Wróć do katalogu

REHABILITACJA: seria druga - Powrót na leżankę

rozdział ósmy dalszych losów młodej pacjentki w gabinecie masażu

AgnieszkaQ, opublikowano , 30 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria druga - Powrót na leżankę{/b} - kontynuacja{/u}

{u}rozdział 8{/u} nie dokazuj!

Weekend zapowiadał się pracowicie. I taki też był. Rozumiałam doskonale, dlaczego ludzie wybierają soboty na naukę – w tygodniu nie mają czasu. Nie rozumiałam natomiast, dlaczego na lekcje niektórzy wybierają niedziele. Trudno, nie miałam w zwyczaju odmawiać klientom, dlatego też po weekendzie czułam się jeszcze bardziej zmęczona, niż przed. Zaczęło przytłaczać mnie wszystko to, co musiałam robić. Powoli praca zaczęła zmieniać się z przyjemności w przykry obowiązek. Dla kogoś takiego jak ja było to gorsze niż śmierć. Świadomość, że trzeba będzie coś z tym zrobić zaczęła powoli kiełkować w moim umyśle. Podczas weekendu postanowiłam także zmodyfikować trochę swój repertuar muzyczny. Kiedy zniknął z horyzontu mój czynnik stresogenny pod postacią Czarnego Ksiencia, uspokoiło się moje życie osobiste i przestałam się czuć jak ścigane zwierzę. Wojna zdawała się być skończona. Dlatego też mogłam sobie pozwolić, by trochę odetchnąć, spuścić z tonu i nieustanną czujność wepchnąć do podświadomości. Potrzebowałam teraz czegoś, co by mnie wprowadziło w pozytywny nastrój. W końcu byłam wolna, a wokoło wiosna w pełni… Wiosna! Ach, znałam jedną piosenkę o wiośnie. Przetrząsnęłam wszystkie swoje półki z muzyką. Znalazłam! Marek Grechuta miał się stać muzyczną treścią moich najbliższych dni, a może nawet i tygodni. Poza uczeniem ludzi angielskiego i zaznajamianiem się z „nowymi” piosenkami, nie przestawałam analizować zachowań własnych i kolegi po fachu mojego masażysty. Eh, z godziny na godzinę patrzyłam na niego coraz bardziej przychylnym okiem. Z niektórych dziwnych sytuacji sama już teraz się śmiałam. Wiem, kiedy to wszystko dopiero się działo, wcale nie było mi wesoło, lecz teraz każde takie wspomnienie powodowało, że wręcz turlałam się ze śmiechu. Najbardziej bawiła mnie chyba ta moja nadwrażliwość, dzięki której potrafiłam cudnie wypaczyć wszystko, co chłopak do mnie mówił. „Zdolna jestem, nie ma co”, kpiłam sobie sama z siebie. „Trzeba wrzucić na luz, a wszystko będzie dobrze”, postanowiłam i zrobiło mi się niezwykle lekko. Co prawda, to prawda: zdrowy dystans jest wskazany we wszystkim, co się robi. Niedzielnym wieczorem postanowiłam odpisać jeszcze siostrze na maila. Uruchomiłam wiec komputer. Najpierw jednak, z czystej ciekawości, weszłam na swoje gadu – Czarny Ksionżę wciąż nie miał żadnego opisu. Uznałam ostatecznie, że z jego strony nic mi już nie zagraża i skasowałam go z listy znajomych, by jak najszybciej móc o nim zapomnieć. Usunęłam też jego numer telefonu. Poczułam wszechogarniającą harmonię i spokój – znak, że postępuję jak najbardziej słusznie. Weszłam w końcu i na moją skrzynkę mailową i skomponowałam długachnego maila dla siostry.

{i}„Dni, których nie znamy Hej, Piękna! :*

U Ciebie widzę, że beznadziejnych sytuacji ciąg dalszy. Szlag by to trafił, mogłaby się ta niepomyślna karta już od Ciebie odwrócić i mogłoby przyjść w końcu trochę pomyślnych wydarzeń. Ale dobrze piszesz, będzie co będzie, nie ma się co tym zrażać, tylko trza żyć dalej, szkoda zdrowia na nerwy. Ale Ty jesteś silną osobą, na pewno sobie poradzisz ze wszystkim. W końcu przetrzymałaś już tak długo takich złych sytuacji, że stały się dla Ciebie codziennością. Jakkolwiek by nie było, będzie dobrze, nigdy nie trać nadziei na lepsze dni!

Wiem, że możesz uznać, że Ci truję, ale kobieto, bardzo mnie martwi sytuacja z Twoim mężem… Jeśli tak dalej pójdzie, to nie tylko na pogotowiu możesz wylądować! Pomyśl o tym! Nie życzę Ci tego, rzecz jasna, to ostatnie, czego bym Ci mogła życzyć, ale skąd możesz mieć pewność, że dotrzyma słowa i wszystko się rzeczywiście zmieni na lepsze? Do tej pory nic z tym nie robił, a jeśli już robił, to działo się coraz gorzej. Cokolwiek byś jednak nie postanowiła, pamiętaj, że zawsze masz tu mnie, zawsze możesz do mnie przyjechać i nie jesteś skazana na niczyją łaskę lub niełaskę. Pieniądze pieniędzmi, czas czasem, ale na Boga nie pozwól nikomu niszczyć Twojego życia, zdrowia i szczęścia!

Propo zdrowia. Miałam już 3 zabiegi z tym kolegą po fachu MM. Po pierwszych dwóch z całą pewnością bym nie powiedziała, że chcę jeszcze kiedykolwiek tam wracać… Ale po piątkowym, kiedy schował w kieszeń część swoich uszczypliwości i powtarzane bzdurne „Opowieści Zielonego Lasu” na mój temat, i się trochę ze sobą oswoiliśmy, stwierdzam, że chłopak naprawdę da się lubić, a poza tym, jest świetny w tym, co robi. Naprawił mi szyję, i zrobił to bezboleśnie :) I nawet się ze mną podroczył w taki bardziej sympatyczny sposób, przez co mam teraz bardzo dobry nastrój i nie mogę się doczekać jutra :) Odzyskałam dystans, a jak wiesz, to dla mnie bardzo ważne :D Nie mogę się jednocześnie doczekać, kiedy MM wróci, bo jednak chciałabym z nim pogadać. A będąc już w tym temacie, muszę zrobić poważne porządki w gronie znajomych. Cóż, najwyraźniej raz na jakiś czas muszę dostać po dupie, by do mnie dotarło, że zawsze powinnam postępować zgodnie ze swoim sumieniem, zawsze być wierna swoim zasadom i mieć zdanie reszty ludzkości w duuuużym poważaniu. I zawsze, choćby mnie otaczał cały krąg życzliwych, muszę mieć w sobie na tyle siły, by nagle potrafić na powrót zostać zupełnie sama.

Ale dość już tych jęków, bo jeszcze pomyślisz, że u mnie źle. Wręcz przeciwnie, znów czuję się kwitnąco, jestem tylko trochę przepracowana i przytłoczona ilością zajęć. A śladu po CK najmniejszego! :D FREEEEEEEEEEEEEDOOOOOOOOM!!!!! :D

Co do kartek świątecznych, nic jeszcze do mnie nie doszło. Ja sama też nikomu w tym roku nie wysyłałam na Wielkanoc kartek. Raz, że zwykle tego nie robię, a dwa, że kompletnie czasu mi brak. Na Boże Narodzenie wysyłam zawsze, a Wielkanoc to inna bajka. Teraz wprawdzie już za późno, ale jeśli jeszcze za rok będziesz mieszkać tak daleko, to postaram się kartkę wysłać.

Będę już kończyć na dzisiaj, jutro mam laser, masaż, a potem pracę od 14 do nieskończoności. Kiedyś się zajadę, słowo. Ściskam Cię mocno i jestem cały czas przy Tobie myślami :* Trzymaj się cieplutko i pamiętaj o swojej siostrzyczce. Buźki, pa!!!”{/i}

Wysłałam maila i namierzyłam mojego kota i cieplutkie łóżeczko. Znalazłszy się pod kołderką, wróciłam do zatapiania się we wspomnieniach z ostatnich trzech masaży. Kursantka mi napisała, że nie da rady być na zajęciach dnia następnego, tak więc miałam zamiar jednak wybrać się na zabieg. W dodatku, co jeszcze niedawno wydawałoby mi się niezłym dowcipem, cieszyłam się na tą okoliczność i w pewnym sensie nie mogłam się już doczekać rana. „Tak, nieźle mnie pogrzało”, mówiłam sobie w myślach, sama się do siebie uśmiechając z niedowierzaniem. Poniedziałek rano. Obudziło mnie miauczenie kota, który domagał się śniadania. Był tak nachalny, że nie miałam wyjścia – musiałam ruszyć się z łóżka i go nakarmić. Dzięki temu nie miałam też za dużo czasu na snucie swoich niebezpiecznych rozważań. Skoro mój kot już jadł, poszłam w jego ślady; przyszykowałam sobie posiłek, po czym z odtwarzaczem CD władowałam się do łazienki. Biedni sąsiedzi… Po porannym koncercie zebrałam się i wyszłam z domu, dając całej okolicy od siebie tymczasowo odetchnąć. Miałam tak cudowny nastrój, że nawet zdecydowałam się wystąpić dziś w spódniczce. Do tego ta pogoda. Cóż za pogoda! Słońce świeci, muszki latają, wszystko wokoło kwitnie… Ach, raj na ziemi! Czułam się upojona wszechobecną wiosną. Przyroda od zawsze nastrajała mnie tak pozytywnie! W takich chwilach kochałam cały świat. Przekroczywszy próg przychodni, odruchowo skierowałam się w stronę sklepiku. Musiałam się zaopatrzyć w coś do jedzenia i picia na cały dzień. Spostrzegłam sklepikarza obsługującego klienta, więc pomachałam do niego, radośnie krzycząc przez cały korytarz: - Ja dziś znowu poluję na grejpfruty! I na jogurcik na dobry początek dnia! - Kogo ja widzę! – sklepikarz ucieszył się na mój widok. – Zaraz podam! W tym momencie klient odwrócił się i mogłam zobaczyć jego twarz. Tak, tak… kolega po fachu mojego masażysty. Spojrzałam na niego i zaczęłam się śmiać z niedowierzania. Ja to miałam do niego szczęście! - Tylko mi proszę nie jeść przed zabiegiem – ostrzegł mnie, dziwiąc się najwyraźniej, że humor mi dziś tak dopisuje. - Niech się pan nie martwi – odrzekłam luzacko, nie przestając się chichrać. Nic nie było mnie w stanie wyprowadzić z mojego popisowego błogostanu. – Zjem sobie dopiero po zabiegu. Półgodzinna głodówka mi nie straszna. Spojrzał na mnie badawczo i skierował się do wyjścia, rzuciwszy jeszcze przez ramię: - Proszę iść pod gabinet, za chwilkę przyjdę. - Ok. – odparłam. I dodałam przekornie – Ale soczku napić się mogę? - Może pani – odpowiedział, kręcąc głową. Ależ musiał być zdziwiony moim zachowaniem. - Eh, co ja się z nim mam… - pożaliłam się panu ze sklepiku, nie przestając jednak się uśmiechać. – Tego nie wolno, tamtego nie wolno… Nic mi nie wolno! - To ten nasz młody taki tyran jest? – zażartował sklepikarz. – Proszę mu się nie dać tak ustawiać. - W pewnych kwestiach na pewno ma rację – odrzekłam z westchnieniem. – Ale proszę się o mnie nie martwić, ja sobie radę dam! - I tak proszę trzymać – puścił mi oko. - Ok., lecę, bo jeszcze mnie nie wpuści – rzuciłam żartobliwie na pożegnanie. – Do widzenia! - Do widzenia! W genialnym nastroju weszłam po schodach i udałam się pod gabinet masażu. Nie czekałam długo na chłopaka. - Jednak pani dziś przyszła – uśmiechnął się, otwierając drzwi. Ciekawa byłam, czy się zastanawiał nad tym, czy przyjdę, czy nie… Szybko od siebie jednak tą myśl odpędziłam, nie chcąc sobie tworzyć czegoś głupiego. - Tak – odwzajemniłam uśmiech, wchodząc do gabinetu. – Kursantka mi nie przyszła, to mogłam się zjawić. - A jak tam szyja? – spytał. Jakże miło mi się zrobiło. Czyli jednak myślał o mnie… „Dziewczyno, spokój!”, rozkazałam sobie w myślach. - A, dziękuję, super – odpowiedziałam, zdejmując plecak i wyjmując z niego swój ręcznik. – Już praktycznie w ogóle nie boli. - Większego plecaka się już nie dało? – spytał znienacka. Ja się tylko jeszcze szerzej uśmiechnęłam. Zamiast złośliwości, czy podobnych paranoi, odebrałam to raczej w kategoriach troski o moje plecy. - Dało. Oczywiście, że się dało – odrzekłam, śmiejąc się serdecznie. - Ale dzisiaj mam jeszcze mało książek i większy mi nie potrzebny. Chłopak zmierzył mnie wzrokiem z góry do dołu. Ja natomiast już wgramoliłam się na leżankę. Na pewno wychwycił wszystkie zmiany, jakie zdążyły we mnie zajść podczas weekendu. Podszedł do leżanki i chyba nie za bardzo wiedział, jak ma postąpić z moją spódniczką. Usłyszałam ironiczne stwierdzenie: - Z zabiegu na zabieg jest pani coraz wyżej zabudowana. - To nie jest celowe – odparłam, chichrając się już na całego. Ale, żeby udowodnić mu swoje dobre zamiary, troszkę, choć wciąż nieznacznie, osunęłam spódniczkę w dół. - Jasne – zdawał się jednak wątpić w moje słowa. Widząc, jak krzywo się położyłam, polecił – Ale proszę ułożyć się symetrycznie. - Tak, wiem co to jest symetria – poczęstowałam go moją ukochaną zdystansowaną wersją siebie. Do mojego nosa doleciał zapach oliwki i już w chwilę później poczułam na plecach jego dłonie. - Poważnie? – dostrzegłam, jak się uśmiecha. Najwyraźniej zaczęło mu się udzielać. - Jakieś tam pojęcie o tym mam – przyznałam. – W liceum byłam na biol - chemie. - I nagle angielski? – zdziwił się. - Acha – przytaknęłam, czując się coraz bardziej zrelaksowana. Mógłby mnie tak po plecach masować do końca świata. I o jeden dzień dłużej… – Rodzice chcieli mieć w rodzinie lekarza, ale się zbuntowałam. Nie lubię zapachu szpitala, igieł, leków i tej całej reszty. A przecież niekoniecznie trzeba być lekarzem, żeby pomagać ludziom. - To prawda – zgodził się ze mną. – A jakieś rodzeństwo pani ma? - Starszą siostrę – przyznałam, wyjaśniając – Ale razem z mężem wyjechali stąd w poszukiwaniu pracy. Piszemy do siebie maile. – Znów się do siebie uśmiechnęłam, po czym zagadnęłam go niewinnie – No, to co z tym katarem? Myślałam nad tym cały weekend. - Nie wiem – odrzekł zaczepnie. – Ja tu jestem tylko zwykłym masażystą. - Ta, jasne – skwitowałam ironicznie, po czym strzeliłam – To może być alergia? - A co teraz pyli? – oberwałam pytaniem na pytanie. - Jak dla mnie, to wszystko – odparłam bezpardonowo. – Ale w zimie przecież nic nie pyli, a i tak katar jest. - To może być alergia na jakiś proszek, płyn do płukania, coś, z czym ma pani styczność na co dzień – wyjaśnił. I obyło się bez przekomarzanek? Nie może być! Musiałam dodać coś od siebie: - No to wiem! – oświadczyłam z dumą. – To musi być w takim razie alergia na facetów! - A to aż tylu się wokół pani kręci? – spytał trochę zmieszany. Dziwnie się poczułam. Nie chciałam wyjść na jakieś tanie dziwadło, ani tym bardziej nie chciałam, żeby pomyślał, że próbuję jakąś nieuzasadnioną zazdrość w nim wzbudzać. - Eh, przesadzam, to żart taki – usprawiedliwiałam się. – Codziennie mam przecież kontakt z różnymi ludźmi, w tym i z facetami. To wszystko. Równie dobrze mogłabym powiedzieć, że mam alergię na kobiety. - Ale wracając do alergii właśnie - najwyraźniej chciał zmienić temat. Zaskoczył mnie tym. Nie posądzałam go wcześniej o… - Nic, co przewlekłe, nie jest zdrowe. Nawet codzienne ćwiczenia. - Nawet praca – zgodziłam się. – Ostatnio mam dosyć. Będę musiała zmienić tryb życia. - Poważnie? – zdawał się być szczerze zdziwiony. - Cała sobota i jeszcze z pięć godzin pisania w niedzielę – wyjaśniłam. - I pani twierdzi, że nie jest pani pracoholiczką – skomentował. Ojej, chyba jednak rzeczywiście mój tryb życia właśnie na to wskazywał… - Dziewczyna potrzebowała pomocy w pisaniu pracy, to jak jej mogłam odmówić? – broniłam się. Ale raczej już sama przed sobą. – Miała ostateczny termin, musiała się z tym jakoś wyrobić. - A wcześniej nie dało się tego napisać? – wyczułam sarkazm. – Wszystko na ostatnią chwilę. A pani potem sobie nie odpocznie nawet w niedzielę. - Taki zawód – odpowiedziałam niepewnie. Dziwnie się poczułam, zwłaszcza gdy do mnie dotarło, że był to naprawdę przejaw troski o moją osobę. „Co go w sumie mogło obchodzić, czy sobie przez weekend odpocznę, czy nie…”, zaczęłam snuć niebezpieczne wątki. Szybko jednak ustawiłam się do pionu. Musiałam coś mu odpowiedzieć, a zabrakło mi już argumentów. Dodałam wiec tylko – A poza tym, miała fajny temat: jakie błędy popełniają gimnazjaliści w pisaniu wypracowań. - I jakie popełniają? – spytał trochę przekornie. - W czasie teraźniejszym prostym nie dodają końcówki do czasownika w trzeciej osobie, mylą im się rzeczowniki policzalne i niepoliczalne, stosują słowa nie pasujące do kontekstu itd. – zaszczyciłam go swoją wypowiedzią. - To ja w takim razie będę na poziomie gimnazjum – zażartował. – W sumie za granicą się dogadam, ale żeby to było jakoś specjalnie gramatycznie, to nie powiem. - W mówieniu chodzi o komunikację – poleciałam mądrością. – Chodzi o to, żeby się zrozumieć, dogadać. - To, żebyśmy się dogadali – zabrzmiało to jak zaczepka – ja pani z kręgosłupa wystawiam dwóję. - Że jak!? – czegoś takiego się nie spodziewałam.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych