Wróć do katalogu

Roztocze

Nie chcę wstawiać opisu.

Slaviskt, opublikowano , 1 godz. 3 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

I Spotkanie i życie na wsi Tego lata na Zamojszczyźnie kłosy pszenicy uginały się pod swoim ciężarem, a powietrze było okropnie wilgotne, nasycone wodą jak gąbka, która leży zapomniana gdzieś w rogu po przebytej kąpieli. Od kilku tygodni ani jedna kropla nie spadła z nimbostratusów, chociaż niebo wyglądało jak przeciążony zeppelin. – Już jadą! – krzyknął z entuzjazmem stary człowiek, którego okulary były ciężkie jak ołów, a wszystko przez te pancerne, grube szkła. Józef całe życie pracował w drukarni przez co nabawił się poważnej wady wzroku. Sam często żartował mówiąc, że bawi się literkami – No nie patrz się tak na mnie kobieto! Pomóż mi wstać z tego piekielnego krzesła, to pomogę ci z obiadem! Żona pana Józefa, Eunika ubrana była w fartuch wykonany ze sztucznego materiału koloru raczej niebieskawego... Było na nim tyle malutkich kwiatuszków, że w rzeczywistości był kolorowy, ale dawał wrażenie jednak bardziej niebieskiego niż jakiegokolwiek innego. Włosy Euniki były mocno przerzedzone i miały kolor wyblakniętego denaturatu. Ich wnuk często zastanawiał się dlaczego stare baby mają taki kolor włosów? Żadna nie ma odcienia zielonego, czerwonego, tylko wiecznie ten jabolowy odcień denaturatu. Czasami jak przytulał się do babci to wstrzymywał oddech, bo oprócz potu, mógł niechcący zachłysnąć się zapachem jasnofioletowego płynu o którym wiedział tylko tyle, że jest pomocny przy opalaniu kur. Eunika zbliżyła się do swego męża i pomogła mu wstać z krzesła, które wydało z siebie skrzypiący jęk. Wiedziała, że dziadek – bo tak go nazywała – coś knuje. Miała rację, żyła z nim ponad pięćdziesiąt lat. Coś w jego krzyżu wydało stłumiony dźwięk łamanej sałaty, jak tylko się wyprostował. Klepną żonę wewnętrzną stroną dłoni w obwisły pośladek.

– Aaaghr! – uśmiechnął się odsłaniając kilka zębów. Eunika drgnęła i pacnęła ścierką dziadka przez głowę przekrzywiając mu okulary. – Oj, weź ty pomyleńcu! Stare to, a głupie! – Mniam, mniam, mniam – wymlaskał szybko dziadek. Wiedział, że żona to lubi. Nie powie mu o tym, ale wiedział, że tak jest. Zdaje się, że nawet zobaczył delikatny uśmiech w kąciku jej ust. Kobieta zerknęła na niego przez ramie nie ukazując mu całej twarzy i zobaczyła, jak krzaczaste brwi trzy razy w szybkim tempie uniosły się spod okularów. – Oj weź lepiej ściereczki i chodź ich przywitać! Acha! I łapy przy sobie ty stary zboczuchu! – Mniam, mniam, mniam...

Józef nie lubił tego typu przywitań. Wiedział bowiem, że przez swoją wadę wzroku najpierw wnuka usłyszy, a dopiero później zobaczy rdzawą plamę biegnącą tam i z powrotem. – Babcia! Dziadzio! – rozniosło się w powietrzu głośne wołanie. – Piotruniu! Cześć! – zawołała Eunika – Chodź do babci się przywitać! „Eeeeeeeep” – Piotruś wziął wielki haust powietrza tuż przed tym, jak otyła babcia ścisnęła go swoimi dużymi ramionami. Gdy już go puściła, wnuczek momentalnie skoczył do dziadka, który to o lasce człapał przy schodach. – Hej mój ty rozbójniku! Jak się masz?! – krzyknął ile sił w starych płucach mierzwiąc rudą czuprynę wnuka – A to co mój kolego? Okulary nosisz? To teraz jesteś już taki sam jak dziadek ha, ha, ha!!! – Cześć dziadku! Mam okulary! Lekarz powiedział, że to przez czytanie komiksów pod kocem! Dziadku, zrobisz mi procę?! – wykrzyczał zdyszany i wyraźnie podekscytowany chłopiec. – Ha! No pewnie, że ci zrobię! Nauczę cię jeszcze jak się robi łuk z gałęzi leszczyny i będziesz naszym rdzawym Robin Hood'em! – Może lepiej by się czegoś praktycznego nauczył skoro już jest na wsi, a nie tylko jak strzelać do ludzi? – Nosowy, trochę piskliwy głos wydobył się z gardła przeraźliwie chudej i wysokiej rudej postaci. To był Adam, ojciec Piotrusia. Adam miał firmę stawiającą i opiekującą się serwerami firm ubezpieczeniowych w Nowej Zelandii. Poszczęściło mu się w życiu, jeżeliby wziąć pod uwagę jego karierę. Gdy jego żona zaczęła swoją największą wojnę w życiu z rakiem piersi, poznał pewną lekarkę, której brat prowadził podobną firmę. Adam coraz bardziej interesował się firmą nowego kolegi. Po pewnym czasie nie wiadomo było czy do szpitala przychodzi do żony, czy dla interesów. O dziwo szybko po jej przegranej ostatniej walce, ostatniej chemii, którą przyjęła, doszedł do siebie. Twierdził, że tylko praca pomaga mu nie zwariować i że robi to dla syna. Pan Józef wraz z żoną nigdy mu nie uwierzyli. Eunika widziała, jak zięć nie mógł powstrzymać się od wysłania maila w trakcie gdy Aneta płakała podczas picia wody z łyżeczki z powodu olbrzymiego owrzodzenia jamy ustnej. Widziała, jak odwraca wzrok, kiedy ona już na wpół łysa prosi o szczotkę do włosów. Kiedyś nawet nie przyjechał do szpitala, bał się zarażenia grypą i na nic się zdały przekonywania lekarzy, że to tylko grypopodobny objaw chemioterapii. Kiedy Józef słuchał jak żona mu opowiada o zachowaniu zięcia, knykcie na jego dłoniach bielały, serce przyspieszało rytmu, a czasami popłynęła łza na jego policzku. Raz nawet wstał, wziął swoją laskę i krzyknął „Pokaż mi gdzie on jest! Zajebie tego rudego skurwysyna!”. Tylko Piotruś nie za bardzo orientował się w sytuacji. Starał się nie płakać, w końcu miał już dziesięć lat i czuł się mężczyzną. Czuł, że jako mężczyzna, musi być teraz dzielny. Nie tylko dlatego, by nie płakać, aby mama nie widziała, że cierpi, ale również dla samego siebie. Był jednocześnie mężczyzną, który wiedział, że niedługo mama odejdzie i już nigdy jej nie zobaczy, ale także dzieckiem, które nie wiedziało co się dzieje z ojcem. Kochał go tak samo jak mamę. – Ty siedź w tych swoich komputerach, a nam pozwól się nim zająć na ten czas – złapał wnuczka za rękę Józef. Ruszyli w stronę domu.

– Ciągle nie może mi uwierzyć, że to była wielka szansa dla nas? – Spytał po cichu teściową. – Wiesz jaki jest – uśmiechnęła się z jak największą aktorską serdecznością – Jest stary, niedowidzi i utracił jedyne dziecko jakie miał. – zamyśliła się na chwilę – Jak umierają rodzice to wszystko jest w porządku, taka kolej losu, natomiast jeżeli rodzice chowają dziecko... – znowu się zamyśliła, a delikatny wiatr musnął jej denaturatową ondulacją – Nie ma nic gorszego. – Proszę, byłbym zapomniał. To jego krople do oczu. – Podał teściowej małe pudełeczko – Trzeba zapuszczać trzy razy dziennie, poza tym... Eunika zauważyła, że zięć nie wie jak ma dokończyć zdanie. Adam nie był wylewny, o nic się nie pytał, nigdy nie miał pretensji i chyba tego samego oczekiwał od innych. Był formalistą. Najchętniej chciał, aby wszyscy dali mu święty spokój i pozwolili pracować. – Wiem co chcesz powiedzieć. Jedź lepiej, spóźnisz się na samolot – uśmiechnęła się życzliwie, a zięć odwzajemnił się tym samym. W rzeczywistości, kompletnie nie wiedziała co ten wysoki rudzielec chce powiedzieć, ale chciała zaoszczędzić mu jąkania i wymyślania jakichś bajek. Sama zresztą chciała się go pozbyć jak najszybciej. Adam odwrócił się na pięcie, popatrzył się z niesmakiem na kurz osadzony na czarnym lakierze jego BMW, po czym wsiadł do środka. Przekręcił kluczyk i delikatnie ruszył po polnej drodze w kierunku żużlówki, która z kolei miała doprowadzić go do dziurawej asfaltowej drogi. „Tam w świecie pewnie się podniecasz na samą myśl o kobietach, które pocą się na dźwięk pisku opon twojego auta. Założę się, że to wszystko, wystarczy, że się odezwiesz i tak samo piszczysz, jakby ci język ocierał o zęby” – pomyślała. Skierowała się w stronę domu. Zobaczyła jak kilkadziesiąt metrów od niej, mąż, pomimo wstawionej endoprotezy biodra próbuje złapać wnuka. Młody był piekielnie szybki! Zachodził dziadka od tyłu, klepał go w nogę i nagle czmychał przed jego ramionami. Słyszała donośny śmiech chłopca, pokrzykiwanie męża i uśmiechnęła się po raz pierwszy tego popołudnia zupełnie szczerze. Ten obraz i wrzawa sprawiły, że poczuła się o trzydzieści lat młodsza. Przywiało to odległe wspomnienia, kiedy to robiła obiad i patrzyła przez okno na męża bawiącego się z małą Anetką.

Anetki nie ma.

Piotruś uwielbiał wieś. Innym dzieciakom w jego wieku pewnie przeszkadzałby brak wi–fi, komputera, odległość do najbliższego sklepu, czy ciągłe przebywanie z ludźmi starszymi od niego o całe wieki. Innym może i tak, ale nie jemu. On męczył się w mieście, wśród zgiełku, który nie ustawał nawet późną nocą. Z utęsknieniem czekał na ferie lub, o mój Boże – wakacje! Żył dla tych chwil spędzonych na wsi, marzył o nich tak często, że kiedyś nawet nauczyciele polecili wysłać go do psychologa. Twierdzili, że jest wiecznie nieobecny i na pewno ma to związek ze śmiercią mamy. „Ja tylko chcę wakacji” – mówił. „Wszyscy chcemy, ale życie nie polega tylko na przyjemnościach młody człowieku” – mówiła niania. Nie lubił niani, zwłaszcza za te jej kaszki i kleiki na śniadanie. Dusił się w mieście jak samotna rybka w słoiku. Rybka, która ładnie wygląda, do której nikt nie ma pretensji, ale też nikt nie widzi, że rybka dusi się w samotności. Co innego wieś... Na wsi zapominał o wszystkim co złe. O duchocie wielkiej aglomeracji, o krzykach nocy, o rozmowach z nianią na temat szkoły i Boga. Całe dnie spędzał na świeżym powietrzu pomagając dziadkom w dokarmianiu niewielkiego inwentarza, na który składały się kaczki, kury, krowa Basia, klacz Kasztanka i suczka Puszka. Ganiał wróble, strzelał z procy zrobionej przez dziadka i chodził po łąkach tropiąc Bóg wie jakie owady. Ale najbardziej lubił spędzać czas z dziadkami. Uwielbiał o porannej porze, kiedy to jeszcze krople rosy obciążały listki koniczyny, zajadać ze staruszkami maślane bułeczki wypiekane co jakiś czas przez babcię. Nie mogło oczywiście przy tym zabraknąć porcji świeżego mleka od dobrej starej Baśki. Kochał obiady zapijane świeżymi kompotami o coraz to nowych kompozycjach smakowych, ubóstwiał kolacje, po których do późnej – dla niego oczywiście, chociaż dziadków też trochę to męczyło – pory rozmawiali. Najczęściej były to opowieści snute przez babcię Eunikę, historyjki z jej życia oraz przeróżne baśnie i sagi. Z dziadkiem Józefem uwielbiał rozmawiać o historii. Były to niezapomniane wieczory, szczególnie w zimie, jak polana w kaflowej kuchni syczały i strzelały bukietem iskier, a on pił mleko i słuchał. Słuchał i chłonął to co słyszy. Dziadków kochał ponad życie, a i oni odwzajemniali tę miłością po stokroć. Zostały trzy tygodnie do rozpoczęcia roku szkolnego, toteż Piotrek rozpoczął czytanie lektur. Lubił czytać, a książki zabierał wszędzie tak samo jak procę. Wieczorami czytał dziadkom, którzy zawsze starali się go słuchać, by go jeszcze bardziej – niepotrzebnie – zmotywować. Nie przejmował się, jak słyszał ciche chrapanie dziadka albo widok wypadającej protezy z ust babci. Zawsze wtedy upewniał się, czy są dobrze przykryci, nalewał świeżej wody do dzbanka, który stawiał na parapecie, uchylał okno i szedł do swojego pokoju, by pozwolić zanurzyć się zupełnie w toń słów napisanych na starych pożółkłych stronicach. Niedziela. Niedziela zawsze była wyjątkowym dniem. Z rana jeździli do pobliskiej, większej wsi, takiej, która miała szosę z prawdziwego zdarzenia, bardzo malutki, ale zawsze jednak ryneczek, przystanek autobusowy, gdzie autokar dojeżdżał dwa razy dziennie i kościół. To właśnie kościół był celem ich podróży. Wsłuchiwali się w słowo Boże, które dawało im siłę do kolejnej niedzieli. Słuchaj uważnie Piotruniu – mówił dziadek – Czymże jest człowiek bez Boga w sercu? A przecież to co słyszymy w kościele to nic innego jak Słowo Boże! Po mszy chodzili, jak to nazywał Piotruś, „przeszukiwać kramy”. Zawsze dostał tam od swoich opiekunów zimną lemoniadę, jakieś ciastko czy drobiazg. Wiecznie zastanawiał się po co ktoś wymyślił pozłotko na gumce, wypełnione w dodatku trocinami? Uwielbiali siadać na ławce i karmić gołębie, a czasem Piotruś ofiarowywał dziadkom trochę prywatności i szedł nad Biały Mostek, gdzie karmił ryby w przepływającej rzeczce. Czasami też porozmawiał z jakimś tuziemcem. Uwielbiały go starsze samotne panie, gdyż Piotruś był niezwykle szarmancki. Zawsze przedstawiał się najpierw nazwiskiem, dziadek zawsze tak robił, a następnie mówił jakiś komplement owej starszej damie i jak tylko było to możliwe, zrywał z największą starannością kwiatek, który wręczał owej damie. Nieważne czy byli w pobliżu ogrodu czy na łące. Kwiatek to kwiatek. Kobiety uwielbiały Piotrka. Koleżanki Euniki zawsze o niego pytały, a to kiedy przyjedzie, a to czy znowu zachwyci swoją obecnością na kółku różańcowym. Może kolejny raz zadziwi swoją bystrością, spontanicznością oraz niezwykłą finezją podczas gotowania dla smakoszy na Dzień Gminy dwudziestego siódmego sierpnia?

Wieś była mu domem.

II Całun

Tego dnia było strasznie duszno i gorąco. Okoliczne drzewa jakby zgarbiły się pod ciężarem upału, łaknąc gałęziami dodatkowo wsysać choć odrobinę wilgoci z ziemi. Suczka Puszka dyszała ciężko wywalając swój jęzor daleko przed siebie i produkując niemałe ilości piany. Leżała na trawie przy dużej lipie, która dawała ogrom cienia. Parnota sprawiła, że na niebie nie było widać ani jednego ptaka, a orkiestra owadów tak liczna na okolicznych łąkach nie zagrała tego dnia ani jednej nuty. Dziadek obłożył kark wilgotną ściereczką, co wprawiło mięśnie twarzy Euniki do lekkiego grymasu. Znudziło się jej notoryczne przestrzeganie przed przewianiem, powykręcaniem czy sztucznym reumatyzmem. Dzisiaj błogo ci na karku, a jutro będzie: Niczko, posmaruj mi karczycho końską maścią! – pomyślała. Dziadek mimo ślepoty patrzył się w niebo zwierając przy tym krzaczaste brwi i mrucząc coś pod nosem, jakby modlił się o deszcz w jakiejś zapomnianej mowie. Miał słaby wzrok, to prawda, ale skoro potrafił rozpoznać w szybko poruszającej się czerwonej plamie swojego wnuka, to i potrafił po odcieniach nieba dojść do konkluzji czy padać będzie czy też nie. Miał wrażenie, że dziś będzie to drugi biblijny potop. Babcia wachlowała się gazetą, która od czasu do czasu służyła za narzędzie zbrodni w obliczu much, wydając z siebie puste „pac”. Robiło się coraz bardziej cicho. Piotruś krzątał się po chałupie. Tego dnia wyjątkowo nic mu się nie chciało, poczuł jedynie małą chęć na kanapkę, ale nie jakąś tam zwykłą. To miał być chleb polany zimną, swojską śmietaną, posypaną cukrem. Pycha! Przechodząc z największego pokoju, który pełnił rolę gościnnego, do kuchni zobaczył na suficie coś dziwnego. Było to wejście na strych, którego nigdy przez tyle lat nie widział. Dziwne... Zastanawiał się co to za tajemnicze pomieszczenie? Może znajdzie tam mapę prowadzącą do starożytnego bogactwa, a może są to drzwi prowadzące do innego świata? Przypomniał sobie „Alicję w krainie czarów” i poczuł silną pokusę choćby zajrzenia przez tę małą dziurkę, która na dole wydawała się być jakby dużą muchą. Jak tam się dostać? Już miał iść po taboret do kuchni, kiedy wpadł na pomysł, by zaczepić rączką od szczotki wystający z drzwiczek, mały haczyk. Ścisnął trzonek najmocniej jak potrafił i z całej siły pchnął do góry. Usłyszał ciche „klik”, po czym drzwi opadły w dół rozwijając przy tym drewniane schodki. W tym samym momencie włączyło się radio, a w nim ciepły, męski głos zaśpiewał:

Daddy's flown across the ocean Leaving just a memory A snapshot in the family album Daddy, what else did you leave for me? Daddy, what you leave behind for me?

Pewnie dziadek znowu nastawił radio na siedemnastą. Ta mała rozgadana skrzynka przypominała mu o teleexpressie. Józef nie wyobrażał sobie życia bez codziennej porcji wiadomości. Radio było poniekąd jego oczami, furtką, oknem na świat. Piotrek zachodził w głowę, dlaczego po prostu nie nastawi budzika? Mimo swoich dziesięciu lat, nie znalazł odpowiedzi. Niektóre rzeczy, które robił dziadek były dla niego zagadką tak jak na przykład zabieranie ze sobą biblii. Przecież był prawie ślepy... Staruszek twierdził, że pozwala mu to czuć bliskość Boga. W pewnym sensie mógł mieć rację. Schody wydały z siebie drewniany zgrzyt, jakby jęk. Były stare jak cały dom, chyba nawet starsze od swoich właścicieli. Pomalutku dostał się na strych. W pomieszczeniu królował półmrok, gdzieniegdzie przecięty silnym snopem światła. Wszystko miało na sobie grubą warstwę kurzu, jakby spryskane olejną farbą w aerozolu. Cały strych wydawał się przez to, nieco żółtawy. Spod starego, schodzonego trampka uniósł się tuman kurzu, w taki sam sposób jak muł podnosi się, gdy zatopiony okręt uderza o dno oceanu. Czuć było starość. Szpargałów było mnóstwo a wszystkie one były elegancko poukładane. Panował tu ład i porządek. Trzeba byłoby zarezerwować sobie pewnie trzy dni, by spisać wszystkie te rzeczy – pomyślał. Było tam mydło i powidło, niczym w sklepie „WSZYSTKO ZA 4zł.”. Szczególną uwagę zwrócił na stare obrazy wiszące pod skosem dachu. Były to namalowane przeróżne postaci. Pierwszą był kominiarz z poprzedniej epoki, a ostatnią dziewczynka z lalką, której oczyma były jakby nieco przyduże guziki. Obrazów było dwanaście, a na końcu znajdowały się dwie puste ramy. Każda z dwunastu osób przeróżnych zawodów i wieku łączyła jedna spójna rzecz. Wszystkie twarze powykrzywiane były w grymasie bólu, strachu czy też szału. Rude włosy na dziesięcioletniej głowie niejako się zjeżyły. Nogi mimowolnie pokierowały trampki w stronę schodów, jednak zatrzymały się tuż przed nimi. Poczuł wewnątrz swojej młodej piersi jakieś dziwne uczucie. Była to pokusa, narkotyk, który musiał spróbować.

Odwróć Się...

Piotrek delikatnie, powoli i najciszej jak mógł, odwrócił się.

Podejdź... – usłyszał w swej piersi.

Jak to możliwe? Czuł jednak, że jak nie podejdzie, to pierś jego zostanie rozerwana na drobne części. Eksploduje niczym balon napompowany do granic możliwości, wyrzucając z siebie krwiste confetti. Zrobił niepewnie krok do przodu i poczuł, że to co czuł w piersi zmieniło się nieznacznie z niepokoju w ulgę. Kolejny krok... jak wspaniale. Doszedł wreszcie do końca alejki, którą tworzyły regały; po lewej stronie zauważył coś, co stało niczym strażnik tego zapomnianego pomieszczenia, odziany w całun rzecz o trzech nogach. Obiekt ten był w centrum tej ostatniej przestrzeni, która pomiędzy regałami przypominała leśną polanę.

Zapraszam.

Bliżej, podejdź bliżej! – Mówił sobie w myślach – Jest cudownie, bliżej... jeszcze troszeczkę...

Podejdź Troszku Piotruniu, Mam Twoje Ukochane Śliwki W Czekoladzie... Nie Pozwól Mi Czekać… Chodź...

Zatrzymał się. Usłyszał głos swojej ukochanej mamy. Był tego pewien, ale jak to możliwe? Z drugiej strony, to tylko mama wiedziała, że śliwki w czekoladzie są ucztą dla jego kubków smakowych.

Wyciągnij Rękę, Odkryj Mnie Z Ciemności...

…

Zdejmij Ze Mnie Te Szaty, Daj Mi Spojrzeć Na Ciebie.

Ręka Piotrka uniosła się na wysokość barków, a dłoń powoli zbliżała się do tkaniny.

Nagle poczuł, że koszulka w okolicy szyi staje się bardzo ciasna, aż zabrakło mu tchu. Coś pchnęło go do tyłu z niewyobrażalna siłą, aż upadł na cztery litery. Poczuł rozległy ból w kości ogonowej i ciepło na prawej dłoni. To była krew. Zaczepił o wystający z regału jakiś metalowy element. W oczach zrobiło mu się nieco ciemno. Gdy już nieco doszedł do siebie, a trwało to nie dłużej jak kilka sekund, zobaczył dłoń sunącą się ku niemu. Graba złapała go za koszulę i w żelaznym uścisku podniosła do góry jak szmacianą lalkę. – Co ty sobie wyobrażasz gówniarzu jeden! – Ryknął na niego głos dziadka – Nie wolno Ci tu wchodzić za żadne skarby, ty rudy smarku! – Chłopiec poczuł ciepło między nogami, które zaczęło spływać po obu nogach. Nigdy w życiu się tak nie bał. – Ale dziadziu ja tylko.. – Co TYLKO?!! – dziadek pchnął go w kierunku schodów o mały włos nie zrzucając wnuka ze strychu.

Młody rudzielec prawie, że zeskoczył na dół. Cały zapłakany ruszył pędem poprzez salon. Zatrzymał się na chwile przy wejściu do kuchni i spojrzał na babcię. Eunika stała w milczeniu ostrożnie czyszcząc starą ścierką talerz. Zrozumiał, że babcia wie co się stało i że trzyma w milczeniu stronę dziadka. Wybiegł z chałupy niczym kula armatnia w stronę pobliskiego lasku.

Z nieba lunęło rzęsiście.

Wrócił do domu jakoś przed północą. Stanął w progu, za którym w milczeniu czekała na niego babcia, która od razu zobaczyła przemokniętego i zziębniętego wnuka. Tuż przy trampkach zaczęła pojawiać się coraz to większa kałuża. Dygotał. Ruda czupryna była oklapnięta i wyglądała jak rdzawa plama na lakierze starego auta. – Wejdź – powiedziała Eunika – W kuchni masz ciepłe mleko i maślane bułeczki. Weź sobie trochę dżemu z kredensu – podeszła bliżej chłopca i otuliła go ciepłym, miękkim ręcznikiem koloru swoich włosów. Nawet nie wiedział, że go trzymała, jego wzrok skupiony był na jej twarzy, z której i tak nic nie wyczytał. Ścigał oczami postać dziadka, ale nie było go w pobliżu. Może to i dobrze, pomyślał. – Jutro porozmawiamy.

Coś mu pękło w środku.

III Aromat

Kolacja tego dnia okazała się prawdziwą ucztą. Każdy przecież, kto choć raz w życiu był przemoczony, głodny i zmarznięty potrafi zrozumieć słowo uczta, nawet jeśli są to tylko zwykłe bułki i mleko. Po posiłku wziął ciepłą kąpiel w starej, dużej, owalnej miednicy, gdyż dziadkowie nie mieli wanny. Ubrał piżamę i wskoczył pod ciężka pierzynę. Pulchny piernat miał swój specyficzny zapach, jak wszystko tutaj. Zamknął oczy.

Odkryj Mnie, A Dostaniesz Śliwki W Czekoladzie...

Otworzył oczy. Cały był zlany potem. Usiadł i rozejrzał się dookoła. Ile to czasu minęło odkąd się położył? Spojrzał na budzik stojący na małej komódce obok świeżo ściętych kwiatów. Prawie trzecia nad ranem. Późno – pomyślał. Coś było nie tak, czuł to, ale nie wiedział dlaczego. Po pewnym czasie zorientował się, że to chyba była cisza. Cały otaczający go świat był nieżywy. Nie słyszał ani jednego dźwięku. Był tylko zapach ozonu i to dziwne uczucie jakiego doznał na strychu.

Tu Jest Tak Strasznie Ciemno...

Błyskawicznie znalazł się w pozycji siedzącej. Poznał to uczucie. To drag drzemiący w powietrzu. Gęsty jak smoła lepiąca myśli Piotrka w uczucie błogości. Bosa noga dotknęła podłogi, za chwilę druga zrobiła to samo. Nie wiedział co robi, po prostu działał. Czuł, że jak nie dojdzie na strych to eksploduje. Musiał zobaczyć co jest pod tym cholernym płótnem.

Zimno Mi...

Zaczął iść w stronę drzwi. Nacisnął na klamkę i po chwili dało się słyszeć ciche skrzypienie. Poczuł lekki powiew na twarzy, jakby otulił go delikatny, chłodny atłas. Wyszedł na korytarz. Do jego uszu nie docierały żadne dźwięki, do jego oczu nie docierał żaden obraz, nie liczyło się nic, tylko drzwiczki na strych i coś co kryje się pod tkaniną. Minął sypialnie dziadków. Zdaje się, że „spali w trupa”, jakby to określił jego kolega z ławki. Pierzyna nad Józefem miarodajnie falowała, a za nim widać było rzadkie i kręcone włosy, które w tym świetle były srebrne. Piotrek nie był kompatybilny z otoczeniem. Po prostu szedł. Minął reprodukcję obrazu „Stańczyka” i gdyby był bardziej przytomny zwróciłby uwagę na obracającą się głowę błazna. Stańczyk śledził jak chłopiec poruszał się w mroku nocy. Stopy Piotrka delikatnie, powoli stawały na starym dywanie, który miał trwałe plamy i odbarwienia niczym skóra starca. Jego liczne przetarcia, wybrzuszenia i zmarszczenia tym razem nie odstraszyły młodego, który zazwyczaj jak miał przejść boso po dywanie, to robił minę, będąca miną osoby degustującej się sokiem z cytryny. Często sobie wyobrażał, że jest to chodnik gorących, żarzących się węgli, który musiał pokonać jak najszybciej, najlepiej w czterech skokach, prosto do łazienki. Tej nocy w jego młodą skórę wbijały się okruchy pieczywa i jakieś inne drobiazgi, których nie zauważał. Liczyło się tylko to dziwne uczucie, ten narkotyk unoszący się w powietrzu i coraz bardziej wyrazisty niczym zapach okalający jego ciało. To drzwiczki na strych były źródłem zapachu, a on stał pod nimi i sycił się aromatem. Jego oczy utknęły na małej kropce przypominającej muchę. Sterczał tak długo. Nikt oprócz Boga nie wiedział jak długo... Bardzo długo...

***

Dziewczyna o niebieskich oczach stała boso na nieoheblowanych deskach i czesała swoje długie, blond włosy. Robiła to bardzo starannie, tak jak niegdyś robiła to jej babka, a po jej śmierci matka. W pomieszczeniu było zimno, przynajmniej na tyle, by z jej ust wydobywała się para. Ojciec zawsze palił w piecu, by córka nie zmarzła, niestety tego dnia był z żoną na targu, gdzie sprzedawał zakontraktowane lisie skóry. Włosy miała długie, a zaplątane w warkocz sięgały jej po same pośladki. Była piękna. Kochali się w niej wszyscy chłopcy z sąsiednich wsi, natomiast dziewczęta nie pozostawiały na niej suchej nitki. Gdy już nałożyła na siebie koszulę nocną, wróciła z powrotem do swej izby. Płótno lniane gładko przylegało do jej ciała w miejscach, gdzie jeszcze było wilgotne, a sutki stały jak korki od wina. Poprawiła pierzynę, klepiąc ją mocno i jakoś tak śmiesznie rozciągając; zrzuciła kapcie i wsunęła się w środek tego miękkiego puchu. Zamknęła oczy – pacierz! No tak, zapomniała o pacierzu! Klęknęła twarzą do krzyża, który wisiał tuż nad jej łóżkiem i zaczęła się modlić. Pełnia księżyca odbijała światło słońca z przeciwległej półkuli, co sprawiało, że wyglądała jak alabastrowa rusałka. Zjawa. Młode dziewczę o długich blond włosach klęcząca na brzegu łóżka przed krzyżem. Otworzyła oczy i ujrzała ruch w swym małym lustereczku podarowanym od prababci. Lustereczko było również tłem pozytywki, która wydawała z siebie miarodajne „ding – dong”, na której tańczyła jakaś młoda dama. Opuściła dłonie i spojrzała w lustro. I obudziła się… *** Eunika bardzo rzadko budziła się w nocy, to zawsze Józef wstawał oddać mocz do porcelanowego stwora, który śmiał się z jego bólu. Tak to już bywa, że jak się starzejemy, przybywa nam wewnętrznych wrogów. Józef budził się tak często jak niemowlę, natomiast Eunika jak ktoś pijany, prawie nigdy. Tym razem miało być inaczej. Kobieta o denaturowatych włosach obudziła się i spojrzała na budzik, była trzecia nad ranem – godzina szatana, przynajmniej tak mówiła jej mama. Ponoć jest to godzina, w której nasilone są ataki demonów. Krystyna – siostra mamy mówiła, że Jezus umarł o trzeciej popołudniu, natomiast trzecia nad ranem jest przeciwieństwem Jego śmierci. Wtedy rządzi diabeł, który wypuszcza swoje demony. To dlatego często budzimy się w nocy pomiędzy trzecią a czwartą, ewentualnie niedługo przed trzecią. Tak mówiła ciocia Krysia, gdy któreś z dzieci było niegrzeczne. Nie daj Boże, by miała rację. Zdecydowała, że napije się kompotu. Mimo, iż nieprzerwanie padało, w chałupie było dość parno i gorąco a powietrze, zamiast być wilgotne, było suche jak cynamon. Gdy tylko wyszła z pokoju, w którym dzieliła łoże z Józefem, zobaczyła kątem oka żółty punkt po prawej stronie korytarza. Odwróciła się i spostrzegła młodego człowieka w żółtym stroju.

– Piotruś? – Zapytała szeptem. Cisza. Kobieta zmrużyła oczy by lepiej widzieć – okulary zostawiła na parapecie przy łóżku – i podeszła na tyle blisko, by upewnić się, że to jej wnuk. Tak, nie miała żadnej wątpliwości, żółta piżama, rude włosy, wzrost... Drobna postać poruszała, chwiała się naprzemiennie to do przodu, to do tyłu, jak metronom, tylko, że niezwykle wolno. Włosy były mokre jakby przed chwilą umył je i nie wytarł tym puszystym ręcznikiem koloru włosów swojej babci tylko pozostawił same sobie do wyschnięcia. Stopy Piotrka tkwiły w czymś mokrym, po chwili zobaczyła, że nogawki piżamy i okolice krocza też są mokre. Nestorka zrozumiała, że ten rudy małolat został uwikłany w grę, która już nigdy miała się nie rozpocząć. Zawiodła. Zawiódł również Józef. Mała, kochana Anetka nigdy by im tego nie wybaczyła i nie wybaczy, nawet w zaświatach. Stanęła tuż za nim kładąc lewą dłoń na jego lewym ramieniu. – Wnusiu – rzekła najłagodniej jak potrafiła – bezkonfliktowo i dobrodusznie. Jak tylko poczuła wewnętrzną częścią dłoni delikatne ramie, Piotruś odwrócił się niby błyskawica z krzykiem, tudzież jękiem, którego nie powstydziłby się nawet Hades. Mięśnie twarzy miał nienaturalnie powykręcane, zamiast tęczówek było widać bielmo poruszające się na wszystkie strony. Eunika z całej siły zdzieliła chłopca prawą dłonią łamiąc mu okulary. Chłopczyna upadł jak długi na powycierany, stary dywan z okruszkami pieczywa. – Co to było? – Krzyknął dziadek, który po omacku, z laską brnął przez ciemność w ich kierunku. Gdy podszedł na odległość nie większą jak półtora metra, wysilił wzrok i ujrzał żonę trzymającą na rękach ciało w żółtej piżamie i z rdzawą czupryną. Wyprostował się. – A więc jednak. – Powiedział w zadumie. W jego głosie słychać było smutek, gorycz.

IV Na Drugą Stronę

Piotruś wyglądał mizernie. Jego oczy były ciągle zamknięte, nasiąknięte opuchlizną, zapadnięte, a powieki prawie czarne z lekkim zabarwieniem żółtego. Cztery dni leżał nieprzytomny i przez ten czas schudł tyle samo – cztery kilo. Jego ciało zachowywało się sinusoidalnie, raz miał tak wysoką temperaturę, że nie pomagały mu okłady, czy porządna dawka ibuprofenu (drugiego dnia przyjechał nawet doktor, który stwierdził tylko grypę i przepisał leki), drugim razem topił się w dreszczach. Często majaczył o śliwkach w czekoladzie, chłodzie i regałach. Nieraz popuścił jedno lub drugie. Był niejako w transie, z którego dziadkowie nie chcieli go wyciągać. Czuli, a być może nawet wiedzieli, że nie należy igrać z siłą, której poddał się mały, może chciałby ich zabić, jak to czasami bywa u lunatyków, a może sam straciłby życie wskutek silnego stresu? To pytanie miało pozostać bez odpowiedzi wśród mieszkańców tego domu, tak jak całe to zdarzenie. Była niedziela. Pani Eunika razem z mężem pojechali do tak lubianej przez Piotrka niedalekiej wsi. Ze względu na stan zdrowia malca, mieli pójść tylko do kościoła i kupić kilka drobiazgów na targu. Do rozpoczęcia roku szkolnego zostało już niewiele dni i babcia chciała nabyć zeszyty, dresy, kilka koszulek i sportowe buty. Szukała też trampek, gdyż Piotrka były okropnie znoszone, a wiedziała jak bardzo je lubi. Pan Józef porachował, że nie będzie ich minimum dwie i pół godziny, tak powiedział żonie, chociaż był realistą i sądził, że jednak potrwa to troszkę dłużej. Dojazd furmanką to trzydzieści minut, msza około godziny, zakupy na targu to kolejna godzina no i powrót. Nie chcieli chłopca zostawiać samego, w dodatku w takim stanie, dlatego dzień wcześniej porozmawiali ze starą Aldoną, sąsiadką, która mieszkała od nich jakieś trzy kilometry. Mimo zaawansowanej choroby parkinsona, zgodziła się na popilnowanie chłopca. Niegdyś była belfrem matematyki i raczej umiała dogadywać się z młodzieżą. Jakkolwiek, była najlepszą kandydatką na nianię w okolicy.

Wielki, stary zegar z lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku, stojący w korytarzu wybił dwanaście razy. Był to dźwięk przypominający upadek dwunastu dzwonów Zygmunta na bruk z wysokości co najmniej trzydziestu metrów. Kryształy w kredensie za każdym razem dzwoniły jak zęby wyciągniętego przed chwilą z przerębla człowieka, a na powierzchni rabarbarowego kompotu rytmicznie powstawały ledwo widoczne pierścienie. Piotrek otworzył oczy. Czuł się strasznie obolały, jakby przebiegło po nim stado grubych owiec. Z trudem usiadł i zauważył, że robi mu się ciemno przed oczami. Położył się z powrotem zamykając oczy. Serce waliło mu jak młot spoconego, wielkiego kowala.

Pst!

Otworzył ponownie oczy. Poczuł coś dziwnego na plecach, chyba ciarki. Wstał powoli, uważając aby znowu ciemność nie przysłoniła mu świata. Na nocnym stoliku, na serwetce leżały jego okulary, które natychmiast założył oraz proca, którą odruchowo włożył za gumkę żółtej piżamy. Poczuł się

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych