RĘKA SPRAWIEDLIWOŚCI
Ręka sprawiedliwości pozdrawia pozbawionych empatii. Zapatrzonych w siebie i zgorzkniałych. Tych, którzy nie dostrzegają możliwości, że ich decyzje mogą mieć wpływ na innych. To opowieść o biznesmenie, człowieku sukcesu, który próbuje uporać się z
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Czy mogę jeszcze w czymś pomóc? Mężczyzna w białym kitlu siedzący po drugiej stronie biurka nerwowo pstrykał długopisem. Jego szare, powiększone przez grube szkło okularów oczy rzucały krótkie, niecierpliwe spojrzenia. - Coś jeszcze? – dopytywał. Cyk, cyk… cyk, cyk… cyk, cyk. - Jeśli chciałby pan… Mężczyzna z naprzeciwka podniósł rękę. Był pewny, że ten znerwicowany człowiek gotów byłby policzkować go kolejnymi pytaniami bez końca. - Nie, to wszystko – powiedział pomimo narastającej w nim złości. Pan Molina w ostatniej chwili ugryzł się w język. Do powiedzenia miał znacznie więcej, ale wiedział, że powiedzenie całej prawdy, spowodowałoby jedynie to, że musiałby poszukać sobie nowego terapeuty. Jedną z ostatnich rzeczy jakich pragnął, było wtajemniczanie kolejnej osoby w sferę swoich problemów. - Dobrze, bardzo dobrze, wyśmienicie – ucieszył się mężczyzna w kitlu, zrywając się z krzesła. – Proszę tylko pamiętać, o czym dziś rozmawialiśmy. Proszę nie wypierać tych wspomnień, niech one przepłyną przez pańską jaźń. Panta rhei, wszystko płynie, proszę pamiętać. W kilku drobnych, szybkich kroczkach podszedł do swojego pacjenta i położył mu dłoń na ramieniu. - Niech się pan nie martwi. Doskonale rozumiem pańskie obiekcje, co do mojego pomysłu, ale to naprawdę pomaga. W innym wypadku… - zawiesił głos. – W innym wypadku trzeba będzie skorzystać z pomocy farmakologicznej, a to nie leży już w zakresie moich kompetencji, jak pan wie. Zrobił dłuższą pauzę i wymownie spojrzał na zegar. Wskazówki pokazywały, że czas wizyty pana Moliny dobiegł końca. Terapeuta miał rację, jego pacjent nie wierzył w ten pomysł. Prowadzenie pamiętnika, dziennika, notatnika, czy jakkolwiek inaczej nazwać, to co miał prowadzić, wydawało mu się zajęciem dobrym dla nastolatki, ale nie dla dorosłego człowieka. W jego mniemaniu pisanie i rozdrapywanie koszmarów przeszłości nie było sposobem rozwiązywania problemów. Oczekiwał bardziej konkretnych metod. - Widzimy się za tydzień – zakończył wizytę terapeuta. Mężczyzna przytaknął bez słowa, uścisnął wyciągniętą w jego stronę dłoń i wyszedł z gabinetu. Pan Molina był zły. Uczucie to potęgowało się z każdym krokiem, oddalającym go od wpływu znerwicowanego człowieczka. Chwycił kurtkę i wyszedł na klatkę schodową, całkowicie ignorując pozdrowienie kobiety z recepcji. - Cholerni złodzieje – warknął pod nosem, gdy zamknęły się za nim drzwi. Przekonanie to było głównym powodem frustracji mężczyzny. Pan Molina uważał bowiem, że nie ma problemów, których nie dałoby się rozwiązać pieniędzmi. Im więcej coś kosztowało, tym skuteczniej i szybciej powinno przynosić efekt. Tymczasem terapia była niebotycznie droga, jednak nie przynosiła wymiernych korzyści. Co prawda czuł się lepiej niż kilka tygodni wcześniej, ale po takim czasie oczekiwał całkowitego uzdrowienia. Był w połowie schodów, gdy klatkę wypełnił odgłos zamykanych drzwi wejściowych. Pan Molina przystanął w półkroku. Wielokrotnie prosił, żeby umawiać mu wizyty w sposób gwarantujący anonimowość i nie narażający go na spotkanie z przypadkowymi osobami. Nasłuchiwał. Napięty do granic możliwości trwał w zalewie białego światła spływającego ze złoconych żyrandoli, w otoczeniu mozaikowej szachownicy na ścianie, gotowy w każdej chwili zawrócić na górę. Niczego więcej jednak nie usłyszał. - Cholerni złodzieje – powtórzył pod nosem i ruszył biegiem na dół.
Padało. Pan Molina z kurtką naciągniętą na głowę przebiegł przez ulicę i skrył się w aucie. - Jak było? – usłyszał, ledwie poczuł na plecach ciepłe oparcie swojego Mercedesa. Kobieta siedziała na siedzeniu pasażera. Jej twarz tonęła w białym świetle smartfona. - W porządku. - Jest poprawa? – dopytywała, nie odrywając wzroku od ekranu. Była rzeczowa. W jej głosie nie było słychać troski, a jedynie beznamiętną potrzebę pozyskania najświeższych informacji. Pan Molina nie pamiętał już, dlaczego się z nią ożenił. Relacje międzyludzkie jakie nawiązywał, traktował jako rodzaj inwestycji. Nie kierował się przekonaniami czy ideami, nie opowiadał się po żadnej ze stron konfliktów. Pamiętając o zasadzie dywersyfikacji szafował sympatią między wszystkich, którzy mogli zapewnić mu korzyści, nawet gdy osoby te stały we wzajemnej opozycji. Ilekroć jednak myślał o swojej żonie utwierdzał się w przekonaniu, że dokonał właściwego wyboru. Pani Molina znała swe miejsce – była żoną, nie partnerką. Nie wychodziła przed szereg, zgadzała się z mężem i zadowalała się pozorami szczęśliwego związku. Mężczyzna nie był pewny, czy było to wynikiem zalet jej charakteru, czy kwestią intercyzy, którą podpisali na początku wspólnej drogi. - Tak, jest zdecydowanie lepiej. Wkrótce powinniśmy skończyć. - Dobrze – podsumowała. - Dobrze – powtórzył pod nosem pan Molina. Nie widział potrzeby, by mówić cokolwiek więcej. Uważał, że w życiu podobnie, jak w biznesie ważne są tylko te informacje, które chciał przekazać. Nie te, które mógł lub powinien. W taki sposób budowało się pożądany wizerunek. Pan Molina był człowiekiem biznesu w dosłownym tego słowa znaczeniu. Był nie tylko przedsiębiorcą, prezesem i coachem – był ucieleśnieniem idei korporacyjnych. Według jego przekonań, zasady, które sprawdzały się w prowadzeniu firmy można było przełożyć także na życie prywatne. Człowiek bowiem był spółką – myśli, słów i czynów. Wystarczyło znaleźć odpowiedni klucz do zarządzania nimi wszystkimi. Już w młodości Piotr Molina pojął, że najważniejszy w życiu jest rozrachunek końcowy. Podejmując jakąkolwiek decyzję należało określić ryzyka, wybrać sposób działania, a także wskazać termin realizacji przedsięwzięcia. Miało to usprawnić starania zmierzające do osiągnięcia zysku. Zysk bowiem był jedyną prawdziwą wartością.
- Paskudna pogoda – warknął po kilkunastu minutach jazdy. Jesienne niebo przesłonięte gęstą wstęgą chmur wisiało ciężko nad ziemią. Porywiste podmuchy wiatru podpowiadały, że deszcz bębniący leniwie o dach może wkrótce zmienić się w gwałtowną ulewę. - Sąsiedzi chcą, żebyśmy odwiedzili ich w ten weekend – rzuciła pani Molina, ignorując jego wcześniejszą uwagę. Mówiła dalej, ale mąż jej nie słuchał. Pochylony nad kierownicą, wytężał wzrok. - Cholera! – zaklął, gwałtownie wciskając hamulec. Jedynie pasy uratowały skórzaną deskę rozdzielczą Mercedesa przed udekorowaniem jej wizerunkiem pani Moliny. Kobieta wrzasnęła i pierwszy raz od początku podróży oderwała wzrok od smartfona. Jej naświetlone oczy błądziły pośród ciemności. Auto sunęło jeszcze kilka metrów po nawierzchni pokrytej zmokłymi liśćmi, by w końcu się zatrzymać. - Przejazd – bąknął kierowca. Półmrok, siąpiący deszcz i gęstniejąca mgła sprawiły, że pan Molina dopiero w ostatniej chwili dostrzegł migające światła przejazdu kolejowego. W pierwszym odruchu chciał docisnąć pedał gazu, by przemknąć pod opadającym szlabanem jednak wstrzymał się, nie chcąc podejmować zbędnego ryzyka. Tymczasem kierowca auta dostawczego, które jechało za nim, nie miał takich obiekcji. Zmienił pas i przemknął obok samochodu pana Moliny. Wjeżdżając na przejazd trącił plandeką szlaban, który zatrząsł się, zamigotał i zamarł w powietrzu. - Wariat – zawyrokował pan Molina, odprowadzając wzrokiem auto. Te podskoczyło na torach, odbiło w prawo i minęło drugi ze szlabanów. Gdy zjeżdżało z przejazdu pan Molina dostrzegł logo wymalowane na tyle plandeki i poczuł gniotący ból w klatce piersiowej. - Tylko nie to – jęknął głucho. Było już jednak za późno. Miał kolejny atak.
Tamtego ranka pan Molina wyrwał się z objęć koszmaru nagłym szarpnięciem. Tonął już w słupie białego światła i głośnych trzaskach, gdy udało mu się otworzyć oczy. Przedział wypełniało jednostajne stukanie pociągu. Za oknem migał wiosenny pejzaż, muśnięty szarością porannej mgły. W pierwszej chwili poczuł ból pleców i karku. Jego ciało zastygłe od kilku godzin w jednej pozycji wołało o jakąkolwiek formę ruchu. Przeciągnął się i ziewnął głośno, nie bacząc na pozostałych współpasażerów. Gdy ostatnie resztki sennych majaków zniknęły z jego powiek uśmiechnął się do siebie. Doświadczenia kilku ostatnich dni były satysfakcjonujące. Jego zaspokojone ego nie zwracało nawet uwagi na niedogodności podróży. Pan Molina wracał z delegacji, w czasie której dokonał wizytacji oddziałów zarządzanej przez niego firmy. Podróż taka stanowiła coroczną tradycję i mężczyzna oddawał jej się z czystą przyjemnością. Pozornie chodziło o zweryfikowanie, czy poszczególne filie pracują zgodnie ze standardami wyznaczonymi przez centralę. Przez kilka dni pan Molina wysłuchiwał sprawozdań i prezentacji. Weryfikował raporty i dokumenty, przyglądał się pracy wybranych osób, prosił o wymyślne zestawienia, sprawdzał wskaźniki, prowadził rozmowy. W jego żargonie, był zarobiony. W gruncie rzeczy było to jednak przedstawienie. Pan Molina wiedział doskonale,że jednorazowa wizyta w ciągu roku nie zagwarantuje mu kontroli nad poprawnością działań poszczególnych oddziałów. Prowadził regularną, zdalną weryfikację ich pracy, trzymając rękę na pulsie i wykorzystując do tego grono najbliższych współpracowników. Jego wizyty miały mieć charakter motywacyjny. Pan Molina był bowiem wyznawcą starej szkoły zarządzania. - Dziel i rządź – mawiał. Według jego filozofii, aby pracownik funkcjonował w pełnym zakresie swoich możliwości, należało obciążyć go obowiązkami, których realizacja wykraczała poza realność ich wypełnienia. Stwarzało to pole do budowania siły przerobowej opartej na strachu i niepewności. Było to narzędzie mobilizujące, pozwalające na wyciągnięcie z pracownika stu procent jego potencjału. Pragnieniem pana Moliny było, by jego podwładni wiedzieli, kto posiada realną władzę w firmie. Nie chciał być jedynie wyimaginowanym strachem – bajeczką, której używa się, by zdyscyplinować pracownika. Chciał być realnym niebezpieczeństwem – groźbą niechętnie stosowaną nawet w ostateczności. Latami pracował na wyrobienie sobie właściwego wizerunku. Jego ulubiona praktyka polegająca na zwalnianiu ludzi nazbyt ambitnych i rzucających się w oczy była skuteczna. Zawsze bowiem znalazł się ktoś, kto wychylał się przed szereg. Pan Molina mlasnął z zadowoleniem i otworzył laptopa. W czasie ostatniej wizyty, co prawda zwolnił dwie osoby, ale wziąwszy pod uwagę posiadane raporty, uważał, że mógłby dokonać głębszej restrukturyzacji i wypracować większe oszczędności. Pobieżnie przejrzał skrzynkę mailową w poszukiwaniu odpowiednich arkuszy kalkulacyjnych. Gdy nic nie rzuciło mu się w oczy, chwycił za telefon. - Dzień dobry, panie prezesie! – usłyszał w słuchawce miły głos. – W czym mogę pomóc? - Posłuchaj… - próbował przypomnieć sobie imię asystentki, ale szybko zrezygnował. – To hiperważne, więc lepiej, żebyś notowała. Dziewczyna przytaknęła. - Dwie sprawy. Potrzebuję raport finansowy oddziałów, który został przygotowany na radę nadzorczą. Ten, po ostatnim akcepcie prawników. Tylko prośba, żeby to była ostateczna wersja, a nie tak jak ostatnio – westchnął. – Potrzebuję też spotkania z dyrektorem Mopem, więc wrzuć nam w kalendarze briefing w sprawie raportu na jutro. Pan Molina nie przejmował się współpasażerami. Rozmawiał głośno i swobodnie, zupełnie jakby był w swoim biurze. Od czasu do czasu zaglądał w twarze tych ludzi, by sprawdzić jakie wrażenia wywołują jego słowa. - Druga rzecz. Nie otrzymałem jeszcze od…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Brenin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…