Shina - część II
Shina, przyszła przywódczyni, zaczyna wypełniać spoczywające na niej zadanie i wyrusza do rodzinnej osady wraz z dwoma towarzyszącymi jej Senasyjczykami. Życzę miłej lektury :)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Część II
A niech to! Shina podbiegła do kufra, otworzyła gwałtownie ciężkie wieko, wyciągnęła z przepastnego wnętrza całe naręcze ubrań i cisnęła je na nieposłane łóżko. Zaczęła nerwowo przeglądać bieliznę, koszule, sukienki i upychać je do podróżnej torby. Jej mamrotanie mieszało się z radosnym świergotem ptaków. Że też nie posłuchała rady Raana i nie przygotowała się do drogi wczorajszego wieczora! Teraz popędzał ją nieubłaganie pędzący czas, a ona za nic nie mogła poradzić sobie z pakowaniem. Pozornie proste zajęcie zmieniło się w koszmar, gdy uświadomiła sobie, jak wiele zbędnych rzeczy zgromadziła podczas pobytu w stolicy! Wcisnęła do torby delikatną, jedwabną chustę, lecz niemal natychmiast odrzuciła ją na podłogę. Zastąpiła całkowicie nieprzydatny fatałaszek prostą, jasną koszulą. Po kilku minutach odetchnęła głęboko i przysiadła na brzegu posłania. Nie odrywała wzroku od pięknie wydekoltowanej, zielonkawej sukni oraz wygodnego kompletu, składającego się z lekkich spodni i białej, rozwiązywanej pod szyją bluzki. Zastanawiała się przez moment nad wyborem, po czym ściągnęła z siebie nocną koszulę i błyskawicznie ubrała prosty strój. Chciała zaprezentować się swoim ziomkom w jak najkorzystniejszym świetle, jednak praktyczne myślenie wygrało z próżnością. Końskie kopyta stuknęły o bruk, zmuszając ją do jeszcze większego pośpiechu. Już na nią czekali! Była spóźniona. Okropnie spóźniona! Zerwała się z łóżka, chwyciła leżącą na stoliku szczotkę i kilkoma zdecydowanymi ruchami rozczesała długie włosy. Co jeszcze? Prowiant? Nie, oni się tym zajmą. Przynajmniej miała taką nadzieję. Pieniądze! No tak! Zagarnęła sakiewkę. To chyba wszystko. Przerzuciła torbę przez ramię i nie oglądając się za siebie, wybiegła na korytarz. To nie będzie dobrze wyglądało, torturowała się w myśli, dopadając do krętych, wijących się niczym skorupa ślimaka schodów. Nie tak powinna żegnać się z tym miejscem. W końcu to był jej dom. Spędziła w nim szesnaście lat. Co gorsza, nawet nie zobaczyła się z Raanem i Taalą… miała nadzieję, że pożegna ich na dziedzińcu. O ile w ogóle tam będą! Zdyszana, zeskoczyła z wąskiego schodka i niemal zderzyła się ze stojąca przy łukowatym oknie dziewczyną. – Uważaj! – Taala złapała ją za ramię i przycisnęła do kamiennej ściany. – Gdzie ci się tak spieszy? Shina przełknęła ślinę i zdecydowanym ruchem poprawiła zsuwającą się z barku torbę. Wariacki początek dnia już dał o sobie znać, była tak zmachana, że nie mogła wydusić słowa. Siostrzenica Raana przyjrzała się jej z pogardliwym uśmiechem. – Właśnie po ciebie szłam. Już czas. Ale chyba doskonale o tym wiesz i panujesz nad sytuacją. Shina przygarnęła przyjaciółkę do siebie. – Powinnam się z tobą pożegnać już wczoraj. Powinnyśmy porozmawiać na spokojnie, a nie gnieść się w tym miejscu… przepraszam. Wyczuła, że Taala znów się uśmiechnęła. – Nie przejmuj się. Wiedziałam, że nie opuścisz nas bez słowa. Raan też to wiedział i dlatego wczoraj wieczorem nie zawracał ci głowy. Czeka na dziedzińcu, razem z twoimi współplemieńcami. Shina wypuściła dziewczynę z objęć. W jej oczach tliło się wzruszenie. – Nie będę tęsknić za stolicą, ale za wami na pewno. – No jasne – Taala pochyliła się ku przyjaciółce i szepnęła konspiracyjnie. – Powiem ci, że nie cierpię upałów, piachu i dziczy, ale zaczynam ci zazdrościć tej podróży. Shina uśmiechnęła się lekko. – O czym ty mówisz? Dziewczyna nie odpowiedziała. Zamiast tego odwróciła ją twarzą do wąskiego okna. Odbijający się od wilgotnego dziedzińca blask słońca był tak intensywny, że Shina musiała zmrużyć oczy. Jednak już po chwili dostrzegła Raana. Stał w pobliżu muru, parę metrów poniżej i rozmawiał swobodnie z opierającym się o rzeźbione zwieńczenie schodów mężczyzną. Drugi poprawiał coś w jukach wierzchowca. Obaj obcy byli wyżsi od Raana i ubrani na modłę plemion pustyni. Mieli na sobie czarne, przewiewne ubrania, ich szyje otaczały luźno przerzucone, ciemnozielone materiałowe szale, koszule ściskały w talii szare pasy. Przez pierś milczącego Senasyjczyka przewieszona była solidna, skórzana torba. Shina nie mogła dostrzec z wysokości ich twarzy, lecz instynktownie wyczuła, że rozmawiający z opiekunem, długowłosy mężczyzna liczył sobie parę lat więcej od swojego towarzysza i zapewne to właśnie on nosił imię Gimmel. Wyglądająca przez okno Taala zachichotała cicho. – A nie mówiłam? Trafiła ci się wymarzona eskorta. Shina pokiwała nieznacznie głową. Odsunęła się od muru i ruszyła w dół schodów. – Tak, obaj wyglądają na odważnych. Na pewno doprowadzą mnie bezpiecznie do domu. Taala natychmiast ją dogoniła. Szła krok w krok, niemal depcząc jej po piętach. – Nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi – zagadnęła wesoło. – Jak myślisz, który z nich jest twoim przyszłym mężem? – Żaden. – Ża... żaden?! – dziewczyna aż zakrztusiła się powietrzem. – Żaden ci się nie spodobał? Aleś ty wybredna! Gdybym ja miała wybierać, skusiłabym się na tego z krótkimi włosami. Widziałam go z bliska, jest bardzo przystojny. A te jego oczy… Shina nie mogła dłużej ukrywać swojego rozdrażnienia. Westchnęła głęboko. To był jeden z tych momentów, gdy dziecinne paplanie przyjaciółki doprowadzało ją do szału. Mimo zaledwie czterech lat różnicy, Taala zachowywała się czasami jak naiwny podlotek. Shina już dawno wyrosła z wieku, gdy bezkrytycznie piszczało się za chłopakiem, któremu bogowie nie poskąpili urody. Co więcej, przypisywało się mu same pozytywne cechy. Skoro był przystojny, musiał być jednocześnie miły, wspaniały, przesiąknięty dobrocią. Zupełnie, jakby powierzchowność wpływała na jego charakter. Wiedziała, że to kompletna bzdura. Jednak przyjaciółka nadal hołdowała tej głupiutkiej zasadzie. – Taala, nie chodzi mi o to, że żaden mi się nie spodobał – zaczęła cierpliwie wykładać jej swój punkt widzenia. – Żaden z nich nie jest moim przyszłym mężem i przywódcą klanu. Wiem to, bo on nie może się tu pojawić. Zakazuje tego zwyczaj naszego plemienia. Nie mamy prawa się zobaczyć aż do ceremonii Zaślubin. Siostrzenica Raana szła przez chwilę w milczeniu, po czym odezwała się ostrożnie: – To bardzo surowe. I nikt nigdy tego zakazu nie złamał? – Nie – Shina zmarszczyła mimowolnie brwi. Czy aby na pewno? Przynajmniej nic na ten temat nie słyszała. – A czy wedle zwyczajów twojego plemienia to nie ojciec miał cię doprowadzić do domu? – Tak, ale… – Jego zabrakło, więc może wybrał się po ciebie twój przyszły partner? Rozumiesz, tak jakby rekompensował ci poniesioną stratę… No i nie zostawiałby cię pod opieką obcych ludzi. Czy to nie byłoby logiczne? Shina poczuła falę gorąca. Słowa Taali, chociaż całkowicie nierealne, zasiały w niej ziarenko niepewności. Czyżby chłopiec zza płomieni stał właśnie na dziedzińcu? Nie, to niemożliwe. Nie odważyłby się. Gdyby tak postąpił, gdyby zobaczył ją przed ceremonią Zaślubin, złamałby odwieczny zakaz. Chociaż tego dopuścili się wspólnie już szesnaście lat temu… Potrząsnęła głową, podeszła do drzwi i pchnęła je zdecydowanie. – Opowiadasz bzdury. Ci dwaj zastępują tylko mojego ojca – mruknęła cicho do stąpającej za nią przyjaciółki i przekroczyła tonący w słońcu próg budynku. Skrzypnięcie zawiasów sprawiło, że Raan i długowłosy mężczyzna przerwali pogawędkę i spojrzeli na Shinę. Ona opanowała nagłe skrępowanie i podeszła do opiekuna. – Proszę, to jest właśnie wasza przyszła przywódczyni – Raan zaprezentował ją z nieporadnie skrywaną dumą. – Jest bardzo dobrze przygotowana do spoczywającego na niej zadania. No i na co dzień bywa o wiele bardziej punktualna. Shina uśmiechnęła się. – Przepraszam. Musiałam się jeszcze spakować. – Nie zrobiłaś tego wczoraj? Przecież mówiłem, że musicie wyruszyć z samego rana. – Nie – spuściła nieznacznie głowę. Czy opiekun musiał o tym wspominać przed tą dwójką? To ją zaczynało krępować. Poczuła się jak skarcone dziecko. – Dziewczyna jest spontaniczna. Nie ma w tym chyba nic złego. Głos, który wypowiedział te zbawienne słowa, był niski i przyjemny. Uniosła wzrok i spojrzała na stojącego przed nią mężczyznę. Uśmiechał się sympatycznie i przypatrywał się jej z ciekawością. Miał smagłą cerę, nieco skośne, brązowe oczy i opadające na szal, połyskujące czarne włosy. Rysy wyrazistej twarzy łączyły w sobie szlachetność i siłę, co podkreślał jeszcze zadbany zarost, pokrywający jego górną wargę, brodę oraz linię szczęki. A więc to był Gimmel. Shina poczuła, że już zaczyna go lubić. I naprawdę odniosła wrażenie, że jest do niej niezwykle podobny. Może to ten kolor oczu, może karnacja… Drgnęła, gdy usłyszała przy uchu śmiech Raana. – No proszę, twoi podwładni już zaczynają się za tobą wstawiać. W takim razie nie będę cię więcej krytykował. Nie chcę narazić się twojemu plemieniu. – Przestań. – Mówię poważnie – odwrócił dziewczynę ku sobie. – Moja rola w twoim wychowaniu dobiegła końca. Shina rozciągnęła usta w uśmiechu. – Byłeś dobrym opiekunem. A Taala – zerknęła na stojącą na schodach dziewczynę – była dla mnie jak siostra. Dziękuję wam za wszystko. Raan przygarnął ją do siebie, szepnął do ucha coś, czego nie zrozumiała i wyprostował się. – Najwyższy czas, byś wyruszyła w drogę. Poradzisz sobie ze wszystkim. Żegnaj. Poczuła ucisk w gardle. Nagle dotarło do niej, że opuszcza stolicę na zawsze. Już nigdy więcej nie zobaczy swojego spokojnie usposobionego opiekuna i jego szalonej siostrzenicy… W jej oczach zaszkliły się łzy, więc odwróciła się i przywołała skinieniem Taalę. Dziewczyna zbiegła ze schodów i padła jej w ramiona. Stały przez moment, wyściskując się z całej siły, a wypchana dobytkiem torba obijała się o ich nogi. W końcu odsunęły się od siebie. Obie ocierały policzki i usiłowały uśmiechać się przez łzy. Wciąż pociągająca nosem Shina podeszła wraz z Gimmelem do jednego z trzech rosłych rumaków i pozwoliła zdjąć sobie z barku ciążącą torbę. Patrzyła, jak mężczyzna sprawnie przytracza bagaż do juków hebanowej klaczy. Nie mogła przestać podziwiać przypadającego jej w udziale wierzchowca. Konie towarzyszy wyglądały równie imponująco. Wiedziała, że te wspaniałe, rosłe zwierzęta nie należały do tutejszych stajni. One przybyły z oaz Senas, z jej rodzinnych stron. Doskonale pamiętała, że już jako młodziutka dziewczyna wpadała w zachwyt nad stadami potężnych, kruczoczarnych ogierów, pędzących przez pustynię z rozwianymi, falującymi grzywami. Ich okryte gęstą sierścią kopyta wzbijały w niebo fontanny piachu. To był jeden z najpiękniejszych widoków w jej życiu. Zbliżyła się do klaczy i wsunęła palce pod wykonany z delikatnej plecionki nachrapnik. Karuska prychnęła cicho i wstrząsnęła łbem. Niezwykle długa, kręcona grzywa zasłoniła jej oczy. – Wybraliśmy dla ciebie najspokojniejszą klacz ze stada – Gimmel poklepał swojego rumaka po szyi. – Nie wiedzieliśmy, czy dobrze jeździsz konno, więc nie chcieliśmy ryzykować i dawać ci narowistego ogiera. Shina uśmiechnęła się. Odsunęła się nieco, gdy Gimmel kucnął tuż przy niej i sprawdził popręg karuski. Zaraz jednak wyprostował się. – Chyba przez to całe pożegnalne zamieszanie nie dopełniliśmy jednej formalności. Jestem Gimmel – wyciągnął ku niej rękę. Uścisnęła ją. Miał silną i przyjemnie ciepłą dłoń. – Wiem, Raan mi o tobie wspominał. – Mam nadzieję, że nie mówił nic złego – zaśmiał się, po czym spoważniał i wskazał skinieniem stojącego w pewnym oddaleniu towarzysza. – Nie wiem, czy wystarczy ci, gdy powiem, jak on ma na imię, czy wolisz poznać go osobiście? – Dlaczego miałabym go nie poznać? Gimmel zawahał się przez moment, po czym skinął przyzwalająco głową. – Dobrze, idź do niego. Tylko nie zraź się od razu. Shina nie miała pojęcia, dlaczego ostrzegał ją przez swoim młodszym towarzyszem. Chciała poprosić go o wyjaśnienia, lecz on nie zwrócił uwagi na jej pytające spojrzenie. Sprężystym skokiem znalazł się w siodle, chwycił silnie plecione wodze i ruszył stępem ku wylotowi dziedzińca. Jego towarzysz nadal poprawiał juki swojego konia. Zachowywał się tak, jakby nic z tego, co się działo wokoło, nie zasługiwało na jego zainteresowanie. Shina zmarszczyła brwi. Zbliżyła się do niego i stanęła tuż za plecami. Zapatrzyła się w kruczoczarne, miękkie, jakby postrzępione i tuż poniżej uszu wywijające się na zewnątrz włosy. Widoczna spod szala szyja i zgrabne dłonie wskazywały bezsprzecznie, że charakteryzował się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Beata
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…