SEN
Jeszcze jeden sen. Dość samodzielny fragmencik mojej pewnej powieści.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ten sen, który wam dzisiaj opowiem zaczynał się zupełnie zwyczajnie. Byłam na wakacjach, w jakiejś miejscowości turystycznej, coś mi podpowiada, że to było w górach, ale tak naprawdę nie pamiętam gdzie. Byłam z całą swoją rodziną. A mimo to zupełnie sama chodziłam po bazarku, tak zresztą jak lubię, pogadywałam z ludźmi, trochę się przekomarzałam, brałam w ręce różne zabawne przedmioty. Co jakiś czas gdzieś tam w tłumie migała mi postać innego członka rodziny, oni też po swojemu buszowali pośród straganów. Pamiętam, że przymierzałam, i chyba nawet kupiłam sobie taką śmieszną czerwoną czapkę, wyglądała trochę jak czapka Świętego Mikołaja, tyle że zupełnie cała była czerwona, bez śladu bieli, nawet pompon miała czerwony. I była z takiego niesamowicie delikatnego, miękkiego materiału, nie mam pojęcia co to było, pamiętam tylko jak reagowała na nią moja skóra, dotąd jeszcze to czuję, kiedy się mocno skoncentruję.
No i chyba ją kupiłam, czy może lekkomyślnie poszłam dalej, w nadziei że znajdę coś dużo lepszego, a fascynacja czerwoną czapką okaże się tylko chwilowym kaprysem. A potem był już wieczór i jedyny przystanek i czekanie na ostatni autobus. Wszyscy moi już dawno odjechali. Tylko ja jak zwykle nie mogłam odpuścić i włóczyłam się po tym bazarku aż do samego końca, do zwinięcia ostatnich straganów. I pamiętam jeszcze, że tak jakoś trochę dziwnie odbierałam rzeczywistość, jakby to był taki jakiś wielki spektakl i jakby ludzie, z którymi leniwie gawędziłam na bazarku i którzy czekali ze mną na przystanku, nie rozmawiali ze mną w sposób naturalny, tylko grali, coraz mniej się z tym kryjąc, a czasem nawet otwarcie ze mnie szydząc, złośliwie uśmiechając się pod wąsem. Ta dziwność równie dobrze mogła zresztą pojawić się razem ze zmrokiem. W każdym razie na autobus czekałam nie na samym przystanku, tylko w pewnym oddaleniu. Niewielkim, 20, 30 metrów, żeby zdążyć, kiedy podjedzie. Bo zawsze strasznie mnie irytowała ta atmosfera przystanka, ci ludzie, którzy albo nigdy nie mają czasu i dlatego wiecznie się spieszą albo, przeciwnie, nieruchomo siedzą z błyszczącymi, trupimi w elektrycznym świetle twarzami i jak zombie pustymi oczami gapią się w nicość, bez reszty pogrążeni w inercji czekania, ani w jednym ani w drugim nie chciałam uczestniczyć.
I w końcu, a była już prawie noc, jakiś autobus przyjechał i ludzie z przystanka do niego wsiedli. I ja też chciałam, ale ten autobus był strasznie wysoki, to był taki luksusowy i strasznie wysoki autobus i nagle się okazało, że mam chorą nogę i że na pewno do niego nie wsiądę, bo stopnie zaczynają się za wysoko. Na początku jakoś tak strasznie się zawstydziłam i zmalałam jeszcze bardziej, a ten autobus jeszcze urósł, wydawało mi się nawet, że uchwyciłam kilka pogardliwych spojrzeń, ale tak naprawdę chyba to sobie wyobraziłam, zombie byli zajęci sobą, nikt na mnie nie patrzył. Pomyślałam, że na pewno będzie jeszcze jakiś autobus, niskopodłogowy, a przynajmniej nie taki luksusowy, normalny, ale była już noc i utykając wokół tego cholernego przystanka, na którym zostałam już zupełnie sama, na tej chromej nodze zrozumiałam, że żadnego autobusu już nie będzie i że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wracać pieszo. Ale jeszcze przez chwilę tam stałam, może się łudziłam, a może próbowałam znaleźć inne rozwiązanie, bo na tej chromej nodze naprawdę nie chciało mi się iść. Zastanawiając się tak rozglądałam się wokół, naiwnie szukając inspiracji w ciemnych zaułkach miasteczka i właśnie dzięki temu zauważyłam, że wraz z nadejściem nocy, odjazdem ostatniego autobusu i nieobecnością ludzi wyzwolone zostały jakieś dziwne, uśpione dotąd siły. Z różnych okolicznych domów, zakątków, ulic i nie wiem dokładnie skąd jeszcze zaczęły wypełzać różne dziwne kreatury. Ludzie nocy, z czarnymi włosami i wąsami, w czarnych ubraniach. Z jakiegoś powodu tylko mężczyźni. Uśmiechali się do mnie znacząco. Doskonale wiedzieli, że znalazłam się tu przypadkiem, że nie jestem jedną z nich. Rozsiadali się pod drzewami lub stawali w małych grupkach i łypali na mnie lśniącymi bielą zębami i białkami oczu, ciągle się uśmiechając w ten specjalny sposób. Było ich już strasznie dużo, a mimo to ciągle pojawiali się nowi , wykluwali się z nocy jak z jakiegoś wielkiego jaja.
Krąg wokół mnie coraz bardziej się zacieśniał, mężczyźni coraz jawniej okazywali mi swoje zainteresowanie i czułam, że
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil lunatyk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…