Seryjny Samobójca
Gdy ktoś po raz kolejny umiera samobójczą śmiercią, prowadzący śledztwo nie ma łatwego zadania. Przede wszystkim musi się zastanowić nad stanem własnego umysłu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ciało zdążył już zasypać śnieg. Mężczyzna w ogóle nie zwróciłby uwagi na podłużny wzgórek leżący koło jednej z ławek, gdyby nie Macho. Kundelek tym razem nie zamierzał załatwić się pod swoim ulubionym drzewem. Gdy tylko jego pan odpiął smycz, piesek pobiegł ku wzgórkowi i zaczął rozgarniać śnieg drobnymi łapkami. Dopiero wtedy mężczyzna dostrzegł, że pod śniegiem leży człowiek. Sięgnął po telefon i drżącymi ze zdenerwowania palcami zaczął wystukiwać numer alarmowy.
Podkomisarz Wierzowiecki z niesmakiem spoglądał w lustro. Był zmęczony, skacowany i niewyspany. I niestety wyglądał dokładnie tak, jak się czuł. Pierwszy dzień świąt spędził z rodziną, co od zawsze stanowiło dla niego ciężką próbę. Nie znosił męża swojej jedynej siostry. Jedynym sposobem na spędzenie w jego towarzystwie kilku godzin bez wywołania rodzinnej awantury było solidne znieczulenie się za pomocą twardego alkoholu. Dzięki temu potrafił ignorować dobre rady szwagra o możliwościach inwestowania, próby naciągnięcia go na pożyczkę (oczywiście bezzwrotną, bo przecież są rodziną) i, przede wszystkim, opowiadane ku uciesze innych stołowników wątpliwej jakości dowcipy o policjantach. Na trzeźwo raczej by tego nie zniósł. Nazwałby szwagra debilem lub jeszcze gorzej i opuścił przyjęcie w atmosferze skandalu, co zdarzyło mu się już kilkakrotnie. Zgodził się na to wszystko tylko i wyłącznie z powodu matki. Chciał jej zrobić przyjemność i teraz za to płacił. Pocieszał się jedynie tym, że drugi dzień świąt na ogół bywał spokojny. Zmęczeni świętowaniem ludzie odpoczywali. Dopiero po południu zaczynał się ruch na mieście, ale do tego czasu on już na szczęście skończy służbę. Pomyślał, że jakoś to przetrzyma. Nie powinno być źle. Przez szum wody przebił się sygnał telefonu. Podkomisarz zaklął, bo z zaskoczenia drgnęła mu ręka trzymająca maszynkę i po policzku popłynęła krew zmieszana z pianką do golenia. Wytarł twarz, na krwawiącą obficie rankę przylepił skrawek papieru toaletowego i wyszedł z łazienki. Telefon uparcie dzwonił. O tej porze? Kto dzwoni w święto zaraz po szóstej rano? – Wierzowiecki, słucham! – warknął w słuchawkę, nie próbując nawet silić się na grzeczność. – Cześć, Janusz! Ze zdziwieniem skonstatował, że rozmówcą jest dyżurny, sierżant Kuder. – Czemu do mnie dzwonisz? Zaczynam służbę o wpół do ósmej. – Musisz ruszyć dupę już teraz, trup na ciebie czeka. I tęskni – dorzucił Kuder z uciechą. Bardzo lubił takie żarty. – Wal się. Dzwoń sobie do Handzlika, to jego zmiana. – Handzlik jest na interwencji i szybko tam nie skończy. Nie mam kogo wysłać. Sorry stary, ale twoja zmiana właśnie się zaczęła. – Niech to jasny szlag! Gdzie ten trup? – Podkomisarz już pogodził się z myślą, że na święty spokój przyjdzie mu jeszcze trochę poczekać. – Róg Głębokiej i Konfederatów Barskich. Mały placyk z ławeczkami, a koło jednej z nich leży twój klient. Ruchy, na randkę nie należy się spóźniać!
