Wróć do katalogu

Rocznica czegoś zupełnie nieistotnego

"Za trzy dni o tej porze nastąpi koniec świata - usłyszałem. Właściwie słowa te dotarły do mnie dopiero po dłuższej chwili." Opowiadanie zainspirowane piosenką Deftones "Anniversary of an Unimportant Event" i snem

MFitzner, opublikowano , 44 min czytania, 4,9 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Porcja frytek, paluszki rybne i surówka czekały już na talerzu. Obiad parował - oprócz surówki, oczywiście - a po kuchni roznosiła się słodka, ciepła woń posiłku. Poszedłem do kredensu po sztućce. Wziąłem jeszcze keczup z lodówki - bo nie wyobrażam sobie frytek bez keczupu. Odwróciłem butelkę do góry nogami i ustawiłem pionowo nad talerzem. Czekałem, aż sos pomidorowy pluśnie na talerz. Gdy oporna materia tkwiła uparcie w szklanym schronieniu, zacząłem flaszką potrząsać, coraz mocniej, a w końcu tłuc dłonią w denko. Może zamarzł w lodówce, albo skrzepł. Tak czy tak, ja chciałem mieć na talerzu keczup do frytek. I koniec końców dostałem to, czego chciałem - a nawet więcej. Po kolejnym desperackim ciosie w szklane denko butelki na moim talerzu znalazła się połowa jej zawartości, w której frytki utonęły jak w zupie. Czerwona breja rozsiadła się swobodnie na moim obiedzie - na frytkach i na paluszkach rybnych. Nawet surówką nie pogardziła. Jadłem z apetytem frytki z keczupem, paluszki rybne z keczupem i keczup z surówką, a Mike Patton przygrywał mi do obiadu na pianinie. Zawsze lubiłem tę piosenkę, i teraz też wprawiała mnie w przyjemny nastrój. Choć z drugiej strony, to złośliwe puszczać "Easy on Sunday Morning" w czwartek po południu rozwodnikowi wykończonemu po ciężkim dniu pracy. Mimo wszystko, lubiłem sobie posłuchać radia. Lubiłem, gdy coś grało. Cokolwiek. Nawet drum'n'bass. Byle nie cisza. Gdy byłem w domu, małe radyjko plumkało sobie gdzieś w tle do nocy. Do snu kołysał mnie nienahalny jazz a o piątej nad ranem moje bębenki lokalna rozgłośnia znienacka atakowała perfidnym repertuarem piosenek jazgotliwych i zupełnie niestosownych, na czele z "It's a Beautiful Day" U2. Zjadłem ostatnią frytkę z ostatnią kroplą keczupu, po czym wstałem od stołu i odstawiłem brudny talerz do zlewu. Wyrobiłem sobie bardzo niemęski zwyczaj zmywania po sobie od razu. Wiedziałem, że gdybym to pomazane naczynie po prostu zostawił, prawdopodobnie poleżałoby tam do końca świata. Nazajutrz położyłbym na nim kolejne i kolejne, aż uzbierałaby się góra aż po sam sufit, z której w razie potrzeby wziąłbym jeden i umył. Albo kupiłbym nową zastawę. Umycie tego jednego talerza było rozwiązaniem prostszym, tańszym i w gruncie rzeczy szybszym. Zakręciłem gorący strumień i wytarłem ręce w nieco już zabrudzoną ściereczkę. Do prania nie miałem już tak racjonalnego podejścia jak do zmywania. Radio zrobiło uznanym wokalistom anglojęzycznym przerwę na oddech. Nastąpił krótki bloczek reklamowy, w którym przesadnie luzacki koleś rapował o soku pomarańczowym, a po nim Barry White dla ubogich zachwalał nowy butik w okolicy. W radiu, gdzie nie można było odbiorcy razić kolorami tęczy i uwodzić grafiką komputerową, żaden pomysł nie był za głupi ani zbyt szalony na reklamę. Już nic nie było w stanie mnie zdziwić. "Za trzy dni o tej porze nastąpi koniec świata" - usłyszałem. Właściwie słowa te dotarły do mnie dopiero po dłuższej chwili. Radio było przyciszone a ja zamyślony, i reklama, w której nikt nie krzyczał, nie brzmiał saksofon i nie padło słowo "super!", zupełnie nie zwróciła mojej uwagi. Gdy zaś w końcu ją zrozumiałem, też nie wydała mi się niczym nadzwyczajnym. Gdzieś już chyba coś podobnego słyszałem. Nic nowego. Hasłami typu "Świat już nigdy nie będzie taki sam" reklamowano nowy kanał cyfrowy, a nową sieć komórkową zachwalano jako rewolucję na skalę kosmiczną. Tak więc zwykły koniec świata wydał mi się dość marnym pomysłem marketingowym. Mimo to, byłem zwyczajnie ciekaw, co takiego zostanie wprowadzone na rynek za trzy dni. Może pięćdziesięciocalowy telewizor z płaskim kineskopem? Spojrzałem na zielone liczby na cyferblacie mikrofalówki. Była szesnasta dwadzieścia trzy. Czwartek. Zastanowiło mnie, czemu ktoś chciałby coś sprzedawać po południu w niedzielę. Jakby nie lepiej byłoby zacząc już w sobotę albo w poniedziałek od rana. Lub też o północy pierwszego dnia miesiąca. Wziąłem z lodówki piwo, którego nie trzeba było reklamować, bo było po prostu dobre.

***

Wklepywałem kolumny cyferek z faktury VAT do komputera. Czarny ekran starej DOS-owej aplikacji wypalał mi oczy. Stary firmowy komputer szumiał i trzeszczał. Czasami zacinał się Shift a spacja robiła podwójne odstępy. W obawie o moje biedne oczy, których nawet specjalne okulary nie mogły uchronić przed zabójczym promieniowaniem dziesięcioletniego monitora, nie patrzyłem nawet na ekran. Śledziłem wzrokiem kolumny wydruku i bez patrzenia na klawiaturę wpisywałem dane do katalogu przychodów. Nie potrzebowałem zeza rozbieżnego, by mieć pewnośc, że stukam tam, gdzie trzeba. Mogłem to robić z zawiązanymi oczami. I tylko czasem myślałem, że przydałoby się więcej palców - po jednym na każdą cyfrę i małe palce do tabulatora z lewej i backspace po prawej. I być może mała, ruchoma narośł na środku prawej dłoni, bym nie musiał zdejmować palców z cyfr, żeby wpisać przecinek. Upiłem ostatni łyk kawy. Na fakturze, na której bardzo praktycznie postawiłem kubek, odcisnęło się kółko. Nie chciałem, żeby spadła na podłogę i się pobrudziła, dlatego docisnąłem ją czymś ciężkim. No i potrzebowałem podstawka do kawy - trzeciej dzisiaj. Siedziałem tu od siódmej rano i modliłem się, żeby szef nie zatrzymał mnie na dłużej w pracy. Nie w piątek. Nie w ten piatek. Miałem odebrać Dominika od Krysi równo o piątej. Nie chciałem się spóźnić. Równo o trzeciej wyłączyłem komputer, schowałem okulary z filtrem do pudełka, pudełko do kieszeni, i wyszedłem. Udało mi się przemknąć niezauważonym. Szef nie stanął mi na drodze z tym słodkim uśmiechem, który zawsze oznaczał to samo: że czegoś ode mnie chciał, a im szerzej się uśmiechał, tym dłużej miało mi to coś zająć. W domu byłem o czwartej. Byłem głodny, więc chwyciłem batonika z kredensu, żeby rozepchnąć trochę żołądek. Popiłem sokiem. Piwo kusiło, ale ja miałem za chwilę siąść za kierownicą. Poza tym, nie chciałem, żeby mi się odbijało chmielem przy dzieciaku. Byłby to doskonały pretekst dla Krysi, by nie dać mi Dominika na weekend. Wszedłem pod prysznic i pod lodowatym strumieniem spłukałem z siebie jedenaście godzin. Wybiegłem z kabiny i - zupełnie nagi, bo we własnym domu wolno mi było wszystko - wytarłem się do sucha dopiero w sypialni. Założyłem czystą podkoszulkę i jeansy, przeczesałem włosy, włożyłem adidasy - i byłem gotowy. Wyglądałem jak cokolwiek wyrośnięty kolega syna, nie ojciec tego dziewięcioletniego szkraba. Wziąłem z blatu kredensu komórkę i zadzwoniłem do Krysi. Figurowała w mojej książeczce adresowej jako K, co czasami, po piwku albo dwóch, wydawało mi się zabawne. - Cześć. Już jadę - rzuciłem krótko. - Dobrze - odparła i sama się rozłączyła. Powiało chłodem - co właściwie mnie nie zdziwiło. Od trzech lat nasze rozmowy telefoniczne wyglądały właśnie tak: dwa, trzy słowa z mojej strony i lakoniczne i lodowate "dobrze" albo "ok" w słuchawce. Nie żebym żałował albo oczekiwał czegoś więcej. Tak było dobrze. Krótko i zwięźle. Oszczędzałem czas i impulsy. Poznaliśmy się piętnaście lat temu, kiedy ja miałem dwadzieścia lat a Krysia dziewiętnaście, i coś po prostu zaskoczyło. Ot, rach ciach - i byliśmy parą. Bez podchodów, zwodniczych zabiegów w rodzaju niewinnego i niezobowiązującego zaproszenia na kawę, a potem wleczenia jej po restauracjach i kinach w nadziei, że to nie nasze ostatnie spotkanie. Nie. Po prostu zauważyliśmy się na jakiejś imprezie przy ognisku, pod gołym niebem - ja spojrzałem na nią, ona na mnie. Potem poszliśmy na spacer po pobliskim lesie we trójkę - ona, ja i wspólne piwo. Potem odwiozłem ją do domu. Mało brakowało, byśmy przesiedli się na tylne siedzenie tuż pod balkonem jej rodziców. Poczekaliśmy z tym tydzień. Od tej chwili byliśmy praktycznie nierozłączni i bardzo często się łączyliśmy. I każdy nam mówił, że po prostu do siebie pasujemy, nawet jej rodzice. I pasowaliśmy. Nie byliśmy podobni jak dwie krople wody, bo to nie o to chodzi. Ale nie było między nami spięć, konfliktów ani kłótni. Zawsze się dogadywaliśmy i przez kilka lat udawało nam się uniknąć jakichś większych tarć. Byliśmy cudowanie dopasowani - jak dwie gładkie, dokładnie do siebie przylegające płaszczyzny, na styku których aż iskrzyło. Jej dotyk doprowadzał mnie do obłędu a uśmiech rozbrajał. To było coś niesamowitego i potężnego, czego ktoś patrzący z boku nie rozumiał - bo tego nie doświadczał. Taki magnetyzm, który ściągał nas ku sobie, mimo że ona nie lubiła piłki nożnej i nie śmieszyły jej moje dowcipy, a mnie nie ruszała muzyka Dave Matthews Band i zawsze wydawało mi się, że wolałem blondynki. Praktycznie nic nas nie łączyło. Kochaliśmy się tak po prostu, bez powodu i za nic. I gdy któregoś dnia to się po prostu wyczerpało, nie zostało już nic. Ot, mieszkaliśmy pod jednym dachem, złączeni dwoma obrączkami i jednym nazwiskiem. Wtedy jeszcze spaliśmy we wspólnym łóżku, ale mogliśmy tak przeleżeć kilka godzin, nim w końcu zasnęliśmy, i nie działo się nic. Jej palce, wędrujące po mojej skórze, wydawały się znudzone i zagubione. Kiedyś znajdowały właściwe ścieżki i sposoby, by rozpalić mnie do białości. Potem co najwyżej łaskotały. Chcieliśmy to naprawić, przywrócić tę magię - z sentymentu, z tęsknoty, a może litości, czy do dla siebie samego, czy tej drugiej osoby. Myślę, że Dominik wziął się z tego. Ale tego, wskutek czego został poczęty, nie mogę nazwać inaczej jak kopulacją. Zwykłym rżnięciem - beznamiętnym zderzaniem się biodrami. Nie wiem, co wtedy czułem, i czy w ogóle cokolwiek czułem. Nie wiem, co zapłodniło Krysię. Czasami myślałem, że Dominik wziął się z powietrza; że Krysi ten brzuch sam się nadmuchał do monstrualnych rozmiarów. I gdy urodził się Dominik - bez przeszkód, bez komplikacji, zdrowy i silny, już z włoskami na główce - myśleliśmy, że będzie lepiej. Łudziliśmy się, że ten dzieciak nas połączy. Rozsunęliśmy nasze łóżka a jego kołyska stanęła między nimi. Odsuwaliśmy się od siebie coraz dalej, aż nasze łóżka znalazły się pod przeciwległymi ścianami - i czasami jeszcze próbowaliśmy coś z tym zrobić. Pamiętam, że któregoś razu, gdy chłopak miał może cztery lata, zostawiliśmy go u mojej matki na weekend i wróciliśmy na noc do domu sami. To była bodajże nasza rocznica. Po kolacji kochaliśmy się przy świecach. To był koszmar. Czułem się, jakbym rżnął papier ścierny. Ona wiła się pode mną, bardziej chyba z bólu niż z rozkoszy i jęczała chyba tylko po to, żebym przestał. To był nasz pamiętny ostatni raz, po którym ja chodziłem przez tydzień obolały a ona leczyła odleżyny. Rozwiedliśmy się rok później. Ona dostała prawo do opieki nad dzieckiem. Mnie udało się wytargować weekend z synem co dwa tygodnie. Zbiórka w piątek, punktualnie o siedemnastej, i powtórnie w niedzielę o dwudziestej, ani minuty później. Zgarnąłem portfel do kieszeni. Nim wyszedłem z mieszkania, podszedłem do okna, by wyłączyć grające radio. Mój palec nagle zatrzymał się w powietrzu nad wyłącznikiem. "Za dwa dni o tej porze nastąpi koniec świata" - usłyszałem. Cyferblat na mikrofalówce pokazywał godzinę szesnastą dwadzieścia trzy. Miałem trzydzieści siedem minut.

***

- Tatuś! Dominik wyrwał się matce, gdy tylko mnie zobaczył. Wyszarpnął dłoń z jej dłoni, i podbiegł do mnie, gdy wysiadałem z auta. Krysia nawet nie drgnęła. Stała na progu domu - małej kamieniczki, okolonej metalowym płotem. Wsadziłbym dzieciaka do samochodu i odjechał bez słowa, ale zauważyłem, że Krysia patrzy wyczekująco na nas - może na mnie, może na niego. Wziąłem syna za rękę i niechętnie poszedłem w stronę domu. Uniosłem brwi pytająco, stając w furtce. Wyciągnęła w moją stronę trzymany w dłoni plecak małego. Podszedłem powoli, jak do zadżumionej, i wziąłem go od niej. - Pomożesz mu odrobić lekcje - rzekła. Stwierdzenie, nie pytanie. Rozkaz. Skinąłem jej. Staliśmy przez chwilę, patrząc na siebie bez cienia sympatii, ale bez wrogości. Coś mnie tam trzymało. Nie wiem, czy ja sam, czy ona. Któreś z nas chyba chciało coś powiedzieć. - Wierzysz w to? - spytała. - W co? - spytałem, zaskoczony. Nie wiedziałem, o co jej może chodzić. - No, ten... koniec świata... - Nie. - To dobrze - odparła, i chyba westchnęła z ulgą. Skrzywiłem się. Zawsze była taka naiwna. Wierzyła we wróżki, horoskopy, Nostradamusa. A teraz to. Jakaś głupia reklama tak napędziła jej stracha, że aż odezwała się do mnie. Nie rozmawialiśmy od roku. Przekazywaliśmy sobie Dominika zupełnie bez słowa. I nagle zagadnęła mnie o taką głupotę. Zaczynałem odczuwać coś w rodzaju pogardy... może politowania. Chłopak wyrwał mi plecak i zarzucił go na jedno ramię. Podbiegł do matki, i gdy nachyliła się, kątem oka spoglądając na mnie, pocałował ją w policzek. Potem złapał mnie za rękę i powlókł do wozu. Gdybym zostawił kluczyki w stacyjce, prawdopodobnie wpakowałby się na siedzienie z przodu po lewej i odjechał. - Gdzie jedziemy? - spytał, gdy usadowił się na tylnym siedzeniu i zapiął pas. Byliśmy kumplami, ale cały czas Dominik był też moim synem, i miał dziewięć lat, dlatego nie pozwalałem mu jeździć z przodu i upominałem, by się porządnie zapiął, nim ruszymy. - Na pizzę! Umieram z głodu! Nie jadłem obiadu właśnie dlatego. Chciałem zjeść coś z synem. Zabrać go do jakiegoś baru szybkiej obsługi i razem z nim napchać się do syta czymś smacznym, tuczącym i niekoniecznie najzdrowszym, popić niezdrowym napojem gazowanym i niczym się nie przejmować.

***

- Dominik! Kultury trochę - skarciłem syna, gdy odbiło mu się zjedzonym kilka godzin wcześniej niezdrowym posiłkiem. Wymknęło mu się głośne, basowe beknięcie, które wzbudziło mój cichy podziw. Jednak dziewięciolatek nie powinien bekać jak stary piwosz. - Przepraszam. Dochodziła ósma wieczorem, a ja z synem grałem na pośpiesznie uprzątniętym stole w Monopoly. Cieszyłem się, że mój dzieciak nie jest, w przeciwieństwie do większości swoich rówieśników, bezkrytycznym telemaniakiem. Mogłem pograć z nim w prostą grę. Rozerwać się w przyjemny sposób, pozbawiony promieniowania. Nie wiercił się i nie sapał, i nie szukał pilota od telewizora. Lubił czytać książki. Rysował - całkiem ładnie. Uważałem za sukces wychowawczy mojej byłej małżonki to, że Dominik umiał się sobą zająć. Krysia nie musiała wymyślać dla niego jakichś wątpliwych rozrywek w rodzaju lekcji gry na skrzypcach, śpiewu, tenisa czy klubu szachowego. Cieszyłem się, że nie próbuje za moje pieniądze zrobić z naszego syna robocika, który żyje według zegarka, stałego rozkładu zajęć od rana do nocy i odliczonych kalorii. Dominik był normalny. Uczył się całkiem dobrze, choć niezbyt chętnie, i miał całkiem rozsądne podejście do życia, jak na dziewięcioletnie dziecko. Miał też wyraźnie większy dryg do biznesu i farta niż jego trzydziestoparoletni ojciec, bo podczas gdy on wykupywał kolejną elektrownię, ja odsiadywałem kilkurundowy wyrok. - Nie przejmuj się, tato, to tylko gra. Ta uwaga w ustach człowieczka młodszego dwadzieścia parę lat ode mnie zdziwiła mnie i rozbawiła. Wydawałoby się, że dzieciak będzie podekscytowany sukcesami w prostej rozgrywce na planszy, uwarunkowanej rzutem kostki i zależnej od paru fałszywych banknotów, jakby to było naprawdę. Tymczasem wychodziło na to, że im człowiek starszy, tym ambitniej do wszystkiego podchodzi, a porażki w prostej grze planszowej wprawiają go w zadumę nad zmarnowanym życiem. Dawałem mu fory, ale i bez tego ograłby mnie bezlitośnie. Zaczynałem czuć się nieswojo w tej sytuacji - za kratkami papierowego więzienia, reprezentowany przez jakże symboliczny pionek. - Pooglądamy telewizję? - spytałem w pewnym momencie z nadzieją. Dominik uniósł brwi. Pokręcił głową. - Mama nie pozwala. Mimo, że nie było tu Krysi, więc pod warunkiem, że chłopak się nie wygada, mogliśmy robić, co tylko chcieliśmy, musiałem przyznać mu - a raczej jej - rację. Było po dziewiątej. Dobranocka dawno minęła, i gdybym teraz włączył telewizor, prawdopodobnie po ekranie skakałby Bruce Willis i grzał naokoło ogniem ciągłym, albo działoby się coś jeszcze ciekawszego, i jako takie, niedozwolonego dla dziewięcioletniego dziecka. W innej sytuacji może bym sobie pooglądał, ale obecność tego szkraba pod moim dachem nieco zmieniała postać rzeczy. Położyłem go do łóżka o dziesiątej - jak na dobrego ojca przystało - a sam poszedłem spać na kanapie w salonie może pół godziny później.

***

Od czterech lat żyłem i mieszkałem sam. Nie powiem, żebym narzekał. Nie tęskniłem. Z wyboru nie pakowałem się w kolejne związki. Życie nie podsuwało mi zbyt wielu okazji, bo pracowałem w firmie z zagranicznym kapitałem, gdzie dziewięćdziesiąt dziewięć procent kadry stanowili mężczyźni, a ten jeden procent kobiet był tak oblegany, że mogłem sobie dać spokój. Nie chadzałem do barów - choć tam z pewnością znalazłaby się pani chętna na trzydziestoparoletniego faceta z dobrą pracą, niezłym wozem i przytulnym mieszkankiem na przedmieściu. Niestety, miałem zasady, więc jedyną osobą, z którą ubijałem interesy w barze był barman, u którego wymieniałem walutę na browar. Gdybym chciał, coś bym jeszcze mógł zdziałać. Nie byłem najbrzydszy, do tego całkiem wysoki. Jakoś udało mi się ustrzec od pojawiającego się w tym wieku piwnego brzuszka, a włosy trzymały się mocno na mojej głowie. Ale ja niczego nie chciałem. To, co miałem, w zupełności mi odpowiadało. Mieszkałem sobie w ładnym domku, w spokojnej dzielnicy, z miłymi sąsiadami, bez nadzoru. Mogłem chodzić po domu nago i nikomu tym nie wadziłem. Mogłem bezkarnie robić wszystko, za co każda kobieta wydrapałaby mi oczy: zostawiać klapę od sedesu podniesioną, majtki na podłodze, brudne naczynia na stole i kubek na telewizorze. Gdy Krysia się wyprowadziła, złączyłem z powrotem łóżka i spałem na dwóch. Kupiłem większą kołdrę i cieszyłem się tym, że jest cała moja. Moje życie było moje, tylko moje, i tak było dobrze. Nie chciałem go dzielić z następną kobietą. Robiłem wyjątek dla tego szkraba. Z radością zabierałem go do siebie na co drugi weekend, choć to wywracało moje życie niemal do góry nogami. Gdy miałem go pod swoim dachem, wiele rzeczy dozwolonych stawało się niedozwolonymi, a pożądanych - zakazanymi. Poderwałem się z sofy, na której spałem, i popędziłem do lodówki sprawdzić, czy jest piwo. Bo nie miało go być. Nie spodziewałem się, żeby dzieciak wziął butelkę z lodówki, otworzył zębami i opróżnił do dna, ale dla samej zasady, gdy w domu był Dominik, nie mogło być w nim alkoholu. Nie było piwa. W ogóle nic nie było. Lodówka stała zupełnie pusta. Większe zakupy robiłem zawsze właśnie z synem, a w tygodniu dokupowałem tylko sporadycznie najpotrzebniejsze rzeczy - a czasem i tego mi się nie chciało. Teraz nie było nawet nic na śniadanie, a przynajmniej nie zamierzałem dać dziecku zeschłego, zapleśniałego chleba ze zjełczałym masłem. Resztki płatków kukurydzianych z mlekiem zjedliśmy wczoraj. Nawet herbata w torebkach mi się kończyła.

***

Mały w soboty sypiał do dziewiątej, czasem do dziesiątej. Było krótko po ósmej, więc mogłem wymknąć się niepostrzeżenie na małe zakupy. Nie chciałem go rano wyciągać na hamburgery i colę. Jeden wieczór kulinarnej beztroski wystarczył. Ja miałem o tego dzieciaka dbać, a więc i wyżywić - i to nie byle czym. Nie dostałem co prawda pisemnych wytycznych i nie nosiłem przy sobie tablicy kalorii, ale opierając się na zdrowym rozsądku mogłem Dominikowi przygotować nietoksycznie śniadanko, a potem dobry obiadek i kolację, po której zachowałby naturalny kolor. Najbliższe delikatesy, w których zaopatrzyć się mogłem we wszystko, czego potrzebowałem na weekend synem, znajdowały się o rzut beretem od mojego domu, kilkadziesiąt metrów w dół ulicy. Po drodze wyliczałem w myślach, co muszę kupić. Chleb. Może tosty - ale to dopiero na kolację. Coś na ten chleb. Jakąś szynkę, żółty ser, albo dżem. Masło, oczywiście. Herbatę. Coś do picia. Raczej sok niż coś gazowanego. Żadnego piwa, przynajmniej do poniedziałku. Kawę. Na obiad coś smacznego, pożywnego i w miarę łatwego do przyrządenia. Ryż z jakimś sosem. Przy odrobinie skupienia może uda mi się zupełnie go nie rozgotować, a do spieprzenia gotowego sosu trzeba już prawdziwego talentu. Naparłem na ciężkie drzwi wejściowe - jakby strzegące sklepu przed klientami - całym ciałem, i nieomal zwichnąłem sobie bark. Drzwi nie ustąpiły pod naporem. Szarpnąłem kilkakrotnie za klamkę. Sklep był najwyraźniej zamknięty. Stwierdziłem z rozbawieniem, że świat się kończy. Poszedłem do marketu kilkaset metrów dalej.

***

Gdy wróciłem, Dominik był już ubrany, siedział przed telewizorem i oglądał kreskówki. Gdy wszedłem, nie okazał mi zdenerwowania, zniecierpliwienia ani strachu. Po prostu na mnie czekał. - Co na śniadanie? - spytał. Zrobiłem parę mało fantazyjnych kanapek z serem i szynką, postawiłem na stole przed telewizorem i usiadłem obok syna. Oglądaliśmy razem poranny bloczek filmów animowanych, w których nikt nikogo nie tłukł ciężkimi przedmiotami - stare dobre kreskówki o jaskiniowcach pod krawatem i kaczorze w marynarskim wdzianku. Jak na swoje lata, ciągle wyglądały świetnie, i sam chętnie oglądałem je z dzieckiem, mimo że ponoć trzydziestoparoletniemu facetowi to nie wypada. Zapewne w mniemaniu jakiejś zapobiegliwej matki oglądanie przygód Kaczora Donalda hamowało albo cofało w rozwoju. Strach pomyśleć, co robiły z moim mózgiem, skoro zacząłem je oglądać razem z synem, a potem nawet sam, jako prawie trzydziestoletni facet. Nie wiem. Nie czułem się bynajmniej głupszy. Kaczor Donald był w porządku. To ja zabrałem małego na Shreka, i to ja śmiałem się najgłośniej na sali wypełnionej szkrabami. Po seansie zaś musiałem znosić pogardliwe spojrzenia matek i ich latorośli. Oczywiście, miałem swoje granice, i taki Scooby Doo uwłaczał mojej inteligencji, a małe, żółte japońskie potworki, strzelające kulami ognia, napawały mnie przerażeniem. Nie wiem, kto to takie rzeczy produkował, kto to dopuszczał na wizję, i kto przy zdrowych zmysłach pozwalał to oglądać swojemu dziecku. Dominik, na całe szczęście, nie miał już pięciu lat i rysunkowa przemoc zupełnie go nie interesowała, a klasyka animacji wzbudzała w nim zdrowy śmiech. - Pójdziemy na rowery? - spytał,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych