Wróć do katalogu

Rehard

Opowiadanie pełne akcji i walki. W hołdzie Robertowi Howardowi - twórcy ,,Conana".

fenrill, opublikowano , 34 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Jeszcze tylko Farrel, zaraz idziemy – powiedział Karn i niespokojnie się rozejrzał. – O! chyba już się zbliża. Faktycznie, do czekającej trójki podbiegł młodzieniaszek w rozpiętej koszuli i wytartych spodniach. Nie wyróżniał się niczym wśród pozostałych, w szczególności zniszczonym ubiorem. W zasadzie wszyscy chłopcy byli do siebie podobni, jedynie Hiri nieco niższy, bo najmłodszy. Przywitali się i szybkim krokiem ruszyli w stronę targu. - Dobra, słuchajcie – zaczął Karn. – Dziś zrobimy trochę inaczej, niż zwykle. Zamiast przy stoiskach pokręcimy się przy bramie wjazdowej, może zauważymy kogoś ciekawego. Ostatnio do Astrii przybywa wielu emigrantów z Farrawaru, a przyjezdni są idealnymi obiektami. - Myślałem, że granice Farrawaru są zamknięte… - rzucił zbity z tropu Farrel. - Zgadza się, ale to już przeszłość. Nie słyszałeś, co się stało? – nawet najmłodszy Hiri znał przyczyny napływu ludności. – Zrobili tam rewolucję. - Poważnie? Niemożliwe, żeby w kilka dni udało się komuś pokonać rządowe wojsko. - Tak się stało. Mnie to nie dziwi, ludzie umierali tam z głodu, a elita wyciskała z ich majątków co się dało. Ponoć bunt wywołali niewolnicy, mnóstwo osób zginęło, ale w końcu obalili Karhek’a. - Nasz namiestnik to też nikczemnik, i w Astrii przydałaby się jakaś rewolucja. - Zobaczycie, że tak będzie! Podatki ciągle rosną, a wojsko panoszy się gdzie chce. Ludzie przestaną się na to godzić. - Jasne, tylko kto miałby walczyć? Może ty? Poza tym mówi się, że za władzą Lastera obstaje jakaś diabelska moc. Rozmowy o polityce i późniejsze rozmyślania zupełnie nie pasowały do ich codziennego zajęcia. Na ambitnych dyskusjach zeszło im większość drogi, ruch na ulicy zgęstniał, co znaczyło że zbliżali się do celu. Mogli już spoglądać na imponujący mur z rozstawionymi gdzieniegdzie łucznikami i wielką bramą, przez którą wlewały się masy. Wjazd odbywał się jednak mozolnie, bo straże nie przepuszczały nikogo bez zapisania nazwiska i ewentualnego przeszukania, jeśli ktoś przybył z wozem lub w licznej grupie. Czwórce obserwującej tłum z boku było to na rękę, bo każdemu mogli się przyjrzeć. Karn oparł się o ścianę pobliskiego domu, która rzucała przyjemny cień i stała w odpowiedniej odległości od zbiorowiska. Trwali tak parę chwil w ciszy, aż w końcu odezwał się szczerbaty blondyn o imieniu Buszka: - Chyba coś mamy. Co o tym myślicie? Wzrok wszystkich skupił się na wozie ciągniętym przez dwa konie, który wtaczał się powoli przez bramę. Powoził nim otyły mężczyzna w aksamitnej choć nieco postrzępionej szacie. Zatrzymał się i zdjął zabawną szmatkę, w jego stronach zapewne uchodzącą za nakrycie głowy. Strażnicy ochoczo go zaczepili i zajęli się przykrytymi wybrzuszeniami na pojeździe, które po odkryciu okazały się przywiązanymi skrzyniami. Zajrzeli również i do nich, jednak zawiedziona mina gwardzisty wskazała że nie znaleźli nic ciekawego lub nielegalnego. Z końca wozu wyskoczył młody chłopak, na oko rówieśnik swoich obserwatorów, i zaczął poprawiać naruszony przez straże szyk skrzyń. Puścili ich dalej. - To na pewno jakiś handlarz z synem. Wątpię, żeby wiózł coś drogiego, raczej zboże albo szaty, ale musi mieć pieniądze. Z grubasem i szczypiorem nie powinniśmy mieć kłopotu, więc nie ma sensu żebyśmy szli wszyscy. Tylko ja i Buszka, wy czekajcie na coś innego- to rzekłszy Karn z kolegą wyszli z uliczki między budynkami i wmieszali się w tłum. Hiri nie lubił pracować w zespole. Był indywidualistą, ulica nauczyła go że może liczyć tylko na siebie. Zdawał sobie jednak sprawę z korzyści jakie wynosi z członkostwa w drużynie Karna. Kilka osób ma większe możliwości i szanse na zarobek. Razem z Farrelem nie musiał długo oczekiwać ofiary. Lwią część ludzi w miejskim tumulcie stanowili biedacy lub uchodźcy, a mniejszość uprzywilejowane burżuje z ochroną, których wybór wiązał się ze zbyt dużym ryzykiem. W końcu pojawił się ktoś interesujący. Ogromny, zakapturzony mężczyzna podszedł do strażników. Podróżował sam na czarnym wierzchowcu. Odezwał się, na co wojskowy szybko zareagował energicznym machaniem pióra w opasłej księdze. Hiriego bardzo bawiły te procedury, gdyż w praktyce taki zapis na niewiele się zdawał. Również zasady dotyczące opłat za wejście do miasta były komiczne. Głównie dlatego, że strażnicy tworzyli je całkiem spontanicznie zależnie od przyjezdnego. Wysoki delikwent zamienił z gwardzistą kilka zdań poczym podniósł spod jasnej peleryny rękę i wręczył coś rozmówcy. Drogą prostej dedukcji zakwalifikowało go to jako ofiarę dla Hiriego i Farrela. Wędrowiec pociągnął za uzdę konia i ruszył przed siebie. Chłopcy nie musieli nic mówić, każdy wiedział co ma robić. Nieśpiesznie zaczęli iść za mężczyzną. Nie zbliżali się na mniej niż dwadzieścia metrów. Tyle wystarczało by nie stracić go z oczu w fali poruszających się wszędzie mieszkańców. Idąc za nim zwrócili uwagę na potężny miecz, który niósł przewieszony przez plecy. Mimo odległości Hiri potrafił ocenić, że rękojeść wystająca z pochwy mogła się okazać większa niż jego przedramię. Chłopcy wiedzieli, że osobnik może być niebezpieczny, ale mieli nadzieję że obejdzie się bez problemów. Śledzony zatrzymywał się co chwilę i zagadywał miejscowych. ,,Pewnie szuka noclegu” – pomyślał Hiri. Trzecia zapytana osoba w końcu wskazała mu kierunek między stoiskami z owocami. Szybko przeszedł obok nich i stanął przed piętrowym domem. Ze środka dobiegała głośna muzyka i rechot gości. Przywiązał konia obok dwóch innych szepnął mu coś na ucho i odwrócił w kierunku wejścia. Nadchodząca dwójka wiedziała, że nie może dłużej czekać. Hiri wbiegł na ganek gospody, przeciął drogę przyjezdnemu i tuż przed nim potknął o ostatni stopień schodków. Chłopak stracił równowagę i spadając złapał się jego peleryny. - Wracaj tu gamoniu! – nagle pojawił się Farrel. – Proszę wybaczyć mojemu młodszemu bratu. Uciekł z domu i teraz boi się kary. – rzekł zakłopotany, podczas gdy Hiri zsunął się na podłogę po puszczeniu szaty przybysza. - Chyba sobie coś stłukłem, pomoże mi pan wstać? Mężczyzna wyciągnął rękę, chwycił dłoń Hiriego i jednym szybkim ruchem postawił go na nogi. Podszedł Farrel i z całej siły uderzył małego, aż ten zatoczył się i upadł na wędrowca. Oparł się o niego tylko na chwilę, ale to wystarczyło, aby się wplątał pod płaszcz. - Załatwiajcie swoje sprawy gdzie indziej – odezwał się podróżnik sucho. Cały czas miał na sobie kaptur, spod którego wystawał masywny nos i szeroka szczęka. Pod szatą nosił jedynie skórzane okrycie od pasa do ud. Oprócz tego i ciężkich butów nic nie zakrywało potężnie zbudowanego ciała, co można tłumaczyć wysoką temperaturą. - Słusznie, nie chcieliśmy panu przeszkodzić, już idziemy – Farrel wyprostował się, ale i tak był niższy od wędrowca o ponad głowę. Wściekle pociągnął za koszule Hiriego i obaj odmaszerowali spod gospody. Hiri odwrócił się, ale mężczyzna był już w środku. Przyśpieszyli kroku i skręcili w pierwszą napotkaną uliczkę. W ciasnym zaułku królował cień i wilgoć, chłopcy usiedli pod ceglanym murem na końcu ścieżki i odetchnęli. Hiri sięgnął do kieszeni, a na twarzach dwójki pojawiły się promieniste uśmiechy. - Trochę tego jest, jak na takiego tępaka to sporo przy sobie nosi – mruknął zaglądając do sakiewki. – A popatrz na to Farrel. Chłopiec podniósł do góry niebieski, błyszczący pierścień. - Niesamowity.. Daj mi go, na ciebie i tak będzie za duży. Chcesz to weź sobie sakiewkę, tylko mi go daj – starszy kieszonkowiec nie mógł oderwać od błyskotki wzroku. - Dobrze, bierz. Pewnie i tak nie jest wiele wart. A tak przy okazji, nie musiałeś mnie tak mocno walnąć! - Wiem, wiem, ale najważniejsze to wypaść przekonująco – młodzian schował nową zdobycz za pazuchę. – Ciekawe jak poszło Kernowi.. O kurwa! Hiri podniósł wzrok i szybko zrozumiał zdenerwowanie kolegi. Uliczką szła wielka, czarna postać. Farrel zerwał się z miejsca i zaczął rozglądać za czymś do obrony. Przerażony popatrzył pod nogi i zdał sobie sprawę, że siedzieli na pustych, wyrzuconych skrzyniach. Bez namysłu odbił się od jednej i maksymalnie wyciągnął. Udało się, sięgnął krawędzi muru i z trudem podciągnął. Zanim skoczył na drugą stronę posłał jeszcze tylko przepraszające spojrzenie w kierunku Hiriego. Wiedział, że mały nie ma szans wspiąć się na górę. - Nie! Farrel, wracaj! – chłopiec patrzył tępo na pustą już przestrzeń nad sobą. Głośno przełknął ślinę i cały roztrzęsiony odwrócił się. Wielka dłoń chwyciła go za kark i w ułamku sekundy podniosła na wysokość szarych, pulsujących oczu. - Gdzie jest mój pierścień?

*

Hiri w swoim złodziejskim życiu wydostał się już z niejednej opresji. Ta była jednak wyjątkowo nie do pozazdroszczenia. Ręce miał związane fachowo i mocno, węzeł ściskał dłonie tak, że zrobiły się całkiem sine. Teoretycznie mógł w każdej chwili zeskoczyć z konia i dać nura w tłum, ale maszerujący tuż obok barbarzyńca przyprawiał go o paraliżujące dreszcze. Długie, krucze włosy spływały na masywne ramiona, a na twarzy malowała się dziwna wyniosłość i spokój. Mężczyzna prawie się nie odzywał, kazał jedynie zaprowadzić siebie do kryjówki, gdzie znajdował się Farrel z pierścieniem. Hiri rozpaczliwie przekonywał go, że takowa nie istnieje, a pierwszym miejscem do którego mógł się udać jego towarzysz to strażnica miejska. Tam właśnie, chłopcy często sprzedawali zdobycze nieuczciwym gwardzistom. Oprócz zaprzeczenia istnieniu kryjówki wszystko było prawdą. Zwłaszcza, że Farrel po wpadce zapewne będzie chciał jak najszybciej pozbyć się klejnotu. Hiriemu nie zależało na kryciu go, chodziło tylko o utrzymanie w tajemnicy miejsca gdzie mieszkają i trzymają dobytek. Nawet jeśli była to opuszczona, dziurawa chata na obrzeżach miasta to mimo wszystko czuli się tam bezpiecznie. Zastanawiał się nad ucieczką, ale już chwilę po schwytaniu usłyszał: ,,Jeden niepewny ruch i mój koń cię stratuje”. Wierzchowiec wydawał się normalny, ale reagował na każde skinienie wędrowca jakby rzeczywiście był w stanie kogoś okaleczyć na rozkaz pana. Hiri nie wiedział czego się spodziewać po tym dziwnym osobniku, wyglądało na to że chce zapukać do wojskowych i jak gdyby nigdy nic spytać o swoją własność. W takim wypadku był głupi albo naiwny. Albo to i to. W każdym razie najbliższe dwadzieścia minut spędził podskakując na niewygodnym siodle. - To tutaj – obaj stali przed szarym budynkiem, który absolutnie przywodził na myśl straż. W znacznych odległościach od siebie znajdowały się zakratowane okna, a z komina buchał skromny dym. Przybysz popatrzył na chłopca chłodnie. – Wiem, że wygląda podejrzanie. Kiedyś mieszkało tu kilka rodzin, ale nie płaciły na czas podatków i miejski namiestnik kazał wprowadzić się żołnierzom na ich miejsce. - Idź i sprawdź czy mają pierścień. Hiri oniemiał, ale powoli z wahaniem zrobił krok w poleconą stronę. ,, Co on sobie w ogóle myśli, że strażnicy od tak mi się przyznają do łamania prawa? Równie dobrze ja mogę skłamać albo.. teraz spróbować uciec.” Ale nie próbował, coś w środku podpowiadało mu, że lepiej wyjdzie na przełożeniu tego planu. Uderzył kilka razy w drzwi wejściowe i spojrzał za siebie. Mięśniak stał z założonymi rękoma i ordynarnie patrzył. Zaskrzypiało i wejście uchylił wąsaty człowiek ze szramą na policzku i surowym spojrzeniem. Na widok kieszonkowca starannie się rozejrzał i spytał czego tu szuka. Hiri nie był pewien czy robi słusznie, ale szybko streścił zaistniałą sytuację: -… więc ten facet za mną myśli, że zaraz powiem mu czy macie pierścień. - Hehe, ciekawa ta historyjka. Chłop jak dąb, ale chyba z niespełna rozumem. Hm, a Farrel wpadł tu kilka minut temu, ale dogadywał się z Archgardem, który poszedł już do koszar. Możesz więc dla swojego porywacza powiedzieć, co chcesz. A teraz spadaj, nie powinienem z tobą gadać na zewnątrz. - Czekaj! Nie pomożesz mi? A jeśli mięśniak wpadnie w szał i mnie zabije? - To spotkasz się wreszcie z rodzinką, ahah.. Do zobaczenia mały – charknął na odchodne i zamknął drzwi.

*

- Nic nie chciał mi powiedzieć, był czujny. Według mnie mają pierścień – chłopak skłamał. Sytuacja zaczynała już go frustrować, więc chciał sprowokować wędrowca do działania, najlepiej żeby wdał się w utarczkę ze strażnikiem, który zadrwił z chłopca. Może w zamieszaniu uda mu się uciec. - Hmm.. Nie odchodź nigdzie, będę cię jeszcze potrzebował – odpowiedział mięśniak. Jego beznamiętny głos brzmiał jakby nawet nie przeszło mu przez myśl, że Hiri mógłby się nie posłuchać. Kilkoma wielkimi krokami doszedł do strażnicy i uderzył w drzwi. Chłopiec czuł, że to jedyna okazja, aby dać nogę, ale ciekawość zwyciężyła i został na miejscu. Ktoś otworzył, ale zza pleców olbrzyma nie mógł zobaczyć czy to znajomy oszust. Podbiegł bliżej, żeby przysłuchać się rozmowie. Tak jak się spodziewał w wejściu stał oszramiony żołnierz: - … więc nie masz tu czego szukać, Rehardzie z Farrawar. Odejdź razem ze swoim złodziejaszkiem i nie przeszkadzaj ludziom w pracy – parsknął po czym rzucił Hiriemu gniewne spojrzenie. ,,Czyli ten człowiek jest z Farrawaru.. Ale co go tu sprowadza? Zresztą, po co się nad tym zastanawiam, dawno powinno mnie tu nie być!” Nagle potężna ręka wystrzeliła do przodu i wylądowała na twarzy strażnika, który z hukiem runął do tyłu. Rehard położył dłoń na rękojeści miecza i odwrócił głowę. Zaskoczony kieszonkowiec patrzył tępo w ciemne oczy wojownika. - Nie próbuj uciekać, bo mój koń cię stratuje. Zaraz wrócę – powiedział, przestąpił próg i zamknął za sobą drzwi.

*

Trzy minuty jeszcze nigdy nie wydawały się Hiriemu tak długie. Tyle właśnie czasu minęło zanim krzyki i hałas ze strażnicy ucichły. W końcu drzwi się otworzyły, a ze środka jak z procy wyleciała młoda dziewczyna. Płacząc pobiegła przed siebie. Chłopak był absolutnie zdezorientowany. - Mały – na progu stanął znajomy wielki mężczyzna. – Zaprowadź mnie do koszar. Musimy ruszać natychmiast. Hiri wolał się nie zastanawiać, co zrobił Rehard, żeby wydusić z żołnierzy prawdę. Wiedział, że prawdopodobnie nie całkiem trzeźwi zabawiali się towarzystwem ładnej kobiety, ale w końcu musiało ich tam być kilkunastu. Po wyjściu wędrowca w pokoju panowała absolutna cisza i to chłopca najbardziej zaniepokoiło. Teraz zdecydowanie żałował, że nie uciekł, przecież poradziłby sobie z durnym koniem nawet jeśli zwierze było szkolone. Kusiło go sprawdzić, co się stanie, ale nie takiego zgiełku i krwi na płaszczu barbarzyńcy się spodziewał. Czyżby unieszkodliwił kilkunastu strażników? Rehard posadził Hiriego przed sobą i na grzbiecie wierzchowca ruszyli kamienistą drogą. Do koszar było prawie dwadzieścia minut spokojnej jazdy. Wojownik narzucił jednak bardzo szybkie tempo, tak że dotarli tam w 10 minut. Koszary były centralnym budynkiem w mieście i jednocześnie siedzibą władcy. Ich rozmiary mogły imponować. Z kilkumetrowym murem i spuszczaną bramą wyglądały jak niewielki zamek. - Głównym wejściem się tam nie dostaniemy. Brama służy do transportu i wymarszu oddziałów. Znasz budowę tego miejsca? - Nie, nigdy nie byłem w środku a i z zewnątrz jakoś się nie przyglądałem. Rehard nic na to nie odparł, pociągnął tylko za uzdę konia, który od razu poniósł ich wzdłuż muru. Wierzchowiec spokojnie cwałował przez kilka minut aż w końcu zatrzymał się na komendę. Mężczyzna przyglądał się drewnianym drzwiom, które pojawiły się na kamiennej ścianie. Trwał tak moment i wpatrywał się w nie bez wyrazu, jakby nikt mu nie towarzyszył. Hiri postanowił przerwać jego konsternację i wyjaśnić dręczącą go kwestie: - Zabijesz mnie? – spytał. Rehard zanim odpowiedział pokręcił głową i zgarnął włosy z czoła. - Nie zabijam dzieci. I nie kradnę. Tracę przez ciebie czas, więc jeśli chcesz mieć to za sobą musisz mi pomóc. Te drzwi zapewne służą do odbioru zaopatrzenia kuchni lub jako wejście dla pojedynczych strażników. Nie możemy czekać aż ktoś je otworzy, bo za parę minut wieść o strażnicy się rozejdzie i wtedy nie będzie szans, aby dostać się do środka. Dlatego potrzebuję twoich umiejętności. Wojownik pierwszy raz powiedział nieco więcej, wydał się nawet łagodny. Obraz ten jednak szybko zmąciła myśl o tym, co prawdopodobnie zrobił z żołnierzami. Hiri widział już w życiu wiele i przyzwyczaił się do okrutnych realiów. Przybysz wzbudzał w nim ciekawość. Chłopak zrozumiał ostatnią sugestię Reharda i zeskoczył z konia. Podszedł do drzwi i uważnie przyjrzał się zamkowi. Z kieszeni wyszarpał niewielki kawałek drutu i wykonał kilka zręcznych ruchów. Gestem dał znać barbarzyńcy, żeby się zbliżył. - Zamek to bułka z masłem. Mamy szczęście, że nie były zaryglowane. - W porządku. Możesz już odejść. Nie przydasz mi się, a w środku będzie niebezpiecznie – te słowa zaskoczyły Hiriego. Jego podejście do przyjezdnego uległo zmianie. Od dobrych kilku chwil wydawał mu się coraz bardziej ludzki. Chyba pierwszy raz w życiu zaczął mieć wyrzuty sumienia, że kogoś okradł. Uczucie ulgi szybko zastąpiło inne – smutek.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych