Wróć do katalogu

Siedem-Scena 3

Kolejna część zbioru siedmiu opowiadań.W tej historii poznajemy Laurę oraz Phila.

Meliska, opublikowano , 39 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

SCENA 3:USA:Phil+ Laura- miłość jako wynik igraszek losu

Październik

Jestem Phillip i mam 16 lat. Gdybym miał przyjaciół, pewnie mówiliby na mnie Phil, ale ich nie mam, wiec moje imię to Phillip. Moi koledzy i koleżanki nazywają mnie „Książę”- ciągle bujam w obłokach i nauczyciele mi nie zwracają uwagi- jakby mnie traktowali wyjątkowo. Dlatego wiecznie, gdy przechodzę korytarzem, dziewczyny szepczą między sobą, chichocząc: -Książę idzie… Mój tata mówi, że nazywają mnie Księciem nie dlatego, że jestem marzycielem, ale dlatego, że wyglądam, jakby w moich żyłach naprawdę płynęła błękitna krew. Był święcie przekonany, że chodzę po królewsku- jakbym miał na sobie purpurowy płaszcz. Nie zrozumiałem, co miał na myśli, ale parę dni po tym, gdy tak powiedział, koleżanka oznajmiła mi, że chodzę jak po szkle i delikatnie stawiam każdy krok. I zawsze idę z głową do góry. To znaczy prosto, nie pochylam się. Z kolei moja młodsza siostra, Abbie (jej pełne imię to Abigail, ale strasznie go nie lubię) uważa, że mam pseudonim Książę, bo… jestem przystojny jak książę z bajki. Niecałe dwa tygodnie temu czytałem jej na dobranoc i kładłem ja spać (Abbie ma 8 lat). Byłem już pewien, że moja siostrzyczka śpi, gdy nagle odezwała się w ciemności. -Pepe? Tak właśnie mnie nazywa: Pepe. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego. -Coś się stało, Abbie?- spytałem. Dziewczynka westchnęła. -Przypominasz mi tego królewicza. -Jakiego znów królewicza?- prychnąłem śmiechem. -No..tego z bajki, którą mi dziś przeczytałeś. Tego, który jeździ na czarnym rumaku i nikt nie wie, jak ma na imię… A wszystkie księżniczki go kochają. Zerknąłem na nią. Przez okno zaglądał księżyc, który pozwalał mi zobaczyć, że moja siostra mówi śmiertelnie poważnie. Zamrugałem. -Naprawdę? Dlaczego? Abbie zmarszczyła czółko, zastanawiając się. Po chwili wyszeptała: -Bo ty jesteś taki… ładny… Jakbyś był… nie stąd, tylko… z jakiejś… bajki… -i zasnęła. Zakłopotany wyszedłem z jej pokoju i skierowałem się do łazienki. Wszedłem do środka i zamknąłem za sobą drzwi. Popatrzyłem przez ogromne okno w ścianie. Po drugiej stronie stał chłopak- miał jasną skórę, brązowe włosy, trochę przydługie, z grzywką, wpadającą do piwnych oczu. Był dość wysoki, wysportowany. Kiedy popatrzył na mnie, poczułem ciarki biegnące mi po plecach. Zamrugałem. Chłopiec zrobił to samo. Przechyliłem głowę. Mój towarzysz powtórzył mój gest. -Kim jesteś?- zapytałem, a w tym samym czasie powiedział to ciemnowłosy. Dotknąłem okna i… poczułem chłodną, szklaną taflę. To nie było okno. Patrzyłem w lustro, a brunetem byłem ja. Przyjrzałem się sobie i zdałem sobie sprawę, że może Abbie ma rację. Nie byłem niski, gruby, trądzik dziwnym trafem minął mi już po trzynastych urodzinach, lubiłem kolor moich oczu i włosów. Instynktownie przejechałem palcami po mojej twarzy. Nie miałem żadnych szpecących znamion, miałem fajne rysy. Kto wie? Może rzeczywiście nie jestem aż tak brzydki? Wzruszyłem ramionami i wyszedłem z łazienki.

&&&

Chodzenie na tory to taki mój swoisty… rytuał. Chodzi o nieużywane tory kolejowe, które są niedaleko mojego domu. Idę tam na spacer w każdą sobotę, przynajmniej raz. Tory są długie prawie na dwa kilometry, więc mam zagwarantowane nawet kilka godzin chodzenia tam i z powrotem w spokoju. Zawsze, gdy tam idę, jeśli nie jest zbyt zimno, ubieram moje stare, czerwone conversy i długi, czarny płaszcz zapinany na dwa rzędy guzików. Czuję się wtedy ciepło i wygodnie ubrany-to tez jest rodzaj mojego zwyczaju. Często zabieram ze sobą odtwarzacz mp3: lubię słuchać muzyki w samotności. Gdy pewnej mglistej, październikowej soboty wybrałem się w tamto miejsce, zdałem sobie sprawę, że w tym dniu mija dokładnie 10 lat od śmierci mamy. Posmutniałem. Moja mama zmarła gdy miałem 6 lat-zginęła w wypadku autobusu, gdy wracała z pracy. Prawie wcale jej nie pamiętałem-czas wyprał jej obraz z mojej głowy. Wiedziałem, ze miała długie, kasztanowe włosy, zmarszczki w kącikach oczu i zawsze roześmiane, zielone oczy. Nagle z mgły wyłonił się jakiś ciemny kształt. Pociąg?!, przemknęło mi przez myśl. To niemożliwe, usłyszałbym o tym, że tory otworzono! Na szczęście to nie był pojazd, ale człowiek. Odetchnąłem z ulgą. Gdy nadchodząca postać zbliżyła się trochę w moim kierunku, zauważyłem, że zmierzająca ku mnie istota to śliczna dziewczyna. Była wysoka, trochę korpulentna, ale w taki miły, zabawny sposób. Nie była pękająca w szwach jak balon, bardziej przypominała lekko zaokrąglonego misia czy szczeniaczka. Na jej ramionach podskakiwały kaskadami rude włosy, poprzetykane ciemniejszymi pasmami, które wyglądały jak namalowane przez słońce. Miały postać miękkich fal, które na końcach zmieniały się w sprężyste loki. Ta fryzura spotęgowała wrażenie, że nieznajoma jest zaokrąglona i miękka w dotyku. Była ubrana bardzo kolorowo: mimo ponurego, szarego płaszcza szyje miała owiniętą kolorowym szalikiem (miał paski we wszystkich kolorach tęczy), z głowy zwisała jej zabawna czapka-długa, obwisła, trochę podobna do nadmuchanego beretu- z uroczym pomponem na końcu. Zmrużyłem oczy i zdałem sobie sprawę, że na nogach ma identyczne buty jak ja: czerwone, znoszone conversy, tyle że z jedną sznurówką czarną, a drugą zieloną. Ja miałem obie białe. Dziewczyna nieuchronnie zbliżała się w moim kierunku. Szczerze mówiąc, trochę spanikowałem, bo nigdy nie czułem się pewnie w towarzystwie naprawdę pięknych osób płci przeciwnej. Wreszcie postać doszła tak blisko, że mogłem ją dotknąć, ale szła dalej i była wciąż pochylona. Zamiast mnie wyminąć, w zamyśleniu weszła prosto na mnie. Ponieważ była niższa ode mnie o ponad głowę (jestem bardzo wysoki-zgodnie z miarką mam metr dziewięćdziesiąt),jej twarz uderzyła o moją klatkę piersiową. Wtedy dopiero się zorientowała, że trafiła na przeszkodę w postaci mnie. -Auć!- krzyknęła. Odrzuciło ja krok do tyłu. Zauważyłem, że nie tylko była zabawnie i kolorowo ubrana, ale w jej głosie też była zabawa. Coś jakby… okruszki śmiechu. Zerknęła w górę, unosząc ze zdziwieniem brwi. Przekrzywiła głowę i intensywnie się we mnie wpatrywała. Zamrugałem i odchrząknąłem. -Cześć.-mruknąłem na powitanie. Dziewczyna się uroczo uśmiechnęła. -Hej. A ty to kto?- spytała. Okruchy śmiechu było wtedy słychać bardzo wyraźnie.-O rany, ale jestem głupia. Przecież widać, ze jesteś facetem. Chyba nie kosmitą, prawda?- dodała. Uśmiechnąłem się (zapewne dziwnie krzywo). -Nic nie wskazuje na to, żebym był z innej planety.-odparłem. „Śmieszka” przyjrzała mi się, marszcząc brwi. -Hm… Chyba, że coś ukrywasz pod tym płaszczem! Czytałam kiedyś o kobiecie, która weszła do sklepu mając pod kurtką kota i pas dynamitu. Dziwne, nie?- prychnęła śmiechem. Uznałem, że pseudonim „Śmieszka” wspaniale do niej pasował. -Jestem Max.- wyciągnęła rękę.- Tak naprawdę nazywam się Laura, ale strasznie lubię imię Maxine. Więc wszyscy mówią na mnie Max albo Maxxie.- w jej wypowiedzi znowu zadzwoniły „dzwoneczki śmiechu”. Postanowiłem, że przedstawię się równie szczerze. -Mam na imię Phillip, choć większość ludzi z mojej szkoły nazywa mnie Książę. Ale możesz do mnie mówić Phil.-powiedziałem. Laura zachichotała. Ona chyba ciągle się śmieje i nigdy nie płacze, pomyślałem rozbawiony. -Nie znam żadnego Phillipa, a tym bardziej księcia. Ty będziesz pierwszy…-tu posłała mi zabójczy uśmiech- więc będę cię nazywać Książę. Chyba że wolisz Phil? Phil też jest śliczne. Zastanowiłem się. Mów do mnie jak tylko chcesz, byle byś ze mną rozmawiała!, przemknęło mi przez myśl. -Jak sobie życzysz… -Niech będzie Phil! Może czasem powiem Książę… Ale zaraz, nie zadałam ci bardzo ważnego pytania: jak to się stało, że się na mnie nie złościsz? Teraz to ja wybuchnąłem śmiechem. -Niby dlaczego? Laura popatrzyła na mnie zdziwiona. -Przecież o mało cię nie staranowałam swym narządem wielorybich rozmiarów, zwanym przez ludzi głową.-rzekła z udawana powagą. Zaśmiałem się. -Nic się nie stało. Mam twarde kości, nic mi nie złamałaś… No i wciąż stoję. Laura uniosła trochę głowę i zauważyłem, że kiedy się uśmiecha, w jej policzkach pokazują się przeurocze, dziewczęce dołeczki. Tak właśnie zaczęła się moja znajomość z przedziwną i zabawną osóbką, jaką była Laura. Nie miałem pojęcia, co mnie czeka w związku z nią i nie wiedziałem też, jak bardzo się od siebie oddalimy.

Listopad

Nie widziałem Laury już prawie tydzień. Był piątek po południu, spotkaliśmy się już parę razy i postanowiłem zmienić plan i pójść na tory zarówno w piątek, jak i w sobotę. Szybko się ubrałem i wybiegłem z domu, o mało nie przewracając ojca, który właśnie wrócił z pracy. Dotarłem do torów jak błyskawica i ku mojemu zdumieniu, Laura już tam stała, jakby przewidziała to, że przyjdę. Podszedłem do niej i zauważyłem, że jest ubrana tak samo, jak wtedy, gdy się poznaliśmy. Jedyna różnicą było to, że jej gęste loki były splecione w dwa warkocze, które dyndały nad jej płaszczem. Pewnie usłyszała moje kroki, bo odwróciła się. Uśmiechnęła się słabo. -Książę… Cześć.- powiedziała cicho. Jej powieki były czerwone i opuchnięte. -Lauro, czy ty… płakałaś? Dziewczyna przymknęła oczy. -Nie. Jestem tylko trochę zmęczona… Było oczywiste, że kłamała, bo z jej głosu zniknęły okruchy śmiechu. Widać było, że cokolwiek doprowadziło ją do takiego stanu, to nie ma ochoty o tym rozmawiać. -Chodźmy na spacer!- wykrzyknęła nagle ze śmiechem i potruchtała w mgłę. Przez chwilę stałem zaskoczony, ale zaraz pobiegłem za nią. Biegłem dobre kilkaset metrów, aż ją dogoniłem. Szła wolnym krokiem, więc i ja zwolniłem, uspokoiłem oddech i szedłem kolo niej. -Gdzie… chcesz iść?- powiedziałem z lekką zadyszką. -Nigdzie!- iskry śmiechu znów powróciły do jej tonu głosu.- Przecież już idziemy, prawda?- trochę mnie wyprzedziła i szła tyłem, twarzą do mnie. Wyglądała strasznie zabawnie- idąca tyłem do przodu dziewczyna w dwóch warkoczykach i szerokim uśmiechem na ustach. Nie mogłem się nie roześmiać. -Phillipie…-powiedziała poważnie.-Jak masz na nazwisko?- spytała po cichu. -Gardner.-odparłem, rozbawiony. -Phillipie…a na drugie imię? -Simon. -Phillipie Simonie Gardnerze…-rzekła z dostojną miną.- Dlaczegóż to wyśmiewasz moją czcigodną osobę? -Bo..idź normalnie!- prychnąłem po raz kolejny. Laura przystanęła. -A jaka jest według ciebie definicja normalności?- zapytała, przekrzywiając głowę. Świdrowała mnie sowimi kocimi oczami. Czułem się nagi i bezradny przez jej spojrzenie. Nie odpowiedziałem na jej pytanie. Po prostu nie znałem odpowiedzi.

&&&

Jakieś dwa tygodnie później była super pogoda. Słońce świeciło, a niebo wyglądało jak ogromne niebieskie prześcieradło. Tamtego dnia była środa. Mieliśmy wolne od szkoły, bo w prawie całym mieście już dwa dni nie było prądu i prowadzili mnóstwo napraw, między innymi w szkole. Od pewnego czasu widywałem Laurę prawie codziennie. Mój tata nic nie mówił, choć wyglądał na zdziwionego tym, że codziennie zachciewa mi się iść na spacer. Na szczęście nie ingerował, co było przyczyną tej zmiany, więc mogłem bez pytania biec na opuszczone tory. W tamtą pogodną środę poszliśmy na wzgórze tuż obok torów kolejowych. Odetchnęliśmy z ulgą świeżym, jesiennym powietrzem i dzięki słońcu (które wysuszyło zmoczone pierwszym śniegiem trawę) mogliśmy rozłożyć koc i patrzeć na całe nasze miasto. Dzięki wysokości pagórka widać było nie tylko tory, a dalej tunel i mój dom, ale także centrum miasta, szkołę i mnóstwo szarych, oświetlonych słońcem kamienic i domków. Poprosiłem Laurę, żeby została moją dziewczyną, a ona się zgodziła. Siedziałem prosto, ze zgiętymi przed sobą, kolanami a na nich leżała Laura. Nie znosiłem imienia Maxine, którym chciała być nazywana i używałem jej prawdziwego. Lubiłem jej zapach-wydawało się, że pachniała zawsze inaczej, ale tak naprawdę za każdym razem tak samo. Jej włosy miały aromat jej szamponu nektarynkowego. Był intensywny, bo przyznała mi się, że używa również takiej odżywki. -Uwielbiam mieć na sobie coś, co drażni któryś ze zmysłów.-powiedziała kiedyś, całkiem poważnie. Jej skóra najczęściej miała zapach czegoś słodkiego- czekolady, wanilii, karmelu… kiedyś nawet poczułem na jej szyi watę cukrową, mimo, że byłem święcie przekonany, że ten przysmak nie ma zapachu. Niestety, nigdy mi nie mówiła skąd bierze wszystkie swoje nietypowe pachnidła. Większość dziewczyn w mojej szkole śmierdzi perfumami lub dezodorantem. Śmierdzi, bo zamiast użyć zapachu z umiarem, spryskują się nim od stóp do głów i myślą, że faceci za tym szaleją. Może część tak, ja- n i g d y. Oprócz Laury nie znalazłem dziewczyny, która nie wylewa na siebie flakonu perfum, a ładnie pachnie sobą albo na przykład balsamem do ciała. -To smutne.-powiedziałem cicho. Laura uniosła głowę i popatrzyła na mnie. -Co jest smutne? Miasto? -Też. Jest zbyt szare, prawda? Skinęła głową. -Wygląda tak, jakby ktoś je za dużo razy wyprał w wybielaczu.- powiedziała powoli. Potem wytłumaczyłem jej wszystko, co udało mi się przemyśleć o zapachach. Słuchała mnie uważnie, a kiedy skończyłem, z powrotem oparła głowę o moje kolana. Po chwili odezwała się: - Naprawdę uważasz, że ładnie pachnę?- iskry śmiechu, pomyślałem. -To dziwne, ale raz śnił mi się twój zapach! Myślę, że jest bardzo ładny. -Może go zamknę w butelce i ci ja dam?- zachichotała.- Masz ochotę?- zapytała. Pokręciłem głową, rozbawiony. Gdy tego dnia zasnąłem późno wieczorem, śniłem, że Laura wyciska aromat ze swoich włosów, rzęs, dłoni i skóry do mnóstwa tęczowych, szklanych słojów. Mógłbym przysiąc, że się uśmiechałem przez sen.

Styczeń

-Zastanawiam się, dlaczego tak wyszło. Głos Laury przebił się przez cisze w jej pokoju. Odwróciłem wzrok od jej kolekcji płyt i spojrzałem na nią. Siedziała na swoim łóżku ze skrzyżowanymi nogami. -Nie wiem, o co ci chodzi.-powiedziałem. -O tobie. -O mnie?- uniosłem brew. -Jesteśmy razem ponad dwa miesiące. Poznałam cię na torach kolejowych i… to było jak iskra. Wiesz, o czym mówię? Jest czasem między ludźmi takie… „pstryk!” i… wierzysz w miłość od pierwszego spotkania!- trajkotała, a ja się śmiałem. Zdałem sobie sprawę, że mówi poważnie. -To takie… babskie. Laura zrobiła naburmuszoną minę. -Ale poznałem ciebie i… chyba muszę zmienić zdanie.- uśmiechnąłem się. Od razu się rozpromieniła. Zimowe, jasne promienie słońca rozjaśniały jej długie włosy, przez co wyglądały jak pasma miedzi. Dziś uczesała je w kłosa, który opierał się na jej ramieniu. Co chwile go dotykała i patrzyła na równy splot warkocza. Postanowiliśmy trochę pomilczeć. Laura zostawiała mnie samego w jej pokoju, gdy szła przygotować cos do przegryzienia. Miała mnóstwo książek. Pokój zawsze był czysty i wszystko miało swoje miejsce, ale obecność książek nadawała mu coś w rodzaju uroku i odrobiny… ciekawego nieładu. Były wszędzie: w biblioteczce, która aż puchła od ich ilości, na szerokim parapecie, gdzie Laura miała coś na kształt siedziska do czytania, na biurku, szafce nocnej, łóżku, a nawet na podłodze. Widziałem je na dwóch półkach przybitych nad biurkiem i na małym stoliku przy drzwiach. Leżały, stały, pochylały się; były otwarte, zamknięte, miały mnóstwo zakładek. Zazwyczaj należały do Laury, ale czasem zdarzały się pożyczone- z biblioteki czy od znajomych. Łączyło je jednak jedno: zawsze były zadbane. Nie było mowy o plamkach albo niszczejących okładkach. Jeśli którakolwiek książka wyglądała niemrawo, na pewno była stara albo z biblioteki. Z moich obserwacji wynikło, że Laura lubi notować w książkach- ale nie zawsze i tylko w swoich! Wydawało mi się to dziwne- po co pisać w czymś, co już jest ukończone? Jednak notatki mojej dziewczyny były prawie niewidoczne, lekko nakreślone ołówkiem. Zaznaczała zdania, które jej się podobały, opisy postaci, które jej przypominały przyjaciół lub siebie samą. Rysowała małe serduszka przy swoich ulubionych fragmentach… Z biegiem czasu mój stosunek do tego dziwnego zwyczaju zamienił się z pobłażania w rozczulenie. Kochałem wszystkie jej nietypowe nawyki, ale ten zdecydowanie najbardziej.

&&&

-Pepe, czytaj dalej!- powiedziała zniecierpliwiona Abbie, ciągnąc mnie za rękaw bluzy. Zamrugałem. Zasnąłem nad jej bajką na dobranoc? -Oj. Chyba przysnąłem.-zaśmiałem się.- Wybacz, księżniczko. -Wyglądasz jak stary dziadek.-odparła moja siostra. Prychnąłem śmiechem, ona po chwili też. Jej chichot brzmiał jak dzwonki. - Chodzi mi o to, że jesteś taki… zmęczony… Inny jakiś. Ale ładny. -Nie rozumiem.- pogłaskałem ją po włosach. Miały odcień kasztanów- tak jak ja odziedziczyła ten kolor po mamie. Abbie westchnęła. -Wyglądasz jak książę, który znalazł swoja królewnę.- wypaliła. Popatrzyła na mnie wyczekująco, ciekawa, jak zareaguję. Zamknąłem książkę o dzielnej wiewiórce, którą miałem na kolanach i odłożyłem ją na szafkę nocną mojej siostry. -O co ci chodzi, głuptasku?- spytałem. -Pepe…- zaczęła. -Tak? - Ty… jesteś zakochany, prawda? Zaśmiałem się. Boże, jaka ona jest urocza! -Nie wiem, może… Aż t a k widać? - Jak Miedzianowłosa przychodzi pod nasz dom, to wybiegasz od razu, jak wariat. I ciąąągle o niej mówisz. I widziałam, jak się całowaliście przy…. Zatkałem jej buzię ręką i uśmiechnąłem się niemrawo. - Chyba masz za dużo wolnego czasu, młoda damo.- zdjąłem dłoń z jej ust. Abbie z entuzjazmem pokiwała głową. -Wy się tam… zak… zakocha… zakochiwujcie. Laura jest bardzo fajna. I ładna. Więc… może być twoją żoną!- powiedziała dostojnie. -Słucham??- teraz to mnie rozbroiła. -Bo jakby była brzydka i jeszcze głupia, to bym ci nie pozwoliła -Po pierwsze, Abbie: jestem za młody, żeby mieć żonę. Po drugie: Laura jest, przynajmniej na razie, moją d z i e w c z y n ą. I po trzecie: od kiedy to wybierasz mi żony, co?- pstryknąłem ją w nosek, na co zachichotała. -Okej , dość tego dobrego. S p a ć!- zgasiłem jej lampkę nocną i przykryłem kołdrą. -Dobranoc, pchły na noc…- usłyszałem, gdy dotykałem klamki od drzwi jej pokoju. -Karaluchy pod poduchy, Abbie.- odszeptałem. Księżyc wlewał się przez okno i jasno oświetlał łóżko mojej młodszej siostry. Uśmiechnąłem się i po cichu wyszedłem z jej pokoju. Wziąłem szybki prysznic i ubrałem mój ulubiony T-shirt z koncertu Nickelback. Wciągnąłem dżinsy i glany, moje jedyne zimowe buty, zapiąłem bluzę i płaszcz. Wychodząc, zabrałem ze stolika w kuchni bilety i dobrze zamknąłem drzwi na klucz. Przed domem czekała już na mnie Laura. Miała na sobie krótką, puchową kurtkę, spod której wystawała czarna sukienka w białe grochy, fioletowe rajstopy i czarne martensy. Zastanawiałem się potem, czy nie marznie. Na rozpuszczone włosy włożyła kolejną śmieszną czapkę ze swojej kolekcji i przypięła do niej dużą srebrną broszkę. Uśmiechnęła się na mój widok i pomachała mi. Objąłem ją ramieniem i równym krokiem poszliśmy w stronę miasta, żeby zdążyć na nasz seans w kinie.

&&&

-A efekty specjalne? Wow!- gadałem jak nakręcony. Film był świetny i byłem zachwycony, moja dziewczyna najwyraźniej też. Laura śmiała się i trzymała mnie mocno za rękę. Nagle spoważniała. -Możemy pogadać?- spytała. -Przecież gadamy!- pocałowałem ją w policzek. Nie zareagowała, była jakby nieobecna. -Mówię serio.- zauważyła jakąś opustoszałą kawiarnię.- Możemy wejść? Kiwnąłem zaskoczony głową. Nigdy nie widziałem jej tak smutnej i… odległej. Lokal był spokojny, przy okrągłych stolikach siedziało tylko parę osób, sączących kawę i czytających gazetę albo piszących na laptopach. Wybraliśmy- Laura wybrała- stolik w głębi kawiarni. Był odosobniony, wydawało się, że dawno nikt tam nic nie zamawiał. Usiadłem na krześle, naprzeciwko mnie Laura. Zamówiłem cappuccino i tirami su. Dziewczyna wybrała tylko espresso. -Więc… O czym tak strasznie chciałaś porozmawiać?- zapytałem

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych