Siła woli cz.1
Kolejna odsłona cyklu o zabójcy
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
W zachodnią bramę miasta wjechał tajemniczy mężczyzna. Miał długie, czarne jak smoła włosy rozpuszczone na plecy. Był przystojny. Średnio wysoki, barczysty, szczupły, umięśniony, ale nie wyglądał jak klocowaty drwal. Szlachetną twarz zdobił prosty nos i niezbyt wydatne kości policzkowe. Brodę miał nieco kwadratową, pokrytą drobnym, kilkudniowym dopiero zarostem. No i oczy – głębokie, błękitne z niemal niedostrzegalnym błyskiem zaciekawienia otoczeniem. Ubrany był w całości na czarno. Czarna kurtka bez rękawów, czarna spódnica wojskowa, czarne rękawice podróżne. Tylko buty miał z brązowej skóry, drogie, starannie szyte, z metalową klamerką z przodu. Przepasany był ćwiekowanym pasem ze złotą sprzączką, na którym wisiały schowany w pochwie krótki, lekko zagięty w połowie miecz oraz mocny hak. Drugi pas przewieszony był przez klatkę piersiową, a na nim wisiały cztery jednakowe noże. Na szyi kołysała się zawieszona na czarnym rzemieniu srebrna, siedmioramienna gwiazda. Jechał na wysokim, smagłym, gniadym koniu. Wierzchowiec dumnie zadzierał głowę i prychając raz po raz rzucał czarną i długą jak włosy jeźdźca grzywą. Oba jego boki były obwieszone różnymi sakwami. Oprócz nich po lewej stronie siodła wisiał wyglądający na solidny długi łuk ze zdjętą cięciwą. Po drugiej dla równowagi powieszona była lina. Wszyscy obecni na drodze przechodnie skierowali spojrzenia na przybysza, którego zatrzymali strażnicy. Zapytany przez jednego z nich nic nie odpowiedział, ale sięgnął do jednej z sakw i wyjąwszy zwiniętą w rulon kartkę wręczył mu ją. Tamten natychmiast wbiegł do wieży, w której rezydowali jego przełożeni. Po krótkiej chwili wyszedł za potężnym brodatym mężczyzną ubranym tak jak on w tunikę straży. po krótkiej wymianie zdań oficer oddał jeźdźcowi papier i skłoniwszy się odszedł z powrotem na swój posterunek. Zza rogu jednego z budynków obserwował to wszystko spokojnie inny jegomość. Niski, chudy, o pociągłej twarzy okryty krótką czarną peleryną, która dla kogoś, kto trochę się orientował mówiła dużo o zawodzie obserwatora. Siedzący wciąż na koniu należał do tych, którzy się orientowali. Gdy plecy strażnika zniknęły w drzwiach wieży spojrzał wprost na niego. Tamten nieco się spłoszył i zniknął w jakiejś uliczce. -Cholerny szpicel – powiedział sam do siebie Gwiazda, bo tak najczęściej nazywano owego tajemniczego mężczyznę, który wjechał dopiero przez zachodnią bramę miasta – Chyba nici z odpoczynku. Czarnowłosy przyjechał do Offast – stolicy królestwa o tej samej nazwie – rzeczywiście po to, żeby posiedzieć spokojnie i odpocząć. Marzył o tym, żeby odpocząć chociaż przez tydzień. Ostatni okres był dla niego pełen pracy, ale tym samym pełen zysków. Gwiazda był zabójcą na zlecenie, a za swoje usługi (których jakość sam oceniał jako wyśmienitą) pobierał dość okrągłe sumki. Większość klientów była zadowolona i rzeczywiście chodziły o nim bardzo pozytywne opinie. Niektórzy mówili, że nie ma zlecenia, którego by nie wykonał, niektórzy tylko tyle, że był najlepszy. Poza tym miał odebrać pieniądze należne mu za głowę pewnego oszusta, którego zabił w mieście Lard. Już nie trzeba nadmieniać, że Offast było jego ulubionym miastem, w którym spędził sporą część dotychczasowego życia. Jechał powoli w kierunku rynku. Jak to zwykle bywa na głównych ulicach miast, było gwarnie i tłoczno. Już po kilku chwilach jazdy można było zobaczyć barwne stragany i usłyszeć handlarzy zachwalających głośno spoczywające na nich towary. Najpierw tanie sprzęty domowego użytku, owoce, warzywa, sandały, lniane koszule, drewniane zabawki dla dzieci sprzedawane przez pojedynczych wytwórców. Natomiast dalej w kierunku głównego placu bardziej drogie i ekskluzywne towary: kwiaty, tkaniny, narzędzia, broń, zwierzęta, instrumenty muzyczne, biżuteria i wiele innych przedmiotów, których nie sposób wymienić. Na miejsce na samym rynku mogli sobie pozwolić kupcy naprawdę bogaci, a takich nie było przesadnie dużo. Jednak, gdy już tacy się znaleźli wynajmowali nie jeden, nie dwa, ale nawet trzy lub więcej dostępnych części placu. W dzień handlowy wszystko było tak pstrokate i kolorowe, że nie dało się skupić dłużej na jednej rzeczy. Dla nieprzyzwyczajonego ucha hałas mógł być niezbyt przyjemny. Sprzedawcy zdzierali sobie gardło zachęcając potencjalnych klientów do kupna. Kupujący krzyczeli jeden przez drugiego aby utargować sobie jak najlepszą cenę i zdobyć jak najlepszy towar. Towar w postaci drobiu, trzody i innych żywych jeszcze zwierząt skrzeczał, piał, kwiczał, szczekał. Słowem – gwar był niesamowicie głośny i niezrozumiały. Ale dla Gwiazdy była to prawdziwie piękna strona tego miasta. Zsiadł z konia i razem z rzeką tłumu poszedł uśmiechnięty prowadząc go za uzdę. Jakaś babcia poczęstowała go jabłkiem zachęcając aby kupił ich więcej. Kędzierzawy krawiec już zaczynał mierzyć jego sylwetkę i krzyczeć, że ma dla niego wspaniałą koszulę. Czarnowłosy zbywał wszystkich błyskawicznie i szedł dalej. Krok po kroku szło się coraz trudniej i wolniej, gdyż tłum gęstniał. Gwiazda wskoczył na siodło i trącił wierzchowca piętami. Ludzie rozstępowali się na boki pod naporem jeźdźca aż w końcu dopchał się on przed siedzibę główną straży Offast. Ponownie zsiadł z gniadosza, przywiązał uzdę do płotka, przy którym stało już kilka koni. Pod nim stało koryto wypełnione wodą. Spragnione zwierzę od razu pochyliło się i zanurzyło chrapy. Zabójca zdjął rękawice, wcisnął je sobie za pas i podszedł do bramy budynku pilnowanej przez dwóch strażników przybranych w tuniki – niebieskie z dwoma ukośnymi, czarnymi pasami i uzbrojonych w krótkie miecze wiszące przy pasie i włócznie z błyszczącymi w południowym słońcu ostrymi grotami. Służba w środku dnia na otwartej przestrzeni jaką był rynek nie należała do najprzyjemniejszych. Upał i zaduch dawały się we znaki. Po spoconych twarzach widać było, że wartownicy też nie byli na nie obojętni. -Przyszedłem odebrać nagrodę za głowę – powiedział do nich pokazując obwinięty wstążeczką papier – Prowadźcie do dyżurnego. -Proszę za mną – powiedział jeden z żołnierzy z ulgą, że będzie mógł w końcu choć na chwilę schronić się w chłodnym wnętrzu kamiennej budowli. Weszli do środka i skierowali się wzdłuż obszernego korytarza. Prawie na samym jego końcu strażnik zapukał do wysokich sczerniałych drzwi i odczekawszy chwilę wszedł, a za nim Gwiazda. Gabinet był bardzo jasny. Promienie słońca wpadały przez duże oszklone okno wychodzące na południowy zachód. Mimo to wewnątrz nie było gorąco. Wręcz przeciwnie – panował tam przyjemny, wilgotny chłód. Na podłodze położony był zielony dywan, a na nim obok smukłej szafy stały pod ściana dwa krzesła. Poza tym w skromny skład wyposażenia gabinetu wchodził prosty, zawalony papierami stół, za którym na kolejnym krześle siedział łysiejący, pomarszczony mężczyzna z nosem tkwiącym w owych papierach. Ubrany był również w wojskową tunikę, ale w odróżnieniu od stróżów nosił spodnie, a nie spódnicę. Towarzyszący czarnowłosemu żołnierz powiedział dwa razy głośne „ekhem”, żeby zwrócić uwagę oficera. Tamten podniósł wzrok znad dokumentów. -Słucham? – powiedział cicho i ochryple. Odchrząknął i mówił dalej, już głośniej – O co znowu chodzi? -Mam tu kwit na sześćdziesiąt denarów uzyskany w Lardzie. To nagroda za głowę oszusta Delereya. Przyszedłem go zrealizować. Jeśli to możliwe – od ręki. -Nie pytam cię o tożsamość. Wiem, że mówią na ciebie Gwiazda, chociaż nie znam imienia. -I niech tak zostanie – odpowiedział sucho zabójca – Co z tą nagrodą? -Tak, tak… Pokaż mi ten papier. Acha… acha… - mruczał przeglądając pismo – No tak, chyba wszystko się zgadza. Zaczekaj chwilę, proszę. Jak tylko uporam się z tymi notatkami, to podpiszę ci odpowiedni dokument. Z nim będziesz mógł pójść po jego zrealizowanie. Ach i jeszcze będziesz musiał pogadać ze skrybą. Porządek musi być. W tym momencie strażnik wrócił na posterunek, a Gwiazda przeklął w myślach po stokroć demoniczną machinę biurokracji. To po to jechał do stolicy? Żeby załazić się na śmierć? Ale trudno było kłócić się z przedstawicielami władzy. Między innymi dlatego, że posiadali ją w jakimś zakresie. Zawsze znajdzie się ktoś, komu trzeba się podporządkować. Więc, nie mając innego wyjścia, czarnowłosy wziął z kąta jedno z krzeseł, postawił je centralnie przed biurkiem oficera dyżurnego, otrzepał je rękawiczkami z kurzu i usiadł z założonymi rękami. Łysiejący żołnierz-urzędnik wstał na chwilę i otworzył okno, po czym wrócił na swoje stanowisko. Przez dłuższą chwilę patrzył w oczy mężczyzny siedzącego naprzeciwko nieco nieprzytomnym wzrokiem. Podrapał się jeszcze po nosie piórem i uśmiechnął się gdzieś w kierunku ściany. -Mógłby pan w końcu załatwić moją sprawę? – spytał mocno zirytowany Gwiazda. Tamten zrobił oburzoną minę, szepnął ciche „Też coś…” i zamoczywszy koniec pióra w atramencie kontynuował pracę. Kartka przyniesiona przez zabójcę leżała nadal obok. -Nie mogę tego tak od ręki – wymamrotał – Mam ważniejsze sprawy. Porządek musi być. Czarnowłosy zasłonił oczy dłonią i głośno westchnął. Nie ma na nich siły, pomyślał. Przechylił się na krześle do tyłu i spojrzał na sufit. Grube pęknięcie biegło przez całą jego szerokość. Nie mając nic innego do roboty zaczął wsłuchiwać się w rynkowy gwar dochodzący zza okna. Usłyszał między innymi o tym, że nastoletnia już księżniczka wciąż moczy się w nocy, że dywany u Bedetty są bezkonkurencyjnie najlepsze, że król Rogemii stracił udziały w handlu jedwabiem… W końcu otępiały umysł rejestrował już tylko „bla, bla, bla…” Po godzinie czekania z półsnu wyrwało go głośne chrząknięcie oficera. -Proszę oto twój dokument. Najpierw zajrzyj do skryby. Trzecie drzwi na lewo. Oczywiście nie wiadomo było na lewo od czego i trzecie licząc od którego punktu. Gwiazda stracił kolejnych kilka minut na szukaniu odpowiedniego pomieszczenia i jeszcze więcej zanim skryba zechciał odnotować jego sprawę. Łącznie stracił w budynku ponad dwie godziny. W końcu podszedł do konia i schował woreczek z pieniędzmi w jednej z sakw. Złapał za uprząż i poprowadził zwierzę na drugą stronę już nieco mniej zatłoczonego rynku w kierunku starej karczmy „Kulawy kot”. Budynek dość ładny, ale niezbyt ekskluzywny był znany zabójcy od bardzo dawna. Zatrzymywał się w niej często podczas pobytu w Offast. Zawołał pachołka, podał mu uzdę, wręczył dwa denary i kazał zająć się koniem i bagażem. Gdy tylko wszedł do środka usłyszał głośny okrzyk zadowolenia. -Panie Gwiazda! – wołał zza szynku zezowaty karczmarz, Ellas – Znowu u nas! Jak to miło. Pokój już czeka, oczywiście. -Witam, witam – odpowiedział mężczyzna siadając przy stole pod ścianą. Wszyscy goście podnieśli w pozdrowieniu swoje kufle. -Podać coś, oczywiście? – powiedział karczmarz podchodząc z czystym kuflem i antałkiem – Dawno pana nie było. A moja stara sama nie zdechnie. Mógłby pan tak po znajomości? – większość obecnych wybuchła śmiechem. Gwiazda nigdy nie ukrywał tego, czym się parał. A już na pewno wiedzieli to stali bywalcy „Kulawego kota”. -Nie, raczej nie. Nie mam takich środków – odpowiedział rozbawiony wzbudzając kolejną falę wesołości – Daj mi coś pieczonego. Może być kurczak. -Kurczak na drut! – krzyknął w kierunku kuchni nalewając mu piwo – Co pana sprowadza? Interesy, oczywiście? -Nie. Teraz mam zamiar odpocząć. Pracowałem ciężko przez ostatni czas. Kolej na odrobinę przyjemności. I mam nadzieję, że twoje jadło da mi jej choć trochę. I liczę na wygodne łóżko. Cały dzień spędziłem w siodle. Wracam z Lardu. -Oczywiście. Tutaj jak zawsze – wszystko najlepsze. Po takiej drodze pewnie pan na kąpiel oczekuje. Każę zaraz szykować balię, oczywiście. -Rzeczywiście tutaj wszystko najlepsze – powiedział z uśmiechem Gwiazda – I rzeczywiście marzę o kąpieli. Widzę, że stajesz na wysokości zadania Ellasie. Nic dziwnego, że karczma nadal jest popularna. -A dziękuję, nie mam na co narzekać – karczmarz również się uśmiechnął. Brakowało mu dwójki z prawej strony na górze – Jedzenie zaraz przyjdzie, oczywiście. Ale ja niestety wracam za szynk. -Oczywiście – powiedział z przekąsem, co także rozbawiło zgromadzonych. Nadużycie przez Ellasa tego słowa śmieszyło wszystkich wciąż tak samo jak na początku, czyli kilkanaście lat wcześniej. Było już dość późno, gdy po zjedzeniu kurczaka zdjętego dopiero z rożna i długiej kąpieli Gwiazda poszedł do swojej starej izby na samym końcu korytarza znajdującego się na lewo od szynku. Wszystkie torby i łuk już czekały na niego położone na zielonym, wytartym fotelu. Poza tym w pokoju było zasłane już łóżko, stolik, stojące obok dwa drewniane krzesła oraz rozpalony kominek. I obraz nad łóżkiem przedstawiający dostojnego starca ze wzrokiem skierowanym w dal, jakby wpatrywał się w przyszłość. Zabójca zapalił lampę powieszoną na ścianie na prawo od drzwi i kilka świec stojących na stole. Podszedł do okna i zamknął okiennice. Potrzebował już tylko porządnego snu.
Dagoram wszedł do karczmy o nazwie „Kulawy kot”. Dopiero po chwili ruszył się z miejsca, gdy dojrzał tego z kim miał się spotkać. Podszedł do stołu w samym kącie, przy którym siedział już chudy mężczyzna o pociągłej twarzy z krótką czarną pelerynką na plecach. Przysiadł się do niego i zdjął kaptur. Twarz ogólnie wyglądała na młodą. Oprócz dużych szarych
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Bacowski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…