Runęli przez ogień straceńcy
Historia Armii Andersa od pobytu w Związku Sowieckim po bitwę o Monte Cassino.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Promienie słońca padały na twarze maszerujących zwartą kolumną żołnierzy. Szli piaszczystą drogą bez butów, lecz z ich twarzy promieniała nieopisana radość, radość szalona, radość po latach udręki w Griazowcu. Tyleż tam przeszli, aby teraz pokazać bolszewikom, że nawet bez butów, z poranionymi nogami potrafią wybić takt wojskowy. Początek marszu do Polski. Generał Anders rozpromieniony patrzył na to wojsko. Wiedział, że z nimi dojdzie do Polski. Tutaj w Tocku byli już wolnymi ludźmi. Niedługo zaś mieli walczyć z Niemcami. Mieli wyzwolić Polskę, mieli wrócić do swych domów. Któż by się z tego nie radował? Jednak po wyjeździe generała szybko przypomnieli sobie o rzeczywistości. Brak ubrań, koców, a nawet grzejników w namiotach dawał im się we znaki. Nie wszystkim było dane przetrzymać zimę. W namiotach pozbawionych ogrzewania zamarzali. Mimo obietnic Stalina nie otrzymywali ani broni, ani ubrań. Czuli się zapomniani i oszukani. Tym bardzie, iż rzesze kobiet i dzieci z Polski znajdowało się w ich obozie. Swoimi skąpymi racjami żywnościowymi dzielili się również z nimi. Bo jakże nie pomóc rodakom?
* * * Był wietrzny i mroźny dzień. Podchorąży Jan Kaniowski jak zwykle w taką pogodę siedział w namiocie, grzejąc się przy piecyku. Miał dużo szczęścia. Nie każdy mógł mieć taki piecyk u siebie. Rosjanie obiecali dać wystarczającą ich ilość, ale wiadomo jak to w Związku Radzieckim bywa. Wtem zasłona wejściowa się uchyliła i do środka wszedł współlokator podchorążego, kapral Kazimierz Janowski, wpuszczając za sobą do środka tuman śniegu. Usiadł na posłaniu. Jego twarz wyrażała ból i rozpacz. - Kiedy wreszcie dostaniemy jedzenie? - Prawie wykrzyknął - od tygodni dostajemy głodowe racje, a dzisiaj nie dostaliśmy nic! Kaniowski spuścił smutno głowę. - Lepiej ci było w Griazowcu? - Odrzekł. - To nie ma nic do rzeczy... - Jak to nie ma? Tam nie dostawaliśmy prawie nic do jedzenia, tutaj możemy jakoś wyżyć. Zastanów się, człowieku! I przestań narzekać. - Ja nie narzekam. Spójrz na tych ludzi. Nie mówię o żołnierzach. Dla nas te trudy nie są niczym nowym. Ale te kobiety i dzieci... - Nic na to nie poradzimy. Jest jak jest. Może kiedyś będzie lepiej. - Kiedy? Kiedy będzie lepiej? - Gdy ruszymy do boju. Wtedy będą musieli nas karmić. - Wierzysz w to? - Wierzę. Po tych słowach podchorąży wyszedł przed namiot. Czerwona kula słońca chowała się za horyzontem. Tam, na zachodzie, gdzie słońce kryło się za horyzontem, była Polska. I tam mieli dojść.
* * * W czasie, gdy żołnierze marzli w namiotach dowódca armii, gen. Władysław Anders starał się uczynić ich warunki choć nieco lepszymi. Walczył z urzędnikami sowieckimi, a także z samym Stalinem o większe racje, o większą ilość piecyków do ogrzania namiotów. Gdy to nie pomogło, zdecydował się na opuszczenie Związku Sowieckiego.
* * * Irak. Szalony upał, brak wody pustynia. Tutaj stacjonowała Armia Polska od lata 1942 roku. W Rosji było im zimno, tutaj gorąco. Widać taki to już los polskiego żołnierza. Pod rozłożystą palmą stało dwóch żołnierzy palących papierosy. Byli to podchorąży Kaniowski i kapral Janowski. - Widzisz, jesteśmy już daleko od Rosji. Niczego nam nie brakuje, nie ma bolszewików i ich Czeki - odezwał się pierwszy. - No tak, ale jeszcze nie walczymy. - Co ci tak spieszno? Jeszcze się nawalczysz. - No, nie wiem. A co będzie, jak inni za nas tę wojnę wygrają? - To nie będzie Polski! - odpowiedział Kaniowski. - Myślisz? - Tak. Jeśli sami nie wywalczymy swej wolności, nikt za nas tego nie zrobi. Musimy sami dbać o swoje interesy. Tak zwani sojusznicy nie są altruistami. Oni walczą o swoje. Jeśli będzie to im potrzebne, oddadzą nas pod kolejną okupację.
* * * W maju 1943 roku wojska przeszły w rejon Kirkuk-Mossul. Żołnierze ćwiczyli. Niektórych jednostek użyto nawet do zabezpieczenia tamtejszych rafinerii. Jednak na prawdziwą walkę trzeba był jeszcze poczekać. We wrześniu odbyły się wielkie manewry sformowanego już Korpusu. Żołnierze "zdobywali" górę Synaj, Nazaret i wiele innych okolicznych miejscowości znanych im dobrze z kart Pisma Świętego. Jednak nie obyło się bez demoralizujących zdarzeń. W Palestynie zaczęły się dezercje żołnierzy pochodzenia żydowskiego, którzy agitowani byli przez różnorakie organizacje żydowskie. Jednak prawdziwi Polacy zostali.
* * * Oczom żołnierzy 5. Kresowej Dywizji Piechoty ukazał się włoski brzeg. Brzeg skalisty, pełen kamienistych plaż, za nim zaś wzgórza porośnięte cyprysami i oliwkami. Przy burcie stali podchorąży Jan Kaniowski i kapral Kazimierz Janowski. Spoglądali na ziemię włoską, skąd mieli, jak niegdyś legioniści Dąbrowskiego dojść do Polski. - Widzisz, będziemy walczyć - odezwał się pierwszy. - A ty tak narzekałeś. Będziemy walczyć i dojdziemy do Polski. Zwyciężymy. Janowski smutno spuścił głowę. - Zwyciężymy Niemców, a Rosjan kto zwycięży? Dobrze pamiętam sowiecki obóz. Wiem jak tam było. Gdy pomyślę, że oni wejdą do Polski... - Coś ty! Kto inny jak nie my wejdzie pierwszy do Polski? A nawet gdyby byli tam pierwsi, to Anglicy i Amerykanie nie dadzą nam zrobić krzywdy... - Słuchajcie Churchill mówi! - Usłyszeli krzyk jednego z żołnierzy. Wszyscy obecni na pokładzie podbiegli do głośnika, a którego słychać było słowa premiera: "Los narodu polskiego zajmuje naczelne miejsce w myślach i polityce rządu i parlamentu brytyjskiego. Z przyjemnością usłyszałem od marszałka Stalina, że i on uważa za niezbędne stworzenie i utrzymanie silnej i niepodległej Polski jako jednego z czołowych mocarstw w Europie." Kaniowski uśmiechnął się triumfalnie. - Widzisz, nie ma obaw... - Cicho, słuchaj dalej - przerwał mu Janowski. "Nie gwarantowaliśmy nigdy żadnej określonej linii granicznej Polski. Nie wyrażaliśmy zgody na okupację Wilna przez Polskę w roku 1920, brytyjskie poglądy w roku 1919 znalazły wyraz w tzw. linii Curzona." Twarz podchorążego pokryła się naprzód trupią bladością, później zaś czerwienią gniewu. - I za co się bijemy?! - Wyszeptał z wściekłością. - Po co tam wyruszamy? Po co? Oni i tak nas mają w dupie! - Uspokój się! - Krzyknął na niego Janowski. - Posłuchaj tego. "Marszałek Stalin i ja osiągnęliśmy zgodę, by Polska uzyskała odszkodowanie kosztem Niemiec, zarówno na północy jak i na zachodzie." Kaniowski smutno się uśmiechnął. - Odszkodowanie na zachodzie, farsa. Sprzedali nas Rosji. Sprzedali nas, a my mamy za nich walczyć. Nie, to nie dla mnie. Podchorąży zszedł pod pokład. Nie chciał dalej słuchać przemówienia zdrajcy Churchilla. Tymczasem statek zawijał do portu. Słoneczna zazwyczaj Italia witała polskich żołnierzy chłodem, deszczem i śniegiem. Neapol, wspaniałe miasto na południu Włoch, wywierał przygnębiające wrażenie. Wszędzie nędza, głód, gromady żebrzących dzieci. Na każdym kroku ślady bombardowań. 5. Kresowa Dywizja Piechoty zakończyła wyładunek 15 marca, ale już na dwa dni wcześniej otrzymała rozkaz zluzowania 2. Dywizji Marokańskiej Korpusu Francuskiego na odcinku od Castel San Vincenzo po wzgórze oznaczone numerem 850 nad rzeką Rapido. Do dyspozycji Dywizji oddano 1. Włoską Grupę Motorową.
* * * Trasa nie była łatwa do przebycia. Górskie kręcone drogi, nieraz podmyte przez wody spływające z gór, ograniczone z jednej strony stromą ścianą skalną, zaś z drugiej przepaścią. Jan Kaniowski z kapralem Janowskim siedzieli pod plandeką zdezelowanego amerykańskiego samochodu, pamiętającego zapewne jeszcze I wojnę światową. Niebezpieczeństwo wypadnięcia na zakrętach było niemałe. Dotarli jednak szczęśliwie na miejsce, czego, niestety, nie można powiedzieć o innych transportach. W pobliżu frontu słychać już było strzały z broni maszynowej i ciężkiej. Twarze żołnierzy się ożywiły. Wreszcie mieli stanąć do walki z Niemcami! Obóz 5. Kresowej Dywizji znajdował się w przepięknej, zalanej promieniami słońca dolinie, przecinanej wieloma górskimi strumykami. Gdybyż można było tutaj zamieszkać w czasach pokoju! Ale nie było to na razie polskim żołnierzom dane. Musieli na razie walczyć o Polskę. Kaniowski wraz z kapralem Janowskim oraz podchorążym Kochańskim i plutonowym Kaczmarkiem zabrali się żywo do rozstawiania namiotu. Nadchodził wieczór, a przecież trzeba było gdzieś spać. Noce w górach o tej porze roku bywają nieraz wyjątkowo chłodne. Całą noc słychać było kanonadę. Pociski padały nieraz niezbyt daleko od obozu. Hałas nerwy oraz podekscytowanie jutrzejszą walką powodowały u wielu żołnierzy bezsenność. - Ciekawe, co nam przydzielą? - Odezwał się podchorąży Kochański. - Chyba najtrudniejszego odcinka od razu nie dadzą? - Myślę, że będą chcieli nas wypróbować - odpowiedział Kaniowski. - Nie będą ryzykować. Nie znają nas aż tak dobrze. Na razie będzie spokój, dopiero podczas ofensywy powalczymy. - Śpijmy już. Jutro sprawdzian generalny. Musimy się wyspać - sennym głosem rzekł Janowski. - Spać? W takim hałasie? - Zdziwienie Kaniowskiego nie miało granic. - To nie wrzesień. Wtedy zasypialiśmy nawet pod ostrzałem. Nocą marsze, za dnia walka. Ale tu jest inaczej. Teraz Niemcy przegrywają! Tak, Niemcy przegrywali na wszystkich frontach.
* * * Gdy tarcza słońca wyłaniała się zza gór, do obozu przyjechał dowódca pułku - płk Janusz Płochociński. Zebrani na centralnym placu żołnierze słuchali z przejęciem jego słów. - Po latach tułaczki, niewoli i upokorzeń - mówił pułkownik - znów dane jest nam stanąć oko w oko z wrogiem, który zadał nam sromotną klęskę we wrześniu 1939 roku. Ale teraz przyszła godzina odwetu! Teraz żołnierz polski ma zadać wrogowi cios, cios potężny, potężny na tyle, aby wróg już nie wstał. Przyszłość Polski od Was zależy! Wy wywalczycie wolność Ojczyźnie. Pamiętajcie o tym obowiązku. Za to będziecie krew przelewać, za to niejeden z Was zginie na polu chwały! Słowa dowódcy wywarły ogromne wrażenie na żołnierzach. Zatarły niesmak po przemówieniu Churchilla, dały nadzieję. Dały ponownie chęć walki z wrogiem. Wolę zwycięstwa! Na odcinku 5. Kresowej Dywizji Piechoty aktywność nasilała się dopiero po zmroku, ze względu na bliskość stanowisk nieprzyjaciela. Jednym z ważniejszych działań, było uderzenie na Monte Marrone dokonane przez grupę włoską, zaś utrzymane dzięki polskiej pomocy. Jednak sami Polacy też nie próżnowali. Był wieczór 30 marca. Podchorąży Kaniowski wraz ze swym baonem zajął pozycje wyjściowe. Przed żołnierzami majaczył się wierzchołek góry, który mieli zdobyć. Mieściło się tam stanowisko ogniowe nieprzyjacielskiej artylerii. Był to kluczowy odcinek frontu. Zajęcie owego stanowiska mogło doprowadzić do przełamania frontu i wyparcia armii niemieckiej na północ. - Zapalisz? - Kapral Janowski, będący pod rozkazami Kaniowskiego, podsunął mu papierośnicę. - Wiesz przecież, że nie wolno - podchorąży zmarszczył czoło. - Można zdradzić wrogowi nasze położenie. - Ale te nerwy, jeszcze nie braliśmy udziały w takiej akcji. Wiesz, ilu może nie wrócić? Może to ich ostatni papieros? - Być może, ale zakaz jest zakazem i musimy go przestrzegać. Tymczasem rozpoczął się pojedynek artylerii. Ponad głowami żołnierzy ze świstem przelatywały pociski. Atak za chwilę miał się zacząć. Na umówiony znak żołnierze poderwali się do walki. W krzyżowym ogniu artylerii i karabinów maszynowych musieli przebiec odcinek długości kilometra. Kryjąc się w skalnych wyłomach i za głazami biegli na przód. Po przebiegnięciu 100 metrów baon Jana Kaniowskiego musiał się zatrzymać. Przed nimi rozpościerała się pusta przestrzeń o długości około 200 metrów. Jeśli dotychczas mogli ukrywać się za skałami, tutaj nie było niczego, co mogłoby ich osłonić przed ogniem nieprzyjaciela. Ominąć tego się nie dało, bowiem z jednej strony znajdowała się przepaść, zaś z drugiej stroma skalna ściana. - Mają nas jak na patelni - odezwał się zdyszanym głosem dowódca baonu. - Jeśli połowa przejdzie, będzie dobrze. - Nie mamy innej drogi - odparł kapral Janowski. - Musimy iść. Podchorąży otarł strużkę potu spływającą mu po skroni. Za chwilę miał wysłać na śmierć wielu swych żołnierzy, a być może i siebie. Kaniowski spojrzał prosto. Idąc dalej wzdłuż skalnej ściany będą wystawieni na ogień karabinów umieszczonych przed nimi. Jeśli zaś pójdą z dala od skały, będą narażeni na ogień również z góry. "A gdyby pójść górą?" - Przemknęło mu przez myśl. Jednak szybko ją porzucił. Porucznik Malinowski mówił im przecież, że to stanowisko jest nie do zdobycia. Jeśli nie przejdą dołem, w ogóle nie przejdą. Kaniowski przywołał do siebie plutonowego Kaczmarka oraz kaprala Janowskiego i rzekł: - Jeśli pójdziemy na wprost, najprawdopodobniej większość zginie. Idąc zaś górą nie tylko będziemy osłonięci przed ogniem, ale być może zdobędziemy stanowisko ogniowe wroga i dzięki temu umożliwimy przejście reszty wojska tą przełęczą. - To szaleństwo - zaoponował Kaczmarek. - To stanowisko jest nie do zdobycia. Chyba, że będzie się wspinać południową ścianą. Ale to niemożliwe... - Jak to niemożliwe? - Prawie wykrzyknął Janowski. - To jest jedyna droga! - Ta ściana jest zbyt stroma, wielu może nie wejść. - Tędy też wielu nie przejdzie. Idziemy! - Krótko rzucił Kaniowski. Baon zaczął się powoli wycofywać i kierować w stronę skalnej ściany. Była rzeczywiście niezwykle stroma, jednak zupełnie nie osłaniana przez nieprzyjaciela, niespodziewającego się ataku z tamtej strony. Żołnierze rozpoczęli wspinaczkę. Wspinaczkę, która mogłaby się wydać trudna nawet dla wytrawnych alpinistów. Jednak żaden z polskich żołnierzy nie zginął. Wszyscy wdrapali się na górę, a tam mieli już niemieckie stanowisko jak na dłoni. Wystarczyła jednak seria z karabinu, aby żołnierze w zielonoszarych mundurach Wehrmachtu zginęli. Stanowisko ogniowe znajdowało się w polskich rękach. - Widzicie - rzekł dowódca baonu do swych podkomendnych - tamto stanowisko? To ono wraz z tym, na którym stoimy, wstrzymywało nas. Jeśli uda nam się skosić tamtych Szwabów, to droga na wzgórze 850 stoi dla nas otworem. Kto celnie strzela? Trzeba szybko załatwić czterech Niemców. Potrzebujemy przynajmniej trzech ludzi. O, mamy! Bartek dasz radę? - Tak jest, panie podchorąży! - No kto jeszcze? Krzysiek? Na ćwiczeniach byłeś najlepszy. Antek? Świetnie. Ja biorę na siebie czwartego. Żołnierze uklękli nad krawędzią urwiska. Przed nimi znajdowało się gniazdo karabinów maszynowych, które wcześniej zatrzymywało ich marsz. Teraz mieli owych Niemców wystrzelać jak kaczki. Huknęła salwa. Trzech żołnierzy w szarozielonych mundurach od razu padło martwych. Czwartego dobił celnym strzałem podchorąży Kaniowski. - Radiostacja. Szybko. Podajemy komunikat o zlikwidowaniu dwóch niemieckich stanowisk ogniowych. Parę chwil potem pod baonem podchorążego Kaniowskiego przemaszerowało polskie wojsko kierując w stronę wzgórza 850, gdzie znajdowało się stanowisko ogniowe artylerii niemieckiej. Wzgórze owo z trzech stron było niedostępne, zaś z czwartej tak silnie umocnione przez nieprzyjaciela, iż przejście tamtędy było niewykonalne. Jedynie wąska ścieżka łącząca stanowisko z liniami niemieckimi, mogła posłużyć za drogę w górę. Ale aby się tam dostać trzeba było obejść wzgórze dookoła. Pół kilometra pod nieprzyjacielskim obstrzałem! Porucznik Maciejowski zwołał naradę dowódców baonów i wszystkich ważniejszych jednostek…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kaniowski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…