Wróć do katalogu

Slazacy i Gorole Cz. 2

Dalsze losy Jana. Doswiadczenia wojenne

slaskibyt, opublikowano , 28 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jak każdego dnia Jan wstał do pracy bardzo wcześnie. Pogoda była piękna, a na porannym niebie widać było już tylko słaby blask gwiazd. Lubił wstawać wcześnie rano, ta cisza do bólu i spokój budzącej się natury, powodowała, że sam odczuwał wewnętrzny spokój. To były te krótkie momenty, gdy nie myślał o wojnie i o swojej przyszłości. Siadł na schodach przed domem i zapalił papierosa, spojrzał na blednące gwiazdy i trwał w tym spokoju. Lubił obserwować gwiazdy, jednak astronomia nigdy nie była jego mocną stroną. Uważał, że nazywanie gwiazd, dawanie im kształtów ziemskich, zwierząt czy ludzi jest karygodne , jest obrażaniem wszechświata. Ostatni raz spojrzał w gorę, ostatnia gwiazda jeszcze raz zamigotała i znikła. W tym momencie pomyślał czy może tam tez na jakiejś odległej planecie ktoś przy pierwszych promieniach swojej gwiazdy wstaje i idzie do pracy, a może czyści broń, aby iść na wojnę. Szybko ocknął się z rozmyślań, gdy ojciec z bratem wyszli przed dom. Powitali się jak zwykle. Słonce święciło im w oczy, gdy dochodzili do swojego pola. Mieli jeszcze trochę pracy z sianem wiec szybko zabrali się do pracy. Było już po południu, gdy od strony wsi zobaczyli Bronkę, niosła cos w ręce. Nie było to jedzenie, które zawsze ktoś o tej porze przynosił, bo dzisiaj czekało ich wieczorem świniobicie. Miała cos małego, białego. Gdy była już blisko, zorientowali się, że to jest papier, a dokładnie dwa listy. Bronka była bardzo zdenerwowana. Koperty były jednakowe: tani papier, pieczątki z niemieckim orłem nie oznaczały nic dobrego. Oba zaadresowane na chłopaków, nie na ojca. Te listy dostawali prawie wszyscy młodzi. Oznaczać mogło to tylko jedno- wezwanie do wojska. Drogo będą musieli zapłacić za zwolnienie Bronki i za podpisanie przynależności narodowej. Wracali do domu w milczeniu, przerażeni tym, co ich czeka, gdzie rzuci ich wojenny los, ale najważniejsze czy pozwoli im wrócić. W domu czekał już rzeźnik. Ojciec jak zawsze zniknął, bo nigdy nie umiał patrzeć na zabijanie, Mimo ze hodował świnie na ubój, to gdy było już tak daleko zawsze znikał i wracał dopiero, gdy świnia wisiała pod sufitem. Jedynie Jan zawsze umiał pomoc rzecznikowi. Jako jedyny nie miał problemów z widokiem krwi. Samo zabijanie było przykre, ale gdy dochodziło do rozbierania mięsa zawsze z zainteresowaniem przyglądał się jak wygląda budowa mięsni, jak kości wiążą się z nimi budując jedna wspaniałą całość. Kiedyś nawet napomniał, że może by został lekarzem, ale sama myśl o sfinansowaniu… Tym razem jednak cale świniobicie trwało bardzo krotko, nikomu nie chciało się gadać, nawet rzeźnik widząc nastrój nie pil jak zawsze i szybko spakował się do domu. A nastrój w domu był ponury, pomimo że walki się skończyły. Armia niemiecka triumfowała zwycięstwo nad Polska, a na zachodniej granica trwała dziwna wojna, nikt tej służby nie przyjął z radością. Wiele słyszeli o wojsku niemieckim i panującej tam dyscyplinie. Najbardziej jednak obawiali się problemów z językiem. Każdy uczył się go w szkole ale przecież po pierwszym słowie każdy rozpozna obcy akcent. Czy będą traktowani na równi kłębiły innymi? Pytania kłębiły im sie w głowach. Aby trochę ochłonąć wyszli trochę sie przejść i za rogiem weszli do Żyda na piwo. Bar był pełny jak zawsze jednak nad sala panowała dziwna cisza. Nikt z nikim nie gadał a każdy powoli sączył swoje piwo tak jak by to miało być jego ostatnie. Żyd tez po cichu sprzątał kufle. Od czasu, gdy przywieszono mu gwiazdę Dawida a jego dwaj najstarsi synowie gdzie wyjechali stał się małomówny i nigdy nie wdawał się w dłuższe rozmowy. Odpowiadał krotko i znikał w swojej kuchni. Prawie, gdy Żyd podszedł do stołu Zenka syna niemieckiego gospodarza ten zaczął ordynarnie przeklinać i uderzył go w twarz. – dotknąłeś mnie ty plugawa świnio – krzyczał, trzeba wreszcie z wami zrobić porządek, jakim prawem Żyd może podawać nam Niemcom piwo. Nikt nie znal go z tej strony. Zenek nie przepadał za Żydami, ale nigdy nie pokazywał tego jak dzisiaj. W tym momencie z kieszeni wypadła mu znana koperta. Zenek tez dostał powołanie do wojska jak zresztą polowa wsi, a dokładnie ci, którzy niedawno podpisali volksliste. Zenek miął już termin w kościele. Ślub i wesele, wszystko było już zaklepane. Podobno próbował cos działać, ale okazało się, że termin jest nie do przesunięcia a wszyscy są powołani na szkolenia. Nic nie da się zrobić. Dzień jego ślubu był tez dniem wyjazdu do jednostki.

Czas do odjazdu minął szybko. Kiedy późnym popołudniem przyjechał wojskowy transportowy mercedes wszyscy wiedzieli, że to po chłopców. Oficer, który sprawdzał listę nieźle się zdziwił, gdy zobaczył młodego pana jeszcze w czarnym garniturze i nieźle wstawionego. Gdy sie dowiedział się, że to nowożeniec spytał go czy zdarzył spełnić swój małżeński obowiązek. Wszyscy weselnicy przyszli popatrzeć jak młodzież opuszcza wieś, wiec coniektórzy zaczęli krzyczeć, że napewno nie, bo kiedy przecież Niemcy potrzebują dzieci, a kto ma je robić jak wszyscy młodzi w wojsku. Oficer długo się zastanawiał w końcu w dokumentach zapisał, że Zenek jest chory i zamelduje się rano sam w koszarach wystawiając mu przepustkę. Każdy zastanawiał się, na jakie szkolenia jada, wiec ojciec Jana, bo przecież znal niemiecki najlepiej podszedł do oficera i zapytał się, kiedy chłopcy wrócą. Oficer spojrzał na niego, uśmiechnął się jedynie i powiedział, że będą ćwiczyć strzelanie.

Jan trafił do koszar w Bytomiu. Były to stare budynki znające jeszcze historie. Sale, na których spali mieściły po 40 ludzi. Tu już nikogo nie spotkał ze swojej miejscowości, było dużo Ślązaków, ale było tez kilka żołnierzy z Prus i Badenii. Pierwsza rozmowa odbyła się na wielkie sali. Z przodu przy wielkim stole siedziało kilka osób dwóch oficerów z Wermachtu, jeden bez munduru jeden oficer SS oraz lekarz. Pytań było wiele jednak większość koncentrowała sie na uzdolnieniach. Pytano o jazdę na nartach kondycji szczególnie w górach. Po dokładnych badaniach i gdy wszystko prawie dobiegało do końca, podszedł do Jana SS-mann i poczęstował go papierosem. Jan w zdenerwowaniu nie zabrał swoich papierosów z domu wiec po tak długiej przerwie bardzo się ucieszył z poczęstunku. Oficer zaczął pytać go o jego poglądy, opowiadał o zaszczytnej roli jednostek SS, a na koniec zapytał czy sam nie chciałby znaleźć sie w jednostce Wafen –SS. Jan wiele słyszał o tych jednostkach i o przywilejach, jakie tam obowiązywały. Zenek, który przybył dzień później zgłosił się i już miał obiecane kilka dni urlopu. Jednak przypomniał sobie słowa ojca, który opowiadał jak to na frontach I wojny światowej zwykły żołnierz miał zawsze większe szanse jak żołnierz z jednostek specjalnych. Nikt ich nie lubił. Jan grzecznie odmówił w tym momencie oficer SS, trochę zdenerwowany, odparł, że to, wcale jeszcze nie była propozycja i zawszone Ślązaki muszą się trochę postarać, aby zostać przyjętym. Nadchodził ranek. Jan zmęczony po całodobowym dyżurze mógł wreszcie opuścić szpital. Walki dobiegały końca i tylko gdzieniegdzie niedobitki wojsk norweskich, które nie podporządkowały się kapitulacji podejmowały walkę. Cały kraj był w już rękach niemieckich. Jan zastanawiał się, co z dzisiejszym dniem zrobić. Kurt był na służbie a innych Kolegów omijał, nie żeby ich nie lubił, nie to nie to. Czuł, że nie pasuje do nich, ich mentalność, bezgraniczna wiara w Hitlera powoli przypominala mu jakieś opętanie, ubezwłasnowolnienie. Wszystko, co powiedział oficer czy inny przełożony i kończył słowami „Heil Hitler”, było święte. Ci ludzie przestali mysleć, każda rozmowa, wolna chwila, poświęcona była Hitlerowi. Jan zdawał sobie sprawę, że Wielki Fuhrer był dla nich wybawieniem. Jak jeden pochodzili z rodzin wielodzietnych, tylko za jego sprawą wyrwali się z domów pełnych biedy, głodu i upokorzenia. Wszyscy kochali Hitlera, bo za Hitlera pierwszy raz pojechali na wakacje. Wakacje pełne przygód, jedzenia, zabaw w dyscyplinę i „ordnungu” to, czego nie mieli w domu dał im Hitler.

Jak dziś pamieta historię małego Żyda, który zakochany w Hitlerze czekał 10 godzin na ulicy, aby móc zobaczyć przejeżdżającego Fuhrera. Niestety ze zmęczenia zasnął i jego szczęscie przejechało. Obudził się, gdy wiwatujący tłum o mały włos nie stratował go i nie wepchnął pod przejeżdżające auta. Winą za wszystko obarczał swoich rodziców, nienawidził ich prawie za to. Tylko przez nich nie mógł wstąpić do Hitlerjugend, jeździć z kolegami na obozy, nie należał do nich, był od wszystkiego odsuwany. Tego dnia też ojciec był winien przecież wszyscy ojcowie brali swoje dzieci na plecy by mogli lepiej widzieć a on był sam, sam na ulicy i nikt mu nie pomógł.

Jan dowiedział się, że niedaleko znajduje się jeden z najpiękniejszych fiordów w Norwegii. Postanowił go zobyczyć. Ubrał się ciepło i ruszył w drogę. Scieżka prowadziła przez skały, była widać mało uczęszczana, bo chwilami tracił ją z oczu. Komu by sie chciało podczas wojny zwiedzać piękne zakątki Norwegii. Szedł już kilka godzin i chwilami zastanawiał się, czy nie pobłądził, gdy przed sobą zobaczył olbrzymią skałę. Trudno określić ją skałą, to była gigantyczna góra, a on wszedł na jej szczyt tak nagle, że oniemiał z wrażenia. To, co zobaczył przechodziło jego wyobrazenie o pięknie. Znał góry, czesto chodzili po Beskidach, był nawet raz w Zakopanem. Do dziś pamietał wycieczkę na Rysy i widok, jaki stamtąd rozpościerał się na wszystkie strony. To, co jednak zobaczył tutaj, było oszałamiające. Półka a zarazem szczyt góry, na której stał, znajdowała się kilkaset, a może wiecej jak tysiąc metrów nad zakończeniem fiordu. Gigantyczny jęzor cimnobłekitnej wody wił się miedzy prawie pionowymi skałami i ginął gdzieś w oddali. Długo stał z na pół otwatymi ustami. Gdy wreszcie nacieszył się niesamowitym widokiem, wziął papierosa i próbował go zapalić. Dopiero przy trzeciej zapałce płomień zabłysnął. Wiatr był bardzo mocny, tak że bał sie zbliżyć do grani. Położył się więc na ziemi i powoli posuwał się do załamania skały. Już chciał spojrzeć w dół, gdy z oddali usłyszał dziwny szum. Hałas zbliżał się powoli od strony Morza Północnego. Spojrzał w tym kierunku, daleko zobaczył kilka małych punktów, które powoli stawały się coraz większe, aż wreszcie rozpoznał ich kształt. W jego kierunku zbliżał się klucz samolotów. Zbliżały się coraz szybciej, tak że już był w stanie rozpoznać ich znaki, to były angielskie bombowce. Leciały dość nisko, jakby w głębi fiordu, ukryte wsród skał prawie zlewały sie z otoczeniem. Tylko dlatego, że był na skale, mógł je zobaczyć. Widok samolotów nie był dla niego czymś nowym. Prawie codziennie latały mu nad głową, angielskie, niemieckie i norweskie. Tym razem było to coś innego, to on był nad nimi. Mógł rozróżnić twarze lotników, ich skupiony może jakby przestraszony wyraz twarzy. Przelatywali kilka metrów pod nim. W pewnym momencie chciał im pomachać, ale przeraził się sam swoim pomysłem, przecież to wróg. Odczekał więc, aż cały klucz zniknie za horyzontem, wstał i ruszył z powrotem. Już w połowie drogi w oddali usłyszał głuche odgłosy wybuchów. Dobiegały z kierunku, gdzie była jego jednostka. Przyspieszył kroku, miał dziwne przeczucie, że coś się stało. Ostatnie metry prawie biegł. Gdy zbliżał się do jednostki, widział już dymy, rozwalone samochody i wybuchające beczki z paliwem. Samoloty brytyjskie dawno już odleciały, jednak obrona przeciwlotnicza ciągle strzelała w niebo jakby w każdej chwili oczekiwała nastąpnego ataku. Nikt w jedostce nie spodziewał się tego ataku. Przecież Qusling otrzmał pełnomocnictwa na powstanie nowego faszystowskiego rządu, Norwegowie składali broń, więc skąd te samoloty??. Jan zbliżał sie do budynku szpitala i w tym momencie zrozumiał, że budowla znikła. Było to dziwne uczucie, przyzwyczaił się do jego widoku. Szpital górował nad innymi budowlami, miał jasną elewację, czerwony spadzisty dach, na którym ktoś rozciągnął biały materiał z czerwonym krzyżem. Przecież to niemożliwe, jak może zniknąć w krótkim czasie olbrzymi, kilkupiętrowy budynek. Jan stanął przed olbrzymią, dymiącą kupą gruzu i nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Jeszcze kilka godzin temu był w środku, rozmawiał z chorymi. Przecież dzisiaj pokłócił sie z jakimś oficerem o to, że ten nie został natychmiast przyjęty, bo Jan nie przygotował na czas łóżka. Jan bał się, że ten złoży na niego raport. Przecież jeszcze dzisiaj rozmawiał z ładną pielęgniarką i umawiał się z nią na wieczorny spacer. Teraz nic już nie było– gruzy, trupy i wszędzie ranni ludzie. Jan stał i nie umiał pozbierać myśli, ciągle zadawał sobie pytanie- Dlaczego nikt nie pomaga rannym? Gdzie są sanitariusze, lekarze? Jeżeli natychmiast ktoś się nie zajmie rannymi, wykrwawią się i umrą. Ze wszystkich stron znoszono rannych, układano ich nosze przed zgliszczami, tak jakby zaraz szpital otworzył drzwi, wybiegli pielęgniarze i zaczęli ratować. Taki był przeciez plan ewakuacji jednostki- rannych przenosić do szpitala. W tym momencie zobaczył Kurta, cały osmolony z przerażonymi oczami leciał w jego kierunku i krzyczał coś po polsku. Jan nie wierzył własnym uszom, Kurt nigdy nie odważył się odezwać po polsku. -Wszyscy zginęli. Wszyscy sanitariusze zginęli i nie ma ani jednego lekarza. Jesteś sam, szybko…- Krzyczał. Jan poczuł mocne bicie serca, ale to nie było bicie, to był łomot. Uderzenia tego młota powodowały, że zobaczył czerwone punkty przed oczami, brakowało mu tchu, nie umiał oddychać tak jakby ten łomot wypełnił jego pierś i nie zostawił miejsca na powietrze. Musi się uspokoić, przecież w takim stanie nic nie zrobi. Powoli opanował swój strach i pobiegł do pierwszego rannego, nie miał nic, wszystkie torby zostały w szpitalu. Pasek! Paskiem swoich spodni zaciągnął żyłę na przegubie zranionej ręki leżącego żołnierza. Powoli próbował opanować się i chłodno kalkulować, komu powinien udzielić pomocy a komu jego pomoc i tak na nic się nie zda. Chaos powoli ustępował

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych