RÓŻOWE OKULARY. CZ. 1
Historia Rafa - geja.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Mówią, że jestem młody, ale czuję się staro, podobno przystojny, ale kiedy widzę w lustrze twarz — patrzenie na nią boli, rozrywa gdzieś od środka. Ból psychiczny można zabić jedynie fizycznym – naciąć lekko skórę żyletką, posypać solą — nic tak nie zabije bólu skrajnych emocji, jak właśnie ten ran cielesnych. Zasypiam, płytko, krótko, budząc się często, czuwam gotowy do zrywu. Może gdybym urodził się wcześniej albo później, jak mój brat Damian, może gdybym wiedział, kim jestem, wtedy byłoby łatwiej, może by tak nie bolało... Mam 21 lat. Nazywam się Rafał Działo. Jedni, kiedy to słyszą, szydzą ze mnie, inni z powagą, acz lekkim niedowierzaniem podają rękę. A przecież ja tego nazwiska nie wybrałem! Nawet imienia, chociaż daje siłę, szczególnie kiedy jest wypowiadane pieszczotliwie z pełnią miłości w głosie, którą powinienem czuć jako szczerą. To od niedawna. Do tego czasu byłem Rafałem, który bał się, nie miał prawa zasnąć, był skazany na czuwanie. Który każdego dnia udowadniał, że jest wartością samą w sobie, jest czymś więcej niż workiem treningowym. Nie można kochać, a jednocześnie tak nienawidzić! A jeśli to jest możliwe, to zaczynam rozumieć termin „toksyczna relacja”, o którym czytam w pismach psychologicznych, ale czy można być aż tak toksycznym dla własnego dziecka? Boję się... teraz ja będę toksyczny w swojej relacji partnerskiej. Użyję nabytej w domu destrukcji — nie będę bił, zabiję słowem. Ja, Rafał, syn Mariana, lat 43 - trep wojskowy w randze pułkownika i Alicji, lat 39 z domu Marczak, z zawodu kura domowa, uległa, całkowicie podporządkowana i posłuszna władzy w mundurze. Ja, w różowych okularach, które od 13 roku życia chronią mnie przed obłędem, dają pozorowaną wolność, ucieczkę przed oprawcą, ale i prowokują oprawcę do bycia większym zbrodniarzem. Iluzja i ucieczka nie są bytem stałym, jedynie emanacją zbrodniarza, który dzierży mój byt w swoich łapskach. Czy mogę być ponadto i czekać na łaskę Pana? Czy to będzie mój własny, wybrany przeze mnie los? Czym będzie owo uwolnienie, śmiercią, czy może życiem pełnym radości i prawdy. Wkurwiają mnie te frazesy o szczęściu, radości i prawdzie. Maciek namówił mnie do pisania o sobie. Podobno mam zdolności literackie. Serio...? Domyślam się, że tym sposobem wymusza na mnie efekt terapeutyczny, nabazgram parę bzdur, parę nic nieznaczących frazesów, parę zdań, które zakręcą łzę nie jednej piździe w oku, która może, gdzieś to przeczyta na jakimś blogu, litując się: Boże, jaki biedny chłopak. W dupie mam litość, to musi być jasne! Nie ma litości dla takich jak ja, niszczących siebie, ale co gorsza, niszczących to, co z takim trudem zdołali zbudować. A zresztą, co ja takiego zbudowałem. Wszystko, co mam, zawdzięczam Maćkowi. Swoją drogą, facet ma anielską cierpliwość, która powinna być nagrodzona ułaskawieniem. Maćka poznałem, kiedy mieliśmy po 13 lat. Razem w ławie gimnazjalnej, potem w licealnej, ale relacje partnerskie przybrały na znaczeniu intymnym dopiero po kilku latach przyjaźni. Gimnazjum to czas mojego buntu złości, agresji, targały mną myśli o skończeniu ze sobą. Te fantazje — zakatuje mnie na śmierć, kiedy w nocy wyrywał ze snu, ciągnąc za włosy, wlokąc ciało po podłodze, a potem zaczynał kopać. Nie krzyczałem, nie jęczałem – bez łez, patrzyłem prosto w jego psychopatyczne ślepia. Warczałem głosem demona. - Napierdalaj! Nie żałuj sobie! - wtedy przestawał. Intuicja przetrwania? Kiedy nie ulegasz psychopacie – obnażasz go. Piana leciała mu z ryja. Wyzywał mnie od ciot, pedałów, cwelów i lachociągów. Czy to były jego fantazje, pragnienia? Miałem wrażenie, że woli mnie zabić, niż miałby uświadomić sobie swoje własne potrzeby. Poobijany wracałem do łózka, słysząc z tyłu głowy słowa matki: - „Mam nadzieję synku, że już więcej nie popełnisz tego błędu i nie sprowokujesz taty”. - Sprowokujesz taty... Ja pierdole! Musiałbym przestać oddychać, wtedy z lubością zgasiłby kolejnego peta na mojej dłoni – taki psychopatyczny rodzaj resuscytacji – kiedy serce jest na pograniczu aktywności, lekarze dokonują iniekcji epinefryny, która powoduje natychmiastowe przyspieszenie akcji, wzrost ciśnienia tętniczego, rozszerzenie oskrzeli, a także źrenic – to wszystko powoduje, że wracasz z krawędzi życia i śmierci... do życia. Ten sam efekt osiągał, gasząc peta na mojej dłoni, czasem klatce piersiowej. Pomimo tak wielu, to wszystkie pamiętam — każdą sekundę, każdy kopniak, policzek, uderzenie, ból, każdy siniak, uczucie stłamszenia, sponiewierania, wyklęcia, przeklęcia. Każdy jego krzyk, zamach nogi do skopania, każdy mars na jego twarzy. Każde przekleństwo, wyzwiska huczą w mojej głowie jak fantazja o rozbijanym talerzu o posadzkę podłogi przez matkę w proteście i obronie poniewieranego syna – „...bękarcie, łachmyto, jebany debilu, koniobijco z małym chujem...” – to tylko fantazja, tylko fantazja – skończyła wycierać talerz ścierą, odłożyła na półkę, wykonywała tę czynność z takim samym namaszczeniem i niewzruszeniem, jak delektowanie się kawą w jadalnym przy czytaniu artykułu o wydarzeniach z Bliskiego Wschodu, które wzbudzają w niej takie samo zainteresowanie, co zeszłoroczny śnieg na trawniku przed blokiem. Ja jestem śniegiem, który coraz szybciej topnieje, mając świadomość, że tego procesu nie da się zatrzymać. Czuję, że odchodzę, powoli osuwam się w otchłań czerni, a gdy wejdę tam, odwrotu nie będzie i gdyby wtedy, jakimś cudem, obudziła się i rozbiła ten cholerny talerz o posadzkę, to byłoby za późno. Czy to możliwe, że to są moi biologiczni rodzice, biologiczna matka, która nie broniła własnego syna przed mężem psychopatą? Chciałbym, żeby okazali się kimś obcym, wtedy mógłbym to łatwiej zrozumieć, łatwiej poukładać w swojej łepetynie. Poszukać prawdziwych rodziców i dać im szansę pokochania mnie. Kiedy kocham jest dla mnie Maćko, Maciusiem, Misiem, Niuńkiem, a kiedy nienawidzę, jest lustrem, w którym dostrzegam odbicie swojego oprawcy, ale to ja dzierżę narzędzie zbrodni w głowie. Nie biję, nie kopię, nie wyzywam, ale upokarzam oziębłością, odrzuceniem, fochem, nienawistnym spojrzeniem. Zabijam słowem, które oddala mnie od mojej miłości, tej wymarzonej i wytęsknionej z ławy gimnazjalnej. Jego upór i mądrość zatrzymują mnie w swoistym tańcu z zimnym emocjonalnie tasakiem, którym jest moje ciało, zimne jak trup i nieprzystępne jak jadowity wąż. Każda próba zbliżenia grozi śmiertelnym ukąszeniem. Jestem wtedy nim, swoim ojcem. Odtwarzam to, co znam z autopsji popieprzonego dzieciństwa — tak bardzo kocham, że aż muszę „zabić”. Maciej wzbudza mój podziw. Gdybym był na jego miejscu, nie udźwignąłbym tej patologii nawet przez jeden tydzień, kiedy on już trwa przy mnie parę dobrych lat — wcześniej jako kumpel i przyjaciel, a teraz jako partner, mimo wszystko kocha i szanuje. A jednak nie potrafię tego docenić. Otrzymałem od losu coś, o czym inni mogą tylko marzyć. O czym mogą czytać w tanich romansidłach za grosze z moherowych dyskontów – Ja... mam to każdego dnia, każdego poranka z zapachem kawy, kiedy Maćko wstaje o siódmej, biegnie do kibelka, włącza ten miałki program informacyjny: „Wstajesz i ssiesz”, wlewa wodę do czajnika, pstryk – 2000 Watów wyżera prąd, jak mój ojciec moją witalną, młodzieńczą radość i siłę – rzuca w przestrzeń budzącego się dnia naszego M-4 beztroskie: Misiek! Kawa? - Tak, kawa... - Odpowiadam z poranną deprechą, ociężale, niewyspanym, zachrypniętym głosem. Często złoszczę się na to, że nie potrafię docenić piękna budzącego się dnia. Często, przekornie piję czarną herbatę z cytryną. Może dlatego, że nigdy nie pamięta o ich kupieniu, wtedy mam powód do ataku Biedak, wytresowałem go jak psa, który idąc na spacer, pamięta o szacunku dla swojego pana. Nie jadamy śniadań. Czasem coś mi strzeli do głowy i zrobię owsiankę z mlekiem, brązowym cukrem, latem dorzucam garść świeżych malin lub kilka kawałków brzoskwiń. Pomimo całego swojego spierdolenia — w przeciwieństwie do Maćka, odżywiam się zdrowo. Dbam o lekką kuchnię — na obiad warzywa gotowane na parze, czasem pieczone z chudym indykiem w rękawie, kolacja maksymalnie do 19. Lekkie kanapki z razowym pieczywem posmarowane twarożkiem z jogurtem, a na nim starannie ułożone rzodkiewki, wszystko posypuję siekaną pietruszką lub koperkiem. Maciuś uśmiecha się słodko, udaje, że mu smakuje, ale przecież wiem, że najchętniej zjadłby kawał pizzy pepperoni, tudzież kebaba z pobliskiej budki za rogiem, a jeszcze lepiej kurczaki z KFC... ohyda! Zwlekam „stare” ciało z wyrka. Muszę wstać. Muszę wziąć prysznic, muszę się ubrać, muszę wyjść z domu, wsiąść do autobusu, spędzić w nim 45 minut, wykorzystując czas na nanoszenie poprawek do tłumaczeń, które wykonuję dla swoich stałych klientów — dzięki nim mam poczucie, że moje bytowanie z Maćkiem nadaje temu wszystkiemu jakiś egzystencjalny sens. Chociaż te parę groszy do wspólnego gara z jedzeniem, najmem mieszkania, rachunkami za wodę, prąd, gaz, kablówkę z Internetem. Rachunki, rachunki, pieprzone rachunki! Taki ma być cel mojego, młodego życia — płacenie rachunków wbrew oczekiwaniom Maćko, który uważa, że nic nie muszę robić! Jako wzorowy partner, ogarnia przecież wszystko – zarabia tyle, że wystarczy na życie, podróże i cokolwiek tam jeszcze. Tylko kim bym wtedy był? Ubogim cherubinkiem z patologicznej rodziny, który leży, pachnie, marudzi, wzniecając histeryczne wojny o byle gówno? Czasem wpadną dwa patole miesięcznie, czasem trzy – opłacam te jebane rachunki. Jestem ogarniętą patologiczną, histeryczną piczą, która zna kilka języków obcych, przecież jakoś musiała chronić się przed ciągłym lękiem na gównianym Targówku, więc nurkowałem w książki, a że podręczniki do języków obcych pochłaniały cały wolny czas, dawało to alibi, chroniło przed biciem — tak poznałem sześć języków: Angielski, niemiecki, francuski, hiszpański, włoski i rosyjski. Maciej to zorganizowany typ, jego rozkład dnia jest stały. Wybiła 9., pewnie siedzi przy kompie, sprawdza ilość zamówień — ma ich w cholerę, jak zwykle — jest jednym z najlepszych sprzedawców, tym, co to w Internecie wzbudzają zaufanie na pierwszy rzut zielonych komentarzy. Pakuje te chińskie gówna w bąbelkowe koperty, przed obiadem sprint na pocztę, podliczy kwity, a za trzy godziny wyśle „dumnego SMS-a” z informacją o dzisiejszych obrotach. Najmarniej 1500, średnio 2500, szampana będziemy pili przy pięciu tysiącach złotych — zdarzało się, nie rzadko. Nie przepadam za bąbelkami. Mój osobisty kat świętował awanse tym gównem, a kiedy ojebał parę butelek, urządzał polowanie, dopieprzał się o byle gówno, a ja stałem jak to nieruchome…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Tomasz1970
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…