Rozłąka
Pierwszy rozdział mojej książki.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Aaron! Aaron! Wstawaj! - Jest tak wcześnie, a już muszę iść do pracy. - Burknął senny chłopiec pod nosem przecierając zmęczone oczy. - Nie marudź, tylko chodź, gówniarzu! - Wrzasnął choleryk. Chłopiec od zawsze był niezauważalny, nie było osoby, która interesowałaby się nim. Pogrążał się w otchłani wyobraźni, próbując odpłynąć od codziennych zmagań. Co nie oznaczało, że był nudny, wręcz przeciwnie. Co dzień wymyślał jakieś nowe zabawy, a ulubioną było pływanie oraz podróżowanie w nieznane. Uwieńczeniem prawie każdej wyprawy był jakiś mały strumień, rzeczka, w której łatwo można się schłodzić w upalne dni. Kochał wodę, gdyby miał jakikolwiek wpływ na własne życiu, zamieszkałby nad nią, i przesiadywał w niej godzinami. Mógłby przyglądać się, jak ciecz delikatnie łaskocze bujną, przybrzeżną roślinność oraz pływające ryby zabiegające o lepsze miejsce rozrodcze, czy pokarm. Wieczorami światło odbijane przez księżyc rzucałoby blade promienie na taflę. Aaron, ojciec i jego brat ruszyli do pracy - mieszkali w malutkiej wiosce, która nazywała się Athimua. Na samym początku miał nakarmić zwierzęta. W gospodarstwie były owce, krowy, konie, kury, trzoda. Kolejną nudną i wyczerpującą czynnością było narąbanie dębowego, pachnącego drewna, a na samym końcu miał wyplewić spieczone od ciepłych promieni słonecznych pole i podlać wszystkie spragnione rośliny - był wykorzystywany i czuł się niekochany i miał ku temu słuszne powody! - Rodzicie zawsze lepiej ciebie traktują, źle się czuje w naszym domu, ojciec wyżywa się na mnie, a ja przecież nic mu nie zrobiłem. - Powiedział z wyrzutem do Jamiego, lecz ten nic na to nie odpowiedział. Obaj zabrali się do pracy. Młodszy co chwile przymykał brązowe oczy przez mocno padające promienie słoneczne.
- Po wielu godzinach pracy nareszcie możemy się rozerwać. - Powiedział bardzo zmęczony, a zarazem uradowany Aaron - idziemy popływać? - Zaproponował. - Pewnie. – Odparł nieco zmęczony brat. Pobiegli nad sadzawkę. Aaron jak zwykle był pierwszy, przewyższał szybkością każdego, kogo znał. Był też bardzo silny. Czy to za sprawą długich podróży, czy cech wrodzonych? Sam nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. W mgnieniu oka rozebrali się i wskoczyli do wody. Niebo było bezchmurne, gorąco uderzało z powietrza, a pot ciekł po skroniach niczym krople deszczu. Teraz mogli odpocząć, orzeźwić się i pobawić! - Woda jest cudowna. Najlepsze, co mogliśmy zrobić to iść tutaj w tak upalne popołudnie. – Stwierdził potakująco Aaron. - Tak. – Odparł radośnie jego brat, żwawo obrzucając spojrzeniem okolice. Aaron nurkował, wychodził na brzeg, po czym znów wskakiwał do wody, ciągle powtarzał tę czynność, a zachwycony Jamie wtórował mu. Bawili się tak beztrosko dobre dwie godziny, aż w końcu nadszedł temu nieubłagany kres. - Patrz, zbliża się ciemna, burzowa chmura, chodźmy do domu. - Zaproponował z grymasem na twarzy Jamie, któremu nie podobała się perspektywa zmoknięcia. Z kolei starszemu bratu marzyło się pływanie, gdy nad głową szaleje zimny wiatr skręcając strugi deszczu w bicze, jednocześnie nie dające zapomnieć o sobie błyskawice rozświetlałyby niebo. Zaczęli biec. Aaron starał się nie wyprzedzać brata, nie chciał być pierwszy w domu, tak w ogóle to mógł tam nie wracać i na nikim nie zrobiłoby to żadnego wrażenia, zero troski, ani jakiejkolwiek obawy ze strony rodziców. Chłopcy nie zdążyli, deszcz złapał ich tuż przed dużą chatką. - Z moim szczęściem to było do przewidzenia, że nie zdążymy, nade mną krąży jakieś fatum. - Powiedział starszy brat, nie chciał żeby Jamie czuł się winny, tego, że zmokli, przez co mogli zachorować. - Gdzie się podziewaliście tyle czasu?! - Warknął ojciec, jego krzyk skierowany był w stronę starszego. Aaron, zazwyczaj starał się nie odzywać do niego, więc i teraz puścił to mimo uszu. Usiadł z Jamiem przy gorącym kominku i zaczęli suszyć przesiąknięte deszczem ubrania, przy czym jak zwykle wygłupiali się. - Niedługo kończysz siedemnaście lat, co chciałbyś dostać na urodziny? - Zapytał. - Nie mam pojęcia, najlepiej nowe, lepsze życie. - Odparł i zaczął ironicznie śmiać się. - Chciałbym sprawić, żeby te urodziny były dla ciebie naprawdę niezapomniane. Zobaczysz jeszcze będą takie… Na twarzy przyszłego solenizanta pojawił się uśmiech, lecz był to tylko krótki moment, chwilę później znów spochmurniał. W tej samej, krótkiej chwili do izby weszła mama z tacą ciastek, które piekła cały dzień, gdy byli w pracy. Położyła je obok siedzących. - Molly, idę jutro na polowanie. Sama widziałaś, że kończy nam się mięso, gdybym upolował więcej niż jedno zwierze to przy okazji mógłbym zarobić. – Mówił z troską. Nie ważne, że jest niekochany. To nie istotne, jeśli chodzi o głód. Troskliwość w jego wypadku, jest czasem wadą. Ze wszystkich sił stara się pomóc, mimo że czasem nie jest potrzebny, ani nawet chciany. - Aaron, wiesz, że to bardzo niebezpieczne, w lesie może ci się coś przytrafić, albo możesz spotkać tam obcego, niebezpiecznego człowieka, czy jakieś groźne zwierze może cię zaatakować lub po prostu mógłbyś zabłądzić. Nie pozwalam ci iść. Albo po prostu skosztujesz krwi... - Ostatnie zdanie szepnęła sama do siebie. - Pójdę i proszę cię, nie zabraniaj mi, to i tak niczego nie zmieni. – Powiedział teraz już stanowczym, metalicznym głosem. - Dobrze, ale uważaj na siebie. - Westchnęła z rezygnacją.
W nocy Aaron miał dziwny sen. Po raz kolejny słyszał ten sam głos, którego tak naprawdę nie znał a mimo to wydawał się być częścią jego. Był on przyjemny, delikatny a zarazem tajemniczy i budzący grozę. Obudził się w nocy jak za każdym razem śniąc to samo. Głos nadal był w jego głowie. Po chwili oddalał się od niego. Wyszedł z domu, idąc jego tropem. Szedł ścieżką a głos prowadził w głąb ciemnego lasu. W pewnym momencie miał wrażenie jakby czas stanął w miejscu, wszystko zrobiło się obce, czarne, nieznane. Nagle się ocknął. Zrozumiał, że jest sam w środku lasu. Noc była ciemna i pochmurna, nie było widać gwiazd ani księżyca. Szalał wiatr, miał wrażenie, że natura ożyła. Nie wiedział, co ma zrobić. Dłuższy czas szedł po omacku. Prowadził go już ledwo co słyszalny głos ze snu. W końcu jego dłonie wyciągnięte przed siebie natrafiły na coś ogromnego. Okazało się to wielkim drzewem, za którym leżał duży zalew. Ruszył naprzód… Nagle zerwał się na równe nogi. - To był tylko sen… - Mruknął sam do siebie. Aaron wstał zanim jeszcze wzeszło słońce, zabrał ze sobą swój kochany łuk, który zrobił trzy lata temu. Wykonał go z drewna dębowego, lśnił brązem. Był dość gruby i długi, przez co stawał się trudny do naciągnięcia, ale za to pociski wypuszczane z niego leciały z ogromną prędkością. Wziął również kilka prostszych strzał. Każda z nich była bardzo starannie wykonana. Stery zrobiono z piór gołębich, kurzych, a grot z twardej stali. Wszystko to czyniło, że łuk oraz strzały były stworzone, do ćwiczeń, polowań, czy nawet walki. Do tego kompletu przypasał u boku krótki miecz o rękojeści w kolorze groszkowym, oraz mały zapas prowiantu i czystą wodę. Wyszedł z domu pełen obaw. Nie wiedział czy zdoła coś upolować, ale mimo tego miał nadzieję, że jednak mu się powiedzie. - Nadzieje przecież się spełniają. - Pomyślał, przy czym lekko się uśmiechnął. Nie miał sprecyzowanych miejsc, w których na pewno znalazłby zwierzynę. Podróże odbywane przez niego nie mają na celu odnalezienia legowiska dzików, zająców czy saren, które potem można byłoby łatwo wytropić i zarżnąć. Służą poznawaniu przyrody, jaskiń, nawiązywania kontaktu z otoczeniem, dlatego też szedł przed siebie. Raz przemierzał liściasty las, w którym w koronach drzew ptaki uwiły gniazda, dzięcioł leczył drzewa, a wiewiórki biegały zbierając pożywienie. Za chwilę zaś był na łące usłanej kwiatami, na której trawę lekko muskał wiatr. Następnie błąkał się przez nieprzyjemne, twarde, obce gąszcze, po czym pokonywał strumienie, których orzeźwiająca woda dawała nowe siły. Wędrował tak od samego rana, nie wiedział czy wracać do domu, czy iść dalej. Minęło już południe, a jeszcze powrót do domu. - Przecież zajmie mi to drugie tyle czasu. – Pomyślał ponownie, tym razem pewność siebie uleciała z chłopca. Gdy tak zachodził w głowę, na horyzoncie wyłoniły się sarenki. - Wreszcie zostałem nagrodzony. – Powiedział wibrującym głosem. Był bardzo zdenerwowany, adrenalina uderzyła mu do głowy, jednak zdołał się szybko opanować. Podziałało. Wziął się w garść i zaczął bezszelestnie się podkradać. Tysiące wypraw robią swoje, mógłby nawet podejść groźnego wilka, który nie spostrzegłby go. Ze strony ślicznych sarenek mocno świeciło słońce, raziło w oczy, a jednocześnie sprawiało, że chłopiec pocił się i słabł. Mimo złego samopoczucia ogarnął się i bardzo ostrożnie podchodził. Nie chciał przecież, aby zwierzęta uciekły. Ściągnął dębowy łuk z mokrych od potu pleców, następnie odgarnął z oczy czarną, mokrą grzywkę i nałożył strzałę na cięciwę, stawiał krok za krokiem, był coraz bliżej i bliżej... Uznał, że stoi w odpowiedniej odległości, aby oddać strzał. Słońce nadal raziło w oczy, niepewny siebie Aaron wyprostował się, wycelował, po czym naciągnął z całej siły strzałę i uwolnił ją ze swojego potężnego uścisku. Lecący drewniany pocisk wydał z siebie gwizd, a zdezorientowane sarny spłoszyły się i uciekły. Bez chwili namysłu ruszył w pościg. Biegł za nimi z nadzwyczajną prędkością, której każdy człowiek mógłby mu pozazdrościć, lecz po około trzydziestu minutach biegu stracił je z pola widzenia. Nie pomogła nawet nadzwyczajna szybkość poruszania się. Zmęczony, zrezygnowany chłopiec położył się na ziemi. Zaczął spazmatycznie łapać powietrze, a w duchu przeklął się za to, że nie udało mu się nic upolować. Przez długą gonitwę poczuł pragnienie. Otworzył więc bukłak, przychylił do…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil rafal18500434
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…