Zanim Wierzowiecki zdążył dojechać do wspomnianego rogu, miejsce zdarzenie było już doszczętnie zadeptane, najpierw przez psa i jego właściciela, a później przez obsługę ambulansu. – Musieliście łazić koło niego jak kotka koło gówna? – pieklił się podkomisarz. Na ratownikach nie zrobiło to specjalnego wrażenia. – A niby jak inaczej mieliśmy ustalić, czy facet jest martwy? Teleportować się i zawisnąć nad ciałem? Zresztą i tak nic by pan nie znalazł, bo wszystko, łącznie z ciałem, było dokładnie przysypane tym białym obrzydlistwem! – Ratownik z niesmakiem zatoczył ręką, wskazując na bezustannie prószący śnieg. – No dobra. Co z nim? – spytał Janusz pojednawczym tonem. Młody mężczyzna pochylił się ku niemu i, zniżywszy głos, odparł konfidencjonalnym tonem. – Nie żyje. Policjant nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Konflikt został zażegnany. – Czyżby pierwsza ofiara mrozu? – W pierwszej chwili też pomyślałem, że to klasyczny okaz zamarznięcia, ale coś nie dawało mi spokoju – powiedział ratownik już poważnym głosem. – Niech pan spojrzy na jego twarz. Wierzowiecki pochylił się nad ciałem, zgarnął świeżą warstwę śniegu i wzdrygnął się, widząc na obliczu zmarłego zastygły grymas obłędnego przerażenia. – Co to ma być? Umarł ze strachu, czy jak? – Też tak sądziłem. Gdy przyjechaliśmy, gość był niezaprzeczalnie martwy i w zasadzie w tym momencie nasza rola się skończyła. Pomyślałem, że pewnie umarł na zawał ze strachu, tylko czego mógłby się tak przerazić? Leżał tak jak teraz i nie od razu to dostrzegłem. Dopiero gdy odchodziłem, zauważyłem przebarwienie śniegu w okolicach pasa zmarłego. Zaciekawiło mnie to do tego stopnia, że zacząłem się zastanawiać. Policjant ponownie przyjrzał się zwłokom. Denat leżał na brzuchu, z lewą nogą przygiętą w kolanie i pachwinie, jakby starał się ją przyciągnąć do piersi. Zgięte w łokciach ręce niknęły pod ciałem. – Dziwna pozycja – mruknął. – Padł, trzymając się za brzuch? Przecież próba zamortyzowania upadku rekami to odruch bezwarunkowy! A gdyby był nieprzytomny, to zaryłby twarzą o ziemię, a nie odwracał głowę na bok. No i miałby jakieś obrażenia. Rozwalony nos, czoło... – No właśnie – potwierdził ratownik i rozgarnął biały puch tuż przy zwłokach. Ukazała się kolejna warstwa śniegu, lecz ten nie był już biały. – Niech mi pan pomoże go odwrócić – poprosił. Wspólnymi siłami przewrócili ciało na plecy. Dłonie zmarłego zaciśnięte były na rękojeści wbitego w brzuch narzędzia.
Mężczyzna nie otrzymał śmiertelnego ciosu koło ławeczki. Gdy odjechali ratownicy, a ciało zostało zabrane, podkomisarz jeszcze raz przyjrzał się otoczeniu. Przechodząc koło drzewa rosnącego dokładnie na rogu placyku, zauważył na pniu ślady krwi. Mniej więcej na wysokości brzucha ofiary. To go zainteresowało. Przyniósł z samochodu miotełkę służącą do odgarniania śniegu z szyb i zaczął delikatnie odmiatać biały puch, obliczywszy przedtem, którędy najprawdopodobniej szedł ranny, zanim upadł koło ławki na środku placu. Ostrożnie posuwał się na kolanach, nie zwracając uwagi na kpiące uwagi nielicznych gapiów. Po chwili miał całkiem przemoczone spodnie, lecz na to również nie zwrócił uwagi, jego oczom bowiem ukazał się nagle śnieg zabarwiony na różowo. Dość długo trwało, zanim dotarł do miejsca znalezienia zwłok, za to, gdy wstał i spojrzał za siebie, ujrzał wąską ścieżkę, gęsto usianą plamami czerwieni. Ominął ją łukiem, wrócił pod drzewo i ponowił odgarnianie śniegu, tym razem w przeciwnym kierunku. Bez efektu. Spróbował trochę w bok. To samo. Po godzinie śnieg wokół drzewa był dokładnie odmieciony, lecz ślady krwi nie pojawiły się nigdzie więcej. Jurczyk musiał zostać zaatakowany właśnie tu, na rogu. Udało mu się dojść na środek placyku, gdzie upadł i umarł. Tylko te dłonie zaciśnięte na nożu... I skąd krew na pniu drzewa?
Wierzowiecki ze zniechęceniem wpatrywał się w akta. Teczka była cieniutka, bo też danych było zastraszająco mało. Wstępna opinia patologa potwierdziła domysły ratownika. Jeden cios długim, wąskim nożem. Śmierć nastąpiła wkrótce potem, nie wcześniej niż o dziesiątej i nie później niż o dwunastej w nocy. Za względu na silny mróz lekarz wzbraniał się przed zawężeniem tego okresu. Narzędzie pozostawiono w ranie. Na nożu, prócz starych i prawie całkiem zatartych odcisków palców, znajdowały się tylko ślady palców denata. To nie było niczym nadzwyczajnym. Nóż z pewnością przeszedł przez kilka rąk, chociażby sprzedawcy, zanim znalazł się w brzuchu Pawła Jurczyka. Zabójca zapewne miał rękawiczki, a ofiara bezwiednie zacisnęła dłonie na nożu. Może nawet próbowała go wyciągnąć? Wierzowieckiego zastanawiało co innego. Denat miał poranione dłonie po zewnętrznej stronie i wszystko wskazywało na to, iż te obrażenia powstały przy upadku. Jak to możliwe, że padając, Jurczyk nie wypuścił noża i nie próbował zaasekurować się rękami? Czyżby nie żył w chwili upadku? Niemożliwe, bo palce rozwarłyby się automatycznie w chwili zgonu. Nie, musiał umrzeć, już leżąc i ciężar ciała przytrzymał dłonie w tej pozycji. Jurczyk był bogatym człowiekiem i istniało kilka osób, które niezbyt dobrze mu życzyły, jednak wśród nich podkomisarz nie widział potencjalnego sprawcy. Konkurenci w interesach z satysfakcją przyjęliby wiadomość o bankructwie lub przynajmniej dotkliwej stracie finansowej, ale po co mieliby zabijać? Nic by przez to nie zyskali. Majątek dziedziczyła żona, a że już wcześniej uczestniczyła w prowadzeniu firmy, było oczywiste, iż po śmierci męża będzie to robić dalej. Ktoś z personelu? Raczej nie. Restauracja świetnie prosperowała, oprócz niej Jurczyk był jeszcze właścicielem kilku sklepów. Pracownicy lubili go, choć twierdzili zgodnie, że bardzo zmienił się na niekorzyść od czasu, gdy rok temu się ożenił. Stał się pazerny i zaczął traktować personel dużo ostrzej niż poprzednio. Pewnie żona domagała się kasy, mówili z lekkim rozbawieniem. Nie znosili natomiast Jurczykowej. Pytani o szefową, określali ją krótko: „Suka”. Niektórzy nawet dosadniej. Czyli to ona powinna być celem, gdyby rzeczywiście któryś z pracowników chciał się zemścić. Jak świat światem pieniądze były jednym z głównych powodów, dla których ludzie decydowali się na popełnienie zbrodni. Młoda żona i stary, bogaty mąż. Niby schemat, ale kto wie? Nie spotkał się dotąd z Sabiną Jurczyk. O śmierci męża powiadomiła ją policjantka i z relacji koleżanki Janusz wiedział, że kobieta doznała szoku. Lecz czas biegł nieubłaganie i z każdą minutą malały szanse na znalezienie sprawcy. Wdowa będzie musiała wziąć się w garść i odpowiedzieć na kilka pytań. Da jej czas do jutra, ale na tym koniec. Dla spokoju sumienia postanowił jeszcze sprawdzić przeszłość denata pod względem kryminalnym. Paweł Jurczyk cieszył się nieposzlakowaną opinią, ale nigdy nic nie wiadomo. Czasem błędy młodości skutkują tragedią po latach. Zadzwonił do patologa. Chciał przypomnieć, że do tej pory nie dostał chociażby wstępnej opinii. Zaczął mówić, lecz lekarz przerwał mu bezceremonialnie. Teraz on mówił, a Wierzowiecki stał ogłupiały, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. – Jak to, samobójstwo? Porąbało was? Sam sobie wbił ten nóż w brzuch?! – Spokojnie, nie ma co się tak podniecać. Przyznaję, że to dziwny sposób, żeby się zabić, ale nie niemożliwy. Pomogły mi te ślady krwi na pniu. Najprawdopodobniej gość przyłożył sobie nóż do brzucha i walnął sobą w to drzewo. Ma pokaleczone palce od wewnętrznej strony, a rany odpowiadają ostrzu noża. Może pan spróbować, byle nie z nożem, wystarczy mi jeden trup. My to przećwiczyliśmy i wyszło nam, że można się tak zabić, jak się kto uprze. Opinię napiszę jeszcze dzisiaj. Podkomisarz odłożył telefon, usiadł za biurkiem i spojrzał na teczkę Jurczyka. Sprawa zamknięta. Wepnie się jeszcze opinię patologa i do archiwum... Przypomniał sobie o zleconym poszukiwaniu, spojrzał na ekran i zamarł. To chyba niemożliwe! Zanim stał się praworządnym obywatelem, Paweł Jurczyk był podejrzanym w sprawie prowadzonej przez cieszyńską policję. Chodziło o handel kradzionymi samochodami. Sprawa została zamknięta, a Jurczyk wykpił się wyrokiem w zawieszeniu. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że odciski linii papilarnych znajdujące się w bazie nie wykazywały żadnego podobieństwa do odcisków palców denata. Kim więc był człowiek, który w świąteczną noc przebił się nożem na bielskim placyku? Podobieństwo obu mężczyzn było tak duże, że w zasadzie nie można ich było odróżnić. Który z nich to Paweł Jurczyk i dlaczego wyglądają identycznie? Zaintrygowany Janusz zadzwonił do Cieszyna i już wkrótce wspólnie z cieszyńskim policjantem ustalili, że istniał tylko jeden Paweł Jurczyk. Złodziej samochodów i biznesmen był tą samą osobą, tyle że w ciągu pięciu lat zmieniły mu się odciski palców. W obu przypadkach nie mogło być mowy o pomyłce w trakcie daktyloskopowania i nie popełniono błędu przy wprowadzaniu danych do bazy.
Zbliżał się czas, gdy trzeba będzie zdecydować, co dalej. Wierzowiecki nie miał ochoty wnioskować o umorzenie, bo przypadek Jurczyka ciągle nie dawał mu spokoju, lecz zdawał sobie sprawę, że nie dysponuje żadnymi argumentami przemawiającymi za przedłużeniem dochodzenia. Tkwił w miejscu. Naraz uświadomił sobie, że zapomniał o czymś ważnym. Zaaferowany podwójnymi odciskami Jurczyka nie sprawdził, czy te drugie, pobrane z palców denata, występują w systemie. Były tam. Było też coś więcej.
Aspirant Pokrzywa wpatrywał się w zmęczoną twarz Wierzowieckiego. – Jaja sobie robisz? Przejechałeś przez pół Polski, żeby spytać o samobójcę? Czy wy tam, w Bielsku, telefonów nie macie? – Nie wszystko da się załatwić przez telefon. Powiedz mi jedną rzecz. Jesteś pewien, że odciski wprowadzone do bazy były odciskami twojego samobójcy? Pokrzywa poczerwieniał. Wstał tak gwałtownie, że trącone nogą krzesło odjechało w tył i uderzyło w ścianę. Nie zwrócił na to uwagi. Wsparł dłonie na biurku i wściekłym wzrokiem patrzył na podkomisarza. – Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz? Że możesz tu przyjść i mnie obrażać?! Może wy macie burdel w dokumentach, ale u nas jest porządek. Zresztą nie muszę ci się spowiadać, gówno ci do tego, jak pracujemy. – Nie wściekaj się, Jarek. Nie mówiłem, że macie burdel – powiedział Wierzowiecki pojednawczo. – Musiałem o to zapytać, bo coś jest na rzeczy. Daj mi pięć minut – poprosił, widząc, że Pokrzywa znów się szykuje do słownego ataku. – Potem zdecydujesz, czy mam rację, czy też niepotrzebnie się dopierdalam do zamkniętej sprawy. – Mów! – zdecydował aspirant. Janusz usiadł i zaczął opowiadać. W miarę, jak mówił, rosło zaciekawienie jego słuchacza. Zaczął zadawać pytania. Pięć minut dawno minęło, lecz żaden z nich nie zwrócił na to uwagi. Gdy Wierzowiecki opowiedział o wyszukiwaniu w bazie nowych odcisków Pawła Jurczyka, Pokrzywa znów się wtrącił. – Były w bazie? – Wyobraź sobie, że tak. Należały do twojego samobójcy. – Teraz to przegiąłeś! To ma być jakiś żart? – A co, myślisz, że telepałbym się z Bielska do Kielc, żeby sobie pożartować? Zobacz sam! Zdenerwowany Janusz rzucił na biurko teczkę z aktami sprawy. Pokrzywa otworzył ją i zaczął przeglądać dokumenty. Gdy doszedł do końca, w jego oczach nie było już złości. – Idź sobie do stołówki. Zjedz coś, wypij kawę... Muszę odnaleźć akta Poruta, a to trochę potrwa. – Jaka poruta? – Nie poruta, tylko Porut. Marek Porut, mój samobójca.
Marek Porut był zwyczajnym, ciężko pracującym człowiekiem. Do chwili, gdy w 2010 roku trafił kumulację w lotto. Wówczas stał się bardzo bogatym człowiekiem, a że niebacznie pochwalił się wygraną, stał się też osobą atrakcyjną towarzysko. I być może skończyłby jak wielu nieszczęśliwych szczęśliwców, dla których wygrana była początkiem upadku, gdyby nie kobieta. Od chwili spotkania Sabiny Kalickiej Porut zmienił się całkowicie. Wykastrowała go, mówili znajomi z goryczą, przekonawszy się, że z dnia na dzień wyschło źródełko darmowych drinków, a dotychczasowy fundator wypadów do eleganckich lokali ich sponsorować. Dalej było już tylko gorzej. Po dwóch miesiącach znajomości Marek ożenił się z piękną Sabiną, a ta zdecydowanym ruchem przecięła pępowinę łączącą go z kolegami. Dlatego wiadomość o jego samobójczej śmierci niespecjalnie ich zdziwiła. Pewnie nie mógł dłużej znieść życia w niewoli! Janusz z cichym przekleństwem odsunął akta. Niby wszystko pasowało do samobójstwa, taka też była opinia patologa, a jednak coś nie dawało mu spokoju. Przede wszystkim wyraz przerażenia na twarzy Poruta, tak podobny do tego, który zastygł na obliczu Jurczyka. Ale to nie wszystko... Facet żonaty od roku, żona imieniem Sabina. Czy to nie zbyt wiele jak na przypadek? – Masz może zdjęcie szczęśliwej wdowy? – Nie mam. Bo co? I czemu szczęśliwej? – Z tych ponad pięciu milionów nie zdążył chyba zbyt wiele przepuścić, zanim dostał się w okowy miłości. Nawet z pomocą kumpli. Czyli po jego śmierci odziedziczyła ładny kawał grosza. A żona Jurczyka również ma na imię Sabina. To mi niezbyt ładnie pachnie. – Mnie to od początku śmierdziało. Pomyśl. Wygrywasz kupę szmalu, Zakochujesz się z wzajemnością, żenisz się... Wszystko się pięknie układa, a ty nagle kupujesz lewy pistolet i ładujesz sobie kulkę w głowę. No to ja się pytam dlaczego? Nie był śmiertelnie chory, nie miał żadnych kłopotów. Żyć nie umierać. A on umarł, i to dobrowolnie. Gdzie tu, kurwa, sens? – Nie ma co się zastanawiać. Trzeba sprawdzić piękną wdowę i to bardzo dokładnie. Zaczęli od aktu urodzenia, przesuwając się powoli aż do współczesności, a to, co odkryli, sprawiło, że natychmiast zabrali się za wysyłanie e– maili do innych jednostek policji. Potem mogli już tylko czekać na odpowiedzi, zastanawiając się, czy ich podejrzenia się potwierdzą.
Sabina Jurczyk była blondynką o lekko skośnych, niebieskich oczach i kokieteryjnym pieprzyku na lewym policzku. Sabina Porut miała rude włosy. Poza tym zgadzało się wszystko inne, włącznie z nazwiskiem panieńskim. Tyle że nie było to nazwisko Kalicka. Według aktu urodzenia Sabina Szostak przyszła na świat w Katowicach, w 1964 roku, skończyła zatem pięćdziesiąt lat. Pierwsze małżeństwo zawarła w wieku dwudziestu siedmiu lat. Trwało trzy lata i zakończyło się tragiczną śmiercią męża, który wspiął się na dach dziesięciopiętrowca tylko po to, by skoczyć. I chociaż nie ustalono żadnych powodów nagłej decyzji pożegnania się z życiem, śmierć uznano za…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hag
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…