drzwi wejściowe do pokoju dowódcy, zaskrzypiały piskliwie. Chłopiec przekroczył próg. Jak zwykle, jego uwagę przykuł, zawieszony na ścianie, plamiasty mundur grenadiera pancernego, z naszywką Dywizji Pancernej „Lehr”. W drugiej kolejności popatrzył na dwa zdjęcia znajdujące się na szafce, przy łóżku. Stanowiły pamiątki z walk w Normandii. Z dziesięciu osób widniejących na fotografiach, żył tylko sierżant Gunter Schlinke; ciężko ranny, wyrokiem lekarzy, jako niezdolny do służby w swojej formacji, mianowany dowódcą Bunkra numer 717. Florian Koch oderwał maślany wzrok. — Panie, sierżancie! — zwrócił się, najgłośniej jak potrafił, do śpiącego, skulonego i odwróconego plecami, człowieka o wątłej posturze. — Melduje, że właśnie mija nas kolumna pancerna! Śpiący dotąd mężczyzna poruszył się nerwowo. Obrócił się. Wraz z ruchem jaki wykonał, pusta butelka po koniaku wytoczyła się spod koca i poturlała się z brzękiem pod przeciwległą ścianę. — Co mówisz? — odezwał się Schlinke mrużąc przekrwawione oczy i trąc dłonią po kilkudniowym zaroście na twarzy. — Melduję, że właśnie mija nas kolumna naszych wojsk — powtórzył już ciszej posłaniec. — Ach… — wydobył z siebie niewyraźny dźwięk zachwytu. Niepewnym ruchem siadł na łóżku. Był pijany. — Kolumna pancerna, mówisz… — wybełkotał pod nosem. Przez dłuższą chwilę rozglądał się na boki błędnym spojrzeniem, kołysząc się przy tym, jakby miał zaraz się przewrócić z powrotem na pryczę. — Opowiadałem ci jak w Normandii spotkałem sławnego Michaela Wittmanna? — podjął z wielkim trudem, tępo patrząc się w podłogę. — To było w czasie jego największego zwycięstwa, pod Villers-Bocage. Pamiętam jak dziś. Postawnego mężczyznę energicznie wyskakującego z Tygrysa. Jego czarny mundur i błyszczący Żelazny Krzyż. To spojrzenie… Nie do zapomnienia, jak jarząca gwiazda na tle czarnego nieba… Dowódca załogi zamilkł na chwilę. Młodzieniec, pomimo iż uwielbiał tą opowieść, chciał wykorzystać ten moment, aby coś powiedzieć, ale nie zdążył. — Zameldowałem mu o kolumnie brytyjskich pojazdów, która zatrzymała się na odpoczynek — ciągnął sierżant Schlinke, z trudem utrzymując bezwładnie opadającą głowę. — Kazał się prowadzić na szczyt wzgórza. Dłuższą chwilę obserwował w skupieniu Brytoli. „Co pan zrobi, panie kapitanie?” spytałem, nie mogąc wytrzymać. On, uśmiechnął się paskudnie, i odpowiedział: „Rozpierdolę ich wszystkich, sierżancie”. Schlinke, z uśmiechem na twarzy, opadł plecami na ścianę. — Chciałbym być takim facetem jak on… — rzekł cicho. — Chciałbym być bohaterem… Gdyby tylko pozwolili mi wrócić… — Panie, sierżancie — odezwał się, po chwili ciszy jaka zapanowała, nastoletni Niemiec. Sierżant Gunter Schlinke nic nie odpowiedział. Chłopiec stał jeszcze przez moment, po czym wyszedł, zostawiając za zasuniętymi drzwiami stłumione chrapanie dowódcy Bunkra numer 717. *** — Chyba ruszają. — Głos grubonosego towarzysza wyrwał Klausa Himmelwitta z zamyślenia. — Może się zatrzymają, gdy będą nas mijać? — odrzekł Bawarczyk z nadzieją w głosie. — Jak tam? — spytał łysy Luttwitz, nagle stając w progu. — Nasza kolumna pancerna właśnie nas mija — odparł głos z góry. — Na poprzedniej zmianie przejeżdżały dwie — odezwał się otyły Niemiec, z owiniętą szczelnie wełnianym szalem szyją. — Chcieliśmy z nimi pogadać, ale zanim dotarłem do barykady, odjechali — dodał, próbując przecisnąć się obok partnera, trącego ściereczką grube szkiełka okularów. — Uważaj, Zeltman! — zganił go tamten. — Moja ostania para. Cholera, najpierw ten gówniarz, teraz ty. Wiesz dobrze, że bez nich jestem ślepy jak kret?! Bawarczyk z wysiłkiem minął grubego Niemca, który zajął jego miejsce na stanowisku obserwacyjnym. — Idę nadać meldunek — rzekł Klaus będąc na korytarzu. — Młody pewnie zamiast to zrobić, od razu pobiegł do Schlinke. — Klaus, poczekaj też już idę — powiedział Peter Bartelmeier schodząc w dół. Obaj zeszli na dolny poziom. *** Luttwitz siedząc na wyższym poziomie kopuły, uporczywie próbował wyczyścić masywne bryle. Nagle, odgłos długiej serii z karabinu wybił się nad wycie wiatru. Łysy volksstrumista nerwowym ruchem obrócił się do tyłu. Rozdygotanymi dłońmi założył okulary i spojrzał przez otwór obserwacyjny. Długa przerywana, smuga czerwonego światła zakreśliła idealną linię wśród ciemności, kończąc swój lot na pierwszym pojeździe kolumny. — Strzelają do naszych? — zdziwił się zajmujący stanowisko niżej i również obserwujący zajście, przez wysuwany ponad kopułę peryskop, Zeltman. — Durniu! — z przerażeniem rzucił łysy okularnik. — To nie nasi, to bolszewicy! — Klaus! Peter! — pomimo chorego gardła, głos grubego Niemca zagrzmiał potężnie. Tymczasem długa kolumna ziała ogniem. Huk wystrzałów i eksplozji, niesiony po tej płaskiej, bezdrzewnej, lodowej okolicy, napawał lękiem. — To nie byli nasi! — krzyknął Luttwitz, gdy zjawili się nawoływani towarzysze. — Przepuściliście kolumną pancerną sowietów! — Zatrzymali się, aby otworzyć sobie barykadę — tłumaczył zdziwiony grubonosy volkssturmista. — Sowieci przecież by tak nie postąpili? — A jednak — rzekł z góry obserwator. — Z tego wynika, że nawet nie wiedzieli gdzie się znajdują. Nie mieli pojęcia, gdzie dotarli. — Teraz już wiedzą — wtrącił się gruby Zeltman. — Chłopaki z placówki na moście ich uświadomili. — Ta kolumna to pewnie awangarda — trafnie odgadywał Luttwitz. — Zaraz nadciągną siły główne ta sama drogą. Będziemy otoczeni. — zamyślił się przez chwilę. — Ja widzę tylko jedno wyjście: uciekajmy stąd zanim Ruscy zorientują się, że ominęli główną linię obrony i wrócą zdobyć bunkry, albo przybędą siły główne i uderzą na nas od czoła. — No to już po nas — stwierdził Zeltman, trzęsąc się jak galareta. — Co robimy? — To mówiąc Peter Bartelmeier zauważył, że brakuje jego towarzysza. — Klaus, gdzie jesteś? — Jestem — odpowiedział mu głos z głębi korytarza. — Łączność zerwana. Nie mogę się połączyć, ani z dowództwem, ani z sąsiednimi bunkrami. — Pewnie zwiali — stwierdził łysy okularnik schodząc z posterunku. — Nam też czas w drogę. — Racja — zawtórował volkssturmista z szczelnie owiniętą grubym, różowym szalem szyją. — A co ze Schlinke? — odezwał się Himmelwitt, stając w progu. — Chyba nie chcesz go pytać o pozwolenie, co? — rzekł obojętnym tonem Luttwitz. — Nie możemy go zostawić. — I co, będziesz go targał na plecach? Sam nie pójdzie. Nie jest w stanie, pijaczyna. — Pieprzyć go — wtrącił się Zeltman, któremu wyraźnie było śpieszno, co zdradzał przez coraz większe drgania szarpiące jego tłustym ciałem. — Obudzimy go, a on karze nam obsadzić stanowiska i stawić opór. Róbcie jak uważacie, ale ja nie chce zdechnąć w tej betonowej kopule. Mam dla kogo żyć. — Młodego musimy jednak wziąć — powiedział Klaus Himmelwitt. — Nie pozwolę, aby tu zginął. — Młody — chłopięcy głos wydobył się zza ich pleców — nigdzie nie idzie. — Zginiesz — powiedział Bawarczyk. — Tylko to cię czeka jeśli zostaniesz. Już kiedyś widział takie spojrzenie. Taka dumę. Wtedy nie mógł zapobiec tragedii; teraz miał okazję i chciał ja wykorzystać. — Czasami trzeba ponieść najwyższą ofiarę. Tego wymaga od nas Fuhrer i ojczyzna — wyrecytował nastolatek. — Co ty kurwa możesz widzieć o najwyższej ofierze, gnoju?! — niespodziewanie Himmelwitt wybuchł gniewem. — Chcesz? Pokażę ci najwyższą ofiarę! Trzy razy ją poniosłem: w Grecji, w Afryce i pod Kijowem. Weteran Wielkiej Wojny nerwowym ruchem sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął trzy, zgięte w pół, niewielkie kartki. Otworzył po kolei każdą pokazując nastolatkowi. Na każdej, z lewej strony widniała fotografia żołnierza w hełmie, zaś druga strona zawierała, naniesioną ozdobnym drukiem, treść dokumentu: „Z przykrością informujemy, że porucznik Jurgen Himmelwitt, Dywizja Pancerna „Grossdeutschland”, poległ bohaterską śmiercią na polu chwały za Fuhrera i Ojczyznę…” „Z przykrością informujemy, że szeregowy Franz Himmelwitt, 21. Dywizja Pancerna, poległ bohaterską śmiercią na polu chwały za Fuhrera i Ojczyznę…” „Z przykrością informujemy, że kapral Helmut Himmelwitt, 35. Pułk Artylerii, poległ bohaterską śmiercią na polu chwały za Fuhrera i Ojczyznę…” Bawarczyk wyraźnie stracił panowanie nad emocjami. Ręce mu drżały, a oczy zionęły pustką. Młody Niemiec nawet

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych