Wróć do katalogu

Seks & prochy & okultystyczne rytuały

Okultystyczne perypetie Rafała K. w pięciu aktach. Czytać tylko za zgodą księdza :P

Pagan, opublikowano , 33 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

AKT I

Rafał K. przerabiał już wszystko, co nadawało się do przerobienia, a więc: gry karciane, na które wydał podbieraną mamie z portfela fortunę, papierowe erpegi, pełne oślizgłych potworów i mrocznych rytów, ucieczkę z domu (przy okazji odkrywając, że piwnica cioci to kiepska kryjówka) i wpisywanie w wyszukiwarce „girls fucking animals” ku uciesze wszystkich oprócz właściciela kafejki internetowej. Jeśli chodzi o muzykę, kasety z Kwasożłopami, Metaliką i Żelazną Dziewicą przerabiał na spróchniałym magnetofonie na tyle intensywnie, że bez stuprocentowej znajomości utworów za nic by się nie połapał, co akurat leci ze zjechanej taśmy. Skoro już o przerabianiu mowa, sam Rafał też został nieźle przerobiony przez kumpla. Otóż, wyżej wspomniany osobnik wziął najpierw kilka czystych kaset, solennie obiecując przegrać parę albumów czegoś, co nazwał „blek metal, mrok i czad”, a potem, skubany, wyprowadził się gdzieś z całą familią. Rafał, jako osobnik nie w ciemię bity, błyskawicznie znalazł wyjście z opresji. W karkołomnej akcji dywersyjno-niemal-samobójczej podciągnął Starszemu Bratu z pokoju katalog wysyłkowy sklepu muzycznego. Ogrom bluźnierstw bijący z tych stron poraził Rafała i zarazem oczarował bardziej niż swego czasu pluszowy Pikachu. Co do niektórych zespołów miał co prawda pewne zastrzeżenia (po co nazywać kapelę Batory, co budzi nieprzyjemne skojarzenia z lekcjami historii, skoro można nadać jej nazwę Gnijący Chrystus?), ale generalnie świat, który mu się ukazał, poruszał jakąś mroczną strunę w jego duszy... To chyba D1, ta, która się najczęściej zrywa. Rafał, w dalszym ciągu nie w ciemię bity (nie licząc tych paru razy od Brata, który na drugi dzień znalazł swój katalog w pokoju „gnojka”), szybko dodał dwa do dwóch. Podskórnie wyczuwał siły kierujące jego wyborami przez całe, niedługie życie. Zawsze dążył bowiem do tego, co kolega, ten, który się wyprowadził, nazywał mianem „mroku i czadu”. Co mają wspólnego karty cywilizacji czarnej many, ociekające nekromancją deideki i łormłotki oraz muzyka blek metalowa? „Europa!” – wykrzyknął Rafał, waląc się dłonią w czoło. O każdej ze wspomnianych rzeczy babcia mówiła, że jest „szatanistyczna”. A w tej materii największym autorytetem był, niestety, najniebezpieczniejszy osobnik po tej stronie klatki schodowej. Starszy Brat. Rafał, poważnie już obawiający się, czy po bliskim spotkaniu z poczwarą nadal będzie nie w ciemię bity, postanowił wstrzymać się na razie z konfrontacją i poczekać na odpowiedni moment. Po kilku dniach, kiedy nastąpiła koniunkcja sprzyjających czynników takich jak pełen żołądek Brata czy zawieszenie broni w odwiecznych sporach o decybele, Rafał postanowił wkroczyć do akcji. Przestąpił na palcach próg ciemnej, zadymionej pieczary, czując się trochę jakby grał w „Magicznych wojowników” – z tym, że tutaj mógł zginąć naprawdę. Z wnętrza dochodziły demoniczne odgłosy, zgrzyty i wrzaski, a ściany pokrywały makabryczne plakaty zespołów, których nazw nie potrafił odczytać... - Czego chcesz? – rzucił Starszy Brat, nie ruszając zwłok z wersalki. - Chciałem cię prosić o radę, ooo, mądry i potężny! – wydusił z siebie Rafał, chcąc połechtać bestię po próżności. W grze po wybraniu tej kwestii Demon Ósmego Poziomu nie zjadał duszy głównego bohatera, więc może i w realu czołobitność na coś się zda. - Co ty bredzisz, niskopienny? - Chciałbym zostać szatanistą i nie wiem, jak to zrobić. Starszy Brat byłby świetnym czarnym charakterem, stwierdził Rafał, czekając, aż ucichnie perfekcyjny niepohamowany śmiech typu „szalony złoczyńca”. - Wiesz co? Przeczytaj Czarną Biblię i Księgę Czarnej Magii, a potem przyjdź do mnie, to wtedy pogadamy. A na razie wypier...! Przekaz był nadzwyczaj jasny, toteż Rafał czym prędzej opuścił tę świątynię pierwotnego zła. Rozentuzjazmowany pierwszym questem na drodze szatanistycznego adepta, rozpoczął poszukiwania wspomnianych pozycji wydawniczych – niestety, bez rezultatu. Jedyną czarną książką w mieszkaniu okazał się „Pan Tadeusz”, księga niewątpliwie zła, plugawa i znienawidzona, jednak nie wystarczająco. Rafał, po wszystkich perypetiach ze Starszym Bratem nadal nie zanadto w ciemię bity, wiedział, gdzie musiał się teraz udać. Po drodze do szkoły zawsze mijał sklep o tajemniczej nazwie ANTYKWARIAT. Zawsze zastanawiał się nad etymologią dziwnego wyrazu, a dokładniej zachodził w głowę, czy pochodził on od słów antyk i wariat. Kiedy Rafał wstępował do owego przybytku, drzwi trąciły zakurzony dzwonek, którego dźwięk pomknął z entuzjazmem ku ladzie, lecz został wytłumiony przez opasłe woluminy, albumy, rękopisy i ponure bohomazy, i nim dotarł do aparatu słuchowego zasuszonego antykwariusza, był już tylko echem starego, dobrego dzwonienia. - Już nie produkują takich dzwonków nad drzwi jak kiedyś! – rzekł starzec na powitanie. - Tak, psze pana, tak. - Czego poszukujesz, młodzieńcze? – powiedział antykwariusz tonem człowieka wiedzącego więcej niż wie. – Nie wyglądasz mi na takiego, co przyszedł tu bez celu. - Istotnie, nie bez celu przybyłem. – odparł Rafał, nieopatrznie popadając w tę dziwną manierę językową. – Jednak na razie chciałbym się rozejrzeć. Na dębowych stołach i regałach dało się znaleźć wszystko, co stare, klimatyczne i już praktycznie nie do zdobycia gdziekolwiek indziej. Starodawne manuskrypty nasiąkłe takimż kurzem, wywody filozoficzne pożerane przez głodne wiedzy robactwo, tomiki przedwojennej poezji, pierwsze, bogato ilustrowane wydanie Kama Sutry... Rafał z trudem oderwał wzrok od ostatniej pozycji i wtedy Ją dostrzegł. Prawdziwą mroczną czarną księgę! Zwała się „Czarna Magija albo Księga Demonów Piekielnych wraz z Instruktażem Wykonywania Tajemnych Pieczęci, z zestawem do samodzielnego montażu”. Porwał księgę w ramiona i z radości dał jej buzi. Jeszcze przez moment wahał się. Jako mroczny szatanista, mógłby właściwie odwrócić się na pięcie i uciec ze zdobyczą, a spróchniały dziadek w życiu by go nie dogonił. „No nic, jeszcze to sobie odbiję!”, pomyślał i podszedł do lady, z bólem serca sięgając po portfel. - Ile płacę? - Ooo, widzę, że kawalera okultyzm fascynuje – zamruczał antykwariusz. – A nie za młody aby? Rafał poczuł się dotknięty do żywego. W końcu, minęło już sześć lat odkąd przestał zbierać Pokemony! - Niech to pana za bardzo nie interesuje – warknął. - O, jaki hardy młody mroczniak z niego! – zaśmiał się rubasznie dziadek. – Nic mi, w sumie, do tego, co racja to racja. A może byłby kawaler tym zainteresowany? – to mówiąc, wyciągnął spod lady oprawioną w skórę księgę z napisem „Necronomicon”. – To prawdziwy biały kruk! - Odpada – pokręcił głową Rafał. – Brat wyraźnie kazał czytać czarne. Rafał zapłacił za „Czarną Magiję...” (antyczny wariat zdarł z niego skórę) i jak na skrzydłach pomknął do domu. Tam zastał go chaos do spółki z uwiądem, rozpadem i entropią. Prośby i groźby związane z natężeniem decybeli sygnalizowały powrót rodziców, a demoniczne odgłosy z pokoju Starszego Brata, głośniejsze niż zazwyczaj, oznaczały niechybnie, że jest nie w humorze. Na domiar złego wszystkie ruchomości walały się po mieszkaniu w ferworze pakowania. W całej tej fascynacji szatanizmem Rafał zapomniał o wyjeździe na wieś. Pierworodny syn rodziców już dawno oznajmił, że nie jedzie, co Rafał postanowił wykorzystać do własnych celów. - Ja też nie jadę do babci! – oznajmił uroczyście, a jego oświadczenie zostało przyjęte ze spokojem. Mamę znacznie bardziej absorbowały poszukiwania różowego puloweru, a tatę - zmagania o głośność def metalu Brata. Zatem klamka zapadła. Z łobuzerskim błyskiem w oku Rafał stwierdził, że mniej niż dwie doby dzielą go od mrocznej inicjacji, pierwszego w życiu szatanistycznego rytu. I nie mylił się. Już trzydzieści siedem i pół godziny później, pośród aksamitnej ciemności i piszczącej w uszach ciszy przewracał pożółkłe karty średniowiecznego grimuaru. Starszy Brat gdzieś sobie poszedł, rodziców od rana nie było, a księżyc w pełni lśnił, nie przysłonięty ani jedną chmurką. Panowały wprost idealne warunki do Ceremonii Przyzwania Demonów o Północy. Co prawda dochodziła już pierwsza, ale o jedenastej pięćdziesiąt leciał na Polsacie „Pamiętnik czerwonego pantofelka”. Nieważne, pomyślał Rafał, liczy się przygotowanie i entuzjazm. Wkroczył do usypanego z soli kręgu („Czarna Magija...” sugerowała krew, ale inne substancje również dopuszczała). Zapalił świeczkę (tu już gorzej, bo miało być kadzidło z dodatkiem masła z mleka dziewicy). Prawdę powiedziawszy, z pieczęciami też nie wyszło. Komu by się chciało odlewać coś ze stopu ołowiu i srebra, stwierdził. Tekturowe szablony dołączone do księgi też są OK. No, dobra, pomyślał, przygotowanie jak przygotowanie, ale entuzjazm mam. - {i}In nomine dei nostri Satanas, Luciferi excelsi... {/i}– zaczął nieśmiało inkantację, która coś mu przypominała...

AKT II

JEBUDU! – błysło, trzasło i zgasło.

AKT III

Powidok eksplozji białego światła wypełniał zielenią niemal całą czerń pod powiekami. Rafał zamrugał. O dziwo, błysk nie wypalił mu oczu. Adept rozejrzał się. Świeczka, która zdążyła już przylgnąć do podłogi zgrubiałymi korzeniami parafiny, paliła się jakby nigdy nic. Ciepły podmuch, jaki Rafał poczuł na policzkach w czasie eksplozji, nie zdołał zgasić płomyka. A może mi się wydawało, pomyślał. Może tak się podjarałem tym całym szatanizmem, że... Czuł się dziwnie, trochę jak w trakcie nagłej awarii, kiedy oglądasz w najlepsze Polsat o jedenastej pięćdziesiąt i nagle słychać elektryczne „bzzzz” i przestajesz cokolwiek widzieć. Oczy powoli przyzwyczajają się do ciemności, w mroku wszystko wygląda inaczej. Odcienie szarości zlewają się bardziej w to, co podpowiada ci wyobraźnia niż w to, co istnieje naprawdę. Nagle zdajesz sobie sprawę, że za oknem szaleje burza, dochodzi północ, a ty nie masz pojęcia, gdzie jest świeczka. I dobija cię niepewność. Kiedy to się skończy? Co się właściwie stało? Czy tam, w kącie, coś się poruszyło? Rafał przeklął w myślach tę niepewność. Nie miał pojęcia, czy ma kontynuować posępne zawodzenie inkantacji, zacząć od nowa czy może zapalić światło i pograć w Simsy? Na to ostatnie miał największą ochotę, bo, prawdę powiedziawszy, zrobiło mu się dziwnie zimno i poczuł się nieswojo. Trzask tamtej eksplozji – nie huk, a właśnie odgłos łamiącego się patyka – omal nie przyprawił go o zawał. - Jest tu kto? – szepnął. Kto miałby tu być, pomyślał. Demon? Chyba bym go zobaczył? Wzruszył ramionami, postanowiwszy wybudować swoim Simom basen. Zdmuchnął świeczkę, a knot żarzył się i dymił, kiedy Rafał stawiał pierwsze kroki w kierunku włącznika światła. Był bosy, jak nakazywała księga. Kiedy tylko poczuł, jak podeszwa prawej stopy styka się z solą, rozgarnia ją na boki i przerywa ciągłość usypanego kręgu, młody adept wiedział już, że popełnił największy błąd w swoim życiu. W porównaniu z przenikliwym zimnem, jakie nagle nim wstrząsnęło, wnętrze okręgu wydawało się przytulne jak pokój z kominkiem i skórą niedźwiedzia na podłodze. Podbiegł do ściany i rzucił się na wyłącznik. Ciche, suche pstryknięcia, zero reakcji ze strony żarówki. Robiło się nawet coraz ciemniej; tu i tam cienie gęstniały, pełzały, osaczały go, zbijały się w gromady... To tylko wyobraźnia, powtarzał sobie Rafał. Bezskutecznie. Nie opuszczało go wrażenie, że w pokoju roi się od zakamuflowanych Predatorów, które zobaczy dopiero, gdy się poruszą. Wtedy jednak będzie już za późno. Przeklął w myślach wszystkie obejrzane dotąd horrory. Pomruki zbliżającej się burzy również nie dodawały otuchy. Bzzzzz, cisza dźwięczała w uszach, chociaż... może to nie ona? Gdy teraz patrzył w pobliże kręgu, dostrzegał dziwaczną poświatę. Zbliżył się, a brzęczący odgłos wzmógł się. Bosa stopa natrafiła na strzęp miękkiego, ciepłego materiału. Schylił się i podniósł znalezisko; delikatna jak aksamit tkanina przyprawiła go o gęsią skórkę. Z jednej strony świeciła, z drugiej zaś – była niewidzialna. Podszedł jeszcze bliżej łuny, spoglądając nań z nieco innego kąta. Teraz mógł przyjrzeć się zjawiskowemu zjawisku w całej okazałości. Rozdarcie czasoprzestrzeni w samym środku pokoju. Świecącą jamę wypełniał jakby wycinek krajobrazu nie z tego świata: niebieskie góry, pomarańczowa ziemia i fioletowe niebo. Dookoła wyrwy zwisały smętnie strzępy rzeczywistości Rafała. Huk uderzającego niebezpiecznie blisko pioruna pomógł mu wrócić do „tu i teraz” w ekspresowym tempie. Szczególnie, że z przedpokoju dobiegł nagle zgrzyt klucza przekręcanego w zamku. Rafał zbliżył się na palcach do drzwi i uchylił je. Do przedpokoju wkroczyła ociekająca wodą postać. Czarna sylwetka zlewała się z ciemnością korytarza, a twarz zakrywały zlepione od wilgoci włosy, ale brzęczenie łańcucha przypiętego do szlufek spodni zdradzały osobę Starszego Brata. Rafał nigdy wcześniej nie cieszył się tak bardzo na widok pierworodnego syna rodziców. Przedwczesna radość. Ciałem Brata wstrząsały nieludzkie drgawki. Był upiornie blady, a spojrzenie wyzierających spośród mokrych włosów oczu było dzikie i nienawistne; zdawał się nie poznawać Rafała, który nagle odkrył, że może wcale nie ma się z czego cieszyć, jeśli jego przypuszczenia się sprawdzą. Jeśli ma do czynienia z opętaniem. Brat tymczasem wyciągnął przed siebie rękę, upodabniając palce do szponów chwytających niewidzialną ofiarę... I upadł. Wymamrotał słowa w języku, którego Rafał nie rozumiał. A później... Cuchnąca struga wytrysnęła z jego ust i z nieprzyjemnym plaśnięciem rozchlapała się po podłodze. Widziałem to na filmie, stwierdził ku swemu przerażeniu młody adept i cofnął się kilka kroków w głąb pokoju. Lecz później zreflektował się: to nie to, nie obróciła mu się głowa. W przypływie świadomości Starszy Brat spojrzał nieco przytomniej na Rafała. A raczej na coś za jego plecami. Później zaś, spanikowany, uciekł na czworakach z powrotem na klatkę schodową. Młody adept obejrzał się. To nie Predatory. Gorzej. Teraz już wiedział, że gromadzące się cienie nie są wytworem bujnej wyobraźni. Chcąc jak najszybciej pójść w ślady Brata, odwrócił się w stronę drzwi. Nic z tego – kiedy nie patrzył, stwory zdążyły stanąć między nim a jedyną drogą ucieczki. Zbliżały się, przypierając cofającego się Rafała do ściany. - {i}If I die before I wake, pray the Lord my soul to take...{/i} - wychrypiał.

AKT IV

Rafał aż podskoczył, kiedy okno, obok którego stał, z brzękiem eksplodowało, sypiąc wokół odłamkami szkła. Wystraszone i zdezorientowane cienie zakamuflowały się z powrotem. Ułamek sekundy później strach przerodził się w radość, gdy za resztkami szyby ukazała się znajoma, poznaczona zmarszczkami twarz. - Gandalf! - zawołał radośnie Rafał. - A, nie, to pan... - Czarodziej nigdy się nie spóźnia, młodzieńcze! - powiedział antykwariusz, wybijając laską ostatnie kawałki szkła, wciąż uparcie sterczące we framudze. - Nigdy również nie przychodzi za wcześnie...! - stęknął, gramoląc się do środka. - Tak, psze pana, tak – mruknął odruchowo Rafał. - Czarodziej zawsze przybywa w samą porę! - obwieścił tryumfalnie staruszek, z donośnym chrupnięciem prostując plecy. Wyglądał teraz całkiem inaczej niż podczas ich pierwszego spotkania. Wtedy, otoczony kurzem i starożytnymi manuskryptami, sprawiał wrażenie zabytku muzealnego, teraz zaś, w śnieżnobiałej szacie, z „Necronomiconem” pod pachą i długą, drewnianą laską w dłoni... no, cóż. Wyglądał jak zabytek, który zjawił się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. - A więc to tak... - powiedział Rafał z zachwytem w głosie. - Jest pan kimś więcej niż - sprzedawcą staroci! - Istotnie. - Jakiego zaklęcia pan użył, żeby dostać się tu, na trzecie piętro? - Posłuchaj, młodzieńcze, chyba mamy ważniejsze sprawy na głowie? - powiedział surowo antykwariusz, ruchem dłoni wskazując na rozdarcie rzeczywistości, a drugą ręką dyskretnie wyrzucając za okno oderwany kawałek rynny. Tymczasem cienie, wybadawszy sytuację, zaczęły formować zacieśniające się półkole. - Zaraz nas dopadną! - pisnął Rafał. - Może i nie! - odparł czarodziej vel antykwariusz. - Przede mną Rafael, za mną Gabriel, po mej prawej Michael, po mej lewej Uriel! Wokół mnie płonie pentagram, a nade mną lśni sześcioramienna gwiazda! - zaintonował, a efekty zamurowały Rafała. Oto wkoło nich otwarły się cztery portale w kształcie pentagramów, a z każdego wyszedł anioł. Portale połączyły się w krąg, który zapłonął, tworząc ścianę ognia, odgradzającą maga i chłopaka od cieni, a świetlisty heksagram na suficie otoczył ich kulą ochronnej energii. - Wow! - stęknął Rafał.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych