Sen o lustrach
pisałem kiedyś różne rzeczy o stwórcach, światach i ich dziwnych relacjach z tymi światami. takie apokalipsy, boskie zemsty i inne podobne. tyle z tego zostało.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Świat się skończył. I na nowo zaczął. Trysnął w martwą przestrzeń nasieniem dziewiczego blasku, siejąc cząstkami jak jakąś najbardziej pierwotną formą deszczu. Zaczął płonąć. Jeden z kolejnych. Kolejny, efekt tego samego schematu, a jednak unikat, coś zupełnie niepowtarzalnego. To było coś najpiękniejszego w całym wszechświecie. Narodziny kolebki życia.
Otoczenie utonęło w morderczym, bezlitosnym krzyku. Ekspiacji niewyobrażalnej, nieludzkiej tortury. Krzyk był jakby jednym z niewielu ostatnio zewów powoli umierającego człowieczeństwa. Być może ostatnim.
- Dobrze ci tam, co? – wychrypiał głos jak werbalizacja samej idei najbardziej skrzypiących zawiasów w kosmosie – że się tak drzesz, pewnieś se nieźle dogodził, Masturbatorze! – drwiący śmiech. - Słyszę, że nie tylko ja. Co to znaczy ‘ja’? Kim jest ‘ja’? Wewnątrz rozbitej myślami głowy zawisła osierocona, bezpańska ciekawość. - Jontek, wisz ty, co? – znów skrzypiące w głosie zawiasy. - Co, Hajnuk? - Ta dziwka tam, w lochu, ma rację. - Że co niby? - Że gadam, jakbym se dogodził. Ale mie to dziwi, bom se dziś jeszcze nie dogodził i trza z tym bedzie co zrobić. Skrzypnęły chropawo zawiasy, ale teraz już te prawdziwe. - I chyba wiem już, kto mie w tym pomoże – warknął Hajnuk, trzęsąc radośnie zwałami niemytego, śmierdzącego tłuszczu, jakie w przeważającej części składały się na jego ciało.
Gwałt nie był już czymś tak strasznym, jak za pierwszym razem. Przypomniał tylko, że ci, którzy z dumą zwali się stwórcami wszystkiego, mimo wszystko mieli daleko do boskości. Tak samo jak karze daleko było do piekielnej. A Jontek, Hajnuk i Strzyga byli tylko złośliwymi gnomami, mutantami tak samo, jeżeli nie bardziej udręczonymi w tym permanentnym zamknięciu. I chyba o to właśnie chodziło.
Na początku go torturowali. Żeby zmiękczyć. Aż do konsystencji gówna albo fiuta po wytrysku. Żeby mogli robić z nim co chcieli. Jak to się strzyga wyraził, ‘co by nie gryzł przy obciąganiu’.
Był ogień, lód. Żelazo i sól. Czerwone igły i brązowe drewniane deski śliskie i gładkie od pozasychanej krwi i częstego używania. Były robaki. Były mrówki, ogromne wije, pająki. Dotyk tysięcy poruszających się niezależnie odnóży, sprowadzający szaleństwo i ataki paniki, od jakich już nigdy miał się nie uwolnić. Były trucizny i psychotropy. I kuracje, pozwalające wyciągnąć go ze spiralizujących tuneli szaleństwa i zacząć wszystko od początku. Bezmyślne i bezsensowne okrucieństwo, do którego każdy się w końcu przyzwyczajał. Do każdej okropności, fizycznej, czy psychicznej. Każda z nich była w końcu traktowana jak przyjaciel.
A potem zostawili go samemu sobie. Każdego dnia umierającego i gnijącego w małej, niskiej i śmierdzącej szczynami i gównem celi. Umierającego z głodu, pragnienia i nudów, z rzadka uciekającego w sen.
Strażnicy przychodzili i odchodzili. Robili, co chcieli, jak chcieli, czasem w ogóle nic nie robili.
W zasadzie te nieliczne przypadki, kiedy zmuszali go, by robił im dobrze, traktował jako chwile rozrywki... Nie był służalczym psem. Nie stał się jak inni, którzy skamlali całymi dniami o pozwolenie possania Hajnukowego prącia. Po prostu doceniał jakąkolwiek odmianę w tym zatrzymaniu czasu, do jakiego trafił.
Była pewna ironia w jego losie. Uważał, że to totalne dno w jakim się znalazł, było w zupełności warte widoku, za który się tu dostał. Gdyby wiedział, że tak się stanie nawet przed tym, jak spojrzał Stwórcom na ręce podczas Stworzenia, i tak by to zrobił.
Pewnego razu zbudził się, ale nie do końca. Chyba trwało coś jak noc, kiedy bladoczerwona poświata bledła i nie słyszało się tylu jęków i skarg. Tylko odległe echa naprawdę piekielnych wrzasków wydawanych przez gości zupełnie nowych w tym miejscu, którzy zaraz na wejście trafiali na stół mistrza Strzygi, pod jedną z jego licznych, wyspecjalizowanych dłoni, znających każdy nerw i każde najsubtelniejsze miejsce ciała, każdemu z nich potrafiących zadać niewyobrażalne wręcz katusze. Każdy z tutejszych mieszkańców miał je już za sobą, wpisane na trwałe w ich pamięć.
- Strzyga się obraził – mruknęły zawiasy zardzewiałe w parszywym gardle Hajnuka. Oprócz nich połknął też pewnie jeszcze kontrabas, bo głos miał równie niski jak chropowaty. - Też bym się obraził na jego miejscu – zaseplenił karzeł.
Byli za drzwiami. Mówili półgłosami, co bardzo rzadko im się zdarzało. Ponieważ więzień nie posądzał ich o troskliwość o spokój śpiących wszem i wobec towarzyszy w niedoli, domyślał się, że ściszyli głosy przez troskę o własną, parszywą i rakowatą skórę.
Drzwi naprzeciwko skrzypnęły. Słyszał odgłosy ciągnięcia, potem głuchego uderzenia. - No, teraz jeszcze będziemy musieli znieść zaszczyt oglądania Pana – warknął cichcem Hajnuk do Jontka, co brzmieniem przypominało podziemny pomruk budzącego się wulkanu.
Więzień wstał ostrożnie, żeby nie wydać żadnego odgłosu. Na palcach podszedł do kraty w drzwiach, czując, jak zbyt długie paznokcie drapią szorstką i brudną podłogę. Wyjrzał. Jontek i Hajnuk stali wewnątrz celi, nad jakimś nagim i bladym ciałem człowieka, niezbyt starego, ale wygłodzonego i zamęczonego. Nie torturami. Najpewniej po prostu życiem.
- Ej, zabiedzony taki, pewnie już nie musieli go dawać Strzydze pod nóż – mruknął Jontek, gładząc wychudzony bok leżącego. Powolnym i obleśnym ruchem. Pieszczotliwym. - Precz.
Wybiegli z celi tak szybko, że Jontek prawie buty zgubił, szorując nimi po podłodze w próbie wydobycia z zastałych kończyn biegu. Patrzącemu na wszystko więźniowi oczy rozszerzyły się na dźwięk tego głosu i widoku postaci, która go z siebie wydobyła.
Głos był cichy, był jak szept. Albo huraganowy odpowiednik szeptu. Był jak tysiące szpilek w jego uszach. Jak głos bez głosu, jak emocja, która pojawiła się w jego sercu. Był jak czysty strach.
Zakapturzony rozejrzał się dookoła. Więzień schował się za drzwiami, powstrzymując płuca, domagające się znacznie większych dawek powietrza, niż te, które im oferował. Nie widział zagadkowego, nieobecnego uśmiechu na twarzy postaci, skrytej przez mniszy kaptur, zakrywający jej głowę.
Weszła do wnętrza celi. Za jej plecami dwoje oczu z przerażeniem obserwowało przybysza.
Kiedy zakapturzony wychodził z celi, zostawiwszy w niej nieprzytomną postać, lewitującą w otoczeniu bezkresnej przestrzeni, popatrzył w zadumie na drzwi przed nim. Postał przed nimi przez chwilę, po czym zwyczajnie przeszedł przez nie, jakby drewno i metal było tylko złudzeniem.
- Znowu ty…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pieczyl
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…