Wróć do katalogu

Różowe Okulary cz. 2

Burzliwy okres dojrzewania Rafała, poszukiwanie własnej tożsamości.

Tomasz1970, opublikowano , 27 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział I / Wielki Mały Człowiek

Cherubinek

Odpowiedź szesnastolatka była rzeczowa — skoro zbyt długie, słonecznie kręcone loki są dla ciebie zadrą w oku — nie będzie ich w ogóle! Wiosna, czas przemian, nowych narodzin Rafała. Po szkole, jak to zwykle bywało, wylądowaliśmy u Maćka na kwadracie. Jego rodzice nie pojawiali się przed osiemnastą. Usiadłem na kibelku, robiąc co swoje, rozglądałem się po ogromnej łazience Woronowiczów, po paru minutach krzyknąłem: - Masz elektryczną golarkę? - A na uj ci golarka? Co ty chcesz chłopie golić? - Mówiąc to, wszedł do łazienki. Zauważył, że rozpuściłem spięte w kuca włosy. - Chcesz je obciąć? - Patrzyłem na niego w milczeniu. Skinąłem głową. Maciek chwilę pomyślał, chwilę podumał, po czym walnął — No dobra, to jedziemy… - Wyciągnął maszynkę z górnej półki. Wetknął wtyczkę do gniazdka — zabzyczało. - Jaką długość pan sobie życzy? - Wal pan na pałę! - Nie no stary, takiej długości nie osiągniemy, mogę cię opierdolić na zapałkę, a reszty dzieła dokonasz maszynką do golenia. - Kiwnąłem głową. Nachyliłem łeb nad umywalkę. Energicznie przesuwał ostrze od nasady głowy wprzód. Kosmyki włosów spadały jeden po drugim. - Byłeś cherubinek, teraz będziesz skinek… - Recytował kilkakrotnie, goląc bezlitośnie blond loki. - No, pokaż się chłopaku! Nono skinek jak się patrzy! Tego chciałeś? - Objął moją twarz obiema dłońmi, obracając w stronę lustra. - Tak, dokładnie tego... - Odpowiedziałem bez pewności w głosie. - To co? Dokończymy dzieła maszynką do golenia? - Maćko odnalazł się w roli szalonego barber'a. - Nie! - Krzyknąłem. Jakbym przestraszył się zbyt gwałtownej zmiany, którą sobie fundowałem. - Dobrze jest! Zostawiamy tak. Staliśmy przed lustrem dobrą chwilę, nieruchomo, ze wzrokiem wbitym we własne odbicia, widziałem pogubionego małolata, który zrobił coś, na złość komuś, wbrew sobie, a Maciej uśmiechał się raz, po raz. Dla niego to była dobra zabawa, a dla mnie przemiana, swoiste przywdzianie barw wojennych, plunięcie w twarz oprawcy z przesłaniem o paru wygranych bitwach... ale wojna trwa! - Masz jakieś dresy? - Rzuciłem do Maćka. - No coś się znajdzie, nawet markowego, chodź. - Zaczęliśmy dość sprawnie przekopywać szafę. - To będzie na ciebie za małe... Pumy ci nie dam, bo ją lubię... nie, to też nie... Adidas jest passé. - Jak nie szalony barber, to stylista „dresiarz” – nie poznawałem przyjaciela. Ten błysk w oku obnażał jego własne pragnienia do przywdziania barw wojennych. - Adik jest okey! - Krzyknąłem, wyrywając upatrzone wdzianko przyjacielowi z rąk. - Ci faceci noszą Adidasy... mogę? Znaczy... mogę tylko wziąć, bo nie mam kasy, żeby ci zapłacić. - Bierz! Nie lubię go. - „Byłeś cherubinek, teraz jesteś skinek”, przejąłem recytowanie Maćka, nicując podarowany dres. - No to ściągaj ciuchy i zakładaj! - Rzucił hasło, niczym zniecierpliwiony stylista, który chciał obczaić dzieło przemiany. - Co? - Zapytałem wyrwany z recytacji w myślach. - No ściągaj spodnie i nakładaj adika! - Nie dawał za wygraną, jakby chciał się upewnić, że całość nie będzie dziełem przypadku, tylko jego zadbania o moje dobre samopoczucie. - Aaa, Okey! To pójdę do łazienki. - Odpowiedziałem zmieszany. - Ej, stary, chyba się mnie nie wstydzisz!? Ściągaj, nie rób cyrku... - Maciek nalegał, ja stałem lekko osłupiony, nie faktem, że za chwilę zdejmę spodnie przy moim kumplu, a raczej tym, co się dzieje, jak wyglądam, jaką przemianę sobie funduję, chyba wbrew mojej naturze, wbrew temu, co mi w środku gra. Ta melodia... jest trochę skomponowana na wyrost – niekoniecznie tego chciałem ani nie dorosłem — nie jest dla mnie, a raczej przeciwko mnie. Popatrzyłem na Maćka, wyszedłem z zamyślenia, rozpiąłem spodnie, zsuwając je w dół. Zupełnie zapomniałem o wilgotnych bokserkach, które zostały do wyschnięcia na kaloryferze w moim pokoju! I oto stałem obnażony jak sierota boża przed kumplem. - Gdzie zgubiłeś naszki? - Maciej zupełnie nie przejął się moją nagością. - Noszę, ale były mokre rano, nie wyschły... - Odpowiedziałem, zasłaniając przyrodzenie ściągniętymi przed chwilą spodniami. - Luz, chcesz moje? Znajdę ci jakieś! - Fajnie by było! – Odpowiedziałem. Wyciągnął z szafy czerwone bokserki w żółte słonie. - Trzymaj! Nie lubię ich... Za dużo trąb wokół mojej, i tak zakompleksionej cipki – roześmiał się — są twoje! Nałożyłem, pasowały jak ulał, pomimo że Maciej jest trochę wyższy ode mnie i jednak ciut więcej waży, leżały idealnie. - No, a teraz spodnie od dresu... Ziomek, wrzucaj je na siebie! Teraz bluza..., właśnie tak, no, wciągaj. No… całkiem, całkiem, i to się nazywa kurwa przemiana! Czekaj, czegoś tu brakuje. Czarnuchu! Buty! - Wykrzyknął z euforią w głosie. - No buty! Oczywiście! Musisz mieć oryginalne adiki. Czekaj! - Pobiegł do przedpokoju, zaczął — jak to Maciej z zapałem przekopywać szafkę z obuwiem, po chwili, wywaliwszy na przedpokój wszystkie pary butów, które znajdowały się na półkach, wrócił z parą nowiusieńkich adików w ręku. - Masz! Babcia sprezentowała na gwiazdkę, kompletnie nie rozumiem, czemu uparła się na tego Adidasa, no ale wiesz, jak to babcie, nie mają pojęcia o naszych gustach, idą do pierwszego lepszego sklepu, kupują to, co im się podoba, albo co sprzedawca im wciśnie na siłę, nie lubię tej marki. Nie będę ich nosił, są twoje! - Jesteś pewien? Zapytałem. - Wiesz, to prezent od twojej babci, nie chciałby, żeby kiedyś mnie w nich zobaczyła! - A przestań! Myślisz, że ona pamięta wszystko, co mi kupuje? Zakładaj, nie pierdziel! Nono, teraz stary to nawet jesteś groźny! - Maciej poklepał mnie po ramieniu. Nie zajarzyłem. Nabijał się, czy może jednak rozumiał, że chciałem tej zmiany? - No... to teraz gadaj, komu chcesz najebać? - Zapytał nie na żarty. - Wszystkim.... Hahaha. - Zaśmiałem się wymijająco, zachowując oczywiście formę dobrego żartu! Myśli jednak krążyły dookoła gównianego Targówka. Powrót w tym stroju, z tymi włosami niechybnie skończy się wpierdolem. - To dobre! Na dodatek może wyrwiesz jakieś dupeczki... to nie jest taki głupi pomysł, zawsze jakaś blachara mogłaby ci się trafić, no ale to jeszcze fajna fura by się przydała! No ale sorry, Be-emki to ja nie mam, a gdyby nawet, to chłopie, jesteś mój najlepszy ziom, ale zostawiłbym ją sobie! - Bez kitu! – Odparł śmiechem. Zobaczyłem swoje odbicie w lustrze. Mój nowy, dresiarski byt. Chyba zwariowałem do reszty! A co mi tam? Niech się dzieje, co ma się dziać. Maćko stanął obok mnie. Objął mnie ramieniem, obydwaj w odbiciu lustra. - Gdybyś jednak potrzebował pomocy, no wiesz, jak byś chciał komuś przypierdolić... to wal śmiało, jak w dym. - Nie żartował. Mówił zupełnie serio. Przemilczałem.

Pani Basia

Zniknęły blond loki, moja twarz stała się mniej chłopięca, a bardziej męska, adik trochę za duży, brakowało reklamówki przy boku i mógłbym spokojnie wylądować na Centralnym jako lump. W pewnym sensie nieświadomie kreowałem przyszłość — on zawsze powtarza: „Koryto masz do ukończenia LO, a potem won z domu!” Czyżbym przygotowywał się do roli kloszarda, a tylko świadomym wyparciem była przemiana w drechola? Moje rozmyślania przerwał dźwięk klucza przekręcanego w zamku drzwi wejściowych do penthouse'a Woronowiczów - pani Basia, nie poznała mnie. - Dzień dobry... czy my się znamy? - Kobieta ze zdziwieniem zareagowała na nową twarz w swoim mieszkaniu. - Tak, pani Basiu, to ja Ralfi! - Odpowiedziałem. - Rafał? Co się z tobą stało, dziecko? - Odkładając torebkę na półkę, jej zdziwienie nie schodziło z ust i głosu. - Wpadł pod kosiarkę marki „skin” mamuś – Maćko odkrzyknął ze swojego pokoju. - Rafał co się stało? Dlaczego? Co zrobiłeś ze swoimi pięknymi włosami!? - Pani Basia wyraźnie się zaniepokoiła. - Pani Basiu, przepraszam, ja muszę już iść... - Energicznie chwyciłem za klamkę... Pani Basia była szybsza. Przytrzymała rękę, mówiąc: - Poczekaj, poczekaj, nie tak szybko chłopcze, musimy poważnie porozmawiać! Chodź! Zrobię ci herbaty z cytryną, taką, jak lubisz, usiądziemy, opowiesz skąd ta przemiana... i ten nieszczęsny dres… Rafał! To nie ty chłopcze! Poza tym, co to za nowo moda, żeby nosić dresy na co dzień zamiast do biegania!? - Nie dawała za wygraną, chwyciła mnie za ramię, prowadząc do kuchni. Pani Basia długo próbowała dotrzeć i uzyskać odpowiedź na pytanie: Dlaczego postanowiłem się zmienić? Była wyraźnie zaniepokojona. Ileż bym dał, żeby oni przeprowadzili ze mną taką rozmowę! Niepokoili się, pytali: Dlaczego? Co się stało? Skąd taka decyzja? Słuchając, nie mogłem się nadziwić. A właściwie nie mogłem się nasycić jej troską o mnie. Piłem sobie gorącą herbatkę z cytryną, siedziałem przy stole w ich ogromnym salonie, patrzyłem w oczy tej kobiety i słuchałem, słuchałem, słuchałem... ”Moja mama” - pomyślałem... Chciałbym, żeby pani... Nie zdążyłem wypowiedzieć słów, kiedy nagle pani Basia przerwała, mówiąc: - No dobrze, oby ta potrzeba zmiany dość szybko ci przeszła – szczerze, to podobały mi się te twoje loczki. - Uśmiechnęła się, posmyrała dłonią po szczecinie. - Chodź, pomożesz zrobić kolację. Na Maćka nie mam co liczyć, a ty chyba wciąż potrafisz, kroić chleb i siekać warzywa, mimo tego groźnego wyglądu, co? - Uśmiechnęła się cieplutko z twarzą pełną zrozumienia i takiej zwykłej akceptacji. Powróciłem ze świata fantazji do rzeczywistości. Staliśmy w ich ogromnej kuchni, ja kroiłem chleb na blacie wyspy, pani Basia, tuż obok mieszała winegreta – rozmawialiśmy, śmialiśmy się, w tamtym momencie mógłbym pójść do łazienki, przebrać się, oddać Maćkowi adiki, wrócić do kuchni i powiedzieć: – Miała pani rację, to przecież nie byłem ja… mógłbym, gdyby pani Basia była moją mamą, a ja bratem Maćka. Zjadłem kolację, podziękowałem za wspaniałą sałatę z winegretem, którego nauczyła mnie przygotowywać, pożegnałem się i wyszedłem. Wracając na gówniany Targówek, rozmyślałem, co mnie czeka. Przypierdoli czy nie? Przypierdolił. Mocno. Moje ciało przeturlało się z przedpokoju do gościnnego. Dopadł mnie przy fotelu, złapał swoim ohydnym łapskiem za bluzę od podarowanego dresu, przyciągnął do ryja, pytając: - W co ty kurwa ze mną pogrywasz, mały chujku? W co kurwa się pytam! - Patrzyłem mu prosto w oczy, nawet na chwilę nie zdjąłem wzroku... - Dalej! No napierdalaj! - Krzyczałem. - Napierdalaj tak, żebyś mnie zajebał! Noooo, co kurwa!? Nie masz odwagi?! - Miał. Kopał tak mocno, że nie mogłem oddychać. Wiedział jak bić, żeby nie było widocznych śladów pod ubraniem. W twarz przypierdalał, tylko wtedy, kiedy były ferie lub wakacje. W szkole nie mieli szansy zainteresować się moimi siniakami i podbitymi oczami. Pewnie dlatego, kilka lat później, po skończeniu gimnazjum chciałem wybrać sportowe LO, tam musiałbym często przebierać się w szatni, chodzić z chłopakami pod prysznic — ktoś musiałby w końcu zainteresować się siniakami na całym ciele, to na pewno by go powstrzymało. Na całe szczęście, moje losy potoczyły się inaczej, nie musiałem stanąć przed wyborem sportowego LO, co ponownie zafundowałbym wbrew sobie! Nie jestem typem sportowca, a zdecydowanie humanisty — depresyjnego humanisty... Typem introwertyka, takiego mola książkowego, co to może zanurzyć się w „Perfetta mente!” na całe godziny i zapomnieć o otaczającym go świecie! Dobrze, że znalazł się ktoś, kto potrafił pokazać drogę edukacji. Uchroniono mnie przed popełnieniem niewybaczalnych wyborów życiowych! Nie pamiętam ile kopniaków sprzedał. Pięć? Może dziesięć? Pamiętam jedynie twarz matki, co jakiś czas pojawiała się w drzwiach, trzymając w ręku ścierę i talerz, patrzyła na mnie. Miała tępy wyraz twarzy, żadnych emocji — on mnie kopał, a ona patrzyła wycierając ten pieprzony talerz, pieprzoną ścierą. To bolało bardziej niż te kopniaki! Myślałem wtedy o pani Basi, o tej cudownej kobiecie, pełnej ciepła, takiej normalnej dobroci i troski o własnych synów… i o mnie. Po wszystkim kazał wstać, nie mogłem oddychać, a co dopiero wstać! Chwycił mnie, podniósł... - Nie graj ze mną w chuja, pedalska cioto! Nie wygrasz, rozumiesz? Albo będziesz kurwa mężczyzną, albo cię zajebię! - Kopniakiem z kolana przyładował w krocze. Zawyłem, skuliłem się z bólu – puścił, upadłem. - A teraz wypierdalaj do swojej nory, won pizdo! Czołgałem się do łóżka, jak zbity pies do własnej budy, który niebacznie przeskakując susłem ulicę został potrącony przez samochód. Jeszcze parę metrów — dasz radę — jeszcze parę kroków... pchnąłem głową drzwi, walnęły o szafę, która stała po lewej stronie pokoju. Wczołgałem się przez próg, nie miałem siły podciągnąć obolałego ciała na tyle, aby położyć je na tapczanie — zostałem do rana na podłodze. Nie pamiętam, czy zasnąłem, może straciłem przytomność? Pamiętam, jedynie panią Basię. Tą uśmiechniętą, rozumiejącą kobietę. - Zamknij się kurwa i liż rany pedale! - Zamknąłem się do rana.

Drewniak

Nowy dzień. Promienie letniego słońca na chama przeciskały się przez zasłony, oświetlając na tyle mocno twarz, że pomimo ogromnego pragnienia pozostania po drugiej stronie rojenia, zmuszały do otworzenia oczu — jakby chciały powiedzieć: „Hej Ralfi, już czas, czas do szkoły, wstawaj skarbie...”. Nie było mowy o szkole, późnym porankiem byłem w stanie przejść kilka metrów do kibla, podpierając obolałe ciało co krok o ścianę. Sikałem na czerwono. Miałem to w dupie, chciałem umrzeć, ale tak, żeby nie bolało. A bolało! Bardzo... Maciej dobijał się do mieszkania. Słyszałem, jak przez sen: - „Ralfi, jesteś tam, otwórz... no otwórz te cholerne drzwi! Słyszysz!?” - Nie byłem w stanie. A nawet, gdybym był, co miałbym powiedzieć..., że własny… mnie katuje?…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych