Sierżantów dwóch
W odległej przyszłości, na odległej planecie trwa bitwa. Jej zakończenie będzie cokolwiek nietypowe. Opowiadanie napisane pod wpływem chwili:).
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Sierżantów dwóch.
Planeta była położona tak daleko od wszelkich ośrodków cywilizacyjnych, że nie posiadała nazwy, a jedynie oznaczenie kodowe. Zasadniczo świat ów był tylko pustynią, zimną w nocy, gorącą w dzień, z trującą atmosferą, mimo że zawierającą tlen. Posiadała jednak bogate złoża trytu i paru innych cennych pierwiastków. Dlatego w miejscu nazywanym Płaskowyżem Wiatrów trwała bitwa. Pancerne zagony maszyn parły przez Płaskowyż, wyrzucając siebie tysiące pocisków, ciskając błyskawicami energetycznych uderzeń i osłaniając się polami tarczowymi. Gdzieniegdzie przemykały humanoidalne postacie, to dokonując pobieżnych napraw uszkodzonych, zautomatyzowanych pojazdów bojowych, to biorąc bezpośredni udział w walce lub wykonując inne, bardziej tajemnicze zadania. Czasem też powietrze przecinał ze świstem jakiś robot lub pojazd latający, ale była to rzadkość - zawansowanie technologiczne jednostek pancernych i siła rażenia ich broni sprawiały, że wszystko, co nie posiadało odpowiednio grubego pancerza, odpowiednio dużej mocy osłon, do tego nie poruszało się przytulone do gruntu, było praktycznie skazane na zagładę. Mocno nieregularna linia frontu wolniutko zbliżała się do rozległego kompleksu niskich, topornych zabudowań, oskrzydlając je powoli ze wschodu i północy. W stronę kompleksu padało zadziwiająco mało wystrzałów, co jednak było związane z tym, że celem prących naprzód sił było zajęcie kompleksu, nie demolowanie go. Zdemolować go można było chociażcy z orbity. Ciężka, komputerowo sterowana bombarda zajęła właśnie pozycję tuż za grzbietem pobliskiego wzgórza. Wbiła się w sypki grunt na półtora metra, a jej krótka, opasła lufa uniosła się do odpowiedniego konta... Grom wystrzału wstrząsnął całym otoczeniem. - Poruczniku, pocałujcie mnie w dupę z takimi pomysłami! Jestem najemnikiem; walczę dla szmalu, a nie szukam chwalebnej śmierci! Starszy sierżant Dawid Barkof, skulony w leju po jakiejś bombie, wyrwał z gniazda w swoim hełmie wtyczkę radiokomunikatora dużej mocy i odrzucił ją w stronę radiooperatora. Ten odruchowo zwinął kabel. Taka sama wtyczka tkwiła w hełmie radiooperatora. - Co robimy?! - radiooperator wywrzeszczał swoje pytanie. Nawet mimo tłumienia akustycznego w hełmie, po pierwszym strzale bombardy, która zaparkowała w pobliżu, niemal ogłuchł. I teraz wrzeszczał. Barkof spojrzał w stronę krawędzi leja... Jeszcze tylko jakieś piętnaście kilometrów i ich siły wkroczą do tego pierdzielonego kompleksu wydobywczo-rafineryjnego. Krótkie działo bombardy tymczasem ryknęło znowu, sprawiając, że wszyscy w leju skulili się odruchowo. Kolejny pocisk pomknął w żółte niebo tej cholernej planety. - Głównie staramy się przeżyć! - Chyba dostaliśmy jakiś rozkaz, nie?! - retorycznie zapytał niejaki Bull. Facet, w przeciwieństwie do Barkofa nie był najemnikiem tylko ochotnikiem z jakiejś kolonii podległej T.O.D Corporation. Wielki, genetycznie zmodyfikowany. I z wypranym mózgiem, sądząc po braku krytycyzmu wobec przełożonych z T.O.D. - Chcesz iść dalej, to idź w diabły! - nie wytrzymał Barkof. - Nikt cię tu nie trzyma! Bull warknął coś na temat tchórzy i zapytał, kto idzie z nim, zamiast siedzieć bez sensu w tej dziurze. Radiooperator Jones popatrzył na Bulla, jakby odkrył nagle, że Bull ma czułki, zieloną skórę i troje oczu. Ale radiooperator Jones także był najemnikiem - zależało mu na forsie, nie na sukcesach T.O.D. Z pozostałej trójki jeden ruszył w ślad za Bullem, a drugi zrobił ruch, jakby także chciał to zrobić. Ten drugi oprzytomniał jednak. Trzeci strzelał tylko spojrzeniem spod zamkniętej przyłbicy hełmu i przytulał się czule do swojego miotacza. Drużyna marzeń, taka ich mać... Bombarda ryknęła znowu, wstrząsając gruntem pod ich stopami. - Barkof - odezwał się znowu Jones, przekrzykując własną głuchotę. - Znów sztab do ciebie! - Powiedz im, że mnie nie ma!... Bull, wracaj do cholery!!... Jones, psiakrew, żartowałem! Dawaj wtyczkę! Bull, żeby cię szlag... Dlaczego to wszystko takie popieprzone? - zastanowił się w myślach sierżant Barkof, znów wtykając wtyczkę w gniazdo w hełmie. Teoretycznie wszystko było proste; wykonywać rozkazy i nie dać się zabić. Jakby podwładni wyszli z tego w jednym kawałku także byłoby miło, aczkolwiek nie było to niezbędne. Huk, który nastąpił sekundę później, przebił wszystko swoim natężeniem. Było tak, jakby niebiosa nagle pękły i zwaliły się na powierzchnię tej zakazanej planety. Ognisty podmuch przetoczył się ponad lejem, osmalając pancerz Bulla i zrzucając go na samo dno. Potworny wstrząs rzucił całą drużyną jak ulęgałkami. Barkof stwierdził, że przed oczami tańczą mu kolorowe plamy na skutek oślepienia wybuchem, a w uszach ma tylko szum. Widział jak jeden z jego podwładnych rzyga do wnętrza hełmu. Szczerze mu współczuł... Moment później ujrzał spadający z nieba kawał metalu, ciągnący za sobą warkocz dymu. Coś co wyglądało na jakąś część układu napędowego typowego pojazdu gąsienicowego wbiło się na jakiś metr w grunt. Roznosząc po drodze w elektroniczny puch ich przenośny radiokomunikator dużej mocy. Dawid nie mógł nie zadać sobie pytania, jakie jest prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Nie minęło pięć sekund, a Dawid odkrył, że klęczy nad oszołomionym Jonesem i taśmą izolacyjną zalepia rozdarcie zewnętrznej powłoki jego ubioru nieco ponad kolanem. - Bull! - odezwał ktoś, co Dawid usłyszał w słuchawkach jakby z wielkiej oddali. - Jesteś cały?! - A pieprzcie wy się wszyscy!! - odparł Bull. Już wdrapywał się spowrotem na górę. Jego skafander bojowy był wręcz zwęglony tu i ówdzie. - Pieprzcie się! - głos mu prawie się załamał. - Ja tu nie zostaje!! - Bull!! - sierżant Barkof usłyszał swój głos. - Nawet się waż...! - Idź się wal! Nie zdechnę tu jak ostatni tchórz! - przerwał wściekle swojemu dowódcy starszy szeregowy Bull. Co uczyniwszy, rozbryznął się następnie na cały lej po trafieniu bliżej nieokreślonym typem pocisku. Jego miotacz wypalił po raz ostatni gdzieś w to, co zostało z jego nóg. Fragmenty skafandra bojowego i coś, co można nazwać organicznymi komponentami były teraz wszędzie. Szeregowy Lenti, dobry kumpel Bulla panicznie usiłował zrzucić z siebie coś, czego nie dało się nawet określić. - Najważniejsze, że zginął jak bohater - mruknął Jones, już na tyle oprzytomniały, że sam dokończył łatania skafandra. - Dzięki - rzucił do Barkofa. Sierżant sprawdził skaner umocowany na lewym przedramieniu, ale w zagłębieniu terenu na niewiele się przydał. Rozejrzał się, dostrzegł porzucony wcześniej przez Bulla peryskop, doskoczył do urządzenia i wraz z nim wdrapał się do krawędzi leja. Padł następnie plackiem i wystawił górną część peryskopu ponad krawędź. Dostroił ostrość. Oczywiście - jak się należało spodziewać - bombardy w ich pobliżu już nie było, za to w jej miejscu znajdował się pokaźnych rozmiarów kolejny lej powybuchowy. Dawida nawet niespecjalnie interesowało, czy została trafiona, czy też może uległa zniszczeniu z powodu wadliwego pocisku, co już się zdarzyło kilka razy jednostkom z regimentu artyleryjskiego. Skierował peryskop bardziej w prawo, na przedpole. Widok zasłaniały tumany dymu i pyłu, targane wiatrem. Niedaleko widział trzy wraki autoczołgów, nieco dalej pojedynczy wrak dwuwieżyczkowego superciężkiego czołgu na dwóch zestawach gąsienic. Do kompletu kilka ludzkich ciał i rozbite, humanoidalne droidy bojowe Zmienił tryb widzenia na obrazowanie radarowe, chcąc zobaczyć, co się kryje w dymi i kurzu. Przekleństwo wyrwało mu się mimowolnie z ust. Odwrócił się i zsunął się nieci niżej. Z przymkniętymi oczami zastanawiał się przez sekundę... No nie było innej możliwości, nie teraz, kiedy nie mogli się połączyć z odległym o sześćset kilometrów z okładem dowództwem... Ktoś musiał zostać tu, w tym miejscu i dać się zabić, żeby pozostali mogli się wycofać. Którego z tych cieciów wybrać? - zastanowił się, patrząc na członków swojej drużyny. - Panowie - odezwał się wreszcie. - Dupy w troki i wypad stąd. Jones, przejmujesz komendę. Postąpisz wedle uznania; wracacie albo kontynuujecie. Zadanie było proste; ściągnąć albo zniszczyć poważnie uszkodzony pojazd dowodzenia regimentu pancernego, który nie wiadomo jakim cudem znalazł się w bezpośrednim sąsiedztwie walk. Naturalnie chodziło o to, żeby zasoby danych owego pojazdu nie wpadły przypadkiem w ręce wroga, przez którą to możliwość parę osób w dowództwie dostawało sraczki. - Co ty... - zaczął Jones. - Nie dyskutować. Wykonać! - warknął. Przez chwilę patrzył na swoich podwładnych a oni na niego. - No wypieprzać mi stąd!!... Lenti, a zestaw saperski? Sam za tobą nie pójdzie! Zaczęli wyczołgiwać się z leja mniej więcej tą samą drogą, którą tu dotarli. Dziwne, ale był im wdzięczny, że żaden nie odezwał się na pożegnanie. Podczołgał się jak najbliżej krawędzi leja, ustawił miotacz na pełną moc, a z ładownic wyjął dwie dodatkowe baterie do broni i położył je przed sobą. Wyjął też dwa kierowane granaty bojowe i upewnił się, że system kamuflażu skafandra działa prawidłowo. Obejrzał się. - Lenti! - warknął do mikrofonu. - Schowaj dupę, bo ci ją odstrzelą! Sunące tyralierą humanoidalne droidy bojowe i kilka lekkich transporterów opancerzonych stopniowo stawały się coraz bardziej widoczne w dymie i kurzu. Za nimi pewnie posuwali się ludzcy dowódcy. A dalej chyba multisystemowe platformy bojowe. Przypuszczalnie właśnie wrogowi udało się akurat na tym odcinku przełamać ofensywę. A więc to będzie tu i teraz - przeleciało mu przez głowę, gdy odbezpieczał pierwszy granat i oznaczał jego cel. To miała być jego ostanie bitwa... Dziwne, ale nawet się nie denerwował.
Na wojnie dzieją się czasem naprawdę dziwne rzeczy. Takie jak ta, że przeżył. Wiele godzin później, gdy lokalne słońce chyliło się ku zachodowi, a obydwa księżyce już wzeszły, sierżant Dawid Barkof z Sił Interwencyjnych T.O.D. Corporation wolno przekradał się przez cmentarzysko ludzi i maszyn, jakim stał się Płaskowyż Wiatrów. Był naszprycowany narkotykami umożliwiającymi stałe utrzymywanie podwyższonej czujności i nie pozwalającymi odczuć zmęczenia. Oczywiście będzie za to musiał zapłacić swego rodzaju kacem, ale tym będzie się martwił za kolejne kilka godzin. Idąc, mijał wypalone wraki często trudnych do zidentyfikowania maszyn, porozrywane korpusy mniej lub bardziej człekokształtnych robotów bojowych, czasem ludzkie ciała. Ludzie na polach bitew zawsze byli obecni i będą zawsze. Smutne, ale prawdziwe. Maszyny, nawet najlepsze, wymagają nadzoru, zwłaszcza gdy są uzbrojone. A najdoskonalsza nawet sztuczna inteligencja nigdy nie dorówna elastycznością ludzkiemu umysłowi. Zresztą typowych sztucznych inteligencji o tyle lepiej nie włączać do bezpośrednich starć, że zwyczajnie potrafią być nieprzewidywalne - może taka na przykład poświęcić cały pluton droidów bojowych, żeby uratować kilku czy kilkunastu ludzkich żołnierzy. A coś takiego jest niedopuszczalne z punktu widzenia prawideł wojny. Minął rozerwane ciało jakiego nieszczęśnika, który miał mniej szczęścia niż sierżant Barkof, być może jeden z ostatnich żywych na tym cmentarzysku... Barkof zastanowił się nad tym, dlaczego on nie tylko przeżył, ale nawet nie poniósł poważniejszych obrażeń, choć wokół wszystko najwyraźniej szlag trafił. Wrócił pamięcią do momentu, w którym gotował się na wędrówkę do Walhalli, Krainy Wiecznych Łowów, czy gdzie tam idzie się po śmierci. Nawet nie bardzo wiedział, co się wtedy stało. Odpalił pierwszy granat i... I wtedy się zaczęło. Najpierw narastające gdzieś z góry wycie, a potem... Potem po prostu jedna, długa, nie cichnąca nieskończenie długo eksplozja, złożona z setek innych. I blask. Straszliwy blask, nie gasnący w ogóle, a jedynie trochę słabnący, aby zaraz potem rozjarzyć się ponownie pełną mocą. Ziemia drżała, dygotała i jęczała, pod wpływem nieustających grzmotów. Jakby otwarły się same bramy piekieł, a z nich wydostały się hordy ryczących, żądnych krwi, demonów. Zupełnie jakby istniało coś bardziej żądnego krwi od istoty zwanej człowiekiem, zdolnej nawzajem mordować dla jakichś tam rzadkich pierwiastków na peryferiach galaktyki. Chyba nawet stracił przytomność na jakiś czas, po jakiejś szczególnie bliskiej eksplozji. Gdy po nieskończenie długim czasie wyjrzał z leja, wszędzie wokół w niebo biły kłęby dymu, krajobraz zmienił się na zdecydowanie poszarpany, a wiatr przynosił odgłosy sporadycznej wymiany ognia. Ale i one wkrótce ucichły. Jeszcze tylko czasem coś błysnęło w oddali, aż wreszcie nastąpił niemal całkowity spokój. Bitwa się skończyła. Nie wiedział nawet, kto wygrał, a kto przegrał. Domyślił się, że miało miejsce jakieś bombardowanie orbitalne, ale właściwie wiele więcej nie pojmował. Zwalono cały ładunek na pole bitwy, bez specjalnego celowania w pozycje którejkolwiek ze stron? Po kilku minutach zebrał się i z bronią gotową do strzału ruszył w drogę powrotną. Kilka minut później natknął się na usmażone ludzkie szczątki. Na leżącym obok hełmie (z głową w nim) odczytał: ".J. Lenti". Natomiast fragment skafandra leżący kawałek dalej miał rozdarcie zalepione taśmą. Jego drużyna... Tyle z nich zostało... Dawid szedł obecnie na północny wschód, w stronę pozycji T.O.D. Cały czas rozglądał się za jakimś pojazdem, który mógłby wykorzystać, ale jak dotąd, jeżeli w ogóle trafił się taki którego typ można było w ogóle jeszcze rozpoznać, to i tak było dobrze. Wraz z nadchodzącą nocą zrywał się coraz silniejszy wiatr, momentami dochodziło do tego, że szedł w tumanach kurzu lub dymu z płonących wraków (atmosfera planety, chociaż toksyczna, zawierała wystarczająco dużo tlenu, aby umożliwić proces spalania). Efektem tego było, że czasem nie widział dalej niż na kilka metrów i kierował się wskazaniami przyrządów skafandra, żeby nie zacząć łazić w kółko. Ale najlepsze było co innego... Co jakiś czas usiłował nawiązać jakiś kontakt za pośrednictwem komunikatora skafandra, ale na próżno. Udało mu się tylko wyłapywać sygnały robotów bojowych, z jednym nawet zamienił kilka słów, lecz rychło się okazało, że jest daleko stąd i ma zniszczony układ jezdny. Nie udało mu się nawiązać kontaktu z żadnym człowiekiem. Co prawda fakt, że ze sztabem nie może się połączyć, akurat niespecjalnie dziwił. Atmosfera planety była silnie zjonizowana, obydwie strony bawiły się w zagłuszanie, plamy na lokalnym słońcu i związany z nimi wiatr słoneczny robiły swoje, parę innych czynników się dokładało. To dlatego radiokomunikatory dużej mocy z modułami filtrującymi były tak ważne. Jednak mimo wszystko powinien móc wyłapać jakieś echa obecności dowództwa w eterze - charakterystyczne piski i trzask transmisji danych pomiędzy sztabem a funkcjonującymi nadal robotami chociażby, przebijające się przez szumy tła.. Tymczasem nic. A może... Może sztab już nie istniał? Cholera głupio by było. Bo to oznaczałoby... Kurde, kto wie, czy nie będzie musiał się poddać. To nie takie straszne, w końcu w tych czasach respektowano raczej prawa wojenne. Nawet gdyby z jakiegoś powodu stanął przed sądem, zawsze jest to lepsze od śmierci na tej pustynnej planecie. Nawet gdyby…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mamut
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…