Severus Snape i Klątwa Rudej Czaszki
Fanfiction na podstawie powieści J. K. Rowling
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Severus Snape, osobnik znany ze swojej cierpliwości, anielskiej dobroci i jakże przyjaznego charakteru, pruł przez korytarz z miną demona podczas leczenia kanałowego. Obrazy, które mijał, prychały z niesmakiem. Ciekawiło mnie zawsze, dlaczego. Może to z powodu jego wiecznej, cierpiętniczej miny nadepniętego padalca? A może winę za to ponosiły jego piękne, pokryte łojem kłaczki? Do teraz nie wiem, ale nawet Irytek omijał profesora z daleka, co samo w sobie było niemałym wyczynem. -Przeklęty Weasley! Znowu przegrani? Znowu? To nie do przyjęcia!- syczał, zaciskając pięści.- Drużyna Slyterinu nie może przegrywać! W jego głowie powoli krystalizował się szatański plan. Plan, którego realizacja mogła nareszcie wykluczyć Billa Weasley’a z gry… możliwe, że raz na zawsze. Zanim jednak pomysł zbrodni doskonałej w pełni wykiełkuje, wprowadzę was nieco w sytuację. Otóż drużyna Quidditcha Slytherinu, niepokonana przez pięć lat z rzędu, od dwóch lat przegrywała. I to z kim? Z przeklętym, śmierdzącym Gryffindorem! (Widzicie? Widzicie? Snape nawet do MOJEJ narracji musi wetknąć ten swój haczykowaty nochal! Poszedł won!) Powód był prosty, rudy i tylko jeden- do drużyny dołączył Bill Weasley, szukający. Severus Snape dostawał bólu brzucha na samą myśl o nim. -Jakim cudem jeden… jeden przeklęty chłopak… roznosi całą moją drużynę w pył?! Dla Severusa Snape’a nie byłoby to może aż takim przeżyciem, gdyby nie zadowolona mina profesor McGonagall. Z dumą mówiła, że w tym roku jej zespół ma jeszcze większą szansę na zdobycie Pucharu Quidditcha. -Niedoczekanie twoje! Tajemne przejście z ulgą wypluło zdenerwowanego profesora ze swoich czeluści. Snape wparował do swojego gabinetu, rąbkiem szaty przewracając pudełeczko ze ślimakami. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że owe mięczaki w zastraszającym tempie zaczęły rozłazić się po całym pomieszczeniu. Uwaga Profesora Samo Zło skupiona była na „magicznej torbie”, z której wyzierały flakoniki, flaszki i buteleczki różnej maści. Snape chwycił cztery, żółtą, czerwoną, czarną i zieloną, wszystkie w kulistym kształcie. Postawił je na stole. Nie zastanawiał się zbyt dokładnie nad tym, co robi- bo i po co? Przecież on wszystko wie najlepiej, bla, bla, bla. Gdyby użył tej swojej mózgownicy wiedziałby, że to, co zamierza zrobić, nie jest najlepszym pomysłem. Nawet ja, myśląc o krystalizacji szatańskiego planu, miałam na myśli ten pierwszy- nasłanie na Weasley’a Bartemiusza Croucha Juniora. O, tamten miał jakieś szanse powodzenia. Ale cóż. Wracając do naszego Demonicznego Profesorka- wlał do kotła trochę wody, podpalił pod nią palenisko, a potem zaczął wlewać świństwa z flakoników po kolei. Ciecz przeszła przez różne stadia kolorystyczne- od sraczkowatego, przez krwisty, aż do przypaćkanej sraczkowatym bieli. Severus odwrócił się, zamiatając szatą i przeszedł na drugi koniec gabinetu, gdzie trzymał puste flakony. W tym czasie mikstura zabulgotała… i wybuchła. Nie wiem, może gdyby nie wpadł do tego ślimak, historia cieczy skończyłaby się inaczej. A tak? Snape zyskał dziurę w suficie, trochę dymu i stracił ślimaka (miał na imię Edward. Pokój jego duszy [*]). -Co się tu dzieje, Severusie?- w ubytek sufitu wetknęła głowę Profesor McGonagall.- Wkopałeś się do mojej klasy! Żądam wyjaśnień.- z dziury dobiegały także stłumione śmiechy i chichoty, zapewne zachwyconych uczniów. -Chcę zamordować twojego ścigającego.- syknął przymilnie nasz Profesor, pocierając czoło. Minerwa prychnęła i jej głowa zniknęła z dziury. Chwilę potem na dziurę w hukiem spadła doniczka, zakrywając ubytek. Snape skrzywił się, słysząc hałas. Machnął różdżką, usuwając dym. -Musi być jakiś sposób… Tak. Severus Snape wrócił do punktu wyjścia.
***
Wieczorem tego samego dnia dzielny Bill Weasley był poklepywany przez dziesiątki rąk rozemocjonowanych gryfonów. Każdy zdawał sobie sprawę, że wygrywali tylko dzięki niemu- nie ma co się oszukiwać. Obrońca miał lekkiego zeza, pałkarze niejednokrotnie z ledwością podnosili kije, by wsiąść na miotły (pewnie, pijcie więcej w wieczór przed meczem!), a jeśli chodzi o ścigających… szkoda w ogóle wspominać. -Za Billa!- z tłumu wyłoniła się ręka z butelką ognistej whisky. No i co z tego, że dający był prefektem? Gwiazdę trzeba uczcić! Trzy godziny później cały dom kładł się do łóżek pijany w sztok.
***
Czy nietoperze sypiają…? Przepraszam, nawet narratora spotykają sytuacje, kiedy nie może się powstrzymać. Profesor Severus Snape, mimo późnej pory (tak, była trzecia nad ranem) krążył po swoim gabinecie. Gdyby miał brodę, szarpałby ją zawzięcie. Co jakiś czas syczał coś do siebie, jednak najwyraźniej nie pomagało mu to w obmyśleniu „morderstwa idealnego”. Patrząc na niego miało się wrażenie, że jeszcze chwila, a zacznie dygotać z frustracji- od stóp aż po haczykowaty nos… -Czy możesz narratorzyć ciszej i bez obrażających mnie tekstów? Bo przysięgam, że cię dorwę i wypatroszę! Za karę wystarczy mi to, że muszę przebywać w twoim otoczeniu i „narratorzyć” właśnie tobie… -To sobie idź! Mało to jest niewinnych ofiar, którym możesz pozatruwać życie? Prawdę mówiąc to żadnej, a akurat Ciebie przegrałam w karty. Wracając do sedna- Profesor Samo Zło nadal nie znalazł „złotego środka” na wykluczenie Billa Weasley’a z gry. Może źle się do tego zabierał, może po prostu nie dane mu było wygrać w tym pojedynku. Co jakiś czas przystawał, drepcząc w miejscu i poruszając swoim nochalkiem, jakby wpadał na jakiś trop… -Wiesz co? Wykorzystałaś już całą moją cierpliwość przeznaczoną na dziś! O, proszę. A ten dzionek trwa dopiero trzy godziny… Severus Snape pomyślał: „Och, zamknij się! Będę cię ignorować.” I dalej krążył po swoim gabinecie tempem średnio rozpędzonego ślimaka klasy, hmm… długodystansowiec. Mimo tego do jego głowy z uporem nie przychodziły nowe pomysły. Jedynie taki, żeby wysadzić doniczkę profesor McGonagall. -Wszystko przez niego. Przez jednego chłopaka!- mruczał do siebie. Wiedział, że nie może go otruć. Starucha od razu domyśliłaby się, co się święci… i kto poświęcił. Było już za późno, żeby na Weasley’a nasyłać któregoś z jego chłopaków. Sam też nie może podnieść na niego różdżki, bo Dumbledore od razy domyśliłby się, że to
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Yenn
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…