Wróć do katalogu

Skaza rusza na wojnę

No tak, wojenna zawierucha zawitała i pod nogi Skazy.

Ra'kiestaan, opublikowano , 52 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Skaza rusza na wojnę

Wychodzę z sypialni do mojego pokoju. Zanim zdążę odzyskać pełnię równowagi i ostrość wzroku, Adriet wtula się we mnie. Potem zauważam Toruviel, siedzi przy stole. Ma przed sobą rozłożone trzy książki, w czwartej coś zapisuje. Patrzę na nią przez chwilę w milczeniu, a następnie witam się z nią. Dalej ze swojego pokoju wyłania się Pelen, którą też na chwilę przytulam. To mój codzienny rytuał. Najpierw one, potem wychodzę przywitać dzień i świat.

Czy ci ludzie, naprawdę nie mają co robić? Jasne, wiem… utrzymują królestwo w kupie, żeby się nie rozpieprzyło na kawałki. W sumie to dobrze, bo ja mam mniej obowiązków. Ale zawsze, gdy wchodzę do głównej komnaty, to oni wszyscy już tam są… niesamowite. Witam wszystkich kilkoma słowami, odpowiadają mi przyjazne pomruki z kilkunastu gardeł. Podchodzi do mnie P. - Witaj, Skaza. - Dzień dobry. Dobre, czy złe wieści? - To zależy jak na to spojrzeć… - No dobra. Co się dzieje? - Mamy wojnę. - No, to faktycznie coś dużego. Tłumacz. - Jasne. Pamiętasz Norkvair? Niewielkie państwo, utrzymują się głównie z handlu i rolnictwa. Trzy duże miasta włącznie ze stolicą. Mała, ale dobrze wyszkolona armia. Przyłączyli się do nas jakieś dziesięć lat temu, potrzebowali pomocy w związku z atakiem swoich sąsiadów. - Pamiętam. Odparliśmy atak i weszliśmy do tego drugiego państwa…jak ono się nazywało? - Redonia. - Właśnie. O ile dobrze pamiętam, dowodziłeś atakiem. - Tak. Przegoniliśmy Redończyków aż do ich stolicy, zajęliśmy ją. Większa część ich armii nie żyła. Kazałeś ograbić miasto, ale go nie palić. Wróciliśmy do siebie, zostawiając za sobą pasy spalonej ziemi. Wieśniakom zaproponowaliśmy ziemie na naszym terenie. Spora część skorzystała z propozycji. - No dobrze… a co teraz się dzieje? - Redończycy znów ruszyli. - Aha…dwa pytania? Jak zebrali armię zdolną cokolwiek zdziałać w tak krótkim czasie… i drugie… popierdoliło ich? Chcą znowu dostać? - Na oba odpowiem jednym zdaniem. Znaczną część idącej armii stanowią Amangarczycy. - Słucham? - Ci sami. Demony z Amangaru. - Chcesz powiedzieć, że Redonia zawarła przymierze z Amangarem? - Dokładnie. Wspólnie ruszyli w kierunku fortu Repur, który strzeże granicy. Po co? Redonia chce się odgryźć i dzięki łupom znów rozkwitnąć. A Amangar… oni od zawsze z nami walczą. - P… - Tak? - Zbierz armię.

Amangar. Dziwni ludzie, mieszkający za naturalną, górską granicą. Jest ich niewiele, jednak są niezwykle potężni. To nekromanci, czarni magowie. Przywołują do życia hordy potworów i dzięki nim rzucają nam się do gardła gdy tylko mogą. Tak naprawdę nie wiem dlaczego, ale pewnie z powodu czegoś, co było dawno temu. Mógłbym to sprawdzić, ale gówno mnie to interesuje.

- Ilu ich tam jest, P? Jaką mamy sytuację? - Zwiady donoszą o około dwóch tysiącach Redończyków… mówią też o… od siedmiu do dziesięciu tysięcy demonów. - O bogowie. Sporo. - Tak… widziano też jednego z najwyższych czarnych magów. To on… dowodzi całą armią, być może są też tam inni, niżsi stopniem. - Rozumiem. - Oprócz tego mają kompanię karną… obiecali więźniom wolność, jeśli pójdą na wojnę, będą lojalni i przeżyją. Jest ich niecały tysiąc. - Dobra. Trzydzieści setek ludzi i dziesięć patyków demonów. Poradzimy sobie. Chcę ruszyć jak najszybciej. Kogo mamy? - Ach, czyli masz zamiar samemu dowodzić… no więc tak… w Repur stacjonują dwa tysiące naszej doborowej piechoty. Rozpoczęli przygotowania do oblężenia. W tym momencie gotowa do wymarszu stoi Piąta Armia Konna. Pięć tysięcy najlepszych jeźdźców jakich w tym momencie mamy. Kogo jeszcze potrzebujesz? - Znajdź mi dwie setki lekkiej piechoty, najlepiej jakichś najemników. - Na zwiadowców? - Tak. - Mam tu takich. Zaraz poślę gońca, by się szykowali. - I… strzelcy. Potrzeba mi strzelców, do obsadzenia murów. - Druga Kompania Kuszników z Bredo. Pasuje? Jest ich okrągły tysiąc. - Pasuje. Starczą mi. Zresztą w forcie i tak zrobi się ciasno. - Podsumujmy. Wróg ma trzynaście tysięcy, w tym trzy ludzi, reszta to horda przeklętych demonów. A ty będziesz miał osiem tysięcy ludzi, pięć konnych, jeden kuszników, dwa piechoty, do tego dwustu najemników zwiadu. - Doskonale. A powiedz… za ilu ludzi ja się liczę? - Na mój gust, to kilka milionów. - Ha ha ha… ale widzisz P, wróg ma w swych szeregach potwory. Więc i ja wezmę kilka takowych ze sobą. Gdzie jest Meriadok?

- Meriadoku. - Słucham panie. - Słyszałeś wieść o wojnie? - Tak. Ruszasz w bój. Czego potrzebujesz ode mnie? - Pojedziesz ze mną. - Oczywiście. - To nie koniec. Zbierz kilku swych braci. Czeka was praca. - Tak jest.

Wychodzę przed namiot, gdzie czekają na mnie Ścigacze. Chcę ich wcześniej poznać. Sześć opływających czernią postaci stoi w doskonałym szeregu. Ta ich mistyczna, czarna mgiełka unosząca się w powietrzu jest niesamowita. Czoła mają dumnie uniesione. To fanatycznie mi oddani żołnierze doskonali. Jest ich niewielu, więc nie tworzą formacji. Ale jako agenci, sprawują się idealnie. Małe torby podróżne i identyczne, półtoraroczne miecze leżą przed nimi. Meriadok, przedstawia nas sobie, a ja witam się z każdym po kolei. - Hamervreina znasz, panie. - Tak. Witaj. Zarówno Meriadok jak i Hamervrein, nic się nie zmienili od czasów wyprawy do Cannock. Wysocy, dobrze zbudowani, z długimi ciemnymi włosami i spiczastymi brodami, ubrani w czarne, luźne szaty i płaszcze z kapturami i pelerynami. - Rinedun. Staję naprzeciwko wysokiego, chudego, łysego mężczyzny. Ma czarną brodę, a w jego oczach widnieje agresja i zło. Nosi czarną bluzę z kapturem i wysokie wojskowe buty, w które zatknięte ma ciemno zielone spodnie. Jest pierwszym znanym mi Ścigaczem, który wygląda inaczej niż większość swych braci. I nieważne, że znam dopiero trzech. - Rothan. Witam się ze szczupłym, umięśnionym człowiekiem, tak samo jak inni, wysokim. Ma kozią bródkę i krótkie, sterczące do góry włosy. W odróżnieniu od innych jego włosy są jasne. Ma na sobie czarne spodnie i koszulę, z długimi rękawami. - Saamehor. Kolejny jest niższy i starszy od innych. Długie siwe włosy spływają mu z ramion, broda, z kilkoma wplecionymi warkoczykami sięga prawie piersi. Jego ubiór jest bliźniaczy do tego, który nosi Meriadok. - Der’Charucar. - I ja mam to niby wymawiać? – Wszyscy wybuchamy śmiechem. To rozładowało dziwną atmosferę i Ścigacze chyba zaczynają rozumieć, że nie jestem ich panem i bogiem, tylko przyjacielem. - Mów mi Der, panie. - Jasne. No ten to jest ciekawy. To co ma wspólne z innymi, to wzrost i budowa ciała. I tyle. Skórę ma czerwoną, pokrytą czarnymi tatuażami, także na twarzy. Białka oczu ma czarne, a tęczówkę i źrenicę czerwone. Piorunujące wrażenie. Brakuje mu włosów, ale na od czoła do potylicy ciągnie się grzebień rogowy, złożony z rozstawionych co kilka centymetrów niewielkich, ostro zakończonych rogów. Ma na sobie czarne, mniej luźne niż Meriadok szaty i płaszcz. Uprzedzając moje pytanie mówi: - Pochodzę z Urivtaru. To daleko. - Rozumiem. Nareszcie jakaś odmiana. Znów uśmiechy pojawiają się na naszych twarzach. - Witter. – Mówi Meriadok. Ten też jest niezły. Wysoki i dobrze zbudowany, jak to żołnierz. Skórę ma blado zieloną, oczy żółte, z głowy spływają mu białe jak śnieg dredy. Ubranie ma podobne do Dera. - A ty? Skąd się wziąłeś? - Z Korklandu. - Też wesoło. No dobrze. Skoro się już znamy, pozostaje mi powiedzieć wam, że za pięć godzin mamy wymarsz. Porozmawiamy w drodze. Do zobaczenia.

Tuż przed wymarszem, przychodzą do mnie dziewczyny. - Skaza… - Mówi Adriet. – Mamy jechać z tobą, prawda? - Oczywiście. Że nie. - Hej! Dlaczego? - To jest wojna, dziecinko. Nie będę was zabierał na wojnę, przeżyjemy bez siebie te kilka chwil. Bywało gorzej. - Ale… możemy być ci potrzebne… albo… coś… - Nie będę ryzykował waszych żyć, dla zaspokojenia własnego ducha. - Ale to nie jest ryzykowanie żyć! - Przebywanie w zamku, otoczonym przez wroga… jak dla mnie to jest dość niebezpieczne. - No dobrze, ale… - Wytłumacz mi Adriet, dlaczego ty tak… energicznie prosisz o wyjazd, a Pelen i Toruviel stoją spokojnie z tyłu? - Bo te perfidne zdrajczynie… – Uśmiechy na chwilę zagościły na ustach dwóch dziewczyn stojących za plecami Adriet. - … podzielają mniej więcej twoje zdanie. - No widzisz. Są rozsądne. Bierz z nich przykład. - Ale ja chcę! Chcę zobaczyć jak to jest! - Następnym razem. - … Obiecujesz? - Nie.

Przeszliśmy przez portal kilka godzin później. Drugi, jest zamontowany w forcie, w podziemiach zamku, więc podróż na miejsce walki zajęła nam raptem kilka godzin. Jednak bez problemów się nie obyło, bo przeniesienie tak wielkiej ilości ludzi jest niezwykle trudne, nawet przy pomocy wielkich, stacjonarnych portali. No ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło. Zameldowaliśmy się w forcie, gdzie na wszystkich ludzi czekały już miejsca do spania, dla koni gotowe były stajnie. Niedługo po przybyciu, gdy żołnierze już porozkładali się po forcie, zwołałem radę wojenną, w największej komnacie, znajdującej się na prawie najwyższym poziomie fortu. Przy podłużnym stole zasiedli, oprócz mnie, wszyscy Ścigacze, głównodowodzący fortu, kapitan Maletrosm, (Biedny, młody człowiek. Ktoś na górze wymyślił sobie, że wyślą go na rubieże, gdzie teoretycznie nie powinno się nic dziać. No to teraz będzie miał okazję się wykazać.) dowodzący Piątą Armią Konną pułkownik Lars Karlich, zwany Jastrzębiem, porucznik Evo van Lastersen dowódca Drugiej Kompanii Kuszników z Bredo oraz najemnik, przywódca tych dwóch setek, przeznaczonych na zwiadowców, Marco Providicini. W roli przewodnika występował Terry Maletrosm, który po wstępnych uprzejmościach zaczął nam dokładniej naświetlać sytuację, posługując się wieloma mapami. - Jak szanowni panowie widzą, fort jest od strony Redonii naturalnie chroniony przez rzekę, która służy nam za fosę. Dalej ciągnie się pięciokilometrowy pas pól uprawnych, które schodzą w dół, to znaczy, że zamek stoi na wzgórzu, co też daje nam pewną przewagę. Następnie rozpoczyna się las, który kończy się daleko stąd, już na terenie przeciwnika. Wroga armia znajduje się akuratnie gdzieś w tym lesie. Przy ich tempie marszu będą tu za trzy dni pod wieczór. - Dobrze… - Pytam. - … a jak stoimy z maszynami bojowymi? - Mamy dziesięć trebuszetów. Cztery na wieżach na szczycie zamku i sześć niżej, na murach obronnych. - Właśnie. Mury i brama. Jak wiele wytrzymają? - Gwarantuję panu, że nieważne jaki taran przyprowadzą, nie wyważą bramy. Repur słynie z tego, że nigdy w swej historii nie zostało zdobyte, a stoi tu już dłuższy czas. Podczas ostatniej inwazji, Redończycy zwyczajnie ominęli fort, bo wiedzieli, że go nie zdobędą. - Ale teraz nie ominą. Mają Amangarczyków. - Właśnie. Podobno oni… - Tak. Oni mogą zwyczajnie wleźć po murach. - Więc jak się przed nimi obronimy. - Rzeka będzie kluczem. Oni nie znoszą wody. Nie wejdą do niej. Powiedz mi kapitanie… jakie poczyniłeś przygotowania do obrony? - Oczywiście. Umocniłem mury. Nie wiedziałem czy kopać na polach wilcze doły. Słyszałem, że przyprowadzi pan ciężką konnicę, a wtedy powpadalibyśmy w nasze własne pułapki. - Brawo, za przenikliwość. Istotnie, proszę nie kopać dołów. Tylko by nam to zaszkodziło. Dobrze, teraz przedstawię panom plan bitwy. Może pan usiąść kapitanie, dziękujemy bardzo. Dobrze, więc… kapitanie Maletrosm, czy w pańskich szeregach są ludzie, dobrze obchodzący się z łukami lub kuszami? Młody żołnierz powstał na chwilę. Taki jest ceremoniał, gdy najwyższy dowódca wydaje rozkazy, ci których one dotyczą wstają, by ich wysłuchać i lepiej widzieć mapy, leżące na stole. Ma około dwudziestu pięciu lat, nosi tradycyjny, ciemno niebieski mundur ze złotymi zdobieniami. Włosy i brodę ma po wojskowemu krótko przystrzyżone. - Właściwie wszyscy potrafią strzelać. Co prawda to nie jest ich specjalizacja, ale to wszechstronni żołnierze. - Dobrze. Więc uzbroi ich pan w broń strzelającą i ustawi na murach. Oni podczas walk nie wyjdą z zamku. Nie poradzą sobie z demonami w polu. Będą prowadzić ostrzał, bądź walczyć wewnątrz fortu, chodź miejmy nadzieję, że nie będzie takiej konieczności. - Tak jest. - Lecz na murach główną rolę odegrają pańscy ludzie, panie Lastersen. Teraz wstał wysoki, chudy mężczyzna, z długimi, prostymi włosami. Na lekką zbroję ma narzucony zielony płaszcz, chyba już symboliczny dla kuszników. - Nie muszę wam chyba tłumaczyć, jakie jest wasze zadanie. Macie zabić z daleka tylu ilu dacie radę. A na wypadek, gdyby przeciwnik wdzierał się na mury, macie go odeprzeć. Umiecie przecież machać mieczami. - Zrozumiałem. - Pułkowniku Karlich. Z miejsca podniósł się potężny, wąsaty mężczyzna, ubrany w kolor krwi. Tak jak cała Piąta Konna. - Na początku starcia pozostaniecie w zamku. Dobierzemy wam zadanie do sytuacji. Bądźcie gotowi do natychmiastowego ruszenia i kilku sytuacji. Być może po pewnym czasie, będziemy musieli stanąć do frontalnego starcia. Kto jak kto, ale wy umiecie dziesiątkować wroga szarżą. Być może też podzielicie się i część z was wyjdzie drugą bramą, przejdzie rzekę kilka kilometrów stąd i zaatakuje od skrzydła, lub z tyłu. - Oczywiście. Zrozumiałem. - Panie Providicini. Wstał mężczyzna w średnim wieku, w szarej, typowej dla najemników zbroi. - Was czeka teraz ciekawsze zadanie. Podchody. Umiecie prowadzić podchody. Wyjdziecie z zamku jak najszybciej, jeszcze tej nocy. Podzielicie się na dwie grupy, do każdej zostanie przydzielony jeden z obecnych tu Ścigaczy. Nie będą oni dowódcami, oczywiście. Mają tylko napsuć wrogowi krwi. Macie podejść wroga, po cichu zlikwidować tylu ilu się uda, możecie kilku wziąć do niewoli, na spytki. Skupcie się na ludziach, nie macie chyba doświadczenia w walce z Amangarczykami. Zresztą co ja będę uczył rzemieślników ich własnego fachu. Nie jedną wojnę widzieliście, wiecie co robić, prawda? - Prawda. - No to dobrze. Rinedun, Witter, pójdziecie na podchody, pasuje? Obaj jednocześnie kiwnęli głowami na znak zgody. - Panowie… dodam tylko, że pierwsze dni… właściwie pociągniemy to tak długo, jak da radę… będziemy unikać otwartej walki. Polegać to będzie na odpieraniu ataków, ale… sami będziemy atakować jedynie… właściwie to ja i tych siedmiu Ścigaczy będziemy walczyć. Jak konkretnie to nasza sprawa, ale myślę, że jeżeli damy radę tak działać przez kilka dni, to zadamy wrogowi gigantyczne straty. Natomiast… plan awaryjny jest taki… jeżeli wróg wedrze się do fortu i zajmie podzamcze… wtedy zniszczymy portal. Podejrzewam, że to właśnie o niego chodzi temu Amangarczykowi. Chce wedrzeć się do serca naszego królestwa, nie możemy na to pozwolić…Wszystko jasne? Skoro tak, to możecie się rozejść.

Punkt dowodzenia urządziłem, na kwadratowym placu, o przekątnej około czterdziestu metrów, znajdującym się na samym szczycie zamku. Z jego rogów wyrastały jeszcze niewielkie wieże, na których stały trebusze. Widziałem stąd doskonale, całe te pola, aż do lasu, który jednak już delikatnie migał w oczach. Stamtąd też, trzy dni później zobaczyłem dwie powracające grupy najemników, wiedzione przez aż nadto wyróżniające się, czarne postacie. Łącznie zabili pięćdziesięciu czterech ludzi i dwa demony, po jednym na każdego Ścigacza. Kolejnych szesnastu Redończyków wzięli do niewoli. Ich zeznania potwierdziły przepuszczenia dotyczące liczebności wroga, oraz dodatkowo zdradziły imiona dowódców. Redończykami dowodził generał Edwin Bilderdijk. Jednak praktycznie, najważniejszy głos miał czarny mag, jeden z dziewięciu najwyższych czarodziejów Amangaru, Meszeros zwany Rzeźnikiem. Oprócz niego w idącej armii znajdowało się siedmiu, niższych stopniem magów. Zwiadowcy nie zostali zobaczeni, usłyszani ani wykryci. Przeciwnicy jednak bali się ich. Wyobraźnia podsyłała im cienie wśród drzew i szepty wśród szelestu liści.

Wieczora tego samego dnia ujrzeliśmy wroga. Najpierw usłyszeliśmy hałas, a jakieś dwie godziny później już wpatrywaliśmy się w nieruchome ognie, które oświetlały świeżo rozstawiony obóz. Spodziewaliśmy się szybkiego ataku, ale najwyraźniej byli zmęczeni drogą. Jedynie kilkadziesiąt demonów podeszło pod zamek, ale zgodnie z moimi przewidywaniami nie weszli do wody. To dobrze, bo gdyby coś się zmieniło i mogliby to zrobić… cóż, bylibyśmy ostro udupieni.

Spaliśmy na zmianę. Teoretycznie, bo ja nie położyłem się spać. Na własny rozkaz dostałem od miejscowego cyrulika kilka mikstur pobudzających. Nastał świt. Nocą wydawali się bardziej imponujący, to morze świateł… ale stoją na granicy lasu, sporej części z nich nie widać przez drzewa. Montują machiny oblężnicze. Można to wywnioskować z hałasu. Pewnie zbijają też ściany desek, z których będą chcieli utworzyć mosty. Nie możemy do tego dopuścić.

Zdecydowałem, że pierwsza wypłynie ich krew. Kazałem kapitanowi Malstromowi wystrzelić z czterech górnych trebusze. - Ależ panie… to bez sensu, są poza zasięgiem… - Wiem. Strzelaj. Byle wysoko. Popatrzył się dziwnie i wydał rozkaz.

Zdejmuję pierwszą pieczęć.

Odnalazłem cztery potężne głazy, szybko przesuwające się po niebie. Wyciągnąłem ręce w ich kierunku, palce miałem szeroko rozwarte. Zamknąłem oczy, oczyściłem umysł. Używając mocy, magii, siły woli albo czegoś takiego utkałem wokół nich siatki z moich myśli, z cząsteczek powietrza. Podtrzymałem, nie pozwoliłem opaść. Uniosłem. Powoli nakierowałem na obóz wroga, po czym pchnąłem z całych sił. Kamienie wbiły się w ziemię, wgniatając kilkadziesiąt, na oko, demonów w ziemię. Gdy opadł pył, ujrzeliśmy niemałe zamieszanie w obozie leżącym prawie pięć kilometrów stąd, kilkaset metrów niżej. Nie spodziewali się tego. Powtórzyłem całą operację kilkakrotnie. Ciężkie te kamulce.

Niedługo po świcie doszło do pierwszego ataku. Małego, trzeba przyznać. Tak jak się spodziewałem z lasu wyłoniły się trzy grupy, każda po kilkadziesiąt osobników, składających się tak z członków kompanii karnej jak i demonów. Ludzie nieśli drewniane ściany, pozbijane z grubych belek. Każda miała długość około piętnastu metrów i szerokość trzech. Pozwoliłyby demonom przejść przez rzekę. Niezbyt kusząca propozycja. Skinąłem głową na Ścigaczy. Rothan, Rinedun i Der wystąpili z grupy znajdującej się w naszym punkcie dowodzenia. Podeszli do blanek, skupili wzrok na zbitych kawałach drewna. Gdy przeciwnik znalazł się jakieś dwa tysiące metrów od zamku, trójka ciemnych postaci zacisnęła dłonie i przymknęła oczy. Niesione prowizoryczne mosty momentalnie stanęły w ogniu. Chwilę potem został po nich tylko popiół i dym. Zdezorientowani i w dużej mierze poparzeni ludzie stanęli w miejscu, nie wiedząc czy iść na przód, czy uciekać. Rothan dał znak sierżantowi naszych kuszników, który stał na dolnym murze i wypatrywał umówionego ruchu ręką. Kilkadziesiąt bełtów poleciało w niebo. Rothan uczynił z nimi to co ja wcześniej z głazami z trebuszy. Żaden z byłych więźniów nie ustał na nogach po tym ostrzale. Bełty trafiały dokładnie, w szyje bądź serca. Zabijały od razu, przerażająco szybko i skutecznie. Jednak pozostała nam niemała horda demonów, która zbiegła się w jedność i pchana zwierzęcym gniewem i agresją ruszyła wprost na nas. Zdaję się, ich podświadome zamierzenia zostały spalone razem z mostami, więc też niezbyt wiedziały co się dzieje. A kierujący nimi mag najwyraźniej nie zdążył na czas zorientować się w sytuacji. Gdy ta masa czarnych bestii, przypominających najczęściej połączenie wilka, człowieka i niedźwiedzia, choć zdarzały się też bardziej oryginalne osobniki, zbliżała się już do fosy i zaczynała przeczuwać, że znajduje się tam coś, czego nie lubią, Ścigacze stanęli obok siebie. Lewe nogi wystawili do przodu i zaczęli się delikatnie bujać. W doskonałym zgraniu wykonywali dłońmi gesty, jakby chcieli wzbudzić falę. Gdy chmara czarnych jak noc potworów już zaczynała hamować w strachu przed wodą, z fosy wystrzeliła wysoka na kilka metrów ściana zielono niebieskiego płynu i zwaliła się na demony. Do naszych uszu doszedł głuchy ryk cierpienia. Po to właśnie ściągnąłem tutaj tych siedmiu, niesamowitych wojowników. Żeby robili to, co potrafią najlepiej.

Drugi atak sprowokowaliśmy, około trzy godziny przed zmierzchem. Nie pozwoliliśmy sobie na zwyczajne zlecenie z zamku i wylądowanie na polach, przeciwnik zorientowałby się z kim ma do czynienia, a tak mieliśmy jeszcze element zaskoczenia. W związku z tym wraz ze Ścigaczami wyszliśmy kulturalnie przez bramę i usiedliśmy sobie jakiś kilometr od rzeki. Niedługo potem ujrzeliśmy ruch wśród przeciwnika, a kilka minut później, widzieliśmy już oddział z kompani karnej, który najwyraźniej został wysłany, żeby sprawdzić kto taki zgrywa bohaterów. Domyśliłem się, że to nie Meszeros ich wysłał. On już na pewno zdaje sobie sprawę z tego, że ma do czynienia z kimś potężnym i nie marnowałby tak ludzi… Nawet nie wyciągaliśmy mieczy. Rozpoczęliśmy od klasycznego pchnięcia woli. Polega ono na takim manipulowaniu powietrzem, by stworzyło ścianę, bądź na przykład kulę wirujących cząsteczek, którą to można później swobodnie komuś przypierdolić. Więźniów było około stu. Dostali nawet przyzwoity sprzęt, chociaż nie było to nic niezwykłego. Pierwszych dwudziestu wyleciało w powietrze, zmiecionych przez wystrzeloną z ośmiokrotną siłą ścianą pędzącego ze świstem powietrza. Zdaję się, że pobiliśmy jakiś rekord w pchnięciu człowiekiem, bo jedno z ciał przeleciało chyba ze trzysta metrów. Pozostali trochę struchleli, ale dalej parli na przód. Bądź co bądź, wierzyli, że jeśli wpakują nam brzeszczot w gardło albo bebechy, to kim byśmy nie byli, zdechniemy. I niestety mieli rację. Jednak oczywistym jest, że perspektywa stali tnącej nasze gardziołka nie była dla nas zbyt kusząca, to do tego nie dopuściliśmy. Zabawiając się mocą eksterminowaliśmy wroga na wiele sposobów. Raz pojawiły się widmowe dłonie, które zaciskały się na szyjach więźniów i przyciskały ich do ziemi, aż ustały spazmatyczne drgawki. Za chwilę zaś nieszczęśnicy ci stawali w płomieniach, trafieni pięknymi w swej klasycznej, prostej formie kulami ognia. Niektórzy zostali potraktowani narzuconymi ataki paniki, które kazały im skierować ostrza w swych sprzymierzeńców, a w końcu w siebie samych. Kątem oka dostrzegłem, że Saamehor utworzył szczelinę w ziemi, w którą wpadło kilku biedaków. Chwilę potem zamknęła się ona i usłyszeliśmy odgłosy miażdżonych ciał. Ostatni z wrogów upada dopiero kilkanaście metrów przed nami, rażony pojedynczą błyskawicą wystrzeloną z dłoni Dera. Musiał naprawdę szybko biec.

Tamci szybko się uczą… nie wysyłają kolejnego oddziału. Pół godziny później wracamy do zamku. Nawet się nie zmęczyliśmy… no dobra. Lekkiej zadyszki dostaliśmy. Ale im dalej brnęlibyśmy w używanie mocy, tym ciężej by było. Dlatego właśnie nie wparujemy sami do obozu wroga, dlatego nie zdejmę piątej bariery. Owszem, być może udało by się zniszczyć wroga jednym pstryknięciem palców. Lecz mogłoby to też doprowadzić to tragicznych w skutkach rzeczy. Na przykład wybuchu, który zniszczyłby całkowicie całą tę krainę.

Do bogato zdobionego stołu na uczcie wieczornej zasiadło to samo towarzystwo, które jakiś czas temu zebrało się na radzie wojennej. Siedziałem wpatrzony w przeciwległą ścianę a wokół toczyła się luźna rozmowa. Wszyscy już pojęli, że wbrew stereotypowi w większości sytuacji przy mnie nie obowiązują wszystkie te ceremoniały. Powoli zjadłem makaron z owocami. Na deser dostałem cienko krojone ziemniaki przyprawione papryką. Wojskowi dość dziwnie patrzyli na moje jedzenie, pochłaniając te swoje mięsiwa i stosy warzyw. Ścigacze poprosili o zupy, chleb oraz sery. Proste wojskowe żarcie, do tego byli przyzwyczajeni. Gdy zjedliśmy, pozostaliśmy tam jeszcze jakiś czas, rozmawiając i pijąc. Dowódcy dorwali się do win, Ścigaczom kazałem postawić piwa, choć jakoś specjalnie się o nie nie dopraszali. Sam raczyłem się ciemnym, wręcz czarnym napojem, o trudnym do określenia smaku, który wybitnie sobie ukochałem, wymieszanym z wódką, jednak tak, by tej drugiej nie było zbytnio czuć. - Jak myślicie… czemu nie atakują? Myślałem, że będą chcieli wykorzystać impet, wziąć twierdzę z marszu. – Spytał młody kapitan Maletrosm. - Bo chcieli. – Odparł pułkownik Karlich. – Tyle, że nie mogą. Nie mogą przejść rzeki, a twierdzę chcieli opanować dzięki demonom. Dlatego czekają, budują machiny, dzięki którym przerzucą demony na ten brzeg. - Pomyślcie lepiej, panowie. – Wtrącił się Lastersen. – Nasz wróg dzieli się na dwa obozy. Jeden to Amangarczycy i Meszeros, a drugi to Redończycy i ten… jak mu było? - Generał Edwin Bilderdijk. - Właśnie. No więc ten nasz Edwinek, myśli sobie, że ma za plecami Amangarczyków, więc ruszy sobie na podboje. Więc on buduje sobie te swoje mosty, machiny czy cholera wie co, żeby przerzucić demony przez rzekę, a potem hulaj dusza, grabmy, palmy i gwałćmy. Ale Meszeros nie jest głupi, tak jak on. Jemu chodzi o coś innego, Redonia jest tylko narzędziem w jego dłoniach. Jak już król kiedyś zauważył, on najprawdopodobniej chce się dorwać do portalu i uderzyć w serce królestwa. A jak to się ma do teraźniejszości? Ano tak, że jemu się nie spieszy, bo ma w dupie to, czy stolica Norkvairu przygotuje się do obrony, bo on się wcale tam nie wybiera, chociaż tak właśnie myśli generał Redończyków, który musi być imbecylem albo został jakoś omamiony. Nieważne. Ja osobiście myślę, że jutro w dzień Meszeros zaatakuje i przejdzie rzekę w inny sposób. - Jaki? - Ja na jego miejscu posłałbym Redończyków na śmierć i zapchał rzekę ich ciałami, a potem przeszedł po nich. - Co też pan mówisz… przecież to alianci… - Powtarzam, Redonia jest tylko narzędziem w jego dłoniach. On ma ich w dupie, użyje ich, by dostać się do zamku. - A demony? Odważą się przejść po tych ciałach? Nadal będzie wokół dużo wody. - Podejrzewam, że gdy on osobiście będzie je kontrolował, to będą dużo odważniejsze i silniejsze, niż gdy kieruje nimi jakiś podrzędny mag. - Brawo, panie Lastersen. – Powiedziałem. – Myśli pan dokładnie tak jak ja i sądzę, że mamy rację. Dlatego właśnie, moi…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych