Sen o Ważnym Dniu
Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dzień wielkiego jubileuszu naszej szkoły zaczął się bardzo pechowo. Jadąc na lekcje, o mało nie miałem stłuczki. Mógł być wypadek, mówię wam, coś naprawdę paskudnego mogło się wydarzyć. A kiedy już dojechałem, na drodze z parkingu dogoniła mnie Magda z trzeciej C. - Cześć! - zawołała radośnie i nie zważając na brak odpowiedzi, zaczęła iść za mną głośno gadając. Jak zwykle ubrana była jak kobieta niezbyt ciężkich obyczajów, która wydobyła gdzieś ze śmieci męskie ciuchy ze skóry. Pulchna, mocny makijaż na bladej skórze, i te dziwne symbole na naszywkach, naszyjnik z nie wiadomo jakim znakiem, jak wogóle wpuszczają ją do szkoły? - O Matko, ale jestem zmęczona! Wczoraj tyle się uczyłam na tą głupią biologię - nawijała jak najęta - A ty się uczyłeś? Ach nie, ty przecież wszystko wiesz. Ale wiesz, opoiwiem ci coś ciekawego... Mówią, że najgorszy pasztet w szkole zawsze zakochuje się w tobie. Nie wiedziałem jakie, pożal się Boże, uczucia żywi do mnie ta niewiasta, ale i tak wolałem nie wdawać się w rozmowę. Znowu będzie mi opowiadać, że szkoła stoi na jakimś czakramie mocy, że przed wiekami odprawiano tu pogańskie obrzędy, i tym podobne brednie. Co mnie to, do cholery, obchodzi? Jestem katolikiem. I w ogóle jestem normalny. Szedłem więc szybko, odpowiadając zdawkowo, ścigany przez niezależną kobiecość w męskiej kurtce. Uchyliliśmy ciężkie, stare drzwi szkoły i przeszliśmy przez hol, wielki i przytłaczający swoją szacowną godnością. Marmurowe ściany i filary, wysokie na całą ścianę płaskorzeźby z postaciami świętych i żołnierzy oraz popiersia patronów i wybitnych uczniów budziły mimowolny szacunek nawet w najbardziej nieznośnych uczniach, a dziś z okazji jubileuszu dodatkowo porozwieszano flagi i okolicznościowe napisy pod sufitem. Magda jednakże wyraźnie nie odczuwała na tyle dużo szacunku, aby się wreszcie przymknąć, tylko nadawała dalej o erze Wodnika, aż dotarliśmy do schodów na pierwsze piętro. Tam, przy płaskorzeźbach ze skrzydlatymi husarzami stał pan Płaziński, zwany Płaszczakiem, szkolny psycholog i pedagog. - No, no, dzień dobry - odpowiedział na moje powitanie - A cóż tu widzimy? Dlaczego w tak ważny dzień przychodzisz tak ubrana, dziecko? Magda normalnie odpowiedziałaby pewnie ‘Nie jestem pana dzieckiem’ albo coś równie mało przystającego uczennicy tej szacownej instytucji, ale teraz spuściła tylko oczy i wybąkała coś niewyraźnie. Nareszcie chwila ciszy. - Spójrz, jak wygląda twój kolega, wymyty, śliczny, cacuś! - strofował dalej nauczyciel - Twoi rodzice chyba lubią być wzywani do dyrekcji, prawda? No, zmykaj do swojej klasy. No już, a kysz. Magda odeszła, rzucając mu mordercze spojrzenia, i w drugim kącie zaczęła witać się z koleżankami ze swojej klasy, w tak samo obleśnych ubraniach. Jedna z włosami farbowanymi prawie na biało, druga z groźną miną i rudymi lokami, wszystkie patrzyły na nas ukradkiem i groźnie. Profesor parsknął śmiechem i mrugnął do mnie. - Nie lubisz zbytnio dziewczyn, co? Nie cierpię, kiedy ze mną o tym rozmawia. Ktokolwiek. Ale ten typ wydawał się być wprost niezdrowo zaciekawiony tym, że nie mam dziewczyny. Owszem, chwilowo nie zajmuję się tymi sprawami. Miałem pewien niemiły przypadek. I co z tego? Nie jego interes. - Nie takich jak ona - odpowiedziałem wreszcie. - A kto by lubił? - roześmiał się i trącił mnie w ramię - No, dość o bzdurach. Nie zapomnij, że czekamy na ciebie dziś po akademii. - Szczerze mówiąc - bąknąłem nieśmiało - nie wiem, czy powinienem... - Nonsens! Przecież wiemy, że masz wielkie plany życiowe. Nasza szkoła to najlepszy start, jaki mógł ci się przytrafić. Będą tam wszyscy ważni goście, którzy przyjechali na jubileusz. Chcieli poznać naszego najlepszego ucznia, kogo mieliśmy wybrać jak nie ciebie? - pochylił się teatralnie do mojego ucha i szepnął - Chyba wiesz, że będzie wiceminister edukacji? No, nie marudź - znów trącił mnie palcem, tym razem w nos - I nie spóźnij się, to brzydko. Poszedł sobie wreszcie, a ja zastanawiałem się czy rzeczywiście w całej szkole nie ma lepszego ucznia, którego można by zaprezentować gościom. Powinienem czuć się wyróżniony, ale czy naprawdę miałem ochotę spędzić wieczór po akademii z gromadą podstarzałych ważniaków, i w dodatku z Płaszczakiem? Wzdychając ciężko, udałem się na lekcje.
Dzień dłużył się niesłychanie. Z okazji jubileuszowej gali lekcje kończyły się nieco wcześniej, a jutro zaczynał się przecież majowy długi weekend. Uczniowie nie mogli się już doczekać zasłużonej przerwy w harówce i ani myśleli uważać. Biologica wyrzuciła kogoś z lekcji za pogwizdywanie, a prawdziwy skandal miał miejsce w sali od polskiego. Zwandalizowano wiszące tam w długim rządku reprodukcje portretów wielkich ludzi: Słowackiemu ktoś dorysował rogi, a prezydentowi wąsa. Załęcka dostała szału, groziła że wezwie Straż, ale dyrektor pobłażliwie oświadczył, że ‘w taki dzień’ można przecież być wyrozumiałym. Szkołę ogarniał o radosne podniecenie. Na koniec dnia były dwie lekcje historii – w sam raz na uspokojenie, a nawet uśpienie. Otyły profesor historii zwany Misiem monotonnie opowiadał o sarmatach. Mój najlepszy kumpel Filip cały czas rysował w zeszycie wielką ośmiornicę, która miała wyobrażać może profesora, a może grubą koleżankę Magdy, która z kolei wciąż gapiła się to na profesora, to na mnie. Istny koszmar. Nadeszła wreszcie upragniona godzina, i cała gawiedź szkolna zebrała się na akademii z okazji jubileuszu założenia szkoły. Sala gimnastyczna, na codzień przeznaczona do wesołego wzmacniania zdrowego ducha w zdrowym ciele młodzieży, dziś pełna była flag, obrazów i sztywnej atmosfery. Ogromna liczba 125 pyszniła się pod sufitem, otoczona wieńcem portretów wybitnych uczniów. Odśpiewaliśmy hymn, chór szkolny wykonał przynajmniej pięć pieśni patriotycznych. Dyrektor przedstawił przybyłych na jubileusz gości – usadowionego na honorowym miejscu wiceministra edukacji, poupychanych wokół niego radnych, prezydenta miasta z towarzyszącą mu podstarzałą matroną z miejskiej komisji edukacji, lokalnych biznesmenów i paru innych ważniaków. Długo wspominał i wychwalał wielkich ludzi, jakich dała narodowi nasza szkoła - wybitnych historyków, inżynierów, oficerów, posłów i inną sól ziemi. Słuchałem tego i z trudem tłumiłem ziewanie, ponieważ dyrektor co jakiś czas zerkał na mnie i wskazywał któremuś z gości. Nie podobał mi się ich wzrok i miałem nadzieję, że jak najszybciej uda mi się wykręcić z przeklętego spotkania po akademii.
Spotkanie okazało się odbywać w piwnicy, dokładnie pod salą gimnastyczną. Była to dawna pracownia biologii, obecnie przerobiona na miejsce, gdzie różne szkolne kółka zainteresowań spotykały się czasami na dyskusje lub projekcje filmów. Były tu stare, solidne stoły z niemalowanego drewna, i górujące nad nimi podwyższenie przed tablicą. Teraz, stoły przestawiono pod ściany i zastawiono skromnym poczęstunkiem, jak na przyjęciach w filmach, a na ścianach powieszono ozdobne biało-czerwone kotary. Goście stali przy stołach, siedzieli na dwóch sofach przytaszczonych tu ze świetlicy, lub przechadzali się od niechcenia, trzymając w rękach kieliszki do wina z grubego szkła. Byli tu wszyscy główni nauczyciele, bez tych młodszych i praktykantów: Załęcka od polskiego, Płaszczak i historyk, do tego nauczyciele języków i chemii i inne stwory piekielne, jakby ich nazwał Filip. Był oczywiście ksiądz Szymek, i większość gości: radni, prezydent miasta i jego matrona, kilku najważniejszych spośród biznesmenów. Był wiceminister, z bólem na twarzy słuchający opowieści Załęckiej o mniej znanych poetach romantycznych. No i dyrektor, który w kręgu uprzejmie rechoczących gości opowiadał kawały o obcokrajowcach. Płaszczak od razu wciągnął mnie do tego kręgu za rekę. Czułem się nieswojo. Dyrektor kilkoma pochwalnymi zdaniami opisał mnie przed wiceministrem i resztą oficjeli. Opowiedział o olimpiadach - matematycznej i wiedzy o społeczeństwie, przesadził nieco opisując kilka faktów z mojej kariery w szkole i kółku fizycznym, a kilka po prostu zmyślił. Matrona z komisji patrzyła na mnie w taki sposób, że zapragnąłem czym prędzej stamtąd wyjść. - I w dodatku jest to, tak ważny dla młodzieży w naszych trudnych czasach, wzór moralny! Zachowuje czystość do ślubu! - zakończył. Goście klaskali, ksiądz Szymek zacytował jakiś psalm, a Płaszczak zaczał opowiadać, jak trudno dziś o dziewczynę powyżej 14 lat zachowującą dziewictwo. Biologica potakiwała mu, opowiadając szokujące anegdoty medyczne. Czułem się coraz bardziej nieswojo i szukałem już sposobu, żeby się wymknąć. Niestety, znów doczepił się do mnie Płaszczak. Teraz, po części oficjalnej, miał koszulę rozpiętą pod szyją i srebrny naszyjnik połyskujący na tle skrawka włochatej klatki. Wyglądał jak ex-gwiazdor z lat 70tych i cokolwiek działał mi na nerwy. W rękach trzymał dwa kieliszki. - Lemoniada dla naszego młodego gościa? - zachęcił, wciskając mi jeden w dłoń. Prawie zmusił mnie do wypicia, a następnie zaczął szeroko opowiadać o korzyściach, jakie będę miał z tak bliskiej znajomości z szacownymi gośćmi. Napój miał dziwny, mdły smak. Zamarzyłem nagle o tym, żeby wymówić się chorobą – zwłaszcza, że naprawdę zacząłem czuć coś jakby zawroty głowy – i wymknąć się do domu, by już bez dalszych przeszkód cieszyć się majowym weekendem. Niech szacowni goście się dziwią, trudno. Powiedziałem, że muszę do toalety. - Toaleta nie ucieknie - zaśmiał się, przytrzymując mnie za ramię - Nie chcesz chyba urazić gości? Wiesz, ten minister jest obrażalski jak panienka... - Przepraszam, muszę - odpowiedziałem zdecydowanie i odwróciłem się do drzwi. - O nie, kochany, nie tak szybko - powiedział Płaszczak i osadził mnie siłą na najbliższej sofie. Chciałem się wyrwać, ale nagle poczułem, że naprawdę mam zawroty głowy. Wszystko zaczęło robić się czarne. Patrząc z bliska na trzymającego mnie pedagoga zobaczyłem, że jego naszyjnik to nie medalik z Matką Boską, tylko medalion przedstawiający kształt jakiegoś, jakiegoś...
W tym momencie wszystko naprawdę staje się podobne do koszmarnego snu, gdzie trudno przypomnieć sobie po kolei, co się działo. Muszę zmienić sposób opowiadania, nic na to
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil PCScorpio
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…