Wróć do katalogu

REHABILITACJA: seria trzecia - Dotykoterapia

rozdział drugi ostatniej części losów młodej pacjentki w gabinecie masażu

AgnieszkaQ, opublikowano , 37 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria trzecia - Dotykoterapia{/b} - część ostatnia{/u}

{u}rozdział drugi{/u} pachniesz tak wspaniale

Środa. Moje poranne zbieranie się do życia było obficie przeplatane jękami o pochodzeniu czysto zakwasowym. Z powodu bólu mięśni udało mi się wygrzebać z łóżka w miarę wcześnie, przez co miałam jeszcze trochę czasu dla siebie. Brakowało mi mojej siostry; przyzwyczaiłam się niesamowicie do jej obecności. Brakowało mi też mojego okresu… Weszłam na gg, żeby się czymkolwiek zająć i nie zostawić sobie tym samym miejsca na panikę. Zobaczyłam wiadomość od mojego ucznia; postanowiłam więc trochę z nim popisać przed wyjściem.

„my student: Mecz Polska - Brazylia. Piłkarze Brazylii wchodzą do szatni. Patrzą, a tam tylko jedna koszulka - dla Ronaldinho. No to mówią mu: Ronaldinho, dobra będziesz grał sam. Reszta drużyny poszła do pubu na piwo. Ronaldinho sam bez bramkarza nieźle się spisuje. Reszta drużyny w pubie po jakimś czasie włącza telegazetę, żeby zobaczyć, jaki wynik. A tam: 0:1 (34` Ronaldinho). No to się cieszą. Jakiś czas później patrzą, a tam koniec meczu i wynik 1:1 (83` Rasiak). Następnego dnia spotykają się z Ronaldinho i pytają: Ej, stary, czemu strzelili ci bramkę? Przecież tak dobrze ci szło? - No wiecie panowie - odpowiada Ronaldinho - w 46` dostałem czerwoną kartkę. I: Ty to wiesz, jak mi poprawić nastrój :D :* my student: staram się i nie mogę przestać mysleć o Twej opaleniźnie ;) czy o bledziźnie sam już nie wiem I: co do opalenizny, powoli przechodzę z fazy czerwonej na brązową, czyli skórka już doszła do siebie :) zaliczyłam już nawet kąpiel w kefirze i rzeczywiście pomaga bardziej niż panthenol, z tym, że nie jest tak wygodne w użyciu:) my student: kefirem mniam mniam i jeszcze go konsumować z takiego pięknego brązowego kolorku :):) :P coś mam bardzo kudłate myśli ale jestem tylko facetem :) I: miałam ostatnio gorszy trochę nastrój, ale już mi o niebo lepiej my student: to dobrze, nie lubię jak masz zły nastrój wtedy nie mowisz mi że mnie kochasz :):):) I: nigdy Ci tego przecież nie mówię :P my student: czyli cały czas masz zły nastrój ?? :( <beksa> nie kochasz mnie I: ?? cóż Ci jest?? my student: zamknę sie w sobie już się zamykam I: nie zamykaj sie w sobie :D nieeeeeeeeeee!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! ;) my student: za późno nie wypowiedziałaś słów na które czekalem już mam skorupe na pupie i plecach i czas to postępuje cały czas sie zamykam I: ... no wiesz, jakby na to spojrzeć tak od przyjacielskiej strony, coś w tym może i być :) my student: w weekned jedziesz sie opalać?? I: w weekend ma być chłodno ale gdyby było 23 stopnie i wiecej to bym pojechała nad wodę my student: ja weekend w domu zona w robocie od rana do nocy ja się boje do wody wchodzić aby mnie nie upolowali myślac że to mors w wodzie I: moda na morsy się już dawno skończyła :) my student: ale na wieloryby nie :( dzięki za rozmowę z tak trudnym typem jak ja :) I: trudnym?? dobry żart !! też dzienx za rozmowę, już mi dużo lepiej, ale... rodzynki mi się skończyły :) my student: czas na produkt kawo podobny – nescafe skończyły ? ponaciskaj zajaca to zrobi rodzynek troche I: nie mam zająca :D a zresztą, nawet dobrze że się skończyły bo gdyby sie nie skończyły, to nie przestałabym ich jeść my student: a wiesz mam ładnie zrobioną łazienkę, w maju skończył sie remont I: moja łazienka krzyczy o pomstę do nieba :( Fachowcy! Grrrrrr my student: zapraszam na oględziny mojej nawet na test prysznica :):):) I: hehe to kiedy mogę wpaść :D my student: sobota o 9.30 I: umówiona już jestem na sobotę… my student: a miałem juz zamiar zaproponowac mycie pleców I: masażyk :D my student: masażyk tak to naprawde bym chciał I: no widzisz, to może niedziela :) my student: czemu nie ? o tej samej porze, podjadę po Ciebie I: będę potrzebowała isę zrelaksować po piątku z sobotą my student: a tak poważnie pozwoliła byś sobie zrobić masaż z jakimś olejkiem I: masaż może, ale tylko masaż :P my student: od stopek po szyje I: ne, do plecków po plecki :) my student: wiadomo bez pupci :) ale nogi ? czemu nie obiecuje że bedę operował tylko tam gdzie byś chciała nie dlaej niż gumka od pończoch czyli zakres bezpieczny I: ale ja nie noszę pończoch! my student: ale nosilaś i tylko w tych miejscach bym nogi masował nie więcej bo wyzej to juz się robi za .... I: nogi to co najwyżej do kolan, bo wyżej jest niebezpiecznie my student: spoko damy rade :) I: a jakie masz olejki?? my student: wiesz czym sie uwielbiałem smarować jak bylem na wczasach I: błotem?? :D my student: uwielbiam taki dla dzieci po kąpieli ha ha ha I: albo mułem ;) my student: jest też taki z unimilu rozgrzewający też fajnie działa na ciało I: unimil?? a oni czasem nie produkują prezerwatyw?? :) my student: też, dlatego to jest olejek do zabawy intymnej ale i tak wole ten dla dzieci I: właśnie, chyba Twoja żona nie będzie wtedy w domu?? my student: w robocie :) wiesz mogla by się troche dziwić jak bym robil masaż innej atrakcyjnej kobiecie I: czyli nie poznam Twojej żony?? my student: chyba nie a chciała byś?? I: :) czemu nie?? my student: ale wtedy spotkanie musial bym zaaranżować bardziej formalne, bez masażu I: no ja przypuszczam ok., muszę już spadać, mam dzisiaj salę gim. w przychodni sklikamy się jeszcze, buźki, pa!! :* my student: ok., papapaapapa!!”

Do szybkiego zakończenia konwersacji przymusił mnie kuzyn; czekał na mnie w aucie i co chwila puszczał mi sygnał z komórki – powinniśmy już jechać na salę. Na dzisiaj nie miał wymówki, więc mieliśmy się stawić tam razem. Wyłączyłam komputer, nie przestając suszyć zębów sama do siebie. Lubiłam mojego ucznia, nawet bardzo. Zawsze wiedział jak mnie rozśmieszyć. Oczywiście, całego tego umawiania się nie brałam w tym momencie zbyt poważnie; znaliśmy się od momentu podjęcia przeze mnie pracy na stanowisku lektora w szkole językowej, a odkąd wypisał się z kursu, utrzymywaliśmy kontakt tylko przez gadu. A cóż może być złego we wzajemnym poprawianiu sobie humoru, jeśli nie cierpią na tym osoby trzecie? Miałam się tego dowiedzieć już wkrótce… Na chwilę obecną jednak, w genialnym nastroju, oddałam łazienkę pod opiekę sąsiadki i fachowców i obrałam razem z kuzynem kierunek – przychodnia, sala gimnastyczna. Gdy dotarliśmy na miejsce, była już cała ekipa pacjentów, z pacjentką po operacji kolana włącznie. Przywitałam się ze wszystkimi, przedstawiłam mojego kuzyna, i poszłam się przebrać. Z powodu upałów postanowiłam nie przejmować się przyzwoitością i wdziałam na siebie króciutkie niebieskie spodenki i koszulkę na ramiączkach, z których nie zrezygnowałam już do samego końca moich odwiedzin tego miejsca. Wyszedłszy zza zasłonki, poddałam się poleceniom mojej rehabilitantki. Materace były pozajmowane, więc najpierw odrobiłam się z ćwiczeniami na stojąco i przy drabinkach. Nie było za bardzo okazji do obszernych rozmów z moją rehabilitantką – miała zbyt wielu pacjentów, którymi musiała się zajmować. Jeszcze zanim zwolnił się jakiś materac, otrzymałam od drugiej rehabilitantki zaproszenie za zasłonkę na leżankę. - Chodź, dopóki jeszcze się nie zgrzałaś za bardzo – zaproponowała. – Jak zaczniesz wojować na materacu, będziesz cała mokra w taką pogodę. - Ok. – z miejsca się zgodziłam. Uwielbiałam masaże! Poza tym, wciąż poruszałam się jak połamaniec. - Gdzie ty idziesz? – zdziwił się kuzyn. - Za zasłonkę na masażyk – odparłam z uśmiechem od ucha do ucha. - A po co? – zaniepokoił się. - Mam straszne problemy z plecami, a to mi bardzo pomaga – wyjaśniłam spokojnie. - Wy się tam przecież będziecie dotykać! – zaskoczył. Najwyraźniej należał do tych nietykalskich. - Nazywaj to, jak chcesz – roześmiałam się i zniknęłam za zasłonką. Schemat zabiegu był dokładnie taki sam, jak poprzednio: najpierw leżenie na brzuszku, ze szczególnym uwzględnieniem odcinka piersiowego podczas masażu, potem na boczku, ze szczególnym uwzględnieniem ramion, następnie leżenie na plecach z szyją wziętą na cel, a potem już tylko przejście do pozycji siedzącej i finisz. Również podczas tego zabiegu nie mówiłyśmy zbyt wiele. Miałam nieodparte wrażenie, że kierowniczka sali nie może się do mnie przekonać do tego stopnia co moja rehabilitantka. Ale dlaczego, pojęcia nie miałam. Może za bardzo nie przepadała za tak otwartymi i ekstrawertycznymi typami, jak ja? Nie wiedziałam. Nie zmieniało to jednak faktu, że zabieg z nią dostarczył mi tyle samo, o ile nie więcej przyjemności, co poprzedniego dnia. Schodząc z leżanki, miałam gęsią skórkę. I nieprzyzwoicie czerwone plecy. I policzki… Lekko się zataczając, poszłam w stronę materaców. Akurat w międzyczasie jeden się zwolnił, więc mogłam się ułożyć i zacząć walczyć z moimi zakwasami. Moja rehabilitantka ciągle zajmowała się pacjentką po operacji kolana. Wydawała mi więc polecenia na odległość. Nagle na sali rozbrzmiała muzyka. Z komórki. Wszyscy pacjenci się zainteresowali i zaczęli przysłuchiwać się melodiom. - Co się dzieje? – spytałam zdezorientowana. - Pacjent chciał nas tu rozweselić – wyjaśniła moja rehabilitantka. – Ma kawałki biesiadne i weselne przyśpiewki. Rzeczywiście, już po kilku minutach cała sala turlała się ze śmiechu. Byliśmy w stanie wyłowić tylko niektóre fragmenty piosenek, ponieważ nagrania nie były najlepszej jakości. - Ja chcę Francuza! – płakałam ze śmiechu i powtarzałam za wykonawcą: „Czy chciałaby pani Francuza? Francuza, Francuza, ach, nie! Bo Francuz, gdy liże, to bolą go krzyże! Francuza, Francuza, ach, nie!” - I jak się paniom podoba? – pacjent na wyciągu strzelał oczami, dumny z efektu, jaki wywołał. - Już dawno się tyle nie uśmiałam – usłyszałam pacjentkę po operacji kolana. Wyglądała na wniebowziętą. - Tu jest tak zawsze? – spytał mnie kuzyn z głupkowatym uśmieszkiem. - Tu zawsze jest wesoło – odparłam. – Nie zawsze puszczają taką muzykę, ale nie ma dnia bez śmiechu. Dlatego tak uwielbiam to miejsce. Ten klimat jest nie do podrobienia. Po przerwie na głupawkę muzyczną, wróciłam do solidnych ćwiczeń. Akurat udało mi się skończyć akrobacje na materacu, kiedy pacjentka po operacji kolana oświadczyła, że musi się zbierać na swój masaż. Podeszłam do niej i poprosiłam: - Proszę przekazać Jego Ekscelencji, że książkę przyniosę na piątek, dobrze? - Nie ma sprawy, przekażę – roześmiała się i puściła mi oko. - Przyniosę pani kwiatka – obiecałam. – Mam akurat Calatheę na zbyciu, bardzo ładna. Chce pani? - A możesz przynieść – zdecydowała. – Ja w zamian przyniosę oregano, może być? - Jasne, super! – ucieszyłam się. - Ale to dopiero na poniedziałek, bo najpierw muszę po nie pojechać – uprzedziła mnie. – Ok., idę na ten zabieg, żeby nasz masażysta nie musiał na mnie za długo czekać. - Miłej zabawy! – życzyłam jej na odchodnym. Podziękowała i zniknęła za drzwiami. „Eh, czemu to nie ja jestem teraz na jej miejscu…”, westchnęłam. - Ty teraz należysz do mnie – z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej rehabilitantki. – Wskakuj, moja Migotko, na krzesełko i jedziemy. - Długo wam to zajmie? – spytał mój kuzyn. - Tak jeszcze z pół godzinki – odparłam z satysfakcją. - To ja będę już iść, spieszy mi się trochę do domu – powiedział. - Leć – uśmiechnęłam się. – A jak wrażenia po pierwszej sali? - Może być, fajnie tu – przyznał. – No to cześć! - Cześć! – odpowiedziała moja rehabilitantka. - Do jutra! – zawołałam. I bez reszty oddałam się w fachowe ręce. Odrobiłyśmy się ze wszystkimi siłowankami zanim pacjentka wróciła ze swoich pieszczotek. Byłam wykończona fizycznie. - I jak, przekazała pani radosną nowinę? – spytałam. - Tak, ale, oczywiście, bez wstępu – odparła pacjentka. - Dlaczego? – spytałam zaczepnie. – Lubię się z nim czasem podroczyć. I mówił coś? - Tylko tyle, że dobrze – powiedziała i poszła się przebierać. - Ale śmierdzę! – powąchałam się. – Odkąd jestem skazana na tą cholerną miedniczkę, ciągle czuję się brudna! - Wyluzuj, Zdzisławie – uspokajała mnie. – Aż tak nie czuć. - Dzięki wielkie… - jęczałam. – Nic, idę się przebrać i jeszcze zahaczyć o kibelek. Jak też rzekłam, tak i uczyniłam. Będąc w łazience, nagle dostałam olśnienia. Wróciłam na salę w podskokach. Od samych drzwi zawołałam uradowana: - Piękna, wy tu przecież macie prysznic! - No, mamy – zdziwiła się trochę moim żywym tonem. – Ale nikt go nie używa. - Będę mogła z niego skorzystać? – błagałam. – Jeśli będzie działał, rzecz jasna. - Pewnie! Przynieś sobie jakieś mydło i baw się dobrze – zgodziła się. – Tylko już dzisiaj raczej nie zdążysz. - No to jutro… – drążyłam. – Są momenty, kiedy nie mogę wytrzymać sama ze sobą. Miedniczka to nie to samo, co prysznic. - Jeśli tylko chcesz – uśmiechnęła się, a ja aż pisnęłam z radości. Poczekałyśmy jeszcze tylko na naszą pacjentkę i opuściłyśmy teren przychodni. Wróciłam do domu i od razu włączyłam komputer i muzykę. Na szybko zrobiłam obiad i zaległam z talerzem przed monitorem. Czułam nieopanowaną potrzebę, by sprawdzić pocztę. Ale żadnej wiadomości nie było. Od nikogo. Pogorszył mi się nastrój. Byłam sama w domu, jedynie z moim kotem do towarzystwa. W dodatku były wakacje, więc nawet na pracę nie mogłam liczyć. By nie wpaść w doła, pogłośniłam odtwarzacz CD do oporu i zaczęłam maltretować sąsiadów piosenkami w jakże uwielbianym przez polskie społeczeństwo języku niemieckim. W takich momentach musieli mnie po prostu uwielbiać. W pewnym momencie wzięło mnie na sentymenty. Zaczęłam grzebać w telefonie w poszukiwaniu wiadomości od MWM. Dotarłam do mojego ulubionego SMS–a: „Jestem wrescie w mojim luszku. Dobranoc kochanie.” Najpierw się uśmiechnęłam, lecz w chwilę później z niesmakiem odłożyłam telefon na biurko. Pierwszy SMS od niego po tym, jak wyjechał ze wsi. Poprosiłam wtedy, żeby mnie poinformował, czy dojechał bezpiecznie do domu. Westchnęłam i zajrzałam jeszcze raz na skrzynkę mailową. Sama nie wiedziałam, po co. Zajrzałam też na gadu. Też nic. Na Facebook’u też żadnych ciekawych nowości. Męczył mnie ten brak jakichkolwiek bodźców. Pokręciłam się więc jeszcze trochę po domu i, z braku lepszych pomysłów, wyszykowałam się do snu. Tej nocy śniły mi się koszmary… Czwartkowy poranek. „Dzwonić, czy nie dzwonić…?”, biłam się z myślami, nie mogąc się zdecydować, czy umówić się na wizytę u mojego ginekologa. „Poczekam jeszcze trochę”, zdecydowałam w końcu. Wygramoliłam się z łóżka, zjadłam śniadanie razem z moim kotem i, zgrzytając zębami, przeprosiłam się z miedniczką. Zanim wyszłam z domu, sprawdziłam jeszcze, czy ktoś nie próbował się ze mną kontaktować drogą elektroniczną. Nikt nie próbował. Sposępniałam. Zapakowałam w reklamówkę mydło i kwiatka obiecanego pacjentce po operacji kolana, oddałam dom we władanie sąsiadki i fachowców i wyszłam. Kuzyn już czekał. „Przynajmniej jeden niezawodny”, pomyślało mi się. I pojechaliśmy. Na sam widok budynku przychodni z miejsca zrobiło mi się raźniej. Natomiast na widok zawartości sali gimnastycznej od razu odżyłam. Chciałam się przebrać, lecz w przebieralni akurat ktoś siedział. Żeby nie tracić czasu, weszłam za zasłonkę z leżanką i zaczęłam wdziewać na siebie moje króciutkie niebieskie spodenki. - Chciałbym się znaleźć z panią tam w tej wnęce! – zawołał ten sam pacjent na wyciągu, który dzień wczoraj puszczał nam piosenki biesiadne. - Któż to wie, może się panu pewnego dnia poszczęści! – odparłam zaczepnie. Wiedziałam doskonale, że bez względu na to, ile bym nie ważyła, podobam się facetom. Wiedziałam też jednak, że nie wolno mi się do nich za bardzo zbliżać; grozi katastrofą. Na sali jeszcze nie było pacjentki po operacji kolana. Dlatego też moja rehabilitantka od razu zaprosiła mnie na krzesełko. - Jak się czujesz po wczoraj, Kozico ty moja? – spytała. - Wiesz, zakwasy już dużo mniejsze, ale jeszcze trochę trzymają – przyznałam. – To co, najpierw ramiona? - Jasne, jedźmy z tym koksem – uśmiechnęła się i powiedziała do mojego kuzyna – A ty wskakuj na materac i zaczynamy od pleców. Pamiętaj, że robisz wszystko po dziesięć powtórzeń. - OK. – zgodził się. Widziałam jednak, że ambitnie ilość jego powtórzeń kilkakrotnie przekracza dziś wytyczne mojej rehabilitantki. Ona też nie miała możliwości go upilnować; musiała wydawać polecenia także innym pacjentom, a w międzyczasie jeszcze ćwiczyć ze mną. „Zobaczysz, co się jutro będzie działo”, wróżyłam kuzynowi w myślach. „Będziesz szczęśliwy, jeśli w ogóle wstaniesz z łóżka.” Akurat odrobiłyśmy się z krzesełkiem, gdy na salę wkroczyła pacjentka po operacji kolana. Z miejsca skoczyłam po reklamówkę. - Oto obiecana Calathea – uśmiechnęłam się. – Śliczna, prawda? - Bardzo ładna – przyznała. – Tylko co ja w sumie mam z nią zrobić? - Trzymać z dala od bezpośredniego działania promieni słonecznych i nie spożywać – wyjaśniłam krótko. – I podlewać raz lub dwa w tygodniu. - Spróbuję zapamiętać – powiedziała, biorąc ode mnie kwiatka. – Chociaż nie wiem, jak mi wyjdzie cała ta pielęgnacja. Cóż, za każdym razem, jak będę na nią patrzeć, będzie mi przypominała ciebie. - Wiem – uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Moja rehabilitantka zajęła się pacjentką, a ja namierzyłam wzrokiem drugą rehabilitantkę – kierowniczkę sali. Nie miała najszczęśliwszej miny. - Dzisiaj nie będę cię masować – oświadczyła. – Bardzo źle się czuję. Pierwszy dzień, rozumiesz… - Tak, rozumiem… - westchnęłam. Mój humor znacznie ucierpiał po tej wymianie zdań. Nie dość, że moje biedne plecy miały nie dostać dawki zbawiennego zabiegu, to jeszcze przypomniał mi się mój własny problem. Od niechcenia zawlekłam się na materac i zatopiłam w swoich ćwiczeniach. I w swoich myślach. Tego dnia trochę mi się dłużyło na sali. Starałam się pilnować, żeby kuzyn nie robił więcej ćwiczeń, niż powinien, ale on wiedział lepiej. „Trudno, jest dorosły i wie, co robi”, uspokajałam własne sumienie. W pewnym momencie na salę wszedł nowy pacjent - łysiejący facecik w średnim wieku. Podszedł do mojej rehabilitantki i zamienił parę zdań, po czym oboje podeszli do urządzenia, w które wkłada się stopę. Moja rehabilitantka zapięła go i wróciła do ćwiczeń z pacjentką na leżance. O czternastej zobaczyłam, jak pacjentka po operacji kolana przygotowuje się do wyjścia z sali. - Dlaczego zakłada pani te bojówki? – spytałam zdziwiona. – Przecież ma już pani na sobie spodenki. - No bo tak głupio mi trochę iść tam z gołymi nogami – wyjaśniła. - Eh, przecież jest upał jak ta lala – wiedziałam swoje. – Ugotuje się pani. - Trudno, nie jestem już najmłodsza, nie mam czego pokazywać – odparła i poszła na swój masaż. - Piękna! – zawołałam moją rehabilitantkę. - Co jest, Dzióbie? – podeszła. - Co to za urządzenie? – spytałam,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych