Wróć do katalogu

Rozmowa

To nie są moje prawdziwe przekonania. Nie wszystkie.

wariat, opublikowano , 29 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jeśli mógłbym coś powiedzieć o tym miejscu, to rzekłbym, że jest ono... białe. Białe ściany, biały sufit, biała podłoga. Białe drzwi, okna, stoły, krzesła, światła. Biali... ludzie? Wszyscy w białych kitlach, lekarze i pacjenci. Jak tu jeszcze jest? Zastanówmy się... Głośno. W jednych pokojach są ludzie, którzy potrafią się śmiać i płakać jednocześnie; są tacy, co uważają się za kogoś innego; są i osoby według siebie już nie istniejące. A wszyscy zawodzą, mówią do siebie, łkają, wrzeszczą, śmieją się! Lecz czy to źle...? A co jest złe...? Co za banalne pytanie, nieprawdaż? Czy... Stop. Wrócimy do tego później; wpierw chcę, by moja sytuacja stała się i twoją. Stań się mną, postaw się na moim miejscu. Do tego trzeba ci jeszcze kilku detali... Jest tu miękko. Białe ściany, białe drzwi, białe stoły, białe krzesła, białe podłogi - wszystkie wyściełane miękkim puchem. Można się wygodnie ułożyć w każdej pozycji... To dla mnie; wszystko. Dbają o mnie lepiej, niż rodzona matka... Dziwne. Za to, co zrobiłem? Co ja zrobiłem - co ty zrobiłeś. Pamiętaj, teraz jesteś mną. Bądź kimś innym, bądź subiektywny - ale nie ze swojego punktu widzenia. Chciałbym ci najpierw przedstawić siebie. Imię moje brzmi Michał. Dziwne to nazwa dla człowieka - choć może i trafna. Po hebrajsku znaczy "któż jak Bóg?" - jest więc pytaniem, tak jak i ja jestem pytaniem. Jestem zagadką dla tych, co mnie tu sprowadzili, a w pewnym sensie zagadką dla samego siebie. Oznaczam również... zdziwienie? Podziw? Któż jak Bóg? Czy jestem Bogiem...? Każdy jest bogiem dla samego siebie - istnieje tylko on, a wszystko inne to jego wytwór - taki jest świat dla jednostki, jak ona go postrzega. Zależy właśnie od tej jednostki. Poznaj mnie więc - jest Bogiem. Bogiem samego Siebie. Lecz może zacznijmy od rzeczy łatwiej przyswajalnych. Wyciągnij przed siebie dłoń, lecz nie patrz na nią, a na to, co ja ci dalej piszę. Nie koncentruj się na niej, po prostu miej ją w zasięgu wzroku. Na dłoni zobacz oczyma wyobraźni linię życia - krótką, przecinającą się z innymi bruzdami - w tym z długą blizną biegnącą wzdłuż wskazującego palca aż do nadgarstka. Jej historia jest poniekąd Moją historią, i to właśnie ją poznasz już wkrótce. Lecz - powtarzam - najpierw stań się mną. Czy jestem wysoki...? Raczej nie. Mój wzrost nazwałbyś średnim. Pochyl się nieco, aby spojrzeć na świat z mojej perspektywy. Zmruż oczy, aby wszystko wydało się niewyraźne i rozmazane - tak właśnie widzę. Teraz dotknij swej twarzy. Poczuj gładkie policzki, mocno zarusowaną brodę; przesuń dłoń do czoła. Czujesz lekko zakrzywione brwi? Teraz niżej - ostry nos i oczodoły, z pewnością podkrążone z braku snu. Dotknij ucha. Poczuj małżowinę i opadające na nią włosy. Włosy... rzekłbym - krótkie, na potylicy ścięte wręcz bardzo krótko przez tutejszą obsługę. Czy czujesz ich kolor...? Ciemny, lecz nie smoliście czarny. Zobacz je. Zobacz moimi brązowymi oczami. Zobacz szczupły tułów, zobacz nogi. To jesteś ty. Urodziłem się, a ty wraz ze mną, w miesiącu czerwcu, jeśli to ma jakieś istotne znaczenie. Ważne na pewno jest dzieciństwo. Matka moja, Edyta, kasztanowłosa, niska osóbka równie naiwna, co niegdyś ja, powiła mnie w niewielkim mieście. Dokładniej - nie w szpitalu, nie w żadnej klinice, a w kamienicy w centrum miasta. W mieszkaniu tak mi bliskim... Wśród starych, niskich i skrzypiących mebli; wśród wiecznych oparów dymu papierosowego; w pokojach z długimi, brązowymi kotarami, nie wpuszczającymi światła słonecznego niemal w ogóle. Tam, gdzie złote ściany pokrył brud, którego nie sposób już było zmyć. Takie było moje mieszkanie; przynajmniej na jakiś czas. Przyzwyczaiłem się do niego i nie przepadałem za wychodzeniem - mimo że w swym pokoju wciąż przebywał pijany ojciec - Adam - silny, wysoki brunet z rzadką fryzurą i gęstymi wąsami. Wiecznie nieogolony, chodzący tu i z powrotem w zaplamionym podkoszulku; żłopiący piwo lub, kiedy przyjdą jego koledzy, wódkę. Bijący i poniewierający matkę; następnie zostawiający ją samej sobie, zakrwawioną. Ale kochałem go. W przeciwieństwie do matki. Mnie nic nie robił - byłem bezpieczny. Więcej - czasem, w chwilach absolutnej trzeźwości, zabierał mnie do kina lub kupował słodycze. Gorzej było, kiedy chciałem bronić rodzicielkę podczas jego ataków - wtedy mogłem oberwać, zatem trzymałem się od niej z dala. Nauczyłem się, jak o siebie dbać i jak robić, aby nie być zagrożonym. Dawałem sobie radę sam, a stopniowo zacząłem matką pogardzać. Cóż... jeśli była na tyle głupia, by dawać sobą pomiatać, nie zasługiwała na lepsze traktowanie. Przecież wystarczyło zrobić niewielki ruch - i wyjść. Pójść na policję, czy gdziekolwiek indziej - i nie wracać... Coś zrobić! Jednak pozostawmy najodleglejsze lata i przenieśmy się bardziej w przyszłość. Kiedy miałem dziewięc lat, stała się rzecz, która doprowadziła do tego, że jestem tu i o tym opowiadam. Rzecz może i straszna, ale w pewien sposób ozekiwana i nieunikniona. Zamordowałem własną matkę... Lecz przedstawmy wszystko w kolejności. Od paru lat ojciec raz na tydzień grał w karty ze swymi znajomymi. Na pieniądze, oczywiście - toteż zdarzyło mu się przegrać telewizor czy jakieś meble... Tego wieczora również miała się odbyć pokerowa rozgrywka. Karty leżały, jak zwykle, na stole. Do przybycia gości zostało jeszcze sporo czasu, więc ojciec drzemał na sofie. Nudziłem się niepomiernie, jako że telewizora już nie było, toteż postanowiłem ułożyć z kart domek - co robiłem rzadko, gdyż talia była tą "szczęśliwą" tatka, i nie pozwalał nikomu jej dotykać. Ale ja byłem uparty... Układając olbrzymi pałac, nawet nie zauważyłem kiedy nadszedł wieczór. Matka wróciła z pracy i robiła porządek w kuchni, a Adam wciąż spał. Nagle rozległo się pukanie do drzwi, dość silne, które zbudziło go w momencie. Goście przybyli. Zdenerwowany, w pośpiechu złożyłem karty i ułożyłem je tam, gdzie stały. Nie zauważyłem, że - co okazało się brzemienne w skutkach - upuściłem jedną z nich na krzesło. Uciekłem jak tylko wpół przytomny ojciec zbliżył się i ciężko opadł na to właśnie zabytkowe siedzenie. Biegnąc, zawinąłem końcówkę dywanu. Omal się nie przewóciłem, ale w przerażeniu nawet nie byłem tego świadomy... Jego znajomi weszli, zasiedli i zaczęła się... zabawa. Całkiem mojemu struszkowi wtedy szło - cieszył się ze zgarniętej puli jak nigdy. W pewnym momencie wstał, aby wyjść się załatwić. Jeden z graczy dostrzegł leżącą na krześle kartę i natychmiast zaczęto Adama posądzać o oszustwo. Wypierał się, lecz coż można zrobić przeciw pięciu pijanym mężczyznom? Pobili go mocno i zabrali pieniądze. Wtedy wpadł w szał. Biegał po mieszkaniu i niszczył wszystko, co popadnie. Zrzucał meble, zrywał firanki. Matka, zamiast uciekać, kucnęła w kącie i... czekała. Ja również czekałem. Zostałem, ciekaw, co się stanie. Obserwowałem starcie szału z głupotą. W końcu Adam zabrał się do swej żony. Zaczął ją okładać pięściami i rzucać od ściany do ściany. Matka zaczęła się cofać w kierunku drzwi. Szła dość szybko tyłem, pamiętam to dokładnie, obawiając się kolejnego ciosu. Zapłakana, dotarła do zawiniętej przeze mnie krawędzi dywanu. Potknęła się i upadła, roztrzaskując sobie głowę o kant stołu. Jednak wciąż żyła. Ojciec był na tyle przytomny, że zadzwonił na pogotowie. Lekarze przyjechali i zabrali matkę do szpitala. Oczywiście stary tłumaczył, że przez przypadek upadła... Aż dziwne, jak człowiek szybko trzeźwieje w niektórych sytuacjach. Co do mojej rodziny: Edyta zmarła po trzech dniach. Adam zostawił mnie po tygodniu, a wtedy trafiłem do domu dziecka. Tak właśnie kończy się pierwszy etap mojego życia. Myśl o nim, co tylko zechcesz. Ja wiem jedno - wiele się wtedy nauczyłem. Wiele przeszedłem... Teoretycznie już od tamtej chwili byłem mordercą... Dla dziecka to dość dziwne wrażenie - żyć ze swiadomością, że zabiło się własną matkę, nawet jeśli się jej nie kochało. Całe życie pamiętać ten obraz - zakrwawiona głowa starszej kobiety, leżącej w dziwnej pozycji... I odwiedziny w szpitalu, gdzie smród leków był wręcz obezwładniający... Tego zapachu, tak intensywnego, też nie zapomnę. A co zrobiłem dalej? Na pewno nie załamałem się. Bo i czemu? Ale też nie poczułem się jak ktoś lepszy - nie naszły mnie żadne myśli, że skoro zabiłem i nie wyciągnięto wobec mnie konsekwencji, to mogę coś więcej... Tak postąpiłby tylko głupiec - a ja nie jestem głupi; doskonale zdaję sobie sprawę, że człowiek jest słaby. Pożałowania godni są ludzie, którzy sądzą, że samemu coś osiągną. W pojedynkę można co najwyżej przetrwać. Ja przetrwałem. I chciałem coś osiągnąć; wyrwać się ze smrodliwego, brudnego, przesiąkniętego głupotą równie co przemocą otoczenia. Moja matka tego nie umiała - i zginęła. Nie chciałem podzielić jej losu. Zostałem umieszczony w sierocińcu - zwykły dom, wprawdzie duży, lecz wypełniony po brzegi dziećmi. Surowo urządzone pokoje i tak wyglądały lepiej, niż moje poprzednie mieszkanie. Do tego dwóch opiekunów - pani Magda, poświęcająca się dla innych, oraz jej mąż. Ciekawą osobą była ma opiekunka. Uczyła, że zawsze należy pomagać innym, jak i ona nam pomaga. Dlaczego to robiła...? Z powodu dużych pieniędzy, wykładanych przez władze miasta na dom dziecka? Z dobroci serca...? A czy jest coś takiego, jak dobroć serca? Wtedy właśnie zacząłem się nad tym zastanawiać. Myślałem, dlaczego tu trafiłem, a dlaczego inni nie. Setki dzieciaków bawią się na ulicach, biegają beztrosko i nie martwią się o nic. Myślą tylko o własnych przyjemnościach. Egoiści. Doszedłem więc do wniosku, że albo los zależy od tylko psychiki człowieka - od tego, jak postrzega otaczający świat i jak go na własne upodobanie kształtuje, albo też nad wszystkim panuje istota wyższa, która daje jednym szczęście, a innym odbiera wszystko. Według Magdy - istota doskonała i miłosierna. Bóg. Zatrzymajmy się na chwilę przy religii - miliony ludzi wierzą, że coś nimi kieruje, i są z tego powodu szczęśliwe. Jeśli ktoś próbuje im wmówić, że mają los we własnych rękach, oburzają się i odrzucają taką osobę. Ślepo wierzą w coś, czego istnienia nie mogą dowieść, ale jeśli widzą tabliczkę z napisem "świeżo malowane" - muszą sprawdzić palcem. Zawsze uważałem, że ludzie są głupi. To najbardziej bezmyślne stworzenia na świecie. Potrzebują "boga"... Nie wierzą we własne siły, a gdyby je połączyli, mogliby do czegoś dojść - uciec z tej beznadziei codziennego życia, wyrwać się raz na zawsze. Ludzie są z natury przysposobieni do niewolnictwa, skoro nawet nie mogą żyć bez świadomości bycia nadzorowanym. Mając dwanaście lat wiedziałem, że muszę uciec, i to jak najdalej. Uciec od tych... tych zapatrzonych w siebie, głupich ludzi! Czułem, że jestem lepszy. Spójrz tylko na otaczające cię osoby. Idziesz ulicą - i co myślisz o młodzieży? Ci, którzy mają dobrze, chcą się tylko bawić, świętować; pragną bezproduktywnie marnować swoje krótkie życie na rozrywki. I oni powinni służyć. Za to biedni - odrapane brudasy łażące po śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia - też nic nie zrobią, poza użalaniem się nad własnym losem. Zwalają winę za swój los na cały świat, a jednocześnie nie robią nic, żeby podźwignąć się z dna. Chcieliby nagle stać się z bogaczami - ale co by wtedy zrobili? Oni także powinni służyć. Służyć lepszym celom - komuś, kto chce je osiągnąć. Doszedłem do wniosku, że chcę się poświęcić się właśnie czemuś lepszemu; lepszemu od tego śmierdzącego tłumu. Znaleźć jakiś... cel wyższy. Najwyższy. Wtedy musiałem przyjąć moje drugie założenie: jesteś własnym bogiem i osiągniesz to, czego tylko chcesz. Musisz tylko wiedzieć jak - i nie być sam. A kto może pomóc? Miałem w sierocińcu jednego... przyjaciela. Jeśli mogę teraz tak go nazwać. Był jedyną osobą, która mi nie przeszkadzała - cichy, spokojny, nie próbował na siłę dostosować się do innych; jeśli ktoś chciał z nim przebywać, musiał dostosować się do niego. Rozumieliśmy się doskonale. Był o rok starszy ode mnie, a jego imię brzmiało "Daniel". Śmieszne... Jak zwierzę. Okazał się jednak inteligentniejszy od większości ludzi. Przedstawiłem mu mój pomysł - zaaprobował go. Przekonałem Daniela, aby wykorzystać głupotę innych. Tak - wykorzystać, bo do tego, jak wciąż powtarzam, są stworzeni ludzie. Aby przysłużyć się do osiągnięcia celu przez kogoś, kto na to zasługuje! Pomyśl - ja wiedziałem, że jestem lepszy. Myślę, jestem świadomy siebie. Chciałem udoskonalić świat. Ludzkość zasługiwała na coś innego, niż bezmózgą papkę w głowach "ważnych" osób, podejmujących decyzję za każdego człowieka - czy to o wojnie, czy to o podatkach. Swoją drogą, podatki i wojny to najbardziej przebiegły wymysł w historii. Godny kogoś... lepszego. Myślącego. Godny Człowieka. Ten ktoś nauczył się korzystać z ludzi, nauczył się brać, kiedy mu dają. Nauczył się żyć. Był stworzony do rządzenia, i taki człowiek rządzić powinien. Najpierw kazał komuś zbudować mieszkanie - a sam tylko obserwował, albo i nawet się nie pofatygował tego zrobić, a następnie każde płacić sobie za przebywanie w nim. Następnie wysyłał zastępy mięsa, aby zniszczyć swego wroga - podobnie myślącego człowieka... Jak już wspomniałem, miałem plan, który pragnąłem wykonać wraz z Danielem. I wykonałem go - założyłem kółko religijne. Pomysł tak się spodobał wychowawczyni, że postanowiła, za moją prośbą, uczynić spotkania obowiązkowymi. Na nich to składaliśmy się na naszą parafię, a później odnosiłem pieniądze do księdza. Oczywiście - nie wszystko do niego trafiało, około jednej trzeciej, czasem więcej, zostawiałem i chowałem. Nikt się niczego nie domyślał. Głupcy; nie wiedzieliby że ich okradam nawet, jeśli wyjąłbym im pieniądze z kieszeni. Wiedziałem, że jest pewien problem. Kółko miało swoich przeciwników - w postaci dwóch rosłych chłopców, którym nie w smak było uczestniczenie w cotygodniowych sesjach. Muszę przyznać, że mieli trochę rozumu, mimo swego wyglądu. Uporałem się i z nimi - najpierw doprowadzałem ich do szału niekończącymi się modlitwami, później zacząłem donosić, że uciekają z zajęć - choć nie uciekali. Wierzono we wszystko, co mówiłem. Już wtedy zacząłem czuć, co to władza... Ich sprawa zakońćzyła się nastepująco: pamiętając, że każdy wychowanek zakładu jest ubezpieczony, rozzłościłem dwóch "kolegów" do tego stopnia, że mnie pobili. Wyzwoliłem w nich zwierzę, czyli to, czego nie ma w prawdziwym, myślącym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych