Wróć do katalogu

Sen

Pierwotnie opowiadanie. Obecnie początek dłuższej historii. Wszelkie uwagi mile widziane.

dargoth, opublikowano , 21 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

SEN

George szedł przez ogród, kierując się w stronę słabego blasku, który wydobywał się z okna jego sypialni. Światło księżyca w pełni do spółki z wiatrem tworzyło wiele ruchomych cieni między gęsto nasadzonymi krzewami i karłowatymi drzewkami, niepokojąco pobudzając wyobraźnię. Głośny koncert cykad, natarczywie wciskający się do uszu, dodatkowo zagęszczał atmosferę. George dotarł do uchylonego okna i zajrzał do środka. Na dużym łóżku dziko kopulowała para przy słabym świetle, wpadającym przez drzwi sypialni z salonu. Najpierw rozpoznał, po burzy rudych włosów, swoją nową śliczną sąsiadkę, a chwilę później dotarło do niego, że mężczyzna zwijający się pod nią w rozkosznych konwulsjach to on sam. Oniemiały obserwował całą scenę, schowany w ciemnościach za oknem. Po chwili, wyczerpani kochankowie już spali przytuleni czule do siebie. Ten drugi George leżał na plecach z twarzą zwróconą w kierunku okna. Rude loki dziewczyny przykrywały jego pierś unoszoną spokojnym, miarowym oddechem. Nagle ogarnął go jakiś nieokreślony niepokój, który odmalował się również na twarzy śpiącego George'a. Cykady gwałtownie skończyły swój irytujący koncert, ale cisza nie przynosiła ulgi. Napięcie dalej rosło, a gdy męczącą ciszę przerwało wreszcie uderzenie starego zegara zapowiadające nadejście północy, mocno rozpędzone serce mało nie wyskoczyło mu z klatki piersiowej. Stary zegar wybijał swoje ding dong, a atmosfera gęstniała jak podgrzewany budyń. Nagle jakiś kudłaty cień pojawił się tuż przed nim i zasłonił mu śpiąca parę. Ding, dong, ding, drrrrrnnn, drrrrrnnn! Obudził się zlany potem, z sercem walącym jak kowalski młot i podniósł słuchawkę telefonu. - Halo! Dzwoniła matka, by przypomnieć mu o urodzinach ojca. Nie mógł się jednak skupić na rozmowie i szybko ją zakończył. Dopiero teraz serce zaczęło zwalniać, ale spojrzenie w uchylone okno wywołało jeszcze mrowienie karku i gęsią skórkę na ramionach. Już trzecią noc pod rząd śniło mu się to samo i w tym samym momencie coś przerywało jego sen, nie pozwalając poznać zakończenia. Za pierwszym razem budzik, później listonosz, a teraz telefon. Postanowił, że zanim dziś położy się do łóżka, powyłącza wszystkie urządzenia, wydobywające z siebie dźwięki, które mogły by go przedwcześnie wyrwać z objęć Orfeusza. Bardzo był ciekaw zakończenia, choć z drugiej strony obawiał się je poznać. Nigdy wcześniej żaden jego sen się nie powtarzał i nie był tak realistyczny. Panująca w mieszkaniu cisza sprawiała mu dyskomfort. Wstał z łóżka, by poszukać pilota do wieży. Wreszcie znalazł i z audiofilskich głośników popłynęły dźwięki. Zaśmiał się sam do siebie, bo mroczne rytmy My Dying Bride, przy których lubił pracować i które teraz sączyły się do jego uszu, działały na jego skołatane nerwy jak sól na otwartą ranę. Zaschnięte gardło upomniało się o coś do picia. W lodówce było piwo - nieodpowiednie na początek dnia, karton sfermentowanego pomarańczowego soku - tfu! Dobrze, że lodówka stała blisko zlewu ... i butelka mleka. Przytykając chłodne szkło do ust poczuł, że coś zimnego i wilgotnego otarło mu się o łydkę. W jednej chwili serce podeszło mu do gardła, a butelka mleka rozbiła się ze strasznym hałasem na kuchennej posadzce. Spod nóg z głośnym miauknięciem wyskoczył duży, kudłaty kocur cały obryzgany mlekiem. - Kurwa! Leon, ty draniu! O mało zawału przez ciebie nie dostałem! No popatrz na ten burdel! - wrzasnął na kota, który już zdążył usadowić się na fotelu i zlizywał mleko z długiej sierści. Pierwszy krok George'a w kierunku schowka z odkurzaczem zakończył się syknięciem i kolejnym, głośnym przekleństwem. W stopie tkwił kawałek szkła i białą kałużę mleka już po chwili zabarwiła na różowo krew. Zaklął jeszcze raz i ostrożnie pokuśtykał do łazienki, zostawiając na beżowych płytkach czerwone ślady. Usiadł na wannie i wyciągnął z rany przezroczyste ostrze. Choć obficie krwawiła, na szczęście nie była głęboka. W szafce znalazł wodę utlenioną i plaster z opatrunkiem.

*

Ze schowka wyciągnął nowoczesny odkurzacz, który radził sobie z rozlanymi płynami równie dobrze jak z kurzem. Kiedy go przyciągnął do kuchni, czarne kocisko zlizywało zabarwione krwią mleko z podłogi. Dźwięk włączonego odkurzacza przerwał kotu śniadanie. Leon zamiauczał gniewnie, dał susa na parapet i wyskoczył przez uchylone okno do ogrodu. George posprzątał, zaparzył sobie kawy i poszedł wziąć szybki prysznic. Gdy się ubierał, popijając aromatyczną czarną, stary zegar zaczął wybijać godzinę dziewiątą. Znów przypomniał mu się sen i to, że musiał być dziś o dziesiątej w redakcji. Pomyślał o naczelnym, jego umiłowaniu punktualności i przyśpieszył. Kiedy zakładał buta podskakując na jednej nodze zauważył, że kot siedzi na fotelu i go obserwuje. - Poczekaj no skubańcu. Jak mi będziesz wycinał takie numery jak dziś, to cię wykastrujemy i skończą się twoje nocne eskapady i powroty nad ranem. Może już najwyższy czas, by Leon się trochę ustatkował, co? - Choć nie spodziewał się odpowiedzi, jeszcze przez chwilę patrzył wyzywająco na kota. Ten najwyraźniej nie przejął się groźbami i dalej z zainteresowaniem świdrował George'a żółtymi ślepiami. Mężczyzna machnął z rezygnacją ręką i sięgnął po komórkę, by zadzwonić po taksówkę. Po kilku minutach wyszedł z mieszkania. W parku naprzeciwko dostrzegł jakieś zamieszanie. Wozy policyjne, karetka i trochę gapiów. Nie miał czasu, żeby się bardziej zainteresować, jakie nieszczęście nawiedziło tę spokojną okolicę, bo przy krawężniku już stała taksówka.

*

Inspektor Kurt Harris przecisnął się przez tłumek gapiów i ręką, w której trzymał kubek z kawą, uniósł do góry rozciągnięte między drzewami policyjne taśmy. Wkroczył na miejsce zbrodni, jak bokser wchodzący na ring. Ekipa Fusslera już zabezpieczała ślady. Skierował kroki do rozpiętego parawanu, witając się po drodze z chłopakami. - Co dziś mamy na tapecie, Johnes? - zapytał policjanta, który odszedł od brezentowej zasłony, by się przywitać z inspektorem. Przegryzł rogala i wyminął bladego jak prześcieradło Johnesa. Mięczak - pomyślał. Sam lubił robić wrażenie na młodszych kolegach spożywając śniadanie w towarzystwie świeżych zwłok. Lata pracy w wydziale zabójstw utwardziły jego żołądek i niewiele rzeczy robiło na nim wrażenie. Harris wszedł za parawan nie czekając na odpowiedź. - Ja pierdolę! Kurwa mać! Johnes, mogłeś mnie uprzedzić! - Żołądek podszedł mu do gardła, ale w ostatniej chwili powstrzymał pawia. Rogalik i kawa trafiły w ręce skonsternowanego Johnesa. Fussler z dwoma innymi technikami dokonywali oględzin zwłok i ich najbliższego otoczenia, rozkładając tabliczki z numerami w miejscach, gdzie dostrzegli cokolwiek mogącego pomóc w rozwiązaniu zagadki śmierci. - Czy już coś wiemy? Kto jest ofiarą? Są jacyś świadkowie? - rzucił Harris, oswajając się powoli z makabrycznym widokiem. - Ofiarą jest młody mężczyzna rasy białej. Nazwiska na razie nie znamy - odpowiedział Johnes, ustawiając się obok Harrisa tak, by nie patrzeć na zwłoki. - Tyle to i ja widzę. Jakby nie miał opuszczonych spodni i tego byśmy nie wiedzieli, co? - Znaleźliśmy nieopodal małolatę, najprawdopodobniej świadka naocznego, ale nie ma z nią żadnego kontaktu. Wezwaliśmy psychologa. Powinien być lada moment. Chłopaki chodzą po parku, wypytują ludzi i szukają świadków. - Kto go znalazł? - Jakiś dziadek. Wyszedł z psem na spacer. Psycholog przyda się i jemu. - Później z nim pogadam - powiedział Harris i przykucnął obok Fusslera. - Co tu mamy, stary? - Niewiele ci mogę w tej chwili powiedzieć. Nie widziałem czegoś takiego wcześniej. Brakuje większości z górnej połowy faceta. Znaleźliśmy trochę porozrzucanych strzępów, ale nie tyle, żeby choć w części uzupełnić braki. Ilość krwi dookoła świadczy, że zginął w tym miejscu. - Sugerujesz, że ktoś zabrał na pamiątkę kawałek swojej ofiary? - Niczego nie sugeruję, Kurt. Po prostu nie znaleźliśmy sporej części denata. - Czym mu to mogli zrobić, młotem, maczetą? - Harris nieświadomie krzywił twarz patrząc na trupa. - Raczej nie. Musimy poczekać na opinie koronera i laboratorium, ale mi to wygląda na zęby. - Jeszcze tego brakuje, żebym się uganiał za stadem zdziczałych psów. No dobra idę pogadać z panienką i dziadkiem. Fussler nic nie odpowiedział, choć teoria ze stadem psów wcale mu nie pasowała. Będzie jeszcze czas o tym pogadać - pomyślał, ale nie spieszyło mu się do tej rozmowy.

*

Wracając z redakcji, George wstąpił do sklepu z towarami rzadkimi i luksusowymi pana Webera. Miał do odebrania prezent urodzinowy. W dzieciństwie często przychodził tu z ojcem. Stary sklepikarz miał ciekawe życie i swoich klientów raczył różnymi, mniej lub bardziej wiarygodnymi opowieściami. George, jako dziecko najbardziej lubił te z wojny, którą pan Weber spędził jako pilot myśliwca. Teraz staruszek był grubo po osiemdziesiątce, ale nadal sam prowadził swój mały, pełen skarbów kramik. Kiedy George wszedł do sklepu przy akompaniamencie mosiężnego dzwonka zawieszonego nad drzwiami, stary gaduła miał już jakiegoś słuchacza. - A czy widział pan kiedyś jakieś dzikie psy w tej okolicy? Mówię panu, to znów szatan zesłał bestię na ziemię, tak jak 50 lat temu. Klientowi najwyraźniej nie spodobało się dokąd zaczęła zmierzać rozmowa i zauważył, że już taka późna pora i musi znikać. Kiedy mijał się z Georg'em, pobłażliwy uśmieszek na twarzy i znaczące spojrzenie, wyrażało jasno jego stosunek do rewelacji staruszka. - Dzień dobry, panie Weber. Jak zdrowie? - przywitał się George. - Witaj, drogi chłopcze. Nie narzekam. Mam dla ciebie piękne cacuszko. Wczoraj przyszło - odpowiedział staruszek, wyciągając spod kontuaru czarne, matowe pudełko. Otworzył wieko i ich oczom ukazał się błyszczący, inkrustowany srebrem kawałek drewna z czarnym, akrylowym ustnikiem. - Najwyższej jakości włoski wrzosiec. Piękna ręczna robota. - Pan Weber z pietyzmem obracał powoli w dłoniach otwarte pudełko, prezentując jego zawartość. - Ojciec będzie zachwycony. - Co tam u ojca, George? Odkąd się wyprowadził na przedmieścia, rzadko do mnie zagląda. - Wszystko dobrze. Konserwuje się tytoniowym dymem i szkocką i twierdzi, że jest niezniszczalny. - Hehehe - zaśmiał się pan Weber. - Stary dobry John. - Ile za fajkę? - rzucił szybko, słysząc jak staruszek odchrząkuje, co zwykle było wstępem do jednej z jego opowieści. Dziś nie miał na to czasu. Był wieczorem umówiony z Paulem w pubie. Dziś…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych