Wróć do katalogu

Śladami białego diabła

krótkie opowiadanie o charakterze kryminalno-fantastycznym

Treneiro, opublikowano , 16 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Śladami białego diabła 1. Tajemnicza sprawa Był typowy październikowy poranek, słońce wschodziło powoli ponad horyzont, a deszcz lekko kropił. Liście na drzewach przybrały żółty kolor i raz po raz opadały na ziemię. Wiatr powiewał co jakiś czas przynosząc ze sobą chłód, londyńska ulica wyglądała niczym uliczki z horrorów. Obskurne puby i mieszkania wywoływały uczucie strachu nawet wśród najbardziej odważnych ludzi. Mimo tego po zniszczonym chodniku szedł człowiek, ubrany w długą czarną pelerynę, tegoż samego koloru kapelusz, ciemny szal bez zbytecznych ozdób oraz stylowe buty od garnituru. Podążał pewnie nie rozglądając się na boki, wydając się nieprzejęty nieprzyjemnym otoczeniem, bo miał w tym przerażającym miejscu do zrealizowania bardzo ważny cel. Skręcił z głównej drogi w boczną alejkę i po chwili wszedł do niewielkiej knajpy. W środku był tylko jeden gość, który siedział przy jednym ze stolików i w milczeniu popijał drinka. Tajemniczy człowiek w pelerynie podszedł do baru, zamówił whisky i skierował się w stronę stolika i jedynego oprócz niego gościa tej knajpy. Zdjął powoli płaszcz odsłaniając elegancki garnitur ,rzucił go niedbale na stół i zajął jedno z krzeseł: - Witaj Henry - powitał tajemniczego przybysza nieznajomy. - Witaj Jones. Słyszałem, że masz dla mnie jakąś ofertę?- zapytał Henry chcąc przejść od razu do sedna sprawy. - Ponieważ jesteś jednym z najlepszych detektywów w tym mieście, chciałbym złożyć ci ofertę. - Zatem mów w czym rzecz. - Słyszałeś może o rodzinie Andersonów? - Tych Andersonów, którzy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach ,w opuszczonym domu za miastem?- zapytał zaciekawiony detektyw. -Tak, dokładnie tych. Otóż wszedłem w posiadanie aktu własności tego domu i chciałbym go dobrze sprzedać. Jest tylko jedno małe ale… - Niech zgadnę. Ludzie boją się tam zamieszkać od czasu śmierci tych nieszczęśników? - Dokładnie. I tu właśnie twoje zadanie. Masz rozwiązać zagadkę śmierci Andersonów, zbadać dokładnie dom i dowieść, że nie miały w tym udziału jakiekolwiek siły nieczyste. - To nie będzie łatwa sprawa, tym bardziej ,że od tego wydarzenia upłynął już prawie rok, ale dobrze postaram się zrobić co w mojej mocy. -Dziękuje. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. -Przecież wiesz, że nie mam zamiaru zrobić tego za darmo. Moja stawka to pięć tysięcy funtów. -Stoi- powiedział zgadzając się z dość nietęgą miną Jones. Detektyw dopił swoją whisky, wstał od stołu, narzucił płaszcz i wyszedł bez pożegnania pozostawiając swego zleceniodawcę samego. 2. Dom na wzgórzu Detektyw Henry Scythe jechał dorożką po brukowanej, prowadzącej za miasto drodze. Dom Andersonów znajdował się niedaleko Londynu w małej wsi. Podróż dorożką trwała dość długo, lecz detektyw nie okazywał jakiegokolwiek zniecierpliwienia. Cierpliwość była jego wrodzoną cechą, tak samo jak lakonizm wypowiedzi. Człowiek ten był osobą skrytą, rzadko okazującą uczucia. Jego twarz przypominała twarz pokerzysty, nie widać było na niej nawet najmniejszych emocji. Po upływie bagatela dwóch godzin dotarli na miejsce, Scythe zapłacił za przejazd i oddalił się bez słowa ,jak miał w zwyczaju czynić. Wioska, w której się znalazł była stosunkowo niewielka, jak dla kogoś kto większość swojego życia spędził w mieście takim jak Londyn. Miała w zasadzie tylko kilka bocznych uliczek i jedną główną. Wszystkie domy stały przy tychże drogach, tylko jeden stał kilkaset metrów za wsią na niewielkim wzgórzu. Henry skierował się natychmiast w stronę samotnej posesji. W ciągu kilku minut był na miejscu. Budynek nie różnił się niczym specjalnym od reszty domostw. Miał dwa piętra , kilka okien i proste drzwi. Dach był pokryty czerwoną dachówką, która już lekko zaczęła blednąć. Detektyw wszedł do środka, drzwi lekko zaskrzypiały, a przed oczami ukazał mu się niewielki hol, ściany przyozdobione licznymi obrazami pokrywał kurz, meble prócz tego, że były brudne pozostały nietknięte. W całym mieszkaniu panował półmrok, nieliczne miejsca oświetlone były przez promienie słońca wpadającego przez okno. Widać, że dom cieszył się złą sławą skoro nawet złodzieje nie wynieśli z niego dobytku. Scythe dokładnie obszedł cały dom, ale nie zauważył niczego specjalnego, ślady krwi zamordowanych już dawno usunięto więc nie było zbytnio czego badać. Zamyśliwszy się patrzył przez okno, nagle ocknął się i w ogrodzie za domem dostrzegł człowieka pracującego na grządkach. Zdziwiony detektyw wyszedł z domu i podążył w kierunku ogrodu i jak mniemał ogrodnika. Ogród nie wyglądał szczególnie imponująco ale nie można by o nim powiedzieć, że jest zaniedbany. Pomiędzy krzewami stał mężczyzna na oko pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat i przyglądał się detektywowi. Henry ruszył w jego kierunku płynnym, niezachwianym krokiem. - Dzień dobry- przywitał się Scythe. Odpowiedziała mu krótka chwila milczenia, po której z ust starszego mężczyzny wydobył się dźwięk, a raczej chrząknięcie wydające się być odpowiedzią na powitanie. - Jak długo pan tu pracuje?- Kontynuował niezrażony detektyw. Ogrodnik tym razem nawet nie raczył wydobyć ze swych ust najcichszego dźwięku, odwrócił się tylko i zaczął pielić grządki. - Moja godność Henry Scythe- mówił dalej słynący z cierpliwości bohater. I tym razem jedyną odpowiedzią okazała się być cisza przerywana co chwilę odgłosami wyrywanych chwastów i uderzeniami motyki o ziemię. Nieprzejęty niczym mężczyzna odwrócił się i skierował do niewielkiego domku niedaleko posiadłości Andersonów zostawiając śledczego w osłupieniu. 3. Wioskowe banialuki Po spotkaniu z ogrodnikiem detektyw wrócił do wsi aby zaczerpnąć informacji na temat sprawy domu z miejscowych źródeł. Na cel Henry Scythe obrał sobie karczmę, gdyż wiedział z doświadczenia, że właśnie tam może dowiedzieć się najwięcej. Budynek był niewielki, ale mieszkańcom to nie przeszkadzało. Mężczyzna zdecydowanie pchnął drzwi gospody, które otworzyły się z lekka skrzypiąc. Knajpka w środku wyglądała dość przytulnie, w powietrzu czuć było przyjazną atmosferę, a ludzie wydawali się bawić w najlepsze. Detektyw nie zdejmując odzienia udał się w kierunku stolika w rogu sali skąd miał najlepszy widok na cały lokal i w dodatku nikt nie mógł zaskoczyć go od tyłu. Po kilku minutach podszedł do niego kelner z pytaniem o zamówienie. - Widzisz te dwadzieścia funtów?- Zapytał nie oczekując specjalnie odpowiedzi Scythe. Chłopak pokiwał głową potwierdzając. - Dostaniesz je jeśli udzielisz mi informacji na temat rodziny Andersonów lub powiesz kto może mi takich informacji udzielić.- Powiedział stanowczym głosem detektyw. -Ja sam nie wiem nic o tej sprawie pracuję tu dopiero od pół roku, ale miejscowy komendant Rowley powinien wiedzieć więcej na ten temat. -Gdzie znajduje się komenda? -To budynek na końcu głównej drogi, na pewno pan pozna. Scythe bez słowa wstał od stolika niedbale rzucając banknot kelnerowi i kierując się do wyjścia. Przy drzwiach drogę przeciął mu ogrodnik, którego spotkał w posiadłości. Rzucił mu krótkie spojrzenie i ruszył swoją drogą. Po kilku minutach brodzenia w błocie detektyw dotarł do budynku służb porządkowych. Zapukał w drzwi, a po chwili ukazał mu się starszy pan z zakręconym wąsem i uśmiechem na twarzy. - Witam w czym mogę pomóc?- zapytał uprzejmie komendant. - Dzień dobry. Chciałbym zaczerpnąć informacji na temat morderstwa popełnionego w domu na wzgórzu. - Proszę niech pan wejdzie i usiądzie, porozmawiamy wewnątrz izby. Budynek był niewielki, w ścianę wbudowany był kominek, a naprzeciw drzwi widać było jedną zaledwie celę, w dodatku pustą. Na środku stało kilka krzeseł i stolik. Rozmówcy zajęli swe miejsca, po czym kontynuowali rozmowę: - Informacje, o które pan pyta są ogólnie powszechne, w tej wsi niczego nie da się utrzymać w tajemnicy, dlaczego nie spytał pan kogoś w karczmie. -Nie mam w zwyczaju czerpać wiadomości z drugiej czy którejś z kolei ręki. Postanowiłem udać się więc do źródła. - Dobrze zatem, ale kim pan jest jeśli można wiedzieć?- Spytał zaciekawiony Rowley. - Powiem panu jeśli mogę…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